Dzisiaj porządkowałem w kancelarii
dokumenty. Żeby zrobić sobie przerwę, wyszedłem na łąkę. A tam – ruch jak
wiosną (chwilowo było tylko minus dwanaście). Na zdjęciach widać rodzinę łosi –
klempa wyprowadziła łoszaki na żer pędowy. Zauważyłem też żerowisko zająca, który
też coś sobie spod śniegu wykopał …
Jeszcze do dzisiaj rana nic nie
robiłem sobie z trzaskającego mrozu (nawet wskazania termometru w pokoju gdzie
piszę ten tekst – trzynaście na plusie – były drobnym problemem).
Świt kiedy jest trzydzieści
stopni na minusie jest naprawdę piękny. Wyruszyłemz samego rana odpalić auto żony (zwykle
niezawodny pojazd). Śnieg wspaniale skrzypiał pod butami, ale samochód nawet
nie dygnął. Zamarzł.
Przy śniadaniu okazało się, że w butli
z gazem brakuje tego najważniejszego – gazu.
Na szczęście oprócz płyty gazowej
mam w domu starą, kaflową pieco-kuchnię. Nie użyłem jej wprawdzie ani razu jak
tu mieszkam, ale podobno poprzedni lokatorzy palili w niej codziennie. Więc dziś
nie było wyjścia – trzeba było sprawdzić czy działa, bo przy takim mrozie
ciepły obiad wart jest każdego wysiłku. Okazało się, że kuchnia sprawuje się
całkiem nieźle. Mój poprzednik sam ją zbudował i niewątpliwie był z niej dumny,
choć ja gdybym miał na niej codziennie gotować to bym ją troszeczkę przerobił. (Taka
piecokuchnia była u mnie w domu jak byłem mały, więc pamiętam, jak była
zrobiona i jak może działać.) Póki co nie narzekam. Miałem już też okazję przećwiczyć
odwieczną lekcję z moją córką : „a nie mówiłem żebyś nie dotykała gorących drzwiczek”.
W południe, kiedy już było całkiem
„ciepło”, poszedłem się przejść do lasu. Operujące słońce zachęciło sarny do wyjścia
za karmą na łąkę. Ostra zima daje im w kość, ale póki jest mniej niż pół metra
śniegu to zdrowe i silne osobniki z łatwością sobie poradzą. Słabe i chore
tracą szybko siłę. Ich czujność maleje i stają się łatwą zdobyczą. Sarny z łąki
obserwowały mnie z bezpiecznej odległości i nie zamierzały tracić sił na jakieś
zbędne bieganie. Przyjemnie się wymarzłem i wróciłem do domu rozpalić w pieco-kuchni.
Mróz u mnie jak chyba wszędzie –
nad ranem minus dwadzieścia pięć stopni. Sporo. Ale któregoś dnia sam się
zdziwiłem – wyszedłem na podwórko, nawiozłem taczką trochę drewna do piwnicy i
pomyślałem sobie: „Jakoś tak dzisiaj ciepło”. Wróciłem do domu i spojrzałem na
termometr – było jakieś minus siedem. Chyba więc się już do zimowej aury
przyzwyczajam. Powyżej minus pięciu jest już całkiem ciepło.
Ale nie sądzę, żebym doszedł do
takiego stanu przyzwyczajenia, o jakim czytałem niedawno. (W ogóle zima sprzyja
lekturze – jest jakoś więcej czasu, a ponieważ brak telewizora uwalnia mnie od
teleturniejów i tym podobnych, mogę sobie poczytać.) Książka jest autorstwa
Jacka Hugo-Badera i ma tytuł „Biała gorączka”. Ogólnie jest o niedawnej podróży
przez Syberię, ale dość nietypowej. Otóż autor „zwiedza” syberyjskie rejony
samochodem typu UAZ – sam takim jeździłem przez pierwszych kilka lat pracy w
lesie, więc wiele z opisywanych przez niego „narowów” tej radzieckiej produkcji
terenówki jest mi dobrze znanych. Gość się do podróży w warunkach syberyjskiej
zimy solidnie przygotował. Samochód kupił w Moskwie i w miejscowym warsztacie
dostosował go do podróży, słuchając wartych złote góry rad mechanika, który
UAZ-a był w stanie rozłożyć i złożyć z zamkniętymi oczami. Woził ze sobą
drewno, żeby w razie czego móc rozpalić ognisko pod miską olejową, miał zestaw
najbardziej awaryjnych części, a większość instalacji (elektryka, rozruch)
została tak poprowadzona, że oprócz wersji podstawowej była również zapasowa a
czasami i jeszcze jedna awaryjna. Zuch!
Ale miała być anegdotka o mrozie.
Otóż dojeżdża nasz bohater do jakiegoś miasta gdzieś daleko na Syberii, gdzie
zwykle zimą temperatury sięgają minus czterdziestu stopni. Jest wyjątkowo
pogodny i ciepły dzień, minus dwadzieścia. Odwiedza znajomych. Okazuje się, że
ponieważ jest tak ciepło, nie palą oni dzisiaj w piecu, a kilkumiesięcznego
niemowlaka wystawiają przed dom, żeby trochę pooddychał świeżym powietrzem …
Więc ja nie doszedłem jeszcze do
fazy, że przy odczuwanej przeze mnie chwilowo jako „ciepłej” temperaturze minus
pięć nie palę w piecu. Ale kto wie – jeszcze kilka miesięcy takiej zimy …
P.S. Książkę polecam. Chciałem
nawet zeskanować okładkę, ale okazuje się, że w międzyczasie komuś już tę
literaturę pożyczyłem (na szczęście pamiętam komu). Zadziwia mnie również w tej
lekturze jedna rzecz – niezmienność pewnych kwestii w rosyjskiej rzeczywistości
od stuleci. To samo pisze o niektórych sprawach markiz de Custine w roku 1839
(„Listy z Rosji”), to samo A.F. Ossendowski w latach 1920-25, to samo
Hugo-Bader w latach 2006-08. Prawie dwieście lat.
Historia jest taka, że zepsuł mi się
samochód. Nie pierwszy raz, ale wygląda na to, że tym razem to nie żarty. Mam nadzieję
– odpukać – że się mylę i skończy się jak zawsze, na jakiejś drobnej naprawie
którą będę w stanie wykonać sam. Oczywiście jak zmobilizuję najpierw pilarzy z
traktorem, którzy przyciągną mi mojego „szerszenia” na podwórko.
Że samochód się zepsuł, to jeden
pech. Konsekwencja awarii była też taka, że trzeba było z buta ruszać do domu,
a to kawałek drogi. Szedłem więc raźno przez las, a pies myszkował po okolicy. W
pewnym momencie zobaczyłem, jak pies pędzi w moim kierunku, a jakieś dwa metry za
nim równie szybko porusza się tęgi dzik … Kaban miał z osiemdziesiąt
kilogramów.
Było to, przyznaje, trochę
zaskakujące … Oczywiście dzik, kiedy mnie tylko zauważył, skręcił do lasu i
tyle go widziałem. Oglądałem zresztą potem znajdujące się w pobliżu miejsca
świeżo pobuchtowane przez dziki – musiały tam niedawno szukać pod śniegiem pokarmu,
pies je spłoszył, a jeden postanowił dać burkowi nauczkę. W głębokim, kopnym śniegu
miał naprawdę spore szanse.
Przyznam, że zanim dzik skręcił
do lasu, przez chwilę zupełnie na serio pomyślałem o jakimś drzewie na które
dałoby się szybko wejść. Stałem przecież w lesie, więc wiedziałem, że jest ich
w okolicy trochę… Nie rozglądałem się wprawdzie nerwowo, ale adrenalina jakaś
się jednak pojawiła.
Słyszałem też inną historię -
ktoś opowiadał, że był w podobnej sytuacji, tyle, że zamiast dzika za psem
podążał… wilk. Wilk również po zobaczeniu człowieka zrezygnował z potencjalnej
kolacji, ale adrenalina niewątpliwie była dużo wyższa.
Tak więc od pierwszego stycznia w
ramach reorganizacji w Lasach Państwowych moje leśnictwo automatycznie się powiększyło.
Na początku miesiąca protokolarnie przejąłem oddziały z sąsiedniego leśnictwa
co daje mi teraz w sumie 1300 ha powierzchni. Nie jest to jeszcze być może docelowa
wielkość obszaru, bo według dyrekcji średnia powierzchnia powinna wynosić około
1600 ha przy dwuosobowej obsadzie – leśniczy plus podleśniczy – w zależności od
prognozowanego rozmiaru prac. No właśnie. Kiedy przyjrzałem się dokumentacji Biura
Urządzania Lasu (aktualnie obowiązujący mnie plan urządzania lasu na lata 2010-2019)
to okazuje się, że rozmiar pozyskania wykracza daleko poza „normę”, ustaloną na
6-7 tysięcy metrów w leśnictwie o 1600 ha powierzchni. Wychodzi na to, że w
przeciągu najbliższych dziesięciu lat ze wszystkich zrębów mam do pozyskania
ponad 70 tysięcy metrów sześciennych drewna. Jak można łatwo obliczyć, na jeden
rok przypada siedem tysięcy metrów na dwudziestu hektarach zrębu (czyli normę w
pozyskaniu surowca wyrobię na pewno). Ale trzeba dodać jeszcze zabiegi
pielęgnacyjne (trzebieże wczesne i późne) na kolejnych sześciuset hektarach, gdzie
moim zdaniem wyjdzie około 2500-3000 metrów rocznie. Czyli na dziesięć lat mam
około stu tysięcy metrów do zrobienia – naprawdę dużo.
(Kiedy przyszedłem do pracy,
leśnictwa były o wiele większe – ja dostałem na początek powierzchnię 2200 ha. Muszę
przyznać, że gospodarka na takim terenie była trudna, a zakres prac ogromny, co
przyznawali wszyscy leśnicy. Później powierzchnie leśnictw znacznie
zmniejszono, a teraz się znów powiększa – każda władza ma swoją koncepcję
rozwoju firmy.)
Przy pozyskaniu rzędu 10 tysięcy
metrów rocznie sama ewidencja drewna i logistyka jego dystrybucji oraz „papierologia”
z tym związana to sporo pracy. Obawiam się, że na obserwację przyrody oraz pracę
koncepcyjną np. nad odnowieniami naturalnymi może być krótko z czasem. Wtedy zaczyna
się wszystko robić sztampowo według schematów. Mam nadzieję, że zdrowie
leśniczemu będzie dopisywało.
Ponieważ mróz trzyma, postanowiłem
samodzielnie zadbać o przydomowe sikorki. Wieszam im słoninę, robię w misce
mieszankę z ziaren i smalcu i stawiam na parapecie. Zawsze miło jest przy śniadaniu
pooglądać ptaszyska. No właśnie. Któregoś dnia zauważyłem wśród sikorek nagłe
poruszenie, a potem pojawił się znikąd duży ptak, złapał próbującą uciec sikorkę
i zniknął. Później widziałem go na płocie. Następnego dnia atak się powtórzył,
z tym że napastnik po złapaniu ofiary wylądował na śniegu … tuż przed nosem
psa. Pies zajęty był akurat ogryzaniem kości i nie zdążył pochwycić krogulca,
choć miał na to wielką ochotę – sytuacja jednak go przerosła. (Na sikorki suka
już patrzy obojętnie, chociaż przez pierwsze kilka dni siadała przed oknem i
obserwowała buszujące po parapecie ptaki – nawet pies ma słabość do
niekończących się seriali.)
Znajomy ornitolog, który akurat
wpadł na parę dni, powiedział: „Ale fajowo, masz karmnik dla krogulca!”. Przyznam,
że moje założenia były inne. Przestawiłem miskę z ziarnami w lepsze miejsce,
mam nadzieję, że sikorkom będzie teraz łatwiej uciekać.
To ostatnio bardzo modne hasło,
lansowane w mediach ogólnopolskich oraz niszowych. W trosce o skutki tego zjawiska
na niedawno zakończonej konferencji klimatycznej w Kopenhadze ustalono m.in., że
do końca stycznia 2010 wszystkie państwa biorące udział w konferencji przekażą
plany redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz że kraje „bogate” w latach
2010-2012 wyłożą 30 miliardów dolarów na pomoc dla krajów rozwijających się ukierunkowaną
na walkę ze zmianami klimatycznymi. W latach 2012-2020 fundusze te mają sięgnąć
100 mld dolarów.
Klęski „klimatyczne” zdarzały się
od zawsze na naszej planecie, a ludzkość stosowała różne rozwiązania. Na jedno
z nich natknąłem się w kolejnej książce F.A. Ossendowskiego – „Cień ponurego Wschodu”.
Autor opisuje swoje wrażenia z podróży przez Syberię oraz sowiecką Rosję w
latach dwudziestych XX wieku, w czasach wyjątkowo gorących politycznie i
niewątpliwie wielce ciekawych również naukowo. Opisuje, jak w pewnej wiosce
gnębionej deszczami i powodziami wieśniacy postanowili wziąć sprawy w swoje
ręce. Zorganizowali się i pojęli działania ostateczne. Kiedy modły w cerkwi nie
pomogły, odnaleziono stare, jeszcze pogańskie miejsce kultu, gdzie udali się
wszyscy starzy mieszkańcy wioski a dawny kapłan zabił w ofierze czarnego koguta.
Niestety nie wiemy, na ile sposób ten okazał się skuteczny, bo Ossendowski
pojechał dalej.
Obawiam się jednak, że skutek
działań w Kopenhadze i działań w syberyjskiej głuszy jest podobny, różne są
jedynie koszty. Katastrofy klimatyczne były, są i będą. Toczą się wciąż
dyskusje dotyczące tego, czy naprawdę należy martwić się wzrostem poziomu CO2. A
może winny jest metan? Liczę na to, że pokolenie czytelników tego bloga rozwiąże
moje dylematy już za kilka, kilkanaście lat.
Oczywiście jestem jak najbardziej
za oszczędnością energii i wody, segregacją śmieci i stosowaniem technologii maksymalnie przyjaznych środowisku. Uważam, że wymaga tego od nas szacunek
dla przyrody, dzięki której powstaliśmy i dzięki której jeszcze funkcjonujemy
jako gatunek. Po prostu.
To moja subiektywna opinia. Jeżeli
ktoś chce poczytać zdanie odrębne, oto link do artykułu Adama Wajraka: