dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

2010-01-26

Dzisiaj porządkowałem w kancelarii dokumenty. Żeby zrobić sobie przerwę, wyszedłem na łąkę. A tam – ruch jak wiosną (chwilowo było tylko minus dwanaście). Na zdjęciach widać rodzinę łosi – klempa wyprowadziła łoszaki na żer pędowy. Zauważyłem też żerowisko zająca, który też coś sobie spod śniegu wykopał …


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Powrót do tradycji
2010-01-25
Jeszcze do dzisiaj rana nic nie robiłem sobie z trzaskającego mrozu (nawet wskazania termometru w pokoju gdzie piszę ten tekst – trzynaście na plusie – były drobnym problemem).

Świt kiedy jest trzydzieści stopni na minusie jest naprawdę piękny. Wyruszyłem  z samego rana odpalić auto żony (zwykle niezawodny pojazd). Śnieg wspaniale skrzypiał pod butami, ale samochód nawet nie dygnął. Zamarzł.

Przy śniadaniu okazało się, że w butli z gazem brakuje tego najważniejszego – gazu.

Na szczęście oprócz płyty gazowej mam w domu starą, kaflową pieco-kuchnię. Nie użyłem jej wprawdzie ani razu jak tu mieszkam, ale podobno poprzedni lokatorzy palili w niej codziennie. Więc dziś nie było wyjścia – trzeba było sprawdzić czy działa, bo przy takim mrozie ciepły obiad wart jest każdego wysiłku. Okazało się, że kuchnia sprawuje się całkiem nieźle. Mój poprzednik sam ją zbudował i niewątpliwie był z niej dumny, choć ja gdybym miał na niej codziennie gotować to bym ją troszeczkę przerobił. (Taka piecokuchnia była u mnie w domu jak byłem mały, więc pamiętam, jak była zrobiona i jak może działać.) Póki co nie narzekam. Miałem już też okazję przećwiczyć odwieczną lekcję z moją córką : „a nie mówiłem żebyś nie dotykała gorących drzwiczek”.

W południe, kiedy już było całkiem „ciepło”, poszedłem się przejść do lasu. Operujące słońce zachęciło sarny do wyjścia za karmą na łąkę. Ostra zima daje im w kość, ale póki jest mniej niż pół metra śniegu to zdrowe i silne osobniki z łatwością sobie poradzą. Słabe i chore tracą szybko siłę. Ich czujność maleje i stają się łatwą zdobyczą. Sarny z łąki obserwowały mnie z bezpiecznej odległości i nie zamierzały tracić sił na jakieś zbędne bieganie. Przyjemnie się wymarzłem i wróciłem do domu rozpalić w pieco-kuchni.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Ciepło-zimno
2010-01-24

Mróz u mnie jak chyba wszędzie – nad ranem minus dwadzieścia pięć stopni. Sporo. Ale któregoś dnia sam się zdziwiłem – wyszedłem na podwórko, nawiozłem taczką trochę drewna do piwnicy i pomyślałem sobie: „Jakoś tak dzisiaj ciepło”. Wróciłem do domu i spojrzałem na termometr – było jakieś minus siedem. Chyba więc się już do zimowej aury przyzwyczajam. Powyżej minus pięciu jest już całkiem ciepło.

Ale nie sądzę, żebym doszedł do takiego stanu przyzwyczajenia, o jakim czytałem niedawno. (W ogóle zima sprzyja lekturze – jest jakoś więcej czasu, a ponieważ brak telewizora uwalnia mnie od teleturniejów i tym podobnych, mogę sobie poczytać.) Książka jest autorstwa Jacka Hugo-Badera i ma tytuł „Biała gorączka”. Ogólnie jest o niedawnej podróży przez Syberię, ale dość nietypowej. Otóż autor „zwiedza” syberyjskie rejony samochodem typu UAZ – sam takim jeździłem przez pierwszych kilka lat pracy w lesie, więc wiele z opisywanych przez niego „narowów” tej radzieckiej produkcji terenówki jest mi dobrze znanych. Gość się do podróży w warunkach syberyjskiej zimy solidnie przygotował. Samochód kupił w Moskwie i w miejscowym warsztacie dostosował go do podróży, słuchając wartych złote góry rad mechanika, który UAZ-a był w stanie rozłożyć i złożyć z zamkniętymi oczami. Woził ze sobą drewno, żeby w razie czego móc rozpalić ognisko pod miską olejową, miał zestaw najbardziej awaryjnych części, a większość instalacji (elektryka, rozruch) została tak poprowadzona, że oprócz wersji podstawowej była również zapasowa a czasami i jeszcze jedna awaryjna. Zuch!

Ale miała być anegdotka o mrozie. Otóż dojeżdża nasz bohater do jakiegoś miasta gdzieś daleko na Syberii, gdzie zwykle zimą temperatury sięgają minus czterdziestu stopni. Jest wyjątkowo pogodny i ciepły dzień, minus dwadzieścia. Odwiedza znajomych. Okazuje się, że ponieważ jest tak ciepło, nie palą oni dzisiaj w piecu, a kilkumiesięcznego niemowlaka wystawiają przed dom, żeby trochę pooddychał świeżym powietrzem …

Więc ja nie doszedłem jeszcze do fazy, że przy odczuwanej przeze mnie chwilowo jako „ciepłej” temperaturze minus pięć nie palę w piecu. Ale kto wie – jeszcze kilka miesięcy takiej zimy …

P.S. Książkę polecam. Chciałem nawet zeskanować okładkę, ale okazuje się, że w międzyczasie komuś już tę literaturę pożyczyłem (na szczęście pamiętam komu). Zadziwia mnie również w tej lekturze jedna rzecz – niezmienność pewnych kwestii w rosyjskiej rzeczywistości od stuleci. To samo pisze o niektórych sprawach markiz de Custine w roku 1839 („Listy z Rosji”), to samo A.F. Ossendowski w latach 1920-25, to samo Hugo-Bader w latach 2006-08. Prawie dwieście lat.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kto spotyka w lesie dzika …
2010-01-21

Historia jest taka, że zepsuł mi się samochód. Nie pierwszy raz, ale wygląda na to, że tym razem to nie żarty. Mam nadzieję – odpukać – że się mylę i skończy się jak zawsze, na jakiejś drobnej naprawie którą będę w stanie wykonać sam. Oczywiście jak zmobilizuję najpierw pilarzy z traktorem, którzy przyciągną mi mojego „szerszenia” na podwórko.

Że samochód się zepsuł, to jeden pech. Konsekwencja awarii była też taka, że trzeba było z buta ruszać do domu, a to kawałek drogi. Szedłem więc raźno przez las, a pies myszkował po okolicy. W pewnym momencie zobaczyłem, jak pies pędzi w moim kierunku, a jakieś dwa metry za nim równie szybko porusza się tęgi dzik … Kaban miał z osiemdziesiąt kilogramów.

Było to, przyznaje, trochę zaskakujące … Oczywiście dzik, kiedy mnie tylko zauważył, skręcił do lasu i tyle go widziałem. Oglądałem zresztą potem znajdujące się w pobliżu miejsca świeżo pobuchtowane przez dziki – musiały tam niedawno szukać pod śniegiem pokarmu, pies je spłoszył, a jeden postanowił dać burkowi nauczkę. W głębokim, kopnym śniegu miał naprawdę spore szanse.

Przyznam, że zanim dzik skręcił do lasu, przez chwilę zupełnie na serio pomyślałem o jakimś drzewie na które dałoby się szybko wejść. Stałem przecież w lesie, więc wiedziałem, że jest ich w okolicy trochę… Nie rozglądałem się wprawdzie nerwowo, ale adrenalina jakaś się jednak pojawiła.

Słyszałem też inną historię - ktoś opowiadał, że był w podobnej sytuacji, tyle, że zamiast dzika za psem podążał… wilk. Wilk również po zobaczeniu człowieka zrezygnował z potencjalnej kolacji, ale adrenalina niewątpliwie była dużo wyższa.


Oceń wpis | Ilość głosów: 3 | Średnia ocena: 6
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nowe terytoria
2010-01-17

Tak więc od pierwszego stycznia w ramach reorganizacji w Lasach Państwowych moje leśnictwo automatycznie się powiększyło. Na początku miesiąca protokolarnie przejąłem oddziały z sąsiedniego leśnictwa co daje mi teraz w sumie 1300 ha powierzchni. Nie jest to jeszcze być może docelowa wielkość obszaru, bo według dyrekcji średnia powierzchnia powinna wynosić około 1600 ha przy dwuosobowej obsadzie – leśniczy plus podleśniczy – w zależności od prognozowanego rozmiaru prac. No właśnie. Kiedy przyjrzałem się dokumentacji Biura Urządzania Lasu (aktualnie obowiązujący mnie plan urządzania lasu na lata 2010-2019) to okazuje się, że rozmiar pozyskania wykracza daleko poza „normę”, ustaloną na 6-7 tysięcy metrów w leśnictwie o 1600 ha powierzchni. Wychodzi na to, że w przeciągu najbliższych dziesięciu lat ze wszystkich zrębów mam do pozyskania ponad 70 tysięcy metrów sześciennych drewna. Jak można łatwo obliczyć, na jeden rok przypada siedem tysięcy metrów na dwudziestu hektarach zrębu (czyli normę w pozyskaniu surowca wyrobię na pewno). Ale trzeba dodać jeszcze zabiegi pielęgnacyjne (trzebieże wczesne i późne) na kolejnych sześciuset hektarach, gdzie moim zdaniem wyjdzie około 2500-3000 metrów rocznie. Czyli na dziesięć lat mam około stu tysięcy metrów do zrobienia – naprawdę dużo.

(Kiedy przyszedłem do pracy, leśnictwa były o wiele większe – ja dostałem na początek powierzchnię 2200 ha. Muszę przyznać, że gospodarka na takim terenie była trudna, a zakres prac ogromny, co przyznawali wszyscy leśnicy. Później powierzchnie leśnictw znacznie zmniejszono, a teraz się znów powiększa – każda władza ma swoją koncepcję rozwoju firmy.)

Przy pozyskaniu rzędu 10 tysięcy metrów rocznie sama ewidencja drewna i logistyka jego dystrybucji oraz „papierologia” z tym związana to sporo pracy. Obawiam się, że na obserwację przyrody oraz pracę koncepcyjną np. nad odnowieniami naturalnymi może być krótko z czasem. Wtedy zaczyna się wszystko robić sztampowo według schematów. Mam nadzieję, że zdrowie leśniczemu będzie dopisywało.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 7.5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Karmnik dla krogulca?
2010-01-08

Ponieważ mróz trzyma, postanowiłem samodzielnie zadbać o przydomowe sikorki. Wieszam im słoninę, robię w misce mieszankę z ziaren i smalcu i stawiam na parapecie. Zawsze miło jest przy śniadaniu pooglądać ptaszyska. No właśnie. Któregoś dnia zauważyłem wśród sikorek nagłe poruszenie, a potem pojawił się znikąd duży ptak, złapał próbującą uciec sikorkę i zniknął. Później widziałem go na płocie. Następnego dnia atak się powtórzył, z tym że napastnik po złapaniu ofiary wylądował na śniegu … tuż przed nosem psa. Pies zajęty był akurat ogryzaniem kości i nie zdążył pochwycić krogulca, choć miał na to wielką ochotę – sytuacja jednak go przerosła. (Na sikorki suka już patrzy obojętnie, chociaż przez pierwsze kilka dni siadała przed oknem i obserwowała buszujące po parapecie ptaki – nawet pies ma słabość do niekończących się seriali.)

Znajomy ornitolog, który akurat wpadł na parę dni, powiedział: „Ale fajowo, masz karmnik dla krogulca!”. Przyznam, że moje założenia były inne. Przestawiłem miskę z ziarnami w lepsze miejsce, mam nadzieję, że sikorkom będzie teraz łatwiej uciekać.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Ocieplenie klimatu
2010-01-08

To ostatnio bardzo modne hasło, lansowane w mediach ogólnopolskich oraz niszowych. W trosce o skutki tego zjawiska na niedawno zakończonej konferencji klimatycznej w Kopenhadze ustalono m.in., że do końca stycznia 2010 wszystkie państwa biorące udział w konferencji przekażą plany redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz że kraje „bogate” w latach 2010-2012 wyłożą 30 miliardów dolarów na pomoc dla krajów rozwijających się ukierunkowaną na walkę ze zmianami klimatycznymi. W latach 2012-2020 fundusze te mają sięgnąć 100 mld dolarów.

Klęski „klimatyczne” zdarzały się od zawsze na naszej planecie, a ludzkość stosowała różne rozwiązania. Na jedno z nich natknąłem się w kolejnej książce F.A. Ossendowskiego – „Cień ponurego Wschodu”. Autor opisuje swoje wrażenia z podróży przez Syberię oraz sowiecką Rosję w latach dwudziestych XX wieku, w czasach wyjątkowo gorących politycznie i niewątpliwie wielce ciekawych również naukowo. Opisuje, jak w pewnej wiosce gnębionej deszczami i powodziami wieśniacy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Zorganizowali się i pojęli działania ostateczne. Kiedy modły w cerkwi nie pomogły, odnaleziono stare, jeszcze pogańskie miejsce kultu, gdzie udali się wszyscy starzy mieszkańcy wioski a dawny kapłan zabił w ofierze czarnego koguta. Niestety nie wiemy, na ile sposób ten okazał się skuteczny, bo Ossendowski pojechał dalej.

Obawiam się jednak, że skutek działań w Kopenhadze i działań w syberyjskiej głuszy jest podobny, różne są jedynie koszty. Katastrofy klimatyczne były, są i będą. Toczą się wciąż dyskusje dotyczące tego, czy naprawdę należy martwić się wzrostem poziomu CO2. A może winny jest metan? Liczę na to, że pokolenie czytelników tego bloga rozwiąże moje dylematy już za kilka, kilkanaście lat.

Oczywiście jestem jak najbardziej za oszczędnością energii i wody, segregacją śmieci i stosowaniem technologii maksymalnie przyjaznych środowisku. Uważam, że wymaga tego od nas szacunek dla przyrody, dzięki której powstaliśmy i dzięki której jeszcze funkcjonujemy jako gatunek. Po prostu.

 To moja subiektywna opinia. Jeżeli ktoś chce poczytać zdanie odrębne, oto link do artykułu Adama Wajraka:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,99039,7270496,Zaufajmy_nauce__a_nie_klimatycznym_znachorom.html


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (1) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface