Jakby nie patrzeć, lato ma się ku końcowi. Co jakiś czas
widać pierwsze klucze żurawi ciągnące na zlotowiska, słychać też ciągnące gęsi.
Większość bocianów już odleciała, maruderzy się jeszcze zbierają. Byki jeleni , co można łatwo zaobserwować na leśnych łąkach,
jeszcze są ospałe, obżarte, grubaśne i leniwe, nie myślą wcale o zbliżającym
się rykowisku, kiedy to będą prezentować się z jak najkorzystniejszej strony
przed łaniami i konkurencją. W lesie pomimo
kryzysu naprawdę robota „żre”. Zaczynam nowy zrąb. Prawie codziennie po drewno
przyjeżdża kilka samochodów. Skoro jest taka sprzedaż, to gdzie tu kryzys??? Noce coraz chłodniejsze, na łąkach nieprzebrana ilość
pajęczyn i zakładających je pająków – naprawdę można je spotkać niemalże w
każdym rozmiarze i kolorze. Trwająca od pewnego czasu susza zaczyna powoli
kolorować liście w lesie na pierwsze złociste kolory. Co roku jesienią mam chęć
pojechać w góry, a dokładniej w Pieniny. To już w moim przypadku najbardziej
namacalny jesienny syndrom. Widok bukowych lasów we wrześniu jest dla mnie
czymś niesamowitym – pewnie dlatego, że na co dzień oglądam prawie wyłącznie iglaste.
Mam zresztą w Pieninach znajomego górala u którego zatrzymywałem się już kilka
razy. Facet mieszka nad samym Dunajcem i zajmuje się łapaniem ryb na wędkę.
Ostatni raz byłem u niego ze trzy lata temu w tym samym czasie kiedy
przeprowadzał termomodernizację budynku. Nie zrobiłem tego specjalnie. Remont
się delikatnie przedłużał i Adamowi było już wszystko jedno ile ekip łazi mu po
chałupie. A z Trzech Koron remontu nie było widać, tak jak wielu innych rzeczy.
Odwiedziła mnie niedawno starsza pani, która tuż przed wojną
urodziła się w leśniczówce w której teraz mieszkam. Pisałem zresztą o tej
osobie kilka już razy w poprzednich latach. Odwiedzała nas trzy i dwa lata
temu, ale w zeszłym roku z powodu choroby nie mogła przyjechać. W tym roku
wiedzieliśmy z żoną, że przyjedzie w sierpniu, ale nie znaliśmy daty wizyty.
Jest to bardzo miła starsza osoba z którą chętnie rozmawiamy o burzliwej historii
terenów dawnych Prus Wschodnich a dzisiejszych Warmii i Mazur. Pamięta bardzo
dużo szczegółów dotyczących okolicznych wsi i miasteczek – może nie z
bezpośrednich własnych wspomnień (kiedy uciekała z leśniczówki z matką i
rodzeństwem przed Armią Czerwoną miała cztery lata) ale z rozmów z rodzicami a
później z innymi osobami mającymi podobne doświadczenia. Powtarza do dziś:
„Wojna to najstraszniejsza rzecz na świecie”. Karin jest Niemką oczywiście, ale
odkąd skończyła kilkanaście lat mieszka we Francji – i po francusku rozmawia z
moją żoną, która zna wprawdzie kilka języków, ale niemieckiego akurat nie.
W przededniu obchodów pierwszego września – a później
siedemnastego – skłania to wszystko do refleksji nad historią. Wróciłem
niedawno do książki Normana Daviesa „Nie takie łatwe zwycięstwo” (rzecz
generalnie o drugiej wojnie światowej). Wciąż słucham relacji dotyczących wojny
w Afganistanie. Żadne zwycięstwo nie jest łatwe, a każda z wojen jest rzeczą
straszliwą, szczególnie dla ludności cywilnej. Niemniej mam wrażenie, że
historia zatacza wielkie koła, a człowiek mimo wszystko nie jest w stanie uczyć
się na własnych błędach, a szczególnie na przestrzeni kilku pokoleń. Że pamięć
historyczna jest pamięcią krótką jedno-, maksymalnie dwupokoleniową, a zawsze
znajdują się chętni do poprawiania historii i promowania tej wersji wydarzeń
sprzed lat która im z różnych, przede wszystkim politycznych, powodów pasuje.
No – wygląda na to, że wreszcie się udało. To znaczy
wreszcie w leśniczówce działa w miarę przyzwoity internet. Do tej pory łączyłem
się za pomocą zwykłego telefonu analogowego – technologia jak dwadzieścia lat
temu; łącze o prędkości ślimaka pozwalało na oglądanie tylko niektórych stron
(w tym na szczęście również E-rysia), nie mówiąc o ściąganiu czegokolwiek. A
ponieważ centrala telefoniczna do której jestem podłączony jest stara, to na
neostradę szans nie było. Oczywiście próbowano mi ją sprzedać kilka razy, raz
nawet dałem się namówić. Ale ponieważ był problem w instalacji, zadzwoniłem na
infolinię, a tam miła pani zapytała: „A kto to panu sprzedał? To przecież nie
ma prawa u pana zadziałać!”. Zasięg komórkowy w domu mam generalnie rzecz
biorąc słaby i to w każdej z dostępnych sieci. Odpadał więc również internet
komórkowy. Łącze satelitarne odpadało z kolei ze względu na duże koszty.
Łączność bezprzewodowa typu wi-fi czy wi-max do nas nie dociera (pokrywa za to
dosyć dobrze okolice Giżycka i kilkudziesięciu znajdujących się w jego pobliżu
miejscowości). Ale na szczęście pojawiła się nowa technologia dzięki której
nareszcie, po dziesięciu latach, mogę powiedzieć że net działa.
Jest to internet radiowy w technologii CDMA działający na
częstotliwości 450 MHz. Wykorzystuje sieć starych nadajników postawionych dla pierwszych w naszym kraju
komórek (w analogowej technologii NMT) które miały wielkość walizki, ciężar
maszyny do pisania, kosztowały fortunę a słychać było ledwo – ledwo. Później
wraz z rozwojem technologii związanej z telefonami komórkowymi postawiono nowe
maszty i zmieniano kilkakrotnie częstotliwości na coraz wyższe. Stare
konstrukcje jednak zostały. Dzisiaj dzięki postępowi techniki na częstotliwości
450 można przesyłać o wiele więcej danych niż dekadę temu, ze względu na niską
częstotliwość nie jest konieczna tak gęsta sieć nadajników jak dla współczesnej
telefonii komórkowej (działającej przykładowo – w zależności od operatora i
kraju - na częstotliwościach900-1800-1900
MHz) a zasięg tych nadajników jest również większy niż dla zwykłych komórek.
Pożyczyłem takie urządzenie na próbę i okazało się, że
działa całkiem dobrze. Zamówiłem więc jeszcze antenę wzmacniającą sygnał,
zamontowałem na kominie i wtedy zobaczyłem pełen zasięg sygnału, a pomiar
prędkości transferu wyniósł powyżej 600 kbit/s (ha – przy łączności
telefonicznej wynosił w porywach do ... 28 kbit/s). Rzecz w mieście przy stałym
łączu całkiem zwyczajna, a dla mnie nieprawdopodobna. Teraz jeszcze tylko poprowadzić
kable – i już! Wszystkim który nie mają szans na „normalny” internet szczerze
polecam. (Pozwolę sobie przemilczeć parę niedociągnięć dostawcy usługi).
Sezon polowań na kaczki już rozpoczęty. Otwarcie odbyło się
na uroczystym zbiorowym polowaniu organizowanym w moim nadleśnictwie. Teraz
zresztą w wielu kołach i nadleśnictwach organizowane są tego rodzaju polowania.
Byli leśnicy oraz zaproszeni goście – w sumie kilkanaście strzelb.
Ku mojej radości było także kilka psów. Ja oczywiście
zabrałem też swojego, który z braku ruchu zaczynał przypominać zapasionego
foksteriera. W sumie było sześć czworonogów. Moja suka dobrze aportowała –
wyciągnęła z bagna około dziesięciu kaczek. Miałem też okazję obserwować jaka
jest różnica w pracy różnych psów. Ten który nie miał wyćwiczonego apelu (czyli
absolutnych podstaw takich jak przychodzenie do nogi na gwizdek, siadanie i warowanie
na rozkaz oraz pozostawanie w miejscu i marsz przy nodze ) dużo lepiej bobrował
w bagnie niż mój, który jest dobrze ułożony w tym zakresie, ale wciąż ogląda
się na pana – a ja muszę iść za nim i go zachęcać, a przecież nie po to mam psa
na kaczki żeby spacerować po bagnie. Jak widać, psa nie można za bardzo
temperować, żeby nie ograniczać jego pasji. Takie działanie musi mieć swoje
granice i trzeba sporo doświadczenia żeby dobrze poprowadzić psa który ma być
psem polującym a nie tylko podwórzowym czy kanapowym.
Mój pies pasję niewątpliwie ma, o czym się niejednokrotnie
przekonałem, ale ponieważ go nie rozpieszczam, cały czas sprawdza moją minę
żeby uzyskać potwierdzenie, że robi dobrze. Jestem jednak z niego zadowolony –
teren był trudny, kaczek sporo i wszystkie (nawet nie przeze mnie strzelone) aportował
do mnie w takim stanie w jakim je znalazł lub złapał. Wszystko to jest
oczywiście kwestią treningu – gdyby chodzić na takie polowanie w sezonie co
tydzień, na pewno suka by pracowała jeszcze lepiej, bo bez oglądania się na
mnie wiedziałaby czego od niej oczekuję. Nie wiem jak to możliwe ale brakuje mi
czasu na łowy.
Przy okazji prowadzonych w lesie prac zajrzałem do starego
dołu po sadzonkach. Z dużym zdziwieniem odkryłem, że jest wypełniony śmieciami.
Były tam nie tylko worki z rozmaitościami ale i deski, szmaty – jednym słowem
całe mnóstwo badziewia którego miejsce jest jak najbardziej na śmietniku – ale ktoś
uznał, że bliżej mu będzie wywieźć to do lasu. Dlaczego – nie wiem.
Wielokrotnie już pisałem o tym, że nie jestem w stanie
zrozumieć osobników, którzy wywożą do lasu śmieci, zarówno takie codzienne jak
i stare wersalki, pralki, lodówki itp. Nawet poza dużymi miastami można naprawdę
znaleźć miejsca gdzie bez problemu oddamy „elektrośmieci” czyli właśnie stary i
niepotrzebny sprzęt agd - w tym także komputery. Wysypisk jest sporo, a w coraz
większej liczbie wsi (w przeciwieństwie do np. Warszawy) prowadzona jest
selektywna zbiórka śmieci – posegregowane oddzielnie szkło, papier i plastiki
firma śmieciowa odbiera za darmo. Ktoś te śmieci przetwarza, i musi być to
dobry biznes, bo inaczej nikt by się za to nie brał.
Mój śmieciarz jednak nie był zbytnio inteligentny – kiedy robotnicy
ładowali śmieci na przyczepę żeby wywieźć je z lasu z jednego z worków wypadło
zdjęcie rentgenowskie. Z datą, imieniem i nazwiskiem. Nie mogłem uwierzyć. Zadzwoniłem
po straż leśną – strażnicy przyjechali bardzo szybko, obejrzeli śmieci i
rentgena, a jakieś pół godziny później zajechali do mnie żeby powiedzieć że
znaleźli winnego. Zapłaci mandat i oczywiście będzie musiał posprzątać w lesie.
Naprawdę akcja była szybka i skuteczna.
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez
drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz
czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na
przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny.
Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew
rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak
zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym
świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt
centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam
widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony
ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana
po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się
często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle
szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który
mógłby przewodzić taki prąd...
Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na
wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy
znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w
jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i
dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś
owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę
w moich drzewostanachpołożonych
malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z
czasem.
Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec
stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe
drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na
miejscu jako posusz ekologiczny.
W moim leśnictwie pojawił się harwester i forwarder (zestaw
ścinkowo-zrywkowy). Była to absolutna premiera. W dodatku nie był to zrąb tylko
powierzchnia trzebieżowa. Technologia pozyskania jest w zasadzie taka sama jak
przy pozyskaniu ręcznym, ale szlaki zrywkowe które należy wyznaczyć przy okazji
zestawu muszą być szersze niż normalnie, tzn. muszą mieć najmniej cztery metry
szerokości. Przy zwykłej zrywce półpodwieszonej (czyli wyciąganiu traktorem ściętych
drzew do drogi która może być już drogą wywozową) szlaki zrywkowe (czyli trasy
dla traktora, żeby nie jechał za każdym razem gdzie indziej i tym samym nie
niszczył więcej podszytu niż to jest absolutnie niezbędne żeby drzewo
wyciągnąć) są szerokości trzech metrów. Wydaje
się, że to tylko jeden metr, ale w rzeczywistości robi to sporą różnicę. Sprzęt
typu harwester to naprawdę ogromna maszyna i ślady jej bytności w lesie są dużo
większe niż w przypadku zwykłego traktora.
Moim zdaniem harwester i forwarder jest mało ekologiczny – w
trakcie dnia pracy spala około trzystu (300!) litrów ropy. Dla porównania - pilarze
żeby pozyskać taką samą masę i zerwać ją małym ciągnikiem zużywają około 10
litrów benzyny (do pilarek) i około 50 litrów ropy (do traktora). Harwester
zostawia też jak zauważyłem sporo odpadów eksploatacyjnych, czyli rozmaitych
małych pieńków o długości 20 czy 30 centymetrów. Wszystko dlatego, że naprawdę
wyrabianie sortymentów ze ściętego drzewa dobrze wychodzi jeżeli strzała jest
prosta. Być może wynika to jeszcze z braku doświadczenia operatorów tych
maszyn, bo harwester pracuje u nas od niedawna. A być może również z mojego
konserwatywnego podejścia do sprawy. Muszę przyznać że przez dziesięć lat pracy
przyzwyczaiłem się do „klasycznej” pracy robotników leśnych i u nich nie
tolerowałbym pozostawiania takiego bałaganu. Ba, pilarze mają obowiązek ścinać
drzewa dużo niżej niż maszyna, ustawiać regularne stosy o jednakowej wysokości
odpowiednio zabezpieczone z obu stron i okrzesywać surowiec (obcinać gałęzie) naprawdę
bardzo dokładnie – dla pozyskania maszynowego nie stawia się takich wymagań. Ale
cóż, należy przyswajać nowe technologie, bo nawet praca w lesie się zmienia.
Zakończę może tak: jest to doskonały sprzęt na duże
powierzchnie zrębowe, możliwe jest naprawdę pozyskanie ogromnej ilości surowca
w krótkim czasie i dostarczenie go na rynek. Jeżeli ktoś z was w przyszłości
będzie przedsiębiorcą leśnym to z pewnością doceni maszynowe pozyskanie drewna :)
Wczoraj była pełnia księżyca. Nie wiązałem tego normalnego
przecież zjawiska z niczym szczególnym, ale kiedy żona narzekała do znajomej na
marudne i nieprzeciętnie dokazujące dziecko, znajoma powiedziała tylko: „To
pełnia, w dodatku zaćmienie księżyca, przejdzie, nie przejmuj się, wszyscy
dzisiaj jesteśmy trochę inni”.
Najwyraźniej w wyniku owego zaćmienia księżyca oraz
jednocześnie następującej pełni dostałem do podpisania nową umowę na wynajem
mieszkania służbowego; Miała niby być taka sama jak poprzednia, ale po
przeczytaniu okazało się że nie jest. Dom jest do generalnego remontu, który
odkładany był już kilka razy, bo były inne ważniejsze inwestycje, a według zapisów
nowej umowy nie zgłaszam żadnych uwag do stanu technicznego budynku. W związku
z czym jednym podpisem remontuję cały obiekt i w razie wyprowadzki będę
zobligowany oddać dom taki jakim go nigdy nie widziałem. Rozumiem, że jeżeli
ktoś się wprowadza do wyremontowanej lub nowej leśniczówki to bez problemu
umowę podpisze, bo zakres napraw i konserwacji w takim domu będzie naprawdę
niewielki. Ale jest jeszcze sporo osad takich jak moja, prawie stuletnich,
które od lat nie mogą doprosić się remontu choćby minimalnego i niszczeją, a
stanowią ostatnie zachowane egzemplarze dziedzictwa kulturowego swoich regionów.
Liczę, że kiedy minie pełnia – którą postanowiłem
sfotografować, bo naprawdę księżyc był wspaniały – może jednak wszystko wróci
do normy.