W nadleśnictwie
odbyło się niedawno szkolenie na temat różnorodności biologicznej i
wykonywanych cięć pielęgnacyjnych. Na szkoleniu obecni byli przedstawiciele
regionalnej dyrekcji LP oraz Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej.
Tak się złożyło,
że całe szkolenie odbywało się w moim leśnictwie. Temat szkolenia był omawiany
na czterech powierzchniach przykładowych które różniły się między sobą
siedliskami, wiekiem drzewostanu, składem gatunkowym oraz innymi elementami
taksacyjnymi.
Na szkoleniu
obecne były grupy leśników z których każda patrzy na las innymi oczami – co
innego na tej samej powierzchni widzi leśniczy, co innego „urządzeniowiec” a
jeszcze co innego specjalista pracujący w dyrekcji. Było to ciekawe doświadczenie,
bo dyskusje jakie toczyliśmy na poszczególnych powierzchniach były bardzo
merytoryczne i na serio wartościowe.
Szczególnie
utkwiła mi w pamięci jedna powierzchnia. Dwa lata temu wykonałem tam rębnię
polegającą na stworzeniu kilkunastoarowych luk gdzie pod osłoną drzewostanu
posadziłem dąb. Zebrane „konsylium” miało ustalić jak prowadzić dalej w tym
terenie cięcia aby odnowić stopniowo obumierający z powodu wieku (ok. 100 lat) olchowy
drzewostan. Tam właśnie kolega z Biura Urządzania Lasu, specjalista od
botaniki, pokazał mi bardzo rzadką roślinę (chronioną) na którą wcześniej nie
zwróciłem jakoś uwagi.
Ta roślina to
wielosił błękitny, roślina z tzw. Czerwonej Księgi (gatunki zagrożone
wyginięciem). Na Mazurach jednak wciąż dość popularna. Najbardziej zdziwiła
mnie rzecz jedna – wielosił bujnie rozwinął się w miejscu, gdzie po pierwsze
wycięto zrąb, po drugie pozostałości pozrębowe zostały rozdrobnione specjalną
maszyną, a po trzecie przygotowano glebę poprzez orkę. Czyli cały teren
dokładnie zmieniono. I nagle właśnie na takim sztucznie utworzonym przez
człowieka stanowisku pojawił się gatunek, który ledwo zipał. Dopiero
dostarczenie mu dużej ilości światła i przestrzeni spowodowało że pojawiły się
warunki dla niego optymalne.
Pojawia się więc
pytanie, czy chronienie czegoś zarzucając działania gospodarcze nie jest przypadkiem
robieniem przyrodzie niedźwiedziej przysługi? Być może właśnie zmiany jakich
dokonujemy (oczywiście w trakcie gospodarki leśnej, a nie np. w postaci
zatruwania wody czy innych działań szkodliwych dla środowiska) są impulsem
niezbędnym w przyrodzie dla pojawiania się tych czy innych gatunków. Jeżeli
będziemy się upierać przy ochronie jakiegoś obszaru poprzez całkowitą
nieingerencję może się okazać, że właśnie bez niej zmieni się on nie do
poznania, a wszystkie organizmy które chcieliśmy tam chronić znajdą sobie inne
miejsce, takie jak mój zrąb, które dostarczy im to, czego potrzebują.
Pierwszego dnia
lata, w niedzielę, wybrałem się do Suwałk. Był to długo oczekiwany wyjazd na
Dzień Kawalerzysty. Chciałem zobaczyć jak na „lokalnym rynku” wyglądają popisy
sprawności jeźdźców w ułańskich konkurencjach. Stare regulaminy wojskowe
przenosi się dzisiaj dosłownie i organizuje konkursy...
Pogoda trafiła
się wyśmienita – jedyny dzień bez deszczu i w pełnym słońcu na przestrzeni
ostatnich dwóch tygodni. Co zobaczyłem? Wspaniałe mundury kawaleryjskie różnych
pułków ułańskich, piękne rzędy końskie (oryginały lub bardzo dobre repliki),
wspaniałe wierzchowce oraz wielu pasjonatów takich zabaw.
Obejrzałem
konkurs cięcia szablą - obejmuje przejazd galopem po torze oraz „zaliczenie”
około dziesięciu stanowisk. Na każdym z nich trzeba było wykonać coś innego -
cięcie od góry lub od dołu w łozę, cios w pozornik (worek wypchany sianem),
cios w kapustę, zebranie szablą dwóch kolejnych kółek zawieszonych na
stojakach. Opis brzmi banalnie, ale dość powiedzieć, że na galopującym koniu,
którego trzeba prowadzić jedną ręką (w drugiej przecież szabla) przejechanie
toru zgodnie z regulaminem stanowiło naprawdę duży wyczyn. Publika
najgorętszymi brawami nagradzała udane ciosy w kapuścianą głowę – muszę
przyznać że taki udany cios robi wrażenie.
Po konkursie z
szablą był kolejny – tym razem z lancą. (Jest to broń drzewcowa służąca tylko do
kłucia, trzymetrowej długości.) Chociaż władanie tą bronią wymaga tak samo
wysokich umiejętności jak posługiwanie się szablą, nie wzbudzało już takich
emocji.
W pokonywaniu
konkursowych torów nie pomagało również rozstawione obok ogromnych rozmiarów
wesołe miasteczko. Można sobie wyobrazić, jak reaguje koń widzący po raz
pierwszy w swoim życiu wznoszącą się do góry gigantyczną karuzelę wydającą
piekielne dźwięki... Trudno się dziwić, że nie wszystkim ułanom przejazdy
wyszły idealnie – niektóre konie odmawiały posłuszeństwa i ciężko było je
namówić do współpracy. Tym większe uznanie należy się jeźdźcom, którzy pomimo
tych utrudnień zaliczyli bardzo udane starty.
Zawody utrudniał
jeszcze jeden element. Lejący się z nieba żar powodował, że ubrani w pełne
mundury oraz obwieszeni regulaminowym rynsztunkiem (łącznie z przytroczonymi
saperkami) jeźdźcy tracili siły a pot zalewał im oczy. Mnie jako historycznego
pasjonata poważnie to zastanowiło. Co się musiało dziać na prawdziwym polu
walki gdzie strzały wcale nie rozlegały się na wiwat a aprowizacja nie
zapewniała napojów chłodzących... To musieli być naprawdę dzielni ludzie.
Wśród widzów
zauważyłem dwóch weteranów – starsi panowie w wysokich butach i mundurach z
licznymi orderami wolnym krokiem poruszali się po terenie imprezy. Jeżeli w
dniu wybuchu wojny 1939 roku mieli po dwadzieścia lat, to dziś muszą mieć
dziewięćdziesiątkę na karku. Życzę każdemu, żeby w podobnym wieku był w stanie
uczestniczyć w takiej imprezie. Mam wrażenie że tamto pokolenie było zrobione
ze specjalnej gliny – i dlatego udało im się przetrwać potworny zamęt historii.
P.S. Impreza obejmowała jeszcze inne konkurencje, ale moja córka stanowczo oświadczyła, że już nie chce koników oglądać - cierpliwość dwulatka ma swoje granice.
Las zamiera na
dużej przestrzeni – kilkanaście hektarów. Bezpośrednią przyczyną jest
podnoszenie się poziomu wody w kanałku, na którym bobry zrobiły spiętrzenie
wody. Drzewostany (obumierające) były zawsze niedostępne i nie prowadziło się w
nich żadnej gospodarki. Teraz zamierają pozornie.
Wystarczy
minimalny skrawek suchszego terenu i widać tam samosiew olchy czarnej. Nasiona
niesione leniwym nurtem kanału meandrują wraz z wodą i kiedy jej poziom
okresowo opada część z nich trafia na dogodny grunt i kiełkuje.
Ciężko byłoby to
lepiej wykombinować. Na zdjęciu widać odnowienie olchy na korzeniach
obumierających starych brzóz i świerków. Zdaje się, że w ten sposób drzewostany
brzozowe i świerkowe wzdłuż kanału bobry „przebudowują” na olsy. Olsza jest w
stanie stworzyć drzewostan nawet na bardzo podmokłym terenie. Kiedyś widziałem
taki ols w Puszczy Białowieskiej. Między drzewami można było pływać kajakiem.
Może i w tym roku zdarzy się kawałek ciepłego lata i da się popłynąć kajakiem w
jakieś ładne miejsce...
Kosiłem trawę w
ogrodzie i byłbym jej nie zauważył, gdyby nie to, że przejechałem nad nią
kosiarką i ukazała mi się w całej okazałości. Jejmość szara ropucha... Miała
nawet wykopanąa raczej wygniecioną w
ziemi jamkę, w której ją zobaczyłem kiedy ściąłem trawę. Zaniosłem płaza do
domu żeby pokazać dziecku – zbiera ostatnio wychodzące codziennie po deszczu
ślimaki, więc sądziłem że „duża żaba” zrobi furorę. Niestety żaba się poruszyła
chcąc wyskoczyć z mojej dłoni a córka uderzyła w płacz. Uspokoiła się dopiero
kiedy zaproponowałem, że pójdziemy i zaniesiemy „żabę” z powrotem do jej jamki
w ogrodzie. Ale z dwuletnim uporem zapowiedziała, że ropuchy nie dotknie.
Ropucha po sesji zdjęciowej poszła sobie pod krzak pigwowca. Jak sądzę jest to
ten sam egzemplarz który zeszłej jesieni czatował na progu domu tuż przy
drzwiach, żeby dostać się do środka. Gdzieś trzeba przezimować!
Jechałem dębową
aleją w moim leśnictwie i zauważyłem tam całkiem nowy kolor –
żółtopomarańczowy. Aż się zatrzymałem, a właściwie kazała mi się zatrzymać żona
którą ten kolor na tle ciemnych omszałych pni zahipnotyzował.
Na starym
zwalonym dębie, pozostawionym specjalnie w lesie jako obiekt zwiększający
bioróżnorodność rosły okazałe owocniki grzyba – żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus (Bull.) Murrill).
Z tym dębem
zresztą wiąże się pewna historia. Był to stary dziuplasty osobnik, którego pewnego
dnia zwalił na ziemię wiatr. Postanowiłem go tam zostawić (było to kilka lat
wcześniej zanim firmy zajmujące się certyfikacją w lasach sformułowały taki
wymóg) żeby uległ naturalnemu rozkładowi. Musiałem jednak używać całej siły
perswazji żeby uchronić dąb przed zakusami pilarzy – nie mogli (a raczej nie
chcieli) zrozumieć dlaczego każę im zostawić taką kłodę żeby zgniła zamiast
pociąć ją normalnie na opał – który oni oczywiście chętnie wykupią. Na
szczęście pień miał rozległązgniliznę i
się ostał.
Ale wracając do
grzyba – jest to jeden z gatunków formujących największe owocniki (osiągają
szerokość 100-500mm) w formie „półek” (stąd jego angielska nazwa – sulphurshelf). Pojawiają się one co roku na zasiedlonych drzewach. Jeżeli
są to drzewa żywe, w ciągu kilku lat prowadzą do ich obumarcia. Najczęściej
rośnie na dębach, topolach, robiniach. Rzadko na drzewach iglastych.
Owocniki
pojawiają się wiosną i wczesnym latem – i są jadalne. Jeść można żółciaka pod
warunkiem że jest młody oraz że zostanie obgotowany (powyżej 15 minut) a woda
odlana. Później można smażyć, panierować, marynować – co kto lubi. Żółciaka
rosnącego na dębach można ponoć spożywać zupełnie bezpiecznie. Ja jednak nie
byłem głodny.
Wywóz drewna –
samochód grzęźnie w rozmiękłej drodze. Zapas czasu nie wystarcza, umówiona
wycieczka ze szkoły podstawowej w pobliskim miasteczku już na mnie czeka w
leśniczówce. Chcą oglądać i fotografować pomniki przyrody które jakiś rok temu
zgłosiłem.
Wysyłam do nich
podleśniczego, który akurat wyznaczał trzebież na przyszły rok. Obiekty się
podobają, dzieciaki robią zdjęcia. Chcą je wykorzystać do jakiejś swojej
szkolnej publikacji. Bardzo mnie cieszy pozytywne podejście młodzieży do mojej
pracy. Są zadowoleni, że ktoś te pomniki przyrody odnalazł w lesie i o nie dba.
No a ja jestem zadowolony że mogę pokazać las komuś oprócz wozaków (ale ich
interesuje tylko surowiec do zabrania :) oraz inspektorów (którzy zawsze mają
na jego temat swoje, jedynie słuszne zdanie).
Przyszedł czas
podlotów. To znaczy młode ptaki które wykluły się z jajek opuściły już gniazda,
ale są wciąż dokarmiane przez rodziców. Widzę takich zawodników a to na płocie,
a to na stercie drewna przy stodole. Duże, puchate kulki z szeroko rozdziawionymi
dziobami, czekają aż „starzy” przyniosą robala albo gąsienicę.
Na podwórku
stałym obiektem obserwacji od kilku dni jest rodzina kopciuszków. Dwa nieduże,
trochę większe od wróbla ptaki uwijają się łapiąc rozmaite owady i karmiąc
potomstwo siedzące pomiędzy brzozowymi szczapami. Niedługo pewnie młode będą
już zdolne do samodzielnego zdobywania pokarmu i polecą, ale na razie są
jeszcze dość nieporadne i przez to zabawne. Mają farta, że w osadzie nie ma
kota, bo pomyślność i świetlana przyszłość żółtodziobów mogłaby nie nastąpić. (To
nie przypadek, bo wiem, że nie byłbym w stanie zapanować nad kocią naturą.
Poddaje to pod rozwagę wszystkich miłośników mruczków.)
Jak co roku od
kilku lat widzę też na płocie dzierzbę gąsiorka. On również ma w pobliżu
gniazdo i co roku obserwuję siedzące na siatce młode dzierzby. Je też rodzice
dokarmiają jeszcze kilka dni po opuszczeniu gniazda.
Szpaki dawno się
już wypierzyły i poleciały. Tym z budki koło domu otworzonej przypadkowo przez
konia upadek na trawę nie zaszkodził. Wepchnąłem je z powrotem i wszystkie przeżyły,
co mogłem stwierdzić czyszcząc ich budkę.
Trochę gorzej
lęgi udały się sikorkom. Może winne jest wyjątkowo mokre i zimne lato – owadów
nie ma wcale tak dużo a noce są bardzo chłodne. Sikory bogatki jak zwykle
założyły gniazdo w skrzynce na listy. Poleciały w świat jakieś dwa dni temu,
ale w gnieździe znalazłem trzy martwe ptaki. Prawdopodobnie zostały zadeptane
przez rodzeństwo kiedy jeszcze były małe. Być może jak zrobi się ciepło bogatki
zdecydują się na jeszcze jeden lęg, ale na razie warunki klimatyczne raczej im
nie sprzyjają.
Na szczęście
pogoda nie sprzyja również kornikowi, z czego się bardzo cieszę.