dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Wielosił błękitny czyli o zmianach w przyrodzie
2009-06-29

W nadleśnictwie odbyło się niedawno szkolenie na temat różnorodności biologicznej i wykonywanych cięć pielęgnacyjnych. Na szkoleniu obecni byli przedstawiciele regionalnej dyrekcji LP oraz Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej.

Tak się złożyło, że całe szkolenie odbywało się w moim leśnictwie. Temat szkolenia był omawiany na czterech powierzchniach przykładowych które różniły się między sobą siedliskami, wiekiem drzewostanu, składem gatunkowym oraz innymi elementami taksacyjnymi.

Na szkoleniu obecne były grupy leśników z których każda patrzy na las innymi oczami – co innego na tej samej powierzchni widzi leśniczy, co innego „urządzeniowiec” a jeszcze co innego specjalista pracujący w dyrekcji. Było to ciekawe doświadczenie, bo dyskusje jakie toczyliśmy na poszczególnych powierzchniach były bardzo merytoryczne i na serio wartościowe.

Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna powierzchnia. Dwa lata temu wykonałem tam rębnię polegającą na stworzeniu kilkunastoarowych luk gdzie pod osłoną drzewostanu posadziłem dąb. Zebrane „konsylium” miało ustalić jak prowadzić dalej w tym terenie cięcia aby odnowić stopniowo obumierający z powodu wieku (ok. 100 lat) olchowy drzewostan. Tam właśnie kolega z Biura Urządzania Lasu, specjalista od botaniki, pokazał mi bardzo rzadką roślinę (chronioną) na którą wcześniej nie zwróciłem jakoś uwagi.

Ta roślina to wielosił błękitny, roślina z tzw. Czerwonej Księgi (gatunki zagrożone wyginięciem). Na Mazurach jednak wciąż dość popularna. Najbardziej zdziwiła mnie rzecz jedna – wielosił bujnie rozwinął się w miejscu, gdzie po pierwsze wycięto zrąb, po drugie pozostałości pozrębowe zostały rozdrobnione specjalną maszyną, a po trzecie przygotowano glebę poprzez orkę. Czyli cały teren dokładnie zmieniono. I nagle właśnie na takim sztucznie utworzonym przez człowieka stanowisku pojawił się gatunek, który ledwo zipał. Dopiero dostarczenie mu dużej ilości światła i przestrzeni spowodowało że pojawiły się warunki dla niego optymalne.

Pojawia się więc pytanie, czy chronienie czegoś zarzucając działania gospodarcze nie jest przypadkiem robieniem przyrodzie niedźwiedziej przysługi? Być może właśnie zmiany jakich dokonujemy (oczywiście w trakcie gospodarki leśnej, a nie np. w postaci zatruwania wody czy innych działań szkodliwych dla środowiska) są impulsem niezbędnym w przyrodzie dla pojawiania się tych czy innych gatunków. Jeżeli będziemy się upierać przy ochronie jakiegoś obszaru poprzez całkowitą nieingerencję może się okazać, że właśnie bez niej zmieni się on nie do poznania, a wszystkie organizmy które chcieliśmy tam chronić znajdą sobie inne miejsce, takie jak mój zrąb, które dostarczy im to, czego potrzebują.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Ułańskie lato
2009-06-24

Pierwszego dnia lata, w niedzielę, wybrałem się do Suwałk. Był to długo oczekiwany wyjazd na Dzień Kawalerzysty. Chciałem zobaczyć jak na „lokalnym rynku” wyglądają popisy sprawności jeźdźców w ułańskich konkurencjach. Stare regulaminy wojskowe przenosi się dzisiaj dosłownie i organizuje konkursy...

Pogoda trafiła się wyśmienita – jedyny dzień bez deszczu i w pełnym słońcu na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni. Co zobaczyłem? Wspaniałe mundury kawaleryjskie różnych pułków ułańskich, piękne rzędy końskie (oryginały lub bardzo dobre repliki), wspaniałe wierzchowce oraz wielu pasjonatów takich zabaw.

Obejrzałem konkurs cięcia szablą - obejmuje przejazd galopem po torze oraz „zaliczenie” około dziesięciu stanowisk. Na każdym z nich trzeba było wykonać coś innego - cięcie od góry lub od dołu w łozę, cios w pozornik (worek wypchany sianem), cios w kapustę, zebranie szablą dwóch kolejnych kółek zawieszonych na stojakach. Opis brzmi banalnie, ale dość powiedzieć, że na galopującym koniu, którego trzeba prowadzić jedną ręką (w drugiej przecież szabla) przejechanie toru zgodnie z regulaminem stanowiło naprawdę duży wyczyn. Publika najgorętszymi brawami nagradzała udane ciosy w kapuścianą głowę – muszę przyznać że taki udany cios robi wrażenie.

Po konkursie z szablą był kolejny – tym razem z lancą. (Jest to broń drzewcowa służąca tylko do kłucia, trzymetrowej długości.) Chociaż władanie tą bronią wymaga tak samo wysokich umiejętności jak posługiwanie się szablą, nie wzbudzało już takich emocji.

