W prasie i mediach
zaczyna się jakaś kolejna kampania która mnie osobiście zdumiewa. Dotyczy ona
powołania Mazurskiego Parku Narodowego, co
moim zdaniem niczego naprawdę nie wniesie. Ci, którzy mieli tu już zbudować
domy nad jeziorami – zbudowali. A jeżeli inni dalej będą chcieli, to nie
oglądając się na kary administracyjne, również to zrobią, jak miało to miejsce
w Wigierskim Parku Narodowym.
Śmieci z lasu nie znikną, płoty z brzegów jezior również
nie. Problemem nie jest brak prawa takiego jak w Parku Narodowym, ale kompletna
nonszalancja i brak skutecznego egzekwowania istniejących już paragrafów.
Park Narodowy ma działać na terenie mniejszym niż obecny Park
Krajobrazowy. Dla ochrony całości regionu to za mało. Skoro chcemy mieć cud
natury, to obejmijmy całe Mazury jakimś zintegrowanym
programem ochrony. Uporządkujmy i egzekwujmy prawo budowlane. Promujmy ekologię
i agroturystykę zamiast hotelowych kombinatów.
Pod względem ochrony przyrody dzieje się tu naprawdę dużo –
jest Natura 2000, poza nimi zaewidencjonowane siedliska naturowe (obiekty cenne
przyrodniczo o małej powierzchni), ostoje zwierząt i ptaków na taką skalę jak
mało gdzie. Działa od wielu lat szereg placówek naukowych prowadzących poważne
prace badawcze – wykorzystajmy te ośrodki zamiast tworzyć kolejne struktury
urzędnicze. Zintegrujmy działania naukowców, leśników i samorządów lokalnych. Chrońmy
drobne rolnictwo, dotujmy tradycyjną zabudowę – to są uroki które przyciągają
tutaj turystów. Jeżeli z krajobrazu znikną drewniane stodoły, czerwona dachówka
i stara cegła, to nikt nie będzie zainteresowany przyjeżdżaniem i oglądaniem
zza trzymetrowych płotów nowobogackich rezydencji. Sam fakt powołania Parku
Narodowego nic tu naprawdę nie wniesie. Potrzebny jest większy plan i szersze
spojrzenie. Moim zdaniem.
Na zdjęciu widać zniszczony krzak wierzbowy. Jest to
rezultat działań byka jelenia, który w trakcie rykowiska wyładowywał nadmiar rozsadzającej
go energii. Byki często postępują w ten sposób "walcząc" w trakcie rykowiska z roślinnością. Jednocześnie
pozostawiają tam swoje znaki chemiczno-zapachowe, które są jak podpis. Innym sposobem
zaznaczenia swojej obecności w okolicy jest zrywanie porożem darni, a w
powstałym zagłębieniu oddawanie moczu, grzebanie i tarzanie się. Dzięki temu zapach konkretnego samca i jego
hormonów będzie wyczuwalny bardzo daleko – jako informacja i wyzwanie dla
konkurencji. Jelenie nie zawsze rozstrzygają o miejscu w hierarchii za pomocą
bezpośrednich konfrontacji „na polu bitwy”. Bardzo często wystarczy im
bezpośredni ogląd i ocena przeciwnika, żeby słabszy zrezygnował z walki i
oddalił się gdzie indziej szukać szczęścia.
Teraz rykowisko w zasadzie się już skończyło. Przez prawie miesiąc
słuchałem byków ryczących na łąkach za domem, i były to wciąż te same głosy a więc
i te same osobniki. Któregoś dnia nastąpiło przetasowanie – słychać było
zupełnie nowe głosy dobiegające z innych niż poprzednio miejsc. Zamiąch i
rejwach. Następnego dnia niemal wszystko ucichło. Odzywają się jeszcze czasem
jakieś sztuki, ale główne rykowisko w tym sezonie na pewno już minęło. Moim
zdaniem było „udane” – trwało długo dzięki pogodzie, od której wiele w tej
kwestii zależy. Było sucho, nocami chłodno a w dzień gorąco. Głosy ryczących
byków słychać było codziennie z naprawdę dużą intensywnością.
Z fotografowaniem raczej było kiepsko. Byki zaczynały się
odzywać już dobrze po zmroku, ale najgłośniej ryczały ciemną nocą. Być może
wiedziały o polującej w okolicy grupie zagranicznych myśliwych :)
P.S. Nie wiem jeszcze jak bezkrwawe łowy poszły koledze
fotografowi. Spotkam go za parę dni to go wypytam...
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał
deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to
prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się
nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę
samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę
pyłu.W okolicznych niewielkich
zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone
strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.
Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym
zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym –
drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim
oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był
surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia),
bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.
Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego
drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego
działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy
certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie
użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób
naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno
dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.
O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na
własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy
chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania –
zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście
do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne.
Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na
zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.
Już prawie od tygodnia byki jeleni ryczą na potęgę. Raz
głośniej, raz ciszej, w zależności od pogody, ale nocą słyszę je dobrze nawet
przez zamknięte okno.
Na łąkach za domem pojawiają się co najmniej dwa, ale bardzo
trudno je zobaczyć przy dobrym świetle. Raczej wiedzą, że jest sezon łowiecki w
pełni a myśliwi krążą po okolicy. Jelenie więc za dnia korzystają z naturalnych
osłon (np. gęste łozowisko), dają się prowokować różnego rodzaju wabieniem –
można nawet nawiązać z nimi „rozmowę” – ale trudno je zobaczyć. Przekonał się o
tym znajomy fotografik, który przez kilka ostatnich dni próbował zrobić zdjęcie
pod hasłem: „Jeleń na rykowisku”. Pomimo sporych wysiłków wyjechał ode mnie bez
upragnionej foty.
Trzeba jednak przyznać, że fotografia przyrodnicza to bardzo
trudna sprawa, a czasami na jedno ujęcie pracuje się latami. Czytałem kiedyś
artykuł napisany przez bardzo znanych fotografów przyrody, rodzonych braci.
Każde zdjęcie które publikują podpisywane jest inicjałami ich obu. Tłumaczą to
tak, że nieważne jest który akurat nacisnął migawkę – bo w przygotowanych
starannie ukryciach spędzają na zmianę długie godziny, a każde zdjęcie jest
wynikiem ich wspólnej, ciężkiej, czasami kilkudniowej a czasami wieloletniej
pracy.
Bo nie chodzi o to, żeby zrobić zwierzakowi zdjęcie, ale
zrobić mu zdjęcie w jego naturalnym środowisku portretując jego naturalne,
niezakłócone niczym zachowanie. Najpierw trzeba znaleźć miejsce – norę,
gniazdo, miejsce żerowania lub bytowania. Poznać dokładnie okolicę, a także
zwyczaje danego gatunku, bo im większa wiedza tym lepiej można się dopasować do
warunków. Później zbudować ukrycie, jak najlepiej wtapiające się w otoczenie –
budkę. Potem trzeba odczekać, aż zwierzyna przyzwyczai się do nowego elementu
otoczenia i je w pełni zaakceptuje. A dopiero kolejny etap to żmudne czuwanie w
budce z aparatem, przychodzenie tam wczesnym świtem lub późną nocą, o
najdziwniejszych porach, żeby być gotowym w odpowiednim momencie. A budka
fotografa to nie namiot na kempingu, tylko schronienie gdzie z trudem wciska
się dorosły facet z aparatem i statywem, o położeniu się mowy nie ma, a wygód
też nie uświadczysz żadnych.
Zdarzają się oczywiście przypadki, że wychodzi się na łąkę
za domem i bach – widać jak na dłoni stado jeleni, jest czas na ustawienie
statywu, robię zdjęcia jakie chcę (ogranicza mnie tylko obiektyw i jego
przybliżenie) a zwierzaki mnie nie widzą lub nie chcą widzieć. Przyznam, że
czasami sobie tylko patrzę i nawet nie chce mi się iść po aparat – ale przewagę
mam taką, że mieszkam w miejscu, gdzie dom stoi od prawie stu lat i żadnej
budki nie muszę stawiać. Zarówno budynki jak i ich otoczenie stanowią element
krajobrazu taki jak łąki i las, a że czasem po podwórku przejdzie człowiek czy
nawet pies zwierzętom najwyraźniej nie przeszkadza. Znam dobrze okolicę i w
zależności od kierunku wiatru wiem którędy podejść na łąkę żeby jak najdłużej
pozostać niezauważonym. Niemniej gdybym chciał zrobić dobre zdjęcie, to wiem,
że musiałbym się bardzo przyłożyć.
Na kilka dni przyjechał do mnie kolega W., właśnie z czasów
„kontusza i szabli”. Przyjechał głównie po to, żeby obejrzeć moje konie i
podpowiedzieć mi, co z nimi dalej robić. Zna się na rzeczy, bo pracuje od wielu
już lat jako instruktor jazdy konnej a swoją robotę traktuje niezwykle
poważnie. Nie jest to wcale oczywiste, bo widziałem „nauczycieli” którzy
niezależnie od postępów ucznia śmiało brali dużą kasę i mówili tylko: „dobrze,
dobrze, bardzo dobrze.”
Zasugerował, że sprzedawanie rumaków jednak nie ma sensu, bo
przy dzisiejszych, niskich bardzo cenach za konie, nie dostanę dobrej sumy a
zwierzaki pójdą nie wiadomo w jakie ręce. Nie są to konie-championy (czyli po
występach na wyścigach albo pokazywane przynajmniej na WKKW – wszechstronnym
konkursie konia wierzchowego) którymi warto handlować, ale bardzo przyzwoite
konie z których użytkowania można mieć dużo przyjemności.
Tak więc przez parę dni codziennie po fajrancie
podpatrywałem jego metody pracy z koniem, zarówno z ziemi jak i z siodła.
Szkolenie opierało się na dobrze mi znanej metodzie naturalnej, czyli
nagradzaniu konia za prawidłowe zachowania i utrwalaniu ich poprzez ćwiczenia.
Część tych ćwiczeń wykonywałem już wcześniej z końmi sam, ale teraz zauważyłem,
że dzięki nim można konia nauczyć dużo więcej niż mi się udało do tej pory.
Oczywiście wszystko jest kwestią ilości poświęconego czasu i częstotliwości
powtórzeń, zupełnie tak samo jak przy szkoleniu psa czy przy nauce języka
obcego. Mechanizm uczenia jest niezmienny, a najlepsze wyniki uzyskuje się bez
stosowania przymusu.
Na weekend pojechałem do stolicy na wesele kolegi (Dyrechtorze,
pozdrawiam!!!) które świętowaliśmy długo i hucznie w pewnej bardzo miłej
knajpce.
Natomiast następnego dnia dosyć przypadkiem znalazłem się w
Wilanowie, gdzie trwał piknik z okazji 325 rocznicy Odsieczy Wiedeńskiej. Można
było podziwiać pokazy tańców dworskich a także pokazy musztry różnych
historycznych formacji wojskowych. Chłopaki strzelali z armat i muszkietów
(czarno prochowych oczywiście, co nie jest taką łatwą sprawą), prezentowali
stroje, broń i sposoby walki – było na co popatrzeć, szczególnie jeżeli
walczyli na dwuręczne szesnastowieczne miecze.
Oczywiście dookoła, w parku przed pałacem były różne kramy -
nastawione przede wszystkim na wielbicieli ekologicznego tudzież ”swojskiego”
jedzenia typu chleb ze smalcem i ogórem kiszonym. Moja obserwacja była taka, że
na różnych „wiejskich” festynach na których zdarza nam się bywać w wakacje
większość takich kulinarnych atrakcji jest proponowana za darmo, natomiast
tutaj ceny były raczej słone a porcje mikre. Na szczęście nie byłem głodny.
Najbardziej jednak zaskoczyło mnie spotkanie z kolegami z
czasów kiedy brałem udział w produkcjach filmowych – okazało się, że wciąż
pracują przy różnego rodzaju rekonstrukcjach historycznych – tym razem na
potrzeby pałacu-muzeum w Wilanowie – i z dawnej pasji udało im się uczynić
zawód. Ale patrząc z drugiej strony, to chodzenie na co dzień w delii i
kontuszu chyba by mi się znudziło. Co innego od czasu do czasu ...eerfdbmlZXHInlsadlkxa
P.s. Ostatnie zdanie dopisała moja dwuletnia córka, którą
trzeba mieć wciąż na oku.
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze
sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie.
Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania
mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej
technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich
desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich
mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe
meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.
Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły
surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna,
elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje
też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości
(standardowo2,50 m)
Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś
czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u
mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak –
która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo
drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje
się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę.
Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało,
obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.
Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w
listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną
gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną
roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko
sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą
rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie
zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie
naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie
ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu
kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się
otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić,
że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza
tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod
uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.
W tym roku na początku września w moim nadleśnictwie
prowadzona była inwentaryzacja. Trwała prawie cały tydzień. (Dla przypomnienia
jest to spis „na gruncie” surowca drzewnego znajdującego się w danym leśnictwie.
Innymi słowy jest to remanent stanów drewna i materiałów magazynowych.
Materiały magazynowe to np. gwoździe które pobieramy z magazynu do naprawy
płotów na uprawach oraz wszystkie inne „ruchomości” które wpisane są „na stan”
danego leśnictwa. Spis prowadzony jest siłami własnymi, czyli leśniczy z
jednego leśnictwa jedzie sprawdzać inne leśnictwo. U nas najczęściej „komisję”
tworzą dwie osoby plus trzecia – kontrolowana. Oczywiście w komisji może się
również znaleźć inżynier nadzoru lub nadleśniczy, ale rzadko się to robi.)
Ciekawie się złożyło, bo jedenaście lat temu rozpoczynałem
na stażu pracę akurat w tym leśnictwie które w tym roku kontrolowałem. Inwentaryzacja
nie była jakimś wielkim wyzwaniem, bo w całym kontrolowanym leśnictwie były
raptem cztery stosy drewna do pomierzenia – dwadzieścia kilka metrów. Czyli czysta
formalność. Kiedy natomiast komisja przyjechała do mnie, sprawa wyglądała
trochę inaczej. U mnie było sto dwadzieścia metrów sześciennych (w sumie nie
tak wcale dużo, bo mogło by być tysiąc, a pomierzenie tego dałoby komisji zajęcie
na jakieś dwa- trzy dni.) Przyjęło się, że na inwentaryzację każdy leśniczy
stara się mieć jak najniższy stan magazynowy. Ale oczywiście nie zawsze jest to
możliwe.
P.S. Zdjęcie które zamieszczam nie ma za bardzo związku z
tekstem, ale przysłał mi je kolega i bardzo mi się spodobało. Na zdjęciu las
bukowygdzie leśniczym jest z kolei mój
inny kolega, absolwent wydziału leśnego. I na pewno też miał inwentaryzację...