Wszystkich
zainteresowanych relacjami z mojego leśnego gospodarstwa rolnego chciałbym z
żalem poinformować, że w związku z coraz bardziej dosłowną rzeczywistością muszę
zrezygnować z hodowli zwierząt. Jeszcze nie wiem co z nimi zrobię. Powód jest
banalny. Niedawno moje Nadleśnictwo wymówiło mi umowę na bezpłatne użytkowanie
gruntów rolnych zwaną deputatem rolnym. Jest to forma pakietu socjalnego, która
sięga zamierzchłych czasów. Uzasadnieniem jest podobno kryzys i jakieś tam
trudne sprawy. Takie życie.
Nie mogę
odpędzić od siebie pewnej myśli, która powraca do mnie w wolnych chwilach.
Będąc nastolatkiem przeczytałem książkę „Gra Endera” (autor: Orson Scott Card).
Fabuła traktuje o inwazji obcej cywilizacji, którą udaje się powstrzymać
dzieciom. Grupa dzieciaków w wieku od kilku do kilkunastu lat w specjalnym
ośrodku szkoleniowym gra w gry komputerowe i strategiczne oraz ćwiczy kondycję
fizyczną. Wyróżnia się najmniejszy z nich, właśnie Ender. Kiedy udaje mu się z
wielkim wysiłkiem i przy pomocy wszystkich innych dzieci odnieść zwycięstwo w
najtrudniejszej, trwającej kilka miesięcy grze komputerowej, okazuje się, że
była ona jak najbardziej realna. Ender dowodził prawdziwymi statkami
kosmicznymi w prawdziwej wojnie – a nauczyciele świadomi jego geniuszu
wojskowego powierzyli mu to zadanie, ukrywając przed nim prawdę – żeby nie
obciążać go odpowiedzialnością za losy Ziemi. Do stracenia i tak nie było nic.
W związku ze
zbliżającym się dniem dziecka myślę sobie, że być może wiele problemów na skalę
europejską, krajową czy nawet lokalną dałoby się rozwiązać pozwalając dzieciom
potraktować je jako grę... Dorośli czasami kręcą się za własnym ogonem i nie
zawsze są w stanie znaleźć wyjście, a do błędów również nie lubią się
przyznawać. Chciałbym złożyć serdeczne życzenia wszystkim dzieciom, bo w każdym
z nich drzemie nieodkryty talent.
Wczoraj rano,
zaraz po siódmej, zadzwonił telefon i okazało się, że do mojego leśnictwa
jedzie właśnie Straż Leśna na kontrolę pni. W naszym nadleśnictwie wytypowano
dwa leśnictwa do kontroli i ja się również załapałem. Założenia kontroli były
takie, żeby sprawdzić czy ilość drewna jaką pozyskiwałem na pozycjach
trzebieżowych i którą zaewidencjonowałem będzie się równać masie drewna jaka
się oszacuje na podstawie pni pozostałych na tej powierzchni. Wydaje się to
dość karkołomne ale taki szacunek możliwy jest do przeprowadzenia. (Akcja taka
jest prowadzona w wielu nadleśnictwach, ponieważ kilka miesięcy temu wykryto w
jednym z leśnictw regionu północno-wschodniej Polski poważne nadużycia.)
Tyraliśmy cały
dzień – ja musiałem być obecny podczas tych prac. Przeszliśmy na piechotę
szesnaście hektarów powierzchni oglądając każdy pień po ściętym drzewie,
mierząc go i notując w raptularzu. Oprócz mnie będącego jedynie świadkiem
kontrolę przeprowadzało sześć osób. W związku z tym, że wynik takiej kontroli
dla leśniczego odpowiedzialnego materialnie za cały powierzony mu majątek, ma
znaczenie kluczowe, musiałem być na miejscu.
Prace przerwał
telefon mojej żony, która powiedziała, że z podwórka widzi słup dymu nad
poligonem. Alarm okazał się jak najbardziej uzasadniony, gdyż pomimo zagrożenia
pożarowego wojsko przeprowadzało detonację jakichś pocisków. Na szczęście pożar
był niewielki i zaraz został ugaszony. Najpierw zawiadomiliśmy wieżę
obserwacyjną podając przybliżoną lokalizację ognia, obserwator wysłał na to
miejsce leśniczego który dokładne już informacje przekazał do wozu
strażackiego. Według wojska wszystko było oczywiście pod kontrolą ... (Kiedy
jakieś dwa lata temu też meldowali, że mają wszystko pod kontrolą, trzeba było
wezwać dwa samoloty gaśnicze, więc teraz w nadleśnictwie dmuchamy na zimne.)
Po tym
incydencie powróciliśmy do liczenia i mierzenia pni. Dane zebrane w terenie
zostały opracowane później w biurze, a ja dzisiaj dowiedziałem się, że wszystko
się zgadza. Niby byłem pewien swego, ale dreszczyk emocji był.
Całe popołudnie
rąbałem drewno na opał. To dobra pora żeby tym się zająć ponieważ jest jeszcze
dużo czasu na wysuszenie szczap. Komary cięły bez litości. Zrobiłem sobie
przerwę i przysiadłem na pieńku. Pies zabawiał się z jaskółkami próbując je
dogonić, czasem głośno szczekając. Rozmawiałem głośno z żoną udzielając jej rad
przy pieleniu ogrodu (he, he).
Aż wreszcie
spojrzałem przed siebie i zobaczyłem za płotem na łące trzy pasące się jelenie
byki. Ani trochę nie przeszkadzał im zamęt na podwórzu w spokojnym żerowaniu.
Ograniczały się tylko do tego, żeby co pewien czas rzucić okien na ludzki
bałagan. Tak jak stałem popędziłem po aparat. Trochę spękały ale po skończonej
sesji zdjęciowej nadal skubały trawę.
Udało się ich
nie spłoszyć. Widziałem je zresztą już któryś dzień z kolei – podchodziły
codziennie trochę bliżej domu. Zresztą jak poszedłem do nich na łąkę, okazało
się, że są tam nie tylko trzy byki, ale i cała chmara, w sumie z dziesięć sztuk.
Byki o tej porze
roku wyglądają trochę śmiesznie – całe poroże mają jeszcze w scypule, zupełnie
nowe. Zrzucają je na przełomie zimy i wiosny (od lutego do kwietnia) a później
wyrasta kolejny wieniec, początkowo właśnie pokryty takim miękkim, trochę
„zamszowym” naskórkiem. Scypuł jest unerwiony i ukrwiony, dlatego kiedy jelenie
wycierają go odsłaniając kość poroża jest ono często „udekorowane” powiewającymi
resztkami zbędnej już skóry.
Dotykałem kiedyś
takiego poroża w scypule