W pokonywaniu konkursowych torów nie pomagało również rozstawione obok ogromnych rozmiarów wesołe miasteczko. Można sobie wyobrazić, jak reaguje koń widzący po raz pierwszy w swoim życiu wznoszącą się do góry gigantyczną karuzelę wydającą piekielne dźwięki... Trudno się dziwić, że nie wszystkim ułanom przejazdy wyszły idealnie – niektóre konie odmawiały posłuszeństwa i ciężko było je namówić do współpracy. Tym większe uznanie należy się jeźdźcom, którzy pomimo tych utrudnień zaliczyli bardzo udane starty.

Zawody utrudniał jeszcze jeden element. Lejący się z nieba żar powodował, że ubrani w pełne mundury oraz obwieszeni regulaminowym rynsztunkiem (łącznie z przytroczonymi saperkami) jeźdźcy tracili siły a pot zalewał im oczy. Mnie jako historycznego pasjonata poważnie to zastanowiło. Co się musiało dziać na prawdziwym polu walki gdzie strzały wcale nie rozlegały się na wiwat a aprowizacja nie zapewniała napojów chłodzących... To musieli być naprawdę dzielni ludzie.

Wśród widzów zauważyłem dwóch weteranów – starsi panowie w wysokich butach i mundurach z licznymi orderami wolnym krokiem poruszali się po terenie imprezy. Jeżeli w dniu wybuchu wojny 1939 roku mieli po dwadzieścia lat, to dziś muszą mieć dziewięćdziesiątkę na karku. Życzę każdemu, żeby w podobnym wieku był w stanie uczestniczyć w takiej imprezie. Mam wrażenie że tamto pokolenie było zrobione ze specjalnej gliny – i dlatego udało im się przetrwać potworny zamęt historii.

P.S. Impreza obejmowała jeszcze inne konkurencje, ale moja córka stanowczo oświadczyła, że już nie chce koników oglądać - cierpliwość dwulatka ma swoje granice.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Bóbr magister
2009-06-23
Las zamiera na dużej przestrzeni – kilkanaście hektarów. Bezpośrednią przyczyną jest podnoszenie się poziomu wody w kanałku, na którym bobry zrobiły spiętrzenie wody. Drzewostany (obumierające) były zawsze niedostępne i nie prowadziło się w nich żadnej gospodarki. Teraz zamierają pozornie.

Wystarczy minimalny skrawek suchszego terenu i widać tam samosiew olchy czarnej. Nasiona niesione leniwym nurtem kanału meandrują wraz z wodą i kiedy jej poziom okresowo opada część z nich trafia na dogodny grunt i kiełkuje.

Ciężko byłoby to lepiej wykombinować. Na zdjęciu widać odnowienie olchy na korzeniach obumierających starych brzóz i świerków. Zdaje się, że w ten sposób drzewostany brzozowe i świerkowe wzdłuż kanału bobry „przebudowują” na olsy. Olsza jest w stanie stworzyć drzewostan nawet na bardzo podmokłym terenie. Kiedyś widziałem taki ols w Puszczy Białowieskiej. Między drzewami można było pływać kajakiem. Może i w tym roku zdarzy się kawałek ciepłego lata i da się popłynąć kajakiem w jakieś ładne miejsce...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Zimny płaz
2009-06-19

Kosiłem trawę w ogrodzie i byłbym jej nie zauważył, gdyby nie to, że przejechałem nad nią kosiarką i ukazała mi się w całej okazałości. Jejmość szara ropucha... Miała nawet wykopaną  a raczej wygniecioną w ziemi jamkę, w której ją zobaczyłem kiedy ściąłem trawę. Zaniosłem płaza do domu żeby pokazać dziecku – zbiera ostatnio wychodzące codziennie po deszczu ślimaki, więc sądziłem że „duża żaba” zrobi furorę. Niestety żaba się poruszyła chcąc wyskoczyć z mojej dłoni a córka uderzyła w płacz. Uspokoiła się dopiero kiedy zaproponowałem, że pójdziemy i zaniesiemy „żabę” z powrotem do jej jamki w ogrodzie. Ale z dwuletnim uporem zapowiedziała, że ropuchy nie dotknie. Ropucha po sesji zdjęciowej poszła sobie pod krzak pigwowca. Jak sądzę jest to ten sam egzemplarz który zeszłej jesieni czatował na progu domu tuż przy drzwiach, żeby dostać się do środka. Gdzieś trzeba przezimować!


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Żółciak siarkowy
2009-06-18

Jechałem dębową aleją w moim leśnictwie i zauważyłem tam całkiem nowy kolor – żółtopomarańczowy. Aż się zatrzymałem, a właściwie kazała mi się zatrzymać żona którą ten kolor na tle ciemnych omszałych pni zahipnotyzował.

Na starym zwalonym dębie, pozostawionym specjalnie w lesie jako obiekt zwiększający bioróżnorodność rosły okazałe owocniki grzyba – żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus (Bull.) Murrill).

Z tym dębem zresztą wiąże się pewna historia. Był to stary dziuplasty osobnik, którego pewnego dnia zwalił na ziemię wiatr. Postanowiłem go tam zostawić (było to kilka lat wcześniej zanim firmy zajmujące się certyfikacją w lasach sformułowały taki wymóg) żeby uległ naturalnemu rozkładowi. Musiałem jednak używać całej siły perswazji żeby uchronić dąb przed zakusami pilarzy – nie mogli (a raczej nie chcieli) zrozumieć dlaczego każę im zostawić taką kłodę żeby zgniła zamiast pociąć ją normalnie na opał – który oni oczywiście chętnie wykupią. Na szczęście pień miał rozległą  zgniliznę i się ostał.

Ale wracając do grzyba – jest to jeden z gatunków formujących największe owocniki (osiągają szerokość 100-500mm) w formie „półek” (stąd jego angielska nazwa – sulphur shelf). Pojawiają się one co roku na zasiedlonych drzewach. Jeżeli są to drzewa żywe, w ciągu kilku lat prowadzą do ich obumarcia. Najczęściej rośnie na dębach, topolach, robiniach. Rzadko na drzewach iglastych.

Owocniki pojawiają się wiosną i wczesnym latem – i są jadalne. Jeść można żółciaka pod warunkiem że jest młody oraz że zostanie obgotowany (powyżej 15 minut) a woda odlana. Później można smażyć, panierować, marynować – co kto lubi. Żółciaka rosnącego na dębach można ponoć spożywać zupełnie bezpiecznie. Ja jednak nie byłem głodny.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szkoła w lesie
2009-06-15

Wywóz drewna – samochód grzęźnie w rozmiękłej drodze. Zapas czasu nie wystarcza, umówiona wycieczka ze szkoły podstawowej w pobliskim miasteczku już na mnie czeka w leśniczówce. Chcą oglądać i fotografować pomniki przyrody które jakiś rok temu zgłosiłem.

Wysyłam do nich podleśniczego, który akurat wyznaczał trzebież na przyszły rok. Obiekty się podobają, dzieciaki robią zdjęcia. Chcą je wykorzystać do jakiejś swojej szkolnej publikacji. Bardzo mnie cieszy pozytywne podejście młodzieży do mojej pracy. Są zadowoleni, że ktoś te pomniki przyrody odnalazł w lesie i o nie dba. No a ja jestem zadowolony że mogę pokazać las komuś oprócz wozaków (ale ich interesuje tylko surowiec do zabrania :) oraz inspektorów (którzy zawsze mają na jego temat swoje, jedynie słuszne zdanie).


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Podloty
2009-06-07

Przyszedł czas podlotów. To znaczy młode ptaki które wykluły się z jajek opuściły już gniazda, ale są wciąż dokarmiane przez rodziców. Widzę takich zawodników a to na płocie, a to na stercie drewna przy stodole. Duże, puchate kulki z szeroko rozdziawionymi dziobami, czekają aż „starzy” przyniosą robala albo gąsienicę.

Na podwórku stałym obiektem obserwacji od kilku dni jest rodzina kopciuszków. Dwa nieduże, trochę większe od wróbla ptaki uwijają się łapiąc rozmaite owady i karmiąc potomstwo siedzące pomiędzy brzozowymi szczapami. Niedługo pewnie młode będą już zdolne do samodzielnego zdobywania pokarmu i polecą, ale na razie są jeszcze dość nieporadne i przez to zabawne. Mają farta, że w osadzie nie ma kota, bo pomyślność i świetlana przyszłość żółtodziobów mogłaby nie nastąpić. (To nie przypadek, bo wiem, że nie byłbym w stanie zapanować nad kocią naturą. Poddaje to pod rozwagę wszystkich miłośników mruczków.)

Jak co roku od kilku lat widzę też na płocie dzierzbę gąsiorka. On również ma w pobliżu gniazdo i co roku obserwuję siedzące na siatce młode dzierzby. Je też rodzice dokarmiają jeszcze kilka dni po opuszczeniu gniazda.

Szpaki dawno się już wypierzyły i poleciały. Tym z budki koło domu otworzonej przypadkowo przez konia upadek na trawę nie zaszkodził. Wepchnąłem je z powrotem i wszystkie przeżyły, co mogłem stwierdzić czyszcząc ich budkę.

Trochę gorzej lęgi udały się sikorkom. Może winne jest wyjątkowo mokre i zimne lato – owadów nie ma wcale tak dużo a noce są bardzo chłodne. Sikory bogatki jak zwykle założyły gniazdo w skrzynce na listy. Poleciały w świat jakieś dwa dni temu, ale w gnieździe znalazłem trzy martwe ptaki. Prawdopodobnie zostały zadeptane przez rodzeństwo kiedy jeszcze były małe. Być może jak zrobi się ciepło bogatki zdecydują się na jeszcze jeden lęg, ale na razie warunki klimatyczne raczej im nie sprzyjają.

Na szczęście pogoda nie sprzyja również kornikowi, z czego się bardzo cieszę.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface