<?xml version="1.0" encoding="iso-8859-2"?>
<rss version="2.0">
<channel>
<title>Blog Leśniczego</title>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/rss/?id_channel=1</link>
<description>Blog Leśniczego</description>
<copyright>bloglesniczego.erys.pl</copyright>
<managingEditor></managingEditor>
<item>
<title>Leśna historia</title>
<pubDate>2010-08-28</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=8&amp;lang_id=5</link>
<description>Oglądając stare zdjęcia znaleźliśmy jedno, na którym jest leśniczy z żoną i dwoma psami &amp;#8211; jamnikiem oraz prawdopodobnie wachtelhundem &amp;#8211; takim jak nasz. Karin obiecała poszukać jeszcze w rodzinnym archiwum i ustalić, czy to na pewno ta rasa. Nie da się uniknąć wrażenia, że w pewnych miejscach historia i losy ludzkie zataczają koło &amp;#8230;
Odwiedziła nas niedawno zaprzyjaźniona córka leśniczego, który przed wojną mieszkał tutaj w leśniczówce. Przyjeżdża prawie co roku, ale ponieważ zawsze na krótko, więc za każdym razem dzięki niej dowiadujemy się wielu rzeczy o historii &amp;#8222;naszego&amp;#8221; domu i okolicy. Co roku też odwiedzamy z nią stare niemieckie cmentarze, które z roku na rok są coraz trudniejsze do znalezienia i coraz mniej widoczne. Ale sądząc po zostawianych tam wciąż kwiatach i zniczach, sporo osób je jeszcze odwiedza, być może na tej samej zasadzie co nasza znajoma. Jej rodzina pochodziła stąd, z Mazur, więc znajdują się tu groby dziadków i innych krewnych. Ludzie którzy wciąż przyjeżdżają, nawet bez tabliczek znajdują właściwe miejsca żeby położyć kwiaty. Nie porządkują i nie sprzątają zapomnianych leśnych cmentarzy &amp;#8211; nasza znajoma twierdzi, że specjalnie, żeby nikt nie pomyślał że w grobie może być coś cennego i nie zaczął kopać. Zresztą większość tych małych nekropolii została już dawno zniszczona i przekopana. Kiedy odejdzie pokolenie tych, którzy o nich pamiętają, las wchłonie je zupełnie.
Natomiast społeczność tych, którzy uciekali z Prus Wschodnich przed Armią Czerwoną w roku 1945 jest bardzo zintegrowana. Mają plany swoich domów i swoich cmentarzy. Korespondują, wymieniają informacje, robią zdjęcia które przesyłają tym, którzy już przyjeżdżać nie mogą. Dokładnie tak samo jak Polacy wysiedleni z Kresów &amp;#8211; w większości żyją czasem przeszłym i pamięcią o kraju szczęśliwego dzieciństwa zabranym przez wojnę. (Moim zdaniem dla ludności cywilnej z jednej i drugiej strony była to równorzędna tragedia, nie należy jednak zapominać o tym, kto tę wojnę rozpoczął.)
Oglądając stare zdjęcia znaleźliśmy jedno, na którym jest leśniczy z żoną i dwoma psami &amp;#8211; jamnikiem oraz prawdopodobnie wachtelhundem &amp;#8211; takim jak nasz. Karin obiecała poszukać jeszcze w rodzinnym archiwum i ustalić, czy to na pewno ta rasa. Nie da się uniknąć wrażenia, że w pewnych miejscach historia i losy ludzkie zataczają koło &amp;#8230;
Ponieważ Karin chciała odwiedzić znajomą, żona pojechała z nią w roli tłumacza. W trakcie rozmowy dwóch starszych pań dowiedziała się, że w pobliskiej wsi jeszcze w latach 60. XX wieku było ponad 30 rodzin, działał normalnie sklep. Dla nas to niewyobrażalne, bo ta wioska to dla nas tylko krzaki bzów rosnące w miejscach gdzie kiedyś były domy. Na łąkę za domem wtedy tak samo jak teraz wychodziły jelenie i dziki. Przystanek PKS przy drodze do leśniczówki został postawiony właśnie wtedy na wniosek leśniczego, którego dzieci musiały jakoś dojeżdżać do szkoły. Piec chlebowy świetnie nadawał się do suszenia grzybów, a przy siarczystej zimie domu nie dawało się ogrzać żadnym sposobem. W niektórych miejscach czas dziwnie spowalnia swój bieg.</description>
</item>
<item>
<title>Pierwsze kaczki w sezonie</title>
<pubDate>2010-08-24</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=8&amp;lang_id=5</link>
<description>(...) anegdotka, którą opowiedział mi kolega, wielki miłośnik innych psów myśliwskich, pointerów. Otóż szedł kiedyś ulicą w rodzinnym mieście prowadząc na smyczy swoją sukę pointerkę zajmującą na wystawach i konkursach najlepsze lokaty. Spotkał pańcię z pudelkiem &amp;#8211; zadbanym, wyczesanym i wypachnionym. Pieski się obwąchały, pomerdały ogonami. Odchodząc usłyszał teatralny szept (...)Byłem w zeszłym tygodniu na pierwszym w tym sezonie polowaniu na kaczki. Żałuję trochę, że nie mogłem zabrać psa, ale dla czteromiesięcznego szczeniaka byłoby to za duże przeżycie i mógłby nauczyć się tam więcej złego niż dobrego. Treningi kaczkowe muszę odłożyć do przyszłego roku. Co oczywiście nie oznacza, że nie będę z nim ćwiczył aportowania strzelonej kaczki czy obycia ze strzałem oraz tropienia zwierzyny &amp;#8211; ale wszystko po kolei i według planu. Kiedy wróciłem ze strzeloną kaczuchą do domu i pokazałem ją szczeniakowi &amp;#8211; zamarł z wrażenia. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego, ale musiało być to dla niego ogromne przeżycie, bo drżał z emocji od nosa do ogona. Kiedy zrobiłem mu włóczkę, znalazł ptaka, prawidłowo chwycił i zaaportował. Nie bardzo chciał oddać, ale to wszystko siła instynktu i kwestia ćwiczeń. (Ukradzione skarpetki i buty oraz inne fanty oddaje z radością.) W każdym razie mogę uznać, że genetyczne uwarunkowania i pasję ma wrodzoną. Do wody go zapraszać nie trzeba &amp;#8211; wskakuje w każde mokre miejsce i z wielkim zapałem tam bobruje. Zaczyna też zaznaczać miejsca odpoczynku dzików i jeleni &amp;#8211; kiedy znajdzie takie miejsce w lesie czy na łące, obwąchuje je z wielkim zainteresowaniem. Liczę, że będzie dobry pies.
Na polowaniu miałem okazję zobaczyć jak pracuje epagneul breton (brittany spaniel ). Według nazwy jest to spaniel bretoński, ale ze względu na to, że jest to pies wystawiający (czyli robiący stójkę &amp;#8222;z łapką&amp;#8221; jak pies Pluto) klasyfikuje się go w grupie VII FCI (międzynarodowej federacji kynologicznej) razem z wyżłami a nie w grupie V z płochaczami, do których należą spaniele. Spaniel czy wyżeł, breton pracował bardzo ładnie i przyniósł wszystkie strzelone kaczki. A podziwianie dobrego psa &amp;#8222;w robocie&amp;#8221; to prawdziwa przyjemność.
Przy okazji anegdotka, którą opowiedział mi kolega, wielki miłośnik innych psów myśliwskich, pointerów. Otóż szedł kiedyś ulicą w rodzinnym mieście prowadząc na smyczy swoją sukę pointerkę zajmującą na wystawach i konkursach najlepsze lokaty. Spotkał pańcię z pudelkiem &amp;#8211; zadbanym, wyczesanym i wypachnionym. Pieski się obwąchały, pomerdały ogonami. Odchodząc usłyszał teatralny szept pańci: &amp;#8222;No widzisz Pusiaczku, jaki kundelek, ale miły pieseczek, prawda?&amp;#8221;.</description>
</item>
<item>
<title>Remontowy rozgardiasz</title>
<pubDate>2010-08-23</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=8&amp;lang_id=5</link>
<description>... z remontem, jak zwykle, człowiek chce tylko pomalować ściany, a kończy się mega zamieszaniem ...
Ponieważ sezon urlopowy, czyli ciepło, a nawet okresami bardzo ciepło, zacząłem remont. A z remontem, jak zwykle, człowiek chce tylko pomalować ściany, a kończy się mega zamieszaniem.
Po miesiącu zmagań mogę uznać, że wyszedłem na prostą. W międzyczasie nabyłem umiejętności hydraulika i glazurnika, co wcześniej kompletnie mnie nie pociągało. Otóż po odsunięciu do malowania części mebli okazało się, że za nimi, na przemarzających zimą ścianach i w miejscach gdzie przechodzą rury z zimną wodą pojawił się okazały grzyb. Przy ostatnim malowaniu trzy lata temu jeszcze go nie było. Ale ponieważ budynek jest z lat trzydziestych i ma zawilgocone fundamenty, grzyb jest w piwnicy i stamtąd &amp;#8222;wychodzi&amp;#8221; do góry, a walka z nim jest trudna. Nie wykluczam, że przez to chorowaliśmy wszyscy przez całą zimę i wiosnę. Tak więc kułem tynki, ściany i podłogi, a następnie przekładałem rury.
Na szczęście jest sporo skutecznych preparatów grzybobójczych i farb zapobiegających pojawianiu się grzyba w pomieszczeniach. Zabezpieczyłem wszystko co się dało i liczę, że przy następnym malowaniu nie będzie już takich niespodzianek.

Tymczasem wrzosowiska kwitną pięknie &amp;#8211; pierwsze zdjęcia w tym roku zrobiłem już 9 sierpnia, bardzo wcześnie. Wrzos z reguły kwitnie dopiero pod koniec sierpnia, w początku września. W tym roku jakoś wcześniej. Mam nadzieję, że dzięki temu będzie sporo wrzosowego miodu &amp;#8211; najlepszego na świecie.
Odniosłem też pewien sukces ogrodniczy, który zauważyłem dopiero niedawno. Rośnie mi dynia &amp;#8211; gigant. Już teraz jest ogromna, a wciąż rośnie. Ciekawe, do jakiej średnicy dojdzie &amp;#8211; bardzo jestem ciekawy.</description>
</item>
<item>
<title>Żeglarski dzień</title>
<pubDate>2010-08-14</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=8&amp;lang_id=5</link>
<description>Po raz kolejny muszę przyznać, że żeglarstwo na Mazurach zmieniło się w ciągu ostatnich lat bardzo. Są oczywiście plusy &amp;#8211; dużo nowych portów, w każdym prysznice i toalety, gdzieniegdzie przyzwoite knajpy, czyli takie, gdzie można zjeść coś poza frytkami i pizzą z mikrofalówki....
Dawno już nie żeglowałem i pomyślałem, że czas to zmienić. Nie wiem czemu, ale istnieje taka prawidłowość, że im bliżej jeziora się mieszka, tym rzadziej się nad nim bywa, a jeszcze rzadziej po nim żegluje. Potwierdza to zresztą żona, która zanim przeprowadziła się na Mazury spędzała nad tutejszymi jeziorami, a właściwie na nich (na zmianę z morzem), każde wakacje i każdy wolny czas &amp;#8211; w liceum, na studiach i później. Teraz na propozycje popływania patrzy jakoś dziwnie i mówi, że robi pranie, idzie na grzyby albo znajduje jakiś inny wykręt. Kiedyś sezon bez rejsu w Chorwacji uważała za niezaliczony, dzisiaj mówi, że była tam już tyle razy, że wystarczy, a jak płynąć, to na Maderę albo Karaiby.
Do małego mazurskiego rejsu zmotywowali nas sąsiedzi, zapraszając na swój jacht. Rozleniwieni wakacyjnie pomyśleliśmy, że dobrze by było chociaż przypomnieć sobie jak wygląda żaglówka. Tak naprawdę to chcieliśmy sprawdzić, czy naszej trzyletniej córce spodoba się łódka &amp;#8211; i jak się będzie na niej zachowywała. Eksperyment wypadł nadzwyczaj dobrze, mała w towarzystwie trójki innych dzieci odnalazła się natychmiast, a całe stado wynurzało się spod pokładu jedynie na hasła związane z porą karmienia. Na środku jeziora zwykłe kiszone ogórki okazują się niebywałą atrakcją &amp;#8211; wielki słoik zniknął w okamgnieniu, zagryzany krakersami.

Ale kiedyś, żeby w porcie mieć rozrywkę, trzeba było mieć gitarę, no i trzeźwego gitarzystę. Wszyscy, którzy mieli chęć, schodzili się do ogniska z czym kto miał i integrowali się z resztą. Teraz na prawie każdej łodzi jest CD i MP3 i głośniki w kokpicie, więc jeżeli jedna załoga postanowi zabalować, chcąc nie chcąc bawią się wszyscy, choć nie wszyscy tak samo dobrze. Przekonałem się o tym wieczorem, kiedy obok naszego jachtu zacumował inny, z już rozbawioną ekipą. Nie dało się rozmawiać, bo muzyka grała na ful, a państwo się dobrze bawili. Zniechęcone hałasem dzieciaki schowały się znowu do kabiny. Kilka jachtów dalej ktoś próbował na gitarze, i nawet dobrze mu szło, ale z głośnikami wypasionego jachtu nie miał szans. Jednak nie wszystko zmienia się na lepsze.</description>
</item>
<item>
<title>Dom na końcu świata &#8211; cz. II</title>
<pubDate>2010-08-13</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=8&amp;lang_id=5</link>
<description>Rzadko się zdarzają takie okolice, z reguły w bliskości większych miast mamy coraz większe hipermarkety, hale, zakłady, wypasione nowe osiedla, diabli wiedzą co jeszcze. A tu &amp;#8211; cisza. Spokój. Żeby kupić coś w sklepie trzeba zapukać najpierw do pani sklepowej do domu.
Trochę ostatnio zwiedzam. Tym razem zabrałem ze sobą aparat, z czego byłem bardzo zadowolony. Odwiedziłem pewną wieś, która, choć leżąca zaledwie kilkanaście kilometrów od większej metropolii, urzekła mnie swoją sennością i spokojem. Rzadko się zdarzają takie okolice, z reguły w bliskości większych miast mamy coraz większe hipermarkety, hale, zakłady, wypasione nowe osiedla, diabli wiedzą co jeszcze. A tu &amp;#8211; cisza. Spokój. Żeby kupić coś w sklepie trzeba zapukać najpierw do pani sklepowej do domu. Rano klangor żurawi. Jak w głuszy jakiejś &amp;#8211; co ja akurat lubię. (Ha &amp;#8211; kiedy jadę do &amp;#8222;innego lasu&amp;#8221; tym bardziej mi się podoba im bardziej jest jak w domu, co potwierdza tezę inżyniera Mamonia, że najbardziej lubimy to, co już dobrze znamy. Oryginalny w tym przypadku nie jestem.)

Wioska jak się okazało ma &amp;#8222;starożytny&amp;#8221; rodowód &amp;#8211; w zeszłym roku od jej założenia minęło 650 lat. Dookoła lasy i łąki, trochę gór i trochę pól, naprawdę bardzo urokliwie. Miałem nocować w zupełnie innej miejscowości, ale żonie tak się spodobało, że uparła się znaleźć kwaterę właśnie tu. Udało się. Spaliśmy w starej leśniczówce, dwa lata temu sprzedanej prywatnej osobie &amp;#8211; pani leśniczy zresztą. W domu widać ogrom pracy jaką trzeba było włożyć, żeby przygotować kwatery dla turystów. Leśniczówkę sprzedano, ponieważ nie opłacało się jej remontować, była w fatalnym stanie. W tej chwili wyremontowane jest poddasze oraz część dołu, a całość ma niepowtarzalny klimat nadany przez gospodynię. To ona opowiedziała nam, że przed wojną dom ten należał do bardzo bogatego gospodarza, posiadającego kilkaset hektarów pól i lasów. Ponieważ wieś w przeciwieństwie do wielu innych w okolicy była katolicka, przy każdym domu wybudowano kapliczkę. Niestety niewiele ich się zachowało. Mam nadzieję, że kiedyś tam jeszcze wrócę i będę miał szansę lepiej poznać okolicę. A teraz tradycyjne pytanie &amp;#8211; gdzie to jest?

P.S. We wpisie z dn. 29 czerwca br. zadawaliśmy pytanie &amp;#8222;Gdzie to jest?&amp;#8221;. Otóż dom młynarza z tamtego wpisu znajduje się w miejscowości Żytkiejmy :)</description>
</item>
<item>
<title>Szkodnik</title>
<pubDate>2010-08-12</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=8&amp;lang_id=5</link>
<description> Dzisiaj wywiozłem 120 metrów drewna zasiedlonego przez kornika, ale to niestety nie koniec. Zasada jest prosta &amp;#8211; z wywozem trzeba zdążyć zanim owady wylecą z zasiedlonego surowca.
W lipcu było trochę upałów, co teraz skutkuje wysypem szkodników owadzich. Normalnie największe zagrożenie przypadało na czerwiec ale ponieważ tego roku w tym okresie było chłodno, a wyjątkowo ciepły był lipiec, teraz mamy skutki. Gdyby utrzymał się chłód i deszcze, kornik w tym roku nie miałby nic do powiedzenia &amp;#8211; ale na pogodę nie mamy wpływu. Tymczasem prowadzę ciągłą obserwacje, a zarażone drewno wycina się i wywozi na czas. Dzisiaj wywiozłem 120 metrów drewna zasiedlonego przez kornika, ale to niestety nie koniec. Zasada jest prosta &amp;#8211; z wywozem trzeba zdążyć zanim owady wylecą z zasiedlonego surowca.
(Na zdjęciu powyżej - żerowisko kornika drukarza. Poniżej - samiec brudnicy mniszki z charkterystycznym czułkiem grzebykowatym. Na ostatnim zdjęciu - motyle brudnicy, można je zobaczyć od lipca do września.)

Prowadzę też monitoring populacji brudnicy mniszki. Jest to motyl, którego gąsienice zjadają igły sosnowe i mogą doprowadzić nawet do gołożerów, czyli sytuacji, kiedy stoją drzewa bez igieł. Oczywiście drzewo wtedy usycha. Monitoring prowadzę za pomocą pułapki feromonowej działającej na samce brudnicy mniszki. Na podstawie liczby tych samców można ocenić szacunkowo dynamikę populacji oraz to, czy nastąpiła już rójka (okres godowy owadów uskrzydlonych). Oprócz feromonów można również sprawdzać o świcie obecność owadów na pniach sosen. Jeżeli jest ich dużo, świadczy to o zagrożeniu. Jednak bardzo trudno zauważyć motyla w barwach maskujących na tle chropowatej kory na pniu. Udało mi się kiedyś zobaczyć jednego &amp;#8211; przez dziesięć lat pracy. Miejsca, gdzie występuje ich dużo, są potencjalnymi ogniskami gradacji tego owada. Na szczęście postępowanie podczas gradacji brudnicy znam tylko z teorii i mam nadzieję, że tak pozostanie.

 </description>
</item>
<item>
<title>Psia szkoła</title>
<pubDate>2010-08-09</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=8&amp;lang_id=5</link>
<description>(...) na wystawie czy konkursie trudno spotkać więcej niż cztery &amp;#8222;egzemplarze&amp;#8221; w rasie, a tutaj udało się zebrać piętnaście sztuk. Oglądaliśmy, porównywaliśmy, rozmawialiśmy o hodowlach i hodowcach oraz oczywiście o polowaniu (...)
Wybrałem się z ze szczeniakiem na szkolenie. Tak naprawdę było to spotkanie właścicieli psów rasy wachtelhund, czyli płochacz niemiecki, zwołane drogą internetową celem integracji. Jak mówili koledzy, na wystawie czy konkursie trudno spotkać więcej niż cztery &amp;#8222;egzemplarze&amp;#8221; w rasie, a tutaj udało się zebrać piętnaście sztuk. Oglądaliśmy, porównywaliśmy, rozmawialiśmy o hodowlach i hodowcach oraz oczywiście o polowaniu. Ja bardzo chciałem zobaczyć, co ta rasa tak naprawdę potrafi i pogadać ze specjalistami na temat układania i prowadzenia mojego wachtla.
Kolega który zajmuje się na co dzień profesjonalnym szkoleniem psów pokazywał sposoby zakładania włóczki i ścieżki tropowej oraz na przykładzie swojej &amp;#8222;konkursowo&amp;#8221; ułożonej suki prezentował, jak pies powinien pracować w poszczególnych konkurencjach. Był z nami również sędzia konkursowy, który omawiał wszystkie &amp;#8222;dyscypliny&amp;#8221; i sposób oceniania pracy psa.
Moja Kuna była najmłodsza w grupie &amp;#8211; ma dopiero cztery miesiące &amp;#8211; więc traktowała większość zadań jako zabawę, wciąż próbując zachęcić inne psy do wspólnej gonitwy albo buszowania w wodzie. Te, które miały już dość zaczepek &amp;#8222;gówniarza&amp;#8221; warczały i szczerzyły zęby, na co Kuna odwracała się brzuchem do góry komunikując: &amp;#8222;jestem maluchem, nie zjadaj mnie&amp;#8221;, co z reguły wystarczało i nie wymagało dodatkowych interwencji. Większość psów była zresztą dobrze wyszkolona i nie było problemów z utrzymaniem dyscypliny.
Po dwóch dniach spędzonych na wyjeździe pies był już wykończony &amp;#8211; zresztą nie tylko mój, bo wszystkie wykazywały oznaki krańcowego &amp;#8222;złachania&amp;#8221;. Zarówno one, jak i my, miały w łapach naprawdę sporo kilometrów. Całość działa się na terenie ośrodka PZŁ w Mazuchach, gdzie organizowane są konkursy pracy psów myśliwskich, jest przygotowana sztuczna lisia nora, zagroda dla dzików oraz tereny do prowadzenia pozostałych konkurencji.
Oprócz czysto psich aspektów spotkanie miało oczywiście wymiar towarzyski &amp;#8211; był koncert muzyki myśliwskiej i nie tylko, degustacja różnych domowych specjałów oraz ognisko do rana. A ja tam byłem, miód i wino piłem &amp;#8230;</description>
</item>
<item>
<title>Maturalne rozterki</title>
<pubDate>2010-07-30</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=7&amp;lang_id=5</link>
<description>w dniu ogłaszania list kandydatów przyjętych na studia zawiesiły się serwery chyba wszystkich uniwersytetów w kraju i długo trzeba było czekać aż się odwieszą. Kto nie dostał się w pierwszej turze (wiadomo, dostawali się najlepsi, z wynikami bliskimi 100 procent z każdego przedmiotu branego pod uwagę), zaczynał gryźć paznokcie... 
Gdybym w tym roku zdawał maturę, a potem próbował dostać się na studia, nie wiem, czy bym to wytrzymał nerwowo. W mojej rodzinie tak się złożyło, że w tym roku była trójka maturzystów. Pomijając sam stres tychże właśnie osobników &amp;#8211; oraz ich rodziców &amp;#8211; cieszyłem się, że póki co mnie to nie dotyczy, a ze swojej matury pamiętam już same fajne chwile.
O tym, co myślę na temat egzaminu maturalnego w nowej formule oraz stopnia w jakim odzwierciedla on faktyczną wiedzę młodych ludzi &amp;#8211; zamilczę. Mądrzejsi ode mnie zużyli już na to od czerwca tony gazetowego papieru.
Ale po otrzymaniu wyników matury &amp;#8211; procentowych z każdego przedmiotu &amp;#8211; okazało się, że prawdziwy stres dopiero się zaczyna. Maturzyści nie znając jeszcze swoich wyników musieli dokonać rejestracji (ha ha &amp;#8211; i oczywiście opłaty) na wybrane kierunki studiów (80 PLN od kierunku). Potem w dniu ogłaszania list kandydatów przyjętych na studia zawiesiły się serwery chyba wszystkich uniwersytetów w kraju i długo trzeba było czekać aż się odwieszą. Kto nie dostał się w pierwszej turze (wiadomo, dostawali się najlepsi, z wynikami bliskimi 100 procent z każdego przedmiotu branego pod uwagę), zaczynał gryźć paznokcie. Po mniej więcej dwóch tygodniach, kiedy udało się uniwersytetom dojść do ładu z realnymi listami kandydatów (wiadomo, że każdy rejestrował się na mniej więcej dziesięć kierunków) którzy zostali przyjęci i dostarczyli wymagane dokumenty w terminie &amp;#8211; była druga tura, czyli listy wolnych miejsc. Potem trzecia, etc. Cały proces rekrutacji wciąż trwa. Wymaga jednak żelaznych nerwów i szybkiego łącza internetowego, bo dodzwonienie się do dziekanatu &amp;#8211; zupełnie jak za moich czasów &amp;#8211; graniczy z cudem. Gratuluję niniejszym wszystkim, którzy w tym roku dostali się na studia. I nie dostali zawału.</description>
</item>
<item>
<title>Blady świt</title>
<pubDate>2010-07-28</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=7&amp;lang_id=5</link>
<description>Tak więc miałem możliwość podziwiania licznych świtów i wschodów słońca, co jest wrażeniem fajnym pod warunkiem, że człowiek się obudzi i doprowadzi do przytomności... 

Ostatnia fala upałów trochę mi zdezorganizowała robotę, a dokładnie rzecz biorąc rytm pracy. To znaczy, że z wozakami w lesie umawiałem się na przykład na godzinę czwartą czy piątą rano, bo o siódmej czy ósmej gorąc był już taki, że nie dawało się wytrzymać. Poza tym przewoźnicy woleli być wcześniej, żeby uniknąć długiego stania w kolejce z surowcem w fabryce i ewentualnie zdążyć jeszcze wrócić po drugi kurs. Nie wszyscy zresztą mają supernowoczesne samochody z klimą i lodówką, a kiedy na dworze jest 40 stopni na słońcu i asfalt zaczyna parować, a czekać trzeba jak niegdyś na radzieckiej granicy co najmniej pięć godzin to nie jest za wesoło.
Tak więc miałem możliwość podziwiania licznych świtów i wschodów słońca, co jest wrażeniem fajnym pod warunkiem, że człowiek się obudzi i doprowadzi do przytomności.
Ale nie byłem sam &amp;#8211; pilarze pojawiali się w lesie tak samo wcześnie, wytrzymywali przy robocie maksymalnie do godziny dziesiątej. Przede wszystkim ze względu na temperaturę, ale również ze względu na owady. Dla komarów było za gorąco, ale gzy cięły niemiłosiernie nawet przez koszulę.
Przewoźnicy ponownie pojawiali się około czternastej, tak więc dzień pracy miałem zorganizowany podobnie jak w południowych krajach &amp;#8211; w Grecji, Hiszpanii czy Portugalii, gdzie między jedenastą a czternastą nie da się załatwić absolutnie nic, zamykają nawet poczty i banki &amp;#8211; bo upał. Tyle tylko, że tam nie otwierają ich o czwartej rano &amp;#8230;</description>
</item>
<item>
<title>Najlepszy przyjaciel człowieka</title>
<pubDate>2010-07-20</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=7&amp;lang_id=5</link>
<description>Nasza córka, wychowywana w miejscu gdzie jest dużo zwierząt, psa uważa za naturalny obiekt zabaw funkcjonujący w domu i rzadko czuje przed nim respekt, chyba, że jest dużo większy od niej. Tak samo naturalnie traktuje obecność konia czy kozy. Po powrocie do domu przypadkiem dowiedziałem się więcej na temat wypadku &amp;#8211; pies zerwał się z łańcucha i pogryzł nie jedną, ale trzy osoby, z których dwie leżą w szpitalu.Wczoraj moja córka na spacerze zauważyła stojące na chodniku karetki i straż pożarną. Tak długo dręczyła rodziców aż postanowili dowiedzieć się, co się stało. W końcu karetka i lekarze to element codzienności, a że chwilowo latorośl przeżywa etap fascynacji samochodami z sygnalizacją oraz gabinetami lekarskimi (entuzjazm opada nieco kiedy musi sama poddać się zabiegom lekarza), postanowiliśmy jej ciekawość zaspokoić. Nie było trudno, bo na poczcie, gdzie i tak musieliśmy chwilę odstać, huczało od plotek. Okazało się, że pies pogryzł małe dziecko, na tyle poważnie, że konieczna była hospitalizacja. Wygłosiłem więc później stosowną pogadankę edukacyjną na temat tego, że nie wolno dotykać obcych psów ani się do nich zbliżać itp. Nasza córka, wychowywana w miejscu gdzie jest dużo zwierząt, psa uważa za naturalny obiekt zabaw funkcjonujący w domu i rzadko czuje przed nim respekt, chyba, że jest dużo większy od niej. Tak samo naturalnie traktuje obecność konia czy kozy. Po powrocie do domu przypadkiem dowiedziałem się więcej na temat wypadku &amp;#8211; pies zerwał się z łańcucha i pogryzł nie jedną, ale trzy osoby, z których dwie leżą w szpitalu. Ten pies na szczęście był szczepiony i miał swojego właściciela (któremu notabene grozi do trzech lat więzienia za niedopełnienie obowiązku odpowiedniego zaopiekowania się psem będącym przedstawicielem rasy niebezpiecznej&amp;#8230; http://orzysz.wm.pl/11433,Amstaff-pogryzl-trzy-osoby-Kobieta-i-dziecko-w-szpitalu.html).
Natomiast w okresie wakacyjnym szczególnie rzuca się w oczy zwiększona liczba psów bez właścicieli, zarówno w okolicznych miastach, jak i w lesie. Ludzie znudzeni towarzystwem &amp;#8222;najlepszego przyjaciela człowieka&amp;#8221; postanawiają się go pozbyć na wakacje, choć coraz więcej hoteli i pensjonatów przyjmuje rodziny razem z czworonogami. Częstym widokiem jest zagubiony wyraźnie pies pędzący w sobie tylko znaną stronę wzdłuż drogi szybkiego ruchu. Czasami leży tam, gdzie &amp;#8222;wysiadł&amp;#8221;, przez kilka dni&amp;#8230; Jest to zjawisko cyklicznie występujące latem w mojej &amp;#8211; choć nie tylko mojej &amp;#8211; okolicy i wciąż nie jestem w stanie zrozumieć tych, którzy tak postępują.
 </description>
</item>
<item>
<title>Katastrofa budowlana</title>
<pubDate>2010-07-16</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=7&amp;lang_id=5</link>
<description>
Jaskółki zrobiły gniazdo u mnie w warsztacie. Musiała być to jakaś wada materiałowa, gdyż po pewnym czasie odpadło od ściany wraz z eskadrą lokatorów. Wyglądało to raczej beznadziejnie, ale postanowiłem spróbować ratować pisklaki. Były już dość duże, (opierzone, próbowały sił w lataniu) do samodzielności brakowało im jakiś tydzień &amp;#8211; półtora. Pozbierałem więc towar i włożyłem do małej skrzynki z sianem którą wetknąłem w załom muru. Małe jaskółki wcisnęły się w siano i zagospodarowały skrzynkę po swojemu (wcisnęły się w szczelinę między murem a dnem nowego gniazda). Ich rodzice bez problemu zaakceptowali zmianę i nie myśleli o porzuceniu lęgu. Nawet siano w skrzynce zostało jakoś uporządkowane w specjalny sposób.
Kolejnego dnia, podczas wizytacji, zauważyłem jednak brak jednej jaskółki. Pomyślałem, że nie udało jej się przeżyć przeprowadzki. Ale nie &amp;#8211; wieczorem pojawiła się z powrotem. Jak się okazuje, ta jedna umiała już latać i po prostu była gdzieś &amp;#8230; w terenie.
Zauważyłem też, że tegoroczne jaskółkowe lęgi były wyjątkowo udane &amp;#8211; wokół jesiona rosnącego przy podwórku krąży cała chmura małych jaskółek. Wrzeszczą strasznie. Jeżeli z każdego gniazda założonego w tym roku wyszły po 3-4 młode, to naprawdę mógłbym się tu doliczyć kilkuset sztuk &amp;#8230;</description>
</item>
<item>
<title>Żar z nieba</title>
<pubDate>2010-07-14</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=7&amp;lang_id=5</link>
<description>
Chciałem wczoraj trochę oszczędzić sobie wysiłku w upale i pojechać samochodem na jedną z upraw, żeby sprawdzić czy nie potrzebna będzie tam kolejna w tym roku pielęgnacja. W lesie w tym roku wszystko rośnie jak szalone &amp;#8211; ciepło i dużo wody to wszak idealne warunki.
Droga była troszkę wyboista &amp;#8211; co widać na zdjęciu &amp;#8211; i musiałem potem poczekać dość długo na traktor. Miałem więc sporo czasu i zdążyłem sprawdzić dokładnie &amp;#8211; pielęgnacja będzie potrzebna.
Pilarze kiedy zobaczyli, gdzie się zakopałem, byli trochę zaskoczeni. &amp;#8222;Panie leśniczy, my tu nawet traktorem nie wjeżdżamy!&amp;#8221;. Ja zwykle też omijałem to miejsce. Ale od upału ludzie robią dziwne rzeczy&amp;#8230;</description>
</item>
<item>
<title>Nastolatki na oceanach</title>
<pubDate>2010-07-13</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=7&amp;lang_id=5</link>
<description>"Taki wiatr oznaczał również duże i wredne fale. (&amp;#8230;) W sumie zaliczyłam cztery wywrotki, z czego druga była najpoważniejsza, bo maszt został wepchnięty 180 stopni pod wodę. Faktycznie wepchnięty to złe słowo &amp;#8211; najdokładniej mówiąc Ella&amp;#8217;s Pink Lady została uniesiona w górę, rzucona w dół fali a potem nakryta górą wody i gwałtownie wywrócona do góry dnem. (&amp;#8230;)"Ostatnio głośno się zrobiło o nieoficjalnym wyścigu &amp;#8211; kto będzie najmłodszym żeglarzem który opłynie świat dookoła. W historii żeglarskiej jest kilka takich przypadków, ale do tej pory &amp;#8222;najmłodszy&amp;#8221; znaczyło osiemnastoletni (Jesse Martin). Teraz ta granica znajduje się dużo niżej. To, czy tego rodzaju współzawodnictwo ma sens, to zupełnie inna sprawa.
W samodzielne oceaniczne rejsy wypływają 16-latki, za zgodą rodziców i przy ich absolutnym wsparciu. W jednej rodzinie &amp;#8211; fakt, że dużej, bo z siedmiorgiem dzieci &amp;#8211; najpierw po rekord wyruszył 17-letni brat &amp;#8211; Zac Sunderland (2008-2009), a rok później (2010) jego młodsza siostra, 16-letnia Abby Sunderland (ona jednak miała niedawno wypadek na morzu, straciła maszt i rejsu nie skończyła). Rekord Zaca pobił Anglik Mike Perham (młodszy od Zaca o 2 miesiące w chwili ukończenia rejsu). Obecnie przygotowuje się 15-letnia Laura Drekker z Holandii. Chciała wypłynąć wcześniej, ale nie pozwolił jej na to sąd ds. nieletnich i kazał poczekać na ukończenie 15 lat.
Większość tych młodych osób związana jest z żeglarstwem od pierwszych dni życia. Niektórzy nawet urodzili się na jachcie. Inni spędzili na nim długie lata i zamiast na placu zabaw bawili się na pokładzie. Najpierw nauczyli się sterować łodzią, a dopiero potem jeździć na rowerze. Trzeba przyznać, że to jest doświadczenie, którego nie da się zignorować. Ale warto zauważyć, że obecnie wokółziemski rejs jest dużo łatwiejszy niż kiedyś &amp;#8211; choć wciąż nie jest prosty, bo nikt nie zrobi nic za ciebie, a na jachcie jesteś sam. Jest jednak GPS i nie trzeba uczyć się nawigacji. Jest telefon satelitarny i można zadzwonić do domu. Na jachcie jest internet i bieżąca, superdokładna prognoza pogody. Cały ten sprzęt kosztuje obecnie dużo mniej niż jeszcze kilka lat temu, kiedy dostępny był tylko dla zawodowców mających superbogatych sponsorów. Ale żeglować trzeba umieć. Taki rejs to realizacja wielkich marzeń, i dowód na to, że można bardzo dużo, jeżeli się bardzo chce. (W Polsce świetnym przykładem jest Janek Mela, który niepełnosprawny po wypadku marzył o zdobyciu bieguna północnego, a z pomocą polarnika Marka Kamińskiego dotarł w 2004 roku na oba bieguny, a teraz pomaga innym.)
Najmłodszą obecnie osobą, której udało się opłynąć świat dookoła w samotnym rejsie non-stop, bez zawijania do portów i pomocy z zewnątrz jest Australijka Jessica Watson. Jej rejs trwał 210 dni i skończyła go w maju tego roku, kilka dni przed swoimi 17 urodzinami. Ci, którzy znają angielski, mogą poczytać więcej tutaj: http://www.jessicawatson.com.au/. Dla tych, którzy nie znają, poniżej tłumaczenie jednego z wpisów na blogu Jessiki. Na stronie dużo zdjęć z jej rejsu &amp;#8211; polecam.
Blog Jessiki Watson, 23 stycznia 2010, tłumaczenie i skróty własne
&amp;#8220;Moje słoneczne warunki skończyły się z przytupem. Ja i Ella&amp;#8217;s Pink Lady (łódka Jessiki &amp;#8211; przyp.tłum.) miałyśmy trochę ciekawych przeżyć. Siła wiatru miała wzrosnąć do bardzo silnego sztormu, ale żadna prognoza nie mówiła, że będzie to 65 węzłów jakie zanotowały przyrządy zanim straciłam je w trakcie wywrotki! (Wiatr powyżej 63 węzłów to w skali Beauforta huragan, 12 stopień, prędkość wiatru powyżej 117 km/h &amp;#8211; przyp.tłum.)
Taki wiatr oznaczał również duże i wredne fale. (&amp;#8230;) W sumie zaliczyłam cztery wywrotki, z czego druga była najpoważniejsza, bo maszt został wepchnięty 180 stopni pod wodę. Faktycznie wepchnięty to złe słowo &amp;#8211; najdokładniej mówiąc Ella&amp;#8217;s Pink Lady została uniesiona w górę, rzucona w dół fali a potem nakryta górą wody i gwałtownie wywrócona do góry dnem. (&amp;#8230;)
Ponieważ byłam całym ciałem skoncentrowana na tym, żeby się trzymać, po kabinie fruwały różne przedmioty, a Ella&amp;#8217;s Pink Lady trzeszcząc głośno narzekała, niemożliwa była ocena zniszczeń na pokładzie. W tym czasie raczej trudno mi było utrzymać pozytywne i racjonalne myślenie, ale ogólnie mogę stwierdzić, że kapitan (ja) zniósł to równie dobrze jak łódka. Oczywiście był to jeden z tych momentów, kiedy zadajesz sobie pytanie po co właściwie to wszystko robisz, ale ja mam bardzo długą listę powodów i nie mogę powiedzieć, że nie było warto, również dla takich chwil!
W samym środku tego dramatu mama odebrała najgorszy z możliwych telefonów od australijskiego centrum koordynacji ratowniczej (RCC) z informacją, że jedna z moich radioboi EPIRB (urządzeń powiadamiających o niebezpieczeństwie) została aktywowana. Jedna z wywrotek musiała spowodować automatyczne włączenie się jednego nadajnika bez mojej wiedzy. Na szczęście ja zadzwoniłam do domu kilka minut później zanim ktokolwiek naprawdę zdążył spanikować. Byłam zła, że taka głupia rzecz napędziła wszystkim takiego stracha! (&amp;#8230;)
Po sprzątnięciu najgorszego oraz pomimo tego, że udało mi się trochę przespać, wciąż czuję się jak wielka pianka cukrowa. Fizycznie ręce i nogi mam ciężkie i obolałe i oczywiście piękną kolekcję siniaków! Psychicznie czuję jakby przybyło mi dobre 10 lat, ale już wróciłam do siebie i jestem w dobrym nastroju, bo zbliżamy się do połowy trasy.
Kiedy wiatr się w końcu uspokoił, dostałam w prezencie nieprawdopodobnie piękny zachód słońca, a kiedy sprzątałam na pokładzie podpłynęło kilka delfinów, jakby sprawdzając czy wszystko jest OK. (&amp;#8230;) Mogłabym tak pisać i pisać, ale lepiej skończyć, bo i tak wyszła mi już długa powieść, a wciąż mam jeszcze dużo do zrobienia!
Jesse&amp;#8221;
 </description>
</item>
<item>
<title>Lato leśnych ludzi</title>
<pubDate>2010-07-10</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=7&amp;lang_id=5</link>
<description>Nareszcie przestało padać i zrobiło się ciepło. No i przyjechali letnicy &amp;#8211; moi koledzy ze studenckich czasów. Tak więc mieszkańcy leśniczówki realizują się towarzysko, prowadząc długie rozmowy i zażywając kąpieli w jeziorze (woda naprawdę już bardzo ciepła).

Mam wrażenie, że na Mazurach jest bardzo duży ruch turystyczny (wbrew prognozom zapowiadających regres około kryzysowy). Niekoniecznie jest to związane z żeglarstwem, ale ze zwykłą turystyką wypoczynkową. W pobliskich miejscowościach (nie będących wszak głównymi na szlaku Wielkich Jezior) widać głównie samochody na zamiejscowych rejestracjach. Na naszej prowincji oznacza to przede wszystkim kolejki w sklepach (rzecz na co dzień raczej niezwykła), wyższe ceny na stacjach benzynowych (jak w każdy długi weekend czy święta) oraz brak &amp;#8222;Gazety Wyborczej&amp;#8221; w kiosku. Ale i tak lato jest piękne, tym bardziej po tegorocznej wyjątkowo długiej zimie &amp;#8230;</description>
</item>
<item>
<title>Dom na końcu świata</title>
<pubDate>2010-06-29</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=6&amp;lang_id=5</link>
<description>Budynki w okolicznych miejscowościach piękne i świadczące o dawnej świetności tych miejsc. Architektura drewniana i ceglana, pełna detali, teraz w większości zaniedbana. Tory prowadzące donikąd, zapomniane stacje kolejowe, wiadukty po których nigdy nie przejechał pociąg &amp;#8230;
Wybrałem się na weekend do kolegi, który kupił stary dom młynarza. Ludzie w okolicy jeszcze pamiętają, jak trzydzieści lat temu woziło się do młyna ziarno do zmielenia na mąkę. Mąki nikt w sklepie nie kupował, a inna sprawa, że jej tam wcale nie było.
Okolica jest taka, że wrony tam nawet nie dolatują. Dookoła puszcza z porozrzucanymi pojedynczymi osadami, wszędzie park krajobrazowy, rezerwaty, obszary naturowe, torfowiska, bagna. W lesie można spotkać kamienie z napisami (część starannie odnowiona) mówiącymi o osiągnięciach cesarza Wilhelma. Budynki w okolicznych miejscowościach piękne i świadczące o dawnej świetności tych miejsc. Architektura drewniana i ceglana, pełna detali, teraz w większości zaniedbana. Tory prowadzące donikąd, zapomniane stacje kolejowe, wiadukty po których nigdy nie przejechał pociąg &amp;#8230;
Miejsce na styku trzech granic, gdzie z rzadka jedynie docierają turyści, bo sakramencko daleko, gdzie prawie cały rok wieje wiatr, sezon wegetacyjny jest jakoś o połowę krótszy niż np. w Wielkopolsce, gdzie niedaleko robi się znane w całej Polsce sery&amp;#8230; Czy ktoś wie, gdzie to jest???

Dom młynarza stoi jak można się domyślać nad wodą, obok jest młyn, stary i już nie działający. Przez staw przepływa rzeczka, dzięki czemu możliwe jest spiętrzenie wody i produkcja prądu. (Tutaj niestety kolega się spóźnił i nie udało mu się wykupić własnego źródła energii.) Fascynuje mnie bardzo potencjalna samowystarczalność takiego domu &amp;#8211; prąd z wody, panele słoneczne na dachu zapewniające ciepłą (latem nawet gorącą) wodę do mycia &amp;#8230;
Ogromna jest też ilość pracy jaką trzeba włożyć, żeby stary, przedwojenny, drewniany budynek doprowadzić do stanu używalności za pomocą generalnego remontu wszystkiego. Ale za to później jaka satysfakcja &amp;#8230;

 </description>
</item>
<item>
<title>Jak to się kiedyś robiło</title>
<pubDate>2010-06-28</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=6&amp;lang_id=5</link>
<description>Łódź, którą wyciągnąłem, była zrobiona z dwucentymetrowych desek sosnowych ułożonych w typowy sposób, na styk . Płaskie dno było wykonane z takich samych desek co burty, z tym, że były połączone na tzw. obce pióro. Wnętrze pomalowano na biało, co niewątpliwie miało efekt estetyczny... 
Zrobiłem kiedyś łódkę rybacką. Używamy jej z kolegą do dzisiaj. Tak się złożyło, że razu pewnego podczas połowów na pewnym jeziorze zobaczyłem leżącą na dnie starą, dziurawą łódź.
Bardzo mnie zaciekawiła i postanowiłem, że przyjrzę jej się bliżej. Znalazłem trochę czasu i udało mi się wyciągnąć ją niedawno na brzeg za pomocą haka. Razem z łodzią na brzeg wydostały się liczne żyjątka które ją skolonizowały. Na szczęście woda nie była głęboka i dość łatwo poszło.
Łódka okazała się faktycznie wykonana z niezwykłą starannością. Dzisiaj już niewiele osób potrafi robić takie łodzie z drewna. Oczywiście można wciąż znaleźć takich rzemieślników, ale dzisiaj za taką robotę trzeba zapłacić mnóstwo pieniędzy, w zależności jeszcze od rodzaju użytego drewna. Na zachodzie Europy wraca moda na tradycyjne szkutnictwo i można zauważyć powrót do technologii drewnianych, ale z wykorzystaniem wszystkich zdobyczy współczesnej techniki. W Polsce mamy dobrych szkutników i dla nich jest to szansa na sprzedanie tej szczególnej wiedzy za uczciwą cenę.

Kształt łódki był bardzo klasyczny, wymuszony przez konstrukcję i rodzaj użytego materiału, a jednocześnie praktyczny. Dwuelementowy dziób (stewa dziobowa ze specjalną nakładką) zapewniał opływowy kształt z przodu, a pawęż (rufa) wykonana z jednej, szerokiej deski, dawała stabilność.
Robione współcześnie z laminatów rybackie łódki są wzorowane właśnie na takich jednostkach, nawet z zachowaniem linii poszycia, co nie ma już konstrukcyjnego uzasadnienia, jedynie estetyczne. Oczywiście ich budowa jest w tej chwili tania i masowa, ale nie ma już w nich tego charakteru jaki mają drewniane łodzie.
Moim zdaniem jedyna sensowna myśl techniczna w przypadku współczesnych jachtów z laminatu dotyczy jachtów regatowych i wielokadłubowych, gdzie wciąż pracuje się nad taką modyfikacją linii dziobu i kształtów kadłuba, żeby jachty były nie tylko coraz szybsze, ale i coraz bezpieczniejsze.</description>
</item>
<item>
<title>Przedszkolaki w leśniczówce</title>
<pubDate>2010-06-22</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=6&amp;lang_id=5</link>
<description>Jak tu nie krzyczeć z radości na widok &amp;#8222;prawdziwego&amp;#8221; grzyba albo najprawdziwszej jagody na krzaku? Albo żuka? Albo motyla? Absolutnie nie-wy-ko-nal-ne.  Zamieszanie zwiększał jeszcze nasz trzymiesięczny szczeniak ...

Z okazji zbliżającego się końca roku szkolnego przedszkolaki z przedszkola mojej córki ruszyły na wycieczkę &amp;#8211; do naszej leśniczówki. Wcześniej żona ustaliła z paniami przedszkolankami scenariusz wycieczki oraz zestaw atrakcji jakie możemy maluchom zaproponować. W planie było m.in. oglądanie i karmienie kóz wierzbowymi gałązkami oraz piesza wyprawa do lasu.
Kozy, wypuszczone do ogródka, na widok dwudziestki dzieciaków energicznie machających gałęziami, postanowiły się przezornie trzymać z daleka. Jakoś były nieufne, tym bardziej,  że hałas przy tym był nieopisany. Trzeba więc było zmodyfikować trochę program. Panie ustawiły dzieci przy długiej, przygotowanej wcześniej linie i ruszyliśmy do lasu. Lina była ważna, bo każdy przedszkolak się jej trzymał, co przy pokonywaniu &amp;#8222;toru przeszkód&amp;#8221; w postaci błotnistych kałuż na drodze było istotne.
Kiedy najtrudniejszy odcinek trasy został zaliczony, pozwoliliśmy dzieciakom na samodzielny spacer. Wcześniej przez kilka dni panie opowiadały o tym, jak się trzeba zachowywać w lesie, ale teoria swoje a praktyka swoje.
Jak tu nie krzyczeć z radości na widok &amp;#8222;prawdziwego&amp;#8221; grzyba albo najprawdziwszej jagody na krzaku? Albo  żuka? Albo motyla? Absolutnie nie-wy-ko-nal-ne. Przedszkole wprawdzie nie jest &amp;#8222;wielkomiejskie&amp;#8221;, ale widać było, że dla niektórych dzieciaków możliwość zerwania jagody z krzaka jest wielkim przeżyciem, bo nigdy tego wcześniej nie robiły. Zamieszanie zwiększał jeszcze nasz trzymiesięczny szczeniak, który początkowo tak jak kozy bał się trochę dzieci, ale później dokazywał z nimi na całego.
Po powrocie do ogrodu leśniczówki przedszkolaki podjęły drugą próbę karmienia kóz, tym razem udaną. Zwierzaki z ciekawości podeszły w końcu &amp;#8222;do płota&amp;#8221;, a kiedy zorientowały się, że gałęzie są ich ulubione, czyli wierzbowe &amp;#8211; nastąpiła pełna integracja. Co odważniejsi chcieli nawet wejść na kozie podwórko, ale tego nie chcieliśmy ryzykować.
Półtorej godziny minęło bardzo szybko, maluchy zmęczone bieganiem odjechały do przedszkola na obiad i leżakowanie. Moja córka stanowczo odmówiła powrotu, oświadczając, że nie lubi autokarów i zostaje w domu. Ale była bardzo dumna z tego, że mogła wszystkim pokazać kozy i konie o których przez cały rok tylko opowiadała...
</description>
</item>
<item>
<title>Wirusy i turyści</title>
<pubDate>2010-06-21</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=6&amp;lang_id=5</link>
<description>Wczoraj po południu walczyłem właśnie z zawiłościami linuksa gdy na podwórku pojawiło się dwóch rowerzystów. Lał rzęsisty deszcz, a starsi panowie szukali schronienia. Okazali się turystami z prawdziwego zdarzenia &amp;#8211; na swoich rowerach mieli wszystko, co niezbędne w dalekiej podróży. 
&amp;lt;!-- 		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } 		P { margin-bottom: 0.21cm } 	--&amp;gt;
Od niedawna w leśniczówce mamy już całkiem dobrze działający internet. Prawie udało się nam już zapomnieć o epoce modemu telefonicznego i transferu na poziomie maksymalnie 30kbit/sekundę. Teraz w okolicy wyrastają coraz mocniejsze nadajniki i wystarczy co jakiś czas sprawdzać, który ma u nas lepszy zasięg, żeby uzyskać stały transfer na poziomie 1 Mb/sek. Naprawdę postęp gigantyczny.
Ale ten fakt ma plusy dodatnie, jak mawiał były prezydent Wałęsa, oraz plusy ujemne. Takim plusem ujemnym dobrego łącza internetowego jest zwiększone zagrożenie wirusami, programami szpiegowskimi, koniami trojańskimi oraz wszelkim innym złośliwym oprogramowaniem. Przy połączeniu telefonicznym transfer jest tak wolny, że nic nie zdąży przeniknąć do komputera, a poza tym połączenie jest często przerywane. w sposób fizyczny. Przy stałym łączu konieczna jest dobra stała ochrona typu zapory (&amp;#8222;firewall&amp;#8221;) oraz program antywirusowy. Oba muszą ze sobą współdziałać, bo jeżeli tak nie będzie, spowolnią komputer do prędkości żółwia i uniemożliwią jakąkolwiek na nim działalność.
W naszym przypadku zabezpieczenia okazały się niewystarczające. Kolega próbuje go teraz reanimować za pomocą powtórnej instalacji systemu operacyjnego, a ja musiałem wyciągnąć z szafy stary komputer, na którym praca jest trudniejsza, bo nie ma tam popularnych &amp;#8222;windowsów&amp;#8221; tylko system linuksowy. Dla początkującego użytkownika tego systemu, jak ja, to na początku  trochę trudne, ale dla komputera dużo lepsze. Nie ma zbyt dużo wirusów linuksowych (bo nie opłaca się ich pisać &amp;#8211; zbyt mało osób korzysta z tego systemu), więc nie trzeba tak się pilnować...
Wczoraj po południu walczyłem właśnie z zawiłościami linuksa gdy na podwórku pojawiło się dwóch rowerzystów. Lał rzęsisty deszcz, a starsi panowie szukali schronienia. Okazali się turystami z prawdziwego zdarzenia &amp;#8211; na swoich rowerach mieli wszystko, co niezbędne w dalekiej podróży. Jechali z Malborka, mieli już za sobą odwiedziny na wyspie Wolin a teraz zmierzali w inne rejony Polski. Przenocowali na strychu z sianem i wczesnym rankiem zniknęli. Jak  widać nie wszyscy spędzają wakacje w sposób zorganizowany i nawet na emeryturze ludzie mają chęć na szczególnego rodzaju przygody.
</description>
</item>
<item>
<title>Historii z gniazdem ciąg dalszy</title>
<pubDate>2010-06-20</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=6&amp;lang_id=5</link>
<description>Zagadka jednego pustego gniazda i drugiego niedokończonego została rozwiązana w stylu historii kryminalnej...

Pisałem jakiś czas temu o gnieździe które znalazłem u siebie w lesie i które zgłosiłem w nadleśnictwie. Wezwany został specjalista z Komitetu Ochrony Orłów z którym ruszyłem na powierzchnię. Ornitolog obejrzał puste gniazdo i powiedział: &amp;#8222;Bocian czarny&amp;#8221;.
Gniazdo jest typowe  dla tego gatunku ze względu na lokalizację (stary sosnowy las, blisko śródleśnych łąk oraz zarastającego jeziorka i kilkudziesięciu hektarów bagien) oraz niedbałą, również charakterystyczną konstrukcję. Pozornie wygląda na mało stabilne i tymczasowe, choć wcale takie nie musi być.
W okolicy gniazduje wiele gatunków ptaków, którym takie miejsce odpowiada &amp;#8211; jest derkacz, żurawie, czajki, słonki, no i czasami jak wiadomo bocian czarny. Jak powiedział ornitolog, bocianie gniazdo było na pewno zamieszkane, o czym świadczy m. in. jego wielkość, ale teraz stoi puste. Nie oznacza to jednak, że nie zostanie znowu zasiedlone.
Krążąc po okolicy zauważyliśmy jeszcze jedno gniazdo bociana czarnego &amp;#8211; tym razem była to rozpoczęta ale niedokończona budowa. Ja sam nie uznałbym tej  leżącej w koronie sosny garści gałęzi za początek gniazda, ale taki bociani styl.
Znaleźliśmy również pióro bielika. Tym samym zagadka jednego pustego gniazda i drugiego niedokończonego została rozwiązana w stylu historii kryminalnej. Otóż bieliki zdaniem ornitologa często polują na bociany czarne i równie często niszczą ich lęgi. Ta lokalizacja jest już  na pewno okolicznym bielikom znana.
Ustaliliśmy więc, że zrąb, który miałem  tam wycinać, nie  zostanie założony ani w tym  roku ani w tym dziesięcioleciu. Dla drzewostanu &amp;#8211; studwudziestoletniego sosnowego lasu - nie ma to większego znaczenia. Jeżeli w tym czasie bocian  się tam nie pojawi, trudno. Swoją drogą ornitologowi  bardzo podobała się okolica bocianich gniazd i jej bioróżnorodność. Próbowaliśmy wyobrazić ją sobie  sto lat temu, zanim miejscowa niemiecka administracja leśna rozpoczęła prace melioracyjne. Dzisiaj jasno widać, że nic one nie  wniosły &amp;#8211; uzyskane dzięki osuszaniu terenu łąki były zbyt ubogie żeby dało się je użytkować rolniczo. Ale takie były czasy &amp;#8211; spuszczano wodę nawet  z dużego jeziora Orzysz żeby zyskać dodatkowe hektary pod uprawę. I to wszystko nie dla szalonej idei, ale po prostu z głodu &amp;#8211; okoliczne ziemie nie były  w stanie wyżywić swoich mieszkańców bez sztucznych nawozów. Dzisiaj również znalezienie na Mazurach kawałka ziemi dobrej klasy nie jest łatwe, ale za to bioróżnorodność wciąż wielka.
 </description>
</item>
<item>
<title>Manewry pożarowe</title>
<pubDate>2010-06-12</pubDate>
<link>http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&amp;id_blog=3&amp;year=2010&amp;month=6&amp;lang_id=5</link>
<description>Manewry odbywały się na terenie trzech sąsiadujących leśnictw, w tym mojego. Niestety nie mogłem uczestniczyć w całości, bo miałem tego dnia również inne obowiązki, ale było ciekawie. Zablokowane były wszystkie drogi dojazdowe do miejsc &amp;#8222;wypadków&amp;#8221; oraz punktów czerpania wody, cały teren był pod nadzorem straży i mogły się po nim poruszać jedynie pojazdy biorące udział w akcjach.
W ubiegłym tygodniu odbyły się na terenie nadleśnictwa powiatowe ćwiczenia zawodowych i ochotniczych jednostek straży pożarnej oraz wydziału zarządzania kryzysowego powiatu piskiego.
W ramach tych ćwiczeń przewidziano akcję ratowniczą po pozorowanym upadku samolotu na poligonie oraz gaszenie pozorowanego pożaru w lesie. Manewry odbywały się na terenie trzech sąsiadujących leśnictw, w tym mojego. Niestety nie mogłem uczestniczyć w całości, bo miałem tego dnia również inne obowiązki, ale było ciekawie. Zablokowane były wszystkie drogi dojazdowe do miejsc &amp;#8222;wypadków&amp;#8221; oraz punktów czerpania wody, cały teren był pod nadzorem straży i mogły się po nim poruszać jedynie pojazdy biorące udział w akcjach.
Wszyscy kierujący poszczególnymi fragmentami działań zaopatrzeni byli w radiotelefony, bo przeprowadzenie ćwiczeń wymagało nie tylko koordynacji kilku grup ale również zatrzymania strzelań na poligonie. Z tej okazji pojawili się też przedstawiciele wojska służbowym hummerem &amp;#8211; bardzo zadowoleni ze swojej roli obserwatorów oraz z wyjątkowego pojazdu którym mogli się przejechać. Tutaj w okolicy taki hummer nie budzi już emocji wśród cywilów, bo w trakcie manewrów te samochody jeżdżą po drogach całymi grupami, ale zawsze fajnie obejrzeć go z bliska.
</description>
</item>
</channel>
</rss>