dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Gra Endera
2009-05-30

Wszystkich zainteresowanych relacjami z mojego leśnego gospodarstwa rolnego chciałbym z żalem poinformować, że w związku z coraz bardziej dosłowną rzeczywistością muszę zrezygnować z hodowli zwierząt. Jeszcze nie wiem co z nimi zrobię. Powód jest banalny. Niedawno moje Nadleśnictwo wymówiło mi umowę na bezpłatne użytkowanie gruntów rolnych zwaną deputatem rolnym. Jest to forma pakietu socjalnego, która sięga zamierzchłych czasów. Uzasadnieniem jest podobno kryzys i jakieś tam trudne sprawy. Takie życie.

Nie mogę odpędzić od siebie pewnej myśli, która powraca do mnie w wolnych chwilach. Będąc nastolatkiem przeczytałem książkę „Gra Endera” (autor: Orson Scott Card). Fabuła traktuje o inwazji obcej cywilizacji, którą udaje się powstrzymać dzieciom. Grupa dzieciaków w wieku od kilku do kilkunastu lat w specjalnym ośrodku szkoleniowym gra w gry komputerowe i strategiczne oraz ćwiczy kondycję fizyczną. Wyróżnia się najmniejszy z nich, właśnie Ender. Kiedy udaje mu się z wielkim wysiłkiem i przy pomocy wszystkich innych dzieci odnieść zwycięstwo w najtrudniejszej, trwającej kilka miesięcy grze komputerowej, okazuje się, że była ona jak najbardziej realna. Ender dowodził prawdziwymi statkami kosmicznymi w prawdziwej wojnie – a nauczyciele świadomi jego geniuszu wojskowego powierzyli mu to zadanie, ukrywając przed nim prawdę – żeby nie obciążać go odpowiedzialnością za losy Ziemi. Do stracenia i tak nie było nic.

W związku ze zbliżającym się dniem dziecka myślę sobie, że być może wiele problemów na skalę europejską, krajową czy nawet lokalną dałoby się rozwiązać pozwalając dzieciom potraktować je jako grę... Dorośli czasami kręcą się za własnym ogonem i nie zawsze są w stanie znaleźć wyjście, a do błędów również nie lubią się przyznawać. Chciałbym złożyć serdeczne życzenia wszystkim dzieciom, bo w każdym z nich drzemie nieodkryty talent.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Pożar teoretycznie pod kontrolą
2009-05-28

Wczoraj rano, zaraz po siódmej, zadzwonił telefon i okazało się, że do mojego leśnictwa jedzie właśnie Straż Leśna na kontrolę pni. W naszym nadleśnictwie wytypowano dwa leśnictwa do kontroli i ja się również załapałem. Założenia kontroli były takie, żeby sprawdzić czy ilość drewna jaką pozyskiwałem na pozycjach trzebieżowych i którą zaewidencjonowałem będzie się równać masie drewna jaka się oszacuje na podstawie pni pozostałych na tej powierzchni. Wydaje się to dość karkołomne ale taki szacunek możliwy jest do przeprowadzenia. (Akcja taka jest prowadzona w wielu nadleśnictwach, ponieważ kilka miesięcy temu wykryto w jednym z leśnictw regionu północno-wschodniej Polski poważne nadużycia.)

Tyraliśmy cały dzień – ja musiałem być obecny podczas tych prac. Przeszliśmy na piechotę szesnaście hektarów powierzchni oglądając każdy pień po ściętym drzewie, mierząc go i notując w raptularzu. Oprócz mnie będącego jedynie świadkiem kontrolę przeprowadzało sześć osób. W związku z tym, że wynik takiej kontroli dla leśniczego odpowiedzialnego materialnie za cały powierzony mu majątek, ma znaczenie kluczowe, musiałem być na miejscu.

Prace przerwał telefon mojej żony, która powiedziała, że z podwórka widzi słup dymu nad poligonem. Alarm okazał się jak najbardziej uzasadniony, gdyż pomimo zagrożenia pożarowego wojsko przeprowadzało detonację jakichś pocisków. Na szczęście pożar był niewielki i zaraz został ugaszony. Najpierw zawiadomiliśmy wieżę obserwacyjną podając przybliżoną lokalizację ognia, obserwator wysłał na to miejsce leśniczego który dokładne już informacje przekazał do wozu strażackiego. Według wojska wszystko było oczywiście pod kontrolą ... (Kiedy jakieś dwa lata temu też meldowali, że mają wszystko pod kontrolą, trzeba było wezwać dwa samoloty gaśnicze, więc teraz w nadleśnictwie dmuchamy na zimne.)

Po tym incydencie powróciliśmy do liczenia i mierzenia pni. Dane zebrane w terenie zostały opracowane później w biurze, a ja dzisiaj dowiedziałem się, że wszystko się zgadza. Niby byłem pewien swego, ale dreszczyk emocji był.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jeleń w scypule
2009-05-26
Całe popołudnie rąbałem drewno na opał. To dobra pora żeby tym się zająć ponieważ jest jeszcze dużo czasu na wysuszenie szczap. Komary cięły bez litości. Zrobiłem sobie przerwę i przysiadłem na pieńku. Pies zabawiał się z jaskółkami próbując je dogonić, czasem głośno szczekając. Rozmawiałem głośno z żoną udzielając jej rad przy pieleniu ogrodu (he, he).

Aż wreszcie spojrzałem przed siebie i zobaczyłem za płotem na łące trzy pasące się jelenie byki. Ani trochę nie przeszkadzał im zamęt na podwórzu w spokojnym żerowaniu. Ograniczały się tylko do tego, żeby co pewien czas rzucić okien na ludzki bałagan. Tak jak stałem popędziłem po aparat. Trochę spękały ale po skończonej sesji zdjęciowej nadal skubały trawę.

Udało się ich nie spłoszyć. Widziałem je zresztą już któryś dzień z kolei – podchodziły codziennie trochę bliżej domu. Zresztą jak poszedłem do nich na łąkę, okazało się, że są tam nie tylko trzy byki, ale i cała chmara, w sumie z dziesięć sztuk.

Byki o tej porze roku wyglądają trochę śmiesznie – całe poroże mają jeszcze w scypule, zupełnie nowe. Zrzucają je na przełomie zimy i wiosny (od lutego do kwietnia) a później wyrasta kolejny wieniec, początkowo właśnie pokryty takim miękkim, trochę „zamszowym” naskórkiem. Scypuł jest unerwiony i ukrwiony, dlatego kiedy jelenie wycierają go odsłaniając kość poroża jest ono często „udekorowane” powiewającymi resztkami zbędnej już skóry.

Dotykałem kiedyś takiego poroża w scypule u kozła sarny. Przypomina irchę jaką wyciera się przyrządy optyczne. Kozioł wlazł do płotu i zjadał sadzonki na uprawie. Razem z robotnikami próbowaliśmy go wypędzić przez otwartą bramę. Ale za każdym razem kiedy leciał już do bramy, z niewiadomego powodu zawracał i gnał z powrotem. Udało nam się go wreszcie zapędzić w (kozi) róg i złapać. Był to całkiem przyzwoity szóstak. Ja trzymałem za parostki, dwóch robotników za nogi, kozioł darł się wniebogłosy przekonany że umiera, ale wypuszczony za bramą pognał do lasu. Miły meszek pamiętam do dziś.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jak to ze szpakami było
2009-05-25
Całkiem przypadkiem udało mi się niedawno zinwentaryzować zawartość ptasiej budki lęgowej która wisi na jesionie przy leśniczówce. A stało się to za sprawą mojego konia Gacka, który pasł się w pobliżu razem ze swoim towarzyszem. Postanowił jednak poczochrać się o drzewo i o przyczepioną do niego budkę. Zrobił to jakoś tak sprytnie, że otworzył budkę (ma ona zamykany na haczyk dół, żeby można było ją wyczyścić kiedy ptaki się już wyprowadzą) i wysypał zawartość na trawę. Na szczęście byłem w pobliżu i zauważyłem wypadek. Zawartością były oczywiście młode szpaki – nie wiem nawet dokładnie ile, bo z wrażenia ich nie policzyłem. Koń się spłoszył i uciekł w drugi koniec pastwiska, a ja pozbierałem pierzaste towarzystwo i wpakowałem z powrotem do skrzynki. Zastanawiałem się, czy przeżyją. Na szczęście po kilku minutach zauważyłem podlatujące stare szpaki. Na początku zachowywały się trochę nerwowo, ale potem powróciły do karmienia potomstwa. Teraz w budce jest już całkiem głośno, a niebawem chyba całe towarzystwo wyleci z gniazda.

 Podleśniczy miał z kolei inną ptasią akcję – u niego w przydomowej budce miały gniazdo sikorki czubatki. Jednego poranka usłyszał na podwórku dzięcioła. Dzięcioł rozbijał budkę sikorek. Podleśniczy go przepędził i naprawił budkę deską, potem pojechał do lasu. Kiedy wrócił, okazało się, że dzięcioł rozbił budkę z drugiej strony i wyjadł wszystkie małe sikorki. Prawo natury.

W skrzynce na listy przy mojej leśniczówce sikorki już też ćwierkają. W zeszłym roku do nich też dobierał się dzięcioł i trochę rozłupał skrzynkę. Moim zdaniem nie miał szans na obiad w tym miejscu, bo uporczywe stukanie zwróciło uwagę psa, który na pewno dzięcioła skutecznie pogonił.

Niedawno w prasie leśnej pojawił się fajny artykuł o budkach lęgowych. („LAS POLSKI” 9/2009). Autor zwraca uwagę wszystkich zainteresowanych powieszeniem budki lęgowej, np. w swoim ogrodzie, na ich konstrukcję, która będzie gwarantowała bezpieczeństwo lęgom.

Osobiście odradzam budki, które mają otwierane na zawiasie dno. Wystarczy niewiele a cała zawartość wylatuje na ziemię.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Sóweczka, czyli Buboborów ciąg dalszy
2009-05-21

W związku z inwentaryzacją sów jaka odbyła się pod koniec zimy w naszym nadleśnictwie, oraz identyfikacją stanowisk sóweczki u mnie w leśnictwie pojawiła się właśnie kolejna grupa ornitologów celem weryfikacji wcześniejszych obserwacji.

Pojechałem z nimi tam gdzie poprzednio słyszeliśmy wyraźnie sóweczkę. Próbowaliśmy sprowokować ją dźwiękiem (głos w formacie MP3 odtwarzany z telefonu – proszę do czego przydaje się w terenie nowa technologia :) ale to się nie udało. Przeszliśmy wszyscy razem kawał lasu gdzie potencjalnie sóweczka może gniazdować, bo ornitologom bardzo zależało na zlokalizowaniu dziupli z gniazdem. Wszystko się zgadzało (w kwestii warunków „terenowych” ulubionych przez ten gatunek sowy) ale żadnych śladów bytowania (żerowania) ani gniazdowania nie znaleźliśmy.

Głos sóweczki zwykle powoduje reakcję strachu u małych ptaków będących potencjalnym pokarmem tego drapieżnika. Ptaki zmieniają ton na wyraźnie zaniepokojony, czasami milkną zupełnie. Jednak ta czereda która nas otaczała gdzieś w gałęziach nie reagowała zupełnie na odtwarzane dźwięki.

Wnioski ogólne były więc takie, że fakt iż słyszeliśmy tu sóweczki pod koniec zimy nie oznacza wcale że jest to ich teren lęgowy.

Przeprowadziłem wiele rozmów z ornitologami dotyczących sposobów prowadzenia obserwacji sóweczki – koledzy zachęcali mnie żebym sam spróbował ją znaleźć, co byłoby bardzo cenną obserwacją. Miejsc lęgowych tego gatunku zlokalizowanych jest w Polsce zaledwie około trzystu - czterystu. Dla porównania – zinwentaryzowanych stanowisk lęgowych puszczyka jest siedemdziesiąt tysięcy.

Ornitolodzy sugerowali mi też nieusuwanie posuszu świerkowego jałowego (czyli obumarłych, suchych drzew) gdyż jest to potencjalne miejsce gdzie dzięcioł może założyć dziuplę, która z kolei później może zostać zasiedlona przez sóweczkę. No proszę – wszystko się zmienia. Kiedyś nie do pomyślenia było zostawianie jakiegokolwiek posuszu świerkowego. Dziś myślenie często bierze górę nad ślepym stosowaniem instrukcjami. Tak przynajmniej chcę myśleć. Tymczasem sezon kornikowy już się zaczął.....


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nocne zdjęcia
2009-05-18
Dzień jest coraz dłuższy, wydaje się nawet bardzo długi. Niedługo przecież będzie noc świętojańska – dzień się stale wydłuża i nawet o zachodzie słońca wciąż jest sporo światła.

Ciemność zapada dopiero około godziny dziewiątej wieczorem, a przy widnej nocy i łunie na północnym niebie można próbować robić zdjęcia. Oczywiście bez używania lampy błyskowej, której ja osobiście nie lubię i używam bardzo rzadko. Efekty nocnych eksperymentów z fotografią zawsze mnie zaskakują. Oczywiście wymaga to przemyślenia tematu i ręcznego dobrania parametrów w sprzęcie. Rezultaty są jak dla mnie bardzo fajne – oczywiście nie ma co liczyć na idealną ostrość obrazu, dokładne odwzorowanie obiektów, ale wcale nie o to zawsze chodzi. Ważne jest jednak posiadanie statywu – bez niego nie uda się zrobić dobrego nocnego zdjęcia. Chyba, że chcemy całkiem zaszaleć i np. uzyskać zdjęcie poruszone. Polecam robienie zdjęć bez lampy w dobrze oświetlonym miejscu, na przykład w mieście przy latarniach i światłach samochodów. Wyjdą kolorowe smugi i inne ciekawe efekty.

Dla osób posiadających wciąż jeszcze tradycyjny, analogowy aparat fotograficzny podaję trik, o którym opowiedział mi kiedyś znajomy fotografik: przy czułości filmu 400 ISO, lub niższej ustawiamy czułość w aparacie 1600 ISO. Zdjęcia wychodzą wtedy niedoświetlone, ale przy wywoływaniu negatywu trzeba poinformować o eksperymencie pana w zakładzie fotograficznym żeby zrobił to w tzw. forsowny sposób (nie liczcie na to, że wszędzie wam to zrobią). Wtedy wychodzi wyraźny efekt ziarna, co daje bardzo plastyczne efekty. Może to będzie inspiracją do poszukiwania czegoś nowego w Waszej fotografii.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
O psie i zmiennikach
2009-05-14

Podczas naszej nieobecności w leśniczówce domem i zwierzakami opiekowali się nasi przyjaciele. Kiedy rozmawialiśmy z nimi w trakcie wyjazdu i zaraz po powrocie twierdzili, że pies jest ciągle smutny, na pewno dlatego, że nas nie ma. (Pies oczywiście został w domu.) Trochę wydało mi się to dziwne, bo nie pierwszy raz pies został z opiekunami, a tym razem z takimi których długo zna i szczególnie lubi – przygnębiony naszym wyjazdem mógł być przez jakieś dwa dni, a później długie spacery oraz wyprawy nad jezioro powinny mu poprawić humor - wyżeł to pies z natury wesoły.

Kiedy wróciliśmy cieszył się bardzo, szczekał i pędził dookoła domu (to oznaka wielkiej radości) ale następnego dnia zauważyliśmy że nie chce jeść. Kolejnego też nie chciał. Kiedy trzeciego dnia po moim powrocie do domu odmówił niemalże porannego spaceru i nie miał najmniejszej chęci na bieganie, tylko leżał - pojechałem do weterynarza, chociaż była to niedziela. Pies miał suchy nos i ewidentne objawy gorączki. Coś mnie tknęło. Jak później stwierdził lekarz, był to ostatni moment.

Okazało się że pies jest poważnie chory i że jest to infekcja związana z chorobą przenoszoną przez kleszcze (zakażenie pierwotniakiem babeschia canina). Można to było stwierdzić przy badaniu osłuchowym – płuca pracowały normalnie ale nie pracował układ pokarmowy – w żołądku i jelitach cisza. Do tego bardzo wysoka temperatura ciała - 41°C (normalna u psa wynosi w granicach 38 stopni). Miejscowi weterynarze umieją już rozpoznawać te objawy i łączyć je z kleszczami nawet bez wykonywania badania krwi, na Mazurach jest to częsta choroba.

Gdybym zwlekał dzień dłużej, suki być może nie udałoby się uratować. Dostała jednak dwie serie zastrzyków z antybiotykami oraz środki przeciwgorączkowe i dzisiaj pędziła już za nisko fruwającymi jaskółkami. Karmiona przez ostatnie dni przez żonę „dietetycznie”, gotowanym mięsem, udaje teraz, że nie widzi miski z psimi chrupkami.

Jak widać, pomimo stosowania preparatów antykleszczowych nie można uznać, że potraktowany nimi pies jest absolutnie bezpieczny. Zanim środek zabije kleszcza, może on zdążyć zakazić psa i nie ma na to żadnej rady. Ja smaruję psa preparatem przeciw kleszczom co 4-5 tygodni. Polecam to wszystkim, tak samo jak obserwację zachowań czworonogów szczególnie teraz, kiedy robi się ciepło i kleszczy przybywa. Po spacerze trzeba dokładnie obejrzeć najpierw siebie, a potem psa. Ci którzy dużo przebywają w lesie powinni pomyśleć o zaszczepieniu się przeciwko odkleszczowemu zapaleniu opon mózgowych i mózgu. (Na boreliozę i babeschię jak się wydaje nie ma skutecznej szczepionki, pozostaje uważać na siebie i psy.)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Pocztówka z Tunezji
2009-05-13
Idylla widoczna na zdjęciu oddala się coraz bardziej. 

Niesamowite dla mnie było spotkanie z kulturą różniącą się od naszej diametralnie. Różnica była ogromna pomimo wzorów europejskich na których budowany jest system społeczno-polityczny współczesnej Tunezji. Tamtejszy naród ma historię liczącą ponad trzy tysiące lat – a więc dużo więcej niż nasz. Przetrwali liczne inwazje i podboje – Kartaginę, Rzym, Bizancjum, rządy tureckie i francuskie.

Trafiłem do Sousse, regionu typowo turystycznego, gdzie stoją głównie hotele goszczące ludzi z całego świata. Z głównych ulic i z hotelowych leżaków nie widać prawdziwego życia miasta, jedynie liczne sklepy sprzedawców pamiątek oraz ustrojone girlandami bryczki dla turystów którymi można się przejechać po mieście jak po warszawskiej starówce. Jednak wystarczy zapuścić się w mniej uczęszczane przez przyjezdnych rejony, żeby na przykład napotkać pasące się stadko kóz. W towarzystwie jednego psa. Oraz mieszkańców żyjących swoim życiem, pracujących na licznych budowach, robiących zakupy. Warta polecenia jest wyprawa na pustynię – ja niestety nie skorzystałem ze względu na towarzystwo małego dziecka czyli mojej córki, ale ci którzy pojechali mówili że było warto, bo zobaczyli świat zupełnie inny niż w kurorcie.

Tunezja jest rajem dla osób które potrafią i lubią się targować. Ceny nawet jeżeli są stałe, czyli wyraźnie napisane, okazują się być ruchome i do negocjacji zarówno w przypadku pocztówek czy gazet w kiosku jak i wszelkich innych towarów w sklepach i na straganach. Ci którzy tego nie lubią mają szansę trenować asertywność, czyli sztukę mówienia „nie” – bo nieustannie ktoś do czegoś namawia. Tunezyjczycy mają talent językowy i często mówią również po polsku, i to więcej niż kilka podstawowych słów. Bez problemów można również porozumieć się po francusku, angielsku czy niemiecku.

Bardzo atrakcyjna jest miejscowa architektura – nawet nowo budowane domy mają charakter etniczny, są zdobione arabeskami i kafelkami. Wakacje za pasem...

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface