dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Votum separatum
2009-09-28
W prasie i  mediach zaczyna się jakaś kolejna kampania która mnie osobiście zdumiewa. Dotyczy ona powołania  Mazurskiego Parku Narodowego, co moim zdaniem niczego naprawdę nie wniesie. Ci, którzy mieli tu już zbudować domy nad jeziorami – zbudowali. A jeżeli inni dalej będą chcieli, to nie oglądając się na kary administracyjne, również to zrobią, jak miało to miejsce w Wigierskim Parku Narodowym.

Śmieci z lasu nie znikną, płoty z brzegów jezior również nie. Problemem nie jest brak prawa takiego jak w Parku Narodowym, ale kompletna nonszalancja i brak skutecznego egzekwowania istniejących już paragrafów.

Park Narodowy ma działać na terenie mniejszym niż obecny Park Krajobrazowy. Dla ochrony całości regionu to za mało. Skoro chcemy mieć cud natury, to obejmijmy całe Mazury  jakimś zintegrowanym programem ochrony. Uporządkujmy i egzekwujmy prawo budowlane. Promujmy ekologię i agroturystykę zamiast hotelowych kombinatów.

Pod względem ochrony przyrody dzieje się tu naprawdę dużo – jest Natura 2000, poza nimi zaewidencjonowane siedliska naturowe (obiekty cenne przyrodniczo o małej powierzchni), ostoje zwierząt i ptaków na taką skalę jak mało gdzie. Działa od wielu lat szereg placówek naukowych prowadzących poważne prace badawcze – wykorzystajmy te ośrodki zamiast tworzyć kolejne struktury urzędnicze. Zintegrujmy działania naukowców, leśników i samorządów lokalnych. Chrońmy drobne rolnictwo, dotujmy tradycyjną zabudowę – to są uroki które przyciągają tutaj turystów. Jeżeli z krajobrazu znikną drewniane stodoły, czerwona dachówka i stara cegła, to nikt nie będzie zainteresowany przyjeżdżaniem i oglądaniem zza trzymetrowych płotów nowobogackich rezydencji. Sam fakt powołania Parku Narodowego nic tu naprawdę nie wniesie. Potrzebny jest większy plan i szersze spojrzenie. Moim zdaniem.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Głosy puszczy
2009-09-27
Na zdjęciu widać zniszczony krzak wierzbowy. Jest to rezultat działań byka jelenia, który w trakcie rykowiska wyładowywał nadmiar rozsadzającej go energii. Byki często postępują w ten sposób "walcząc" w trakcie rykowiska z roślinnością. Jednocześnie pozostawiają tam swoje znaki chemiczno-zapachowe, które są jak podpis. Innym sposobem zaznaczenia swojej obecności w okolicy jest zrywanie porożem darni, a w powstałym zagłębieniu oddawanie moczu, grzebanie i tarzanie się.  Dzięki temu zapach konkretnego samca i jego hormonów będzie wyczuwalny bardzo daleko – jako informacja i wyzwanie dla konkurencji. Jelenie nie zawsze rozstrzygają o miejscu w hierarchii za pomocą bezpośrednich konfrontacji „na polu bitwy”. Bardzo często wystarczy im bezpośredni ogląd i ocena przeciwnika, żeby słabszy zrezygnował z walki i oddalił się gdzie indziej szukać szczęścia.

Teraz rykowisko w zasadzie się już skończyło. Przez prawie miesiąc słuchałem byków ryczących na łąkach za domem, i były to wciąż te same głosy a więc i te same osobniki. Któregoś dnia nastąpiło przetasowanie – słychać było zupełnie nowe głosy dobiegające z innych niż poprzednio miejsc. Zamiąch i rejwach. Następnego dnia niemal wszystko ucichło. Odzywają się jeszcze czasem jakieś sztuki, ale główne rykowisko w tym sezonie na pewno już minęło. Moim zdaniem było „udane” – trwało długo dzięki pogodzie, od której wiele w tej kwestii zależy. Było sucho, nocami chłodno a w dzień gorąco. Głosy ryczących byków słychać było codziennie z naprawdę dużą intensywnością.

Z fotografowaniem raczej było kiepsko. Byki zaczynały się odzywać już dobrze po zmroku, ale najgłośniej ryczały ciemną nocą. Być może wiedziały o polującej w okolicy grupie zagranicznych myśliwych :)

P.S. Nie wiem jeszcze jak bezkrwawe łowy poszły koledze fotografowi. Spotkam go za parę dni to go wypytam...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
W czasie suszy bóbr ma sucho
2009-09-23
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę pyłu.  W okolicznych niewielkich zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.

Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym – drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia), bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.

Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.

O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania – zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne. Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Rykowisko czas zacząć
2009-09-19
Już prawie od tygodnia byki jeleni ryczą na potęgę. Raz głośniej, raz ciszej, w zależności od pogody, ale nocą słyszę je dobrze nawet przez zamknięte okno.

Na łąkach za domem pojawiają się co najmniej dwa, ale bardzo trudno je zobaczyć przy dobrym świetle. Raczej wiedzą, że jest sezon łowiecki w pełni a myśliwi krążą po okolicy. Jelenie więc za dnia korzystają z naturalnych osłon (np. gęste łozowisko), dają się prowokować różnego rodzaju wabieniem – można nawet nawiązać z nimi „rozmowę” – ale trudno je zobaczyć. Przekonał się o tym znajomy fotografik, który przez kilka ostatnich dni próbował zrobić zdjęcie pod hasłem: „Jeleń na rykowisku”. Pomimo sporych wysiłków wyjechał ode mnie bez upragnionej foty.

Trzeba jednak przyznać, że fotografia przyrodnicza to bardzo trudna sprawa, a czasami na jedno ujęcie pracuje się latami. Czytałem kiedyś artykuł napisany przez bardzo znanych fotografów przyrody, rodzonych braci. Każde zdjęcie które publikują podpisywane jest inicjałami ich obu. Tłumaczą to tak, że nieważne jest który akurat nacisnął migawkę – bo w przygotowanych starannie ukryciach spędzają na zmianę długie godziny, a każde zdjęcie jest wynikiem ich wspólnej, ciężkiej, czasami kilkudniowej a czasami wieloletniej pracy.

Bo nie chodzi o to, żeby zrobić zwierzakowi zdjęcie, ale zrobić mu zdjęcie w jego naturalnym środowisku portretując jego naturalne, niezakłócone niczym zachowanie. Najpierw trzeba znaleźć miejsce – norę, gniazdo, miejsce żerowania lub bytowania. Poznać dokładnie okolicę, a także zwyczaje danego gatunku, bo im większa wiedza tym lepiej można się dopasować do warunków. Później zbudować ukrycie, jak najlepiej wtapiające się w otoczenie – budkę. Potem trzeba odczekać, aż zwierzyna przyzwyczai się do nowego elementu otoczenia i je w pełni zaakceptuje. A dopiero kolejny etap to żmudne czuwanie w budce z aparatem, przychodzenie tam wczesnym świtem lub późną nocą, o najdziwniejszych porach, żeby być gotowym w odpowiednim momencie. A budka fotografa to nie namiot na kempingu, tylko schronienie gdzie z trudem wciska się dorosły facet z aparatem i statywem, o położeniu się mowy nie ma, a wygód też nie uświadczysz żadnych.

Zdarzają się oczywiście przypadki, że wychodzi się na łąkę za domem i bach – widać jak na dłoni stado jeleni, jest czas na ustawienie statywu, robię zdjęcia jakie chcę (ogranicza mnie tylko obiektyw i jego przybliżenie) a zwierzaki mnie nie widzą lub nie chcą widzieć. Przyznam, że czasami sobie tylko patrzę i nawet nie chce mi się iść po aparat – ale przewagę mam taką, że mieszkam w miejscu, gdzie dom stoi od prawie stu lat i żadnej budki nie muszę stawiać. Zarówno budynki jak i ich otoczenie stanowią element krajobrazu taki jak łąki i las, a że czasem po podwórku przejdzie człowiek czy nawet pies zwierzętom najwyraźniej nie przeszkadza. Znam dobrze okolicę i w zależności od kierunku wiatru wiem którędy podejść na łąkę żeby jak najdłużej pozostać niezauważonym. Niemniej gdybym chciał zrobić dobre zdjęcie, to wiem, że musiałbym się bardzo przyłożyć.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 8
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Konne manewry
2009-09-18
Na kilka dni przyjechał do mnie kolega W., właśnie z czasów „kontusza i szabli”. Przyjechał głównie po to, żeby obejrzeć moje konie i podpowiedzieć mi, co z nimi dalej robić. Zna się na rzeczy, bo pracuje od wielu już lat jako instruktor jazdy konnej a swoją robotę traktuje niezwykle poważnie. Nie jest to wcale oczywiste, bo widziałem „nauczycieli” którzy niezależnie od postępów ucznia śmiało brali dużą kasę i mówili tylko: „dobrze, dobrze, bardzo dobrze.”

Zasugerował, że sprzedawanie rumaków jednak nie ma sensu, bo przy dzisiejszych, niskich bardzo cenach za konie, nie dostanę dobrej sumy a zwierzaki pójdą nie wiadomo w jakie ręce. Nie są to konie-championy (czyli po występach na wyścigach albo pokazywane przynajmniej na WKKW – wszechstronnym konkursie konia wierzchowego) którymi warto handlować, ale bardzo przyzwoite konie z których użytkowania można mieć dużo przyjemności.

Tak więc przez parę dni codziennie po fajrancie podpatrywałem jego metody pracy z koniem, zarówno z ziemi jak i z siodła. Szkolenie opierało się na dobrze mi znanej metodzie naturalnej, czyli nagradzaniu konia za prawidłowe zachowania i utrwalaniu ich poprzez ćwiczenia. Część tych ćwiczeń wykonywałem już wcześniej z końmi sam, ale teraz zauważyłem, że dzięki nim można konia nauczyć dużo więcej niż mi się udało do tej pory. Oczywiście wszystko jest kwestią ilości poświęconego czasu i częstotliwości powtórzeń, zupełnie tak samo jak przy szkoleniu psa czy przy nauce języka obcego. Mechanizm uczenia jest niezmienny, a najlepsze wyniki uzyskuje się bez stosowania przymusu.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Odsiecz wiedeńska
2009-09-17
Na weekend pojechałem do stolicy na wesele kolegi (Dyrechtorze, pozdrawiam!!!) które świętowaliśmy długo i hucznie w pewnej bardzo miłej knajpce.

Natomiast następnego dnia dosyć przypadkiem znalazłem się w Wilanowie, gdzie trwał piknik z okazji 325 rocznicy Odsieczy Wiedeńskiej. Można było podziwiać pokazy tańców dworskich a także pokazy musztry różnych historycznych formacji wojskowych. Chłopaki strzelali z armat i muszkietów (czarno prochowych oczywiście, co nie jest taką łatwą sprawą), prezentowali stroje, broń i sposoby walki – było na co popatrzeć, szczególnie jeżeli walczyli na dwuręczne szesnastowieczne miecze.

Oczywiście dookoła, w parku przed pałacem były różne kramy - nastawione przede wszystkim na wielbicieli ekologicznego tudzież ”swojskiego” jedzenia typu chleb ze smalcem i ogórem kiszonym. Moja obserwacja była taka, że na różnych „wiejskich” festynach na których zdarza nam się bywać w wakacje większość takich kulinarnych atrakcji jest proponowana za darmo, natomiast tutaj ceny były raczej słone a porcje mikre. Na szczęście nie byłem głodny.

Najbardziej jednak zaskoczyło mnie spotkanie z kolegami z czasów kiedy brałem udział w produkcjach filmowych – okazało się, że wciąż pracują przy różnego rodzaju rekonstrukcjach historycznych – tym razem na potrzeby pałacu-muzeum w Wilanowie – i z dawnej pasji udało im się uczynić zawód. Ale patrząc z drugiej strony, to chodzenie na co dzień w delii i kontuszu chyba by mi się znudziło. Co innego od czasu do czasu ...eerfdbmlZXHInlsadlkxa

P.s. Ostatnie zdanie dopisała moja dwuletnia córka, którą trzeba mieć wciąż na oku.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Drugie życie
2009-09-11
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie. Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.

Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna, elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości (standardowo2,50 m)

Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak – która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę. Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało, obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.

Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić, że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Inwentaryzacja zakończona
2009-09-06
W tym roku na początku września w moim nadleśnictwie prowadzona była inwentaryzacja. Trwała prawie cały tydzień. (Dla przypomnienia jest to spis „na gruncie” surowca drzewnego znajdującego się w danym leśnictwie. Innymi słowy jest to remanent stanów drewna i materiałów magazynowych. Materiały magazynowe to np. gwoździe które pobieramy z magazynu do naprawy płotów na uprawach oraz wszystkie inne „ruchomości” które wpisane są „na stan” danego leśnictwa. Spis prowadzony jest siłami własnymi, czyli leśniczy z jednego leśnictwa jedzie sprawdzać inne leśnictwo. U nas najczęściej „komisję” tworzą dwie osoby plus trzecia – kontrolowana. Oczywiście w komisji może się również znaleźć inżynier nadzoru lub nadleśniczy, ale rzadko się to robi.)

Ciekawie się złożyło, bo jedenaście lat temu rozpoczynałem na stażu pracę akurat w tym leśnictwie które w tym roku kontrolowałem. Inwentaryzacja nie była jakimś wielkim wyzwaniem, bo w całym kontrolowanym leśnictwie były raptem cztery stosy drewna do pomierzenia – dwadzieścia kilka metrów. Czyli czysta formalność. Kiedy natomiast komisja przyjechała do mnie, sprawa wyglądała trochę inaczej. U mnie było sto dwadzieścia metrów sześciennych (w sumie nie tak wcale dużo, bo mogło by być tysiąc, a pomierzenie tego dałoby komisji zajęcie na jakieś dwa- trzy dni.) Przyjęło się, że na inwentaryzację każdy leśniczy stara się mieć jak najniższy stan magazynowy. Ale oczywiście nie zawsze jest to możliwe.

P.S. Zdjęcie które zamieszczam nie ma za bardzo związku z tekstem, ale przysłał mi je kolega i bardzo mi się spodobało. Na zdjęciu las bukowy gdzie leśniczym jest z kolei mój inny kolega, absolwent wydziału leśnego. I na pewno też miał inwentaryzację...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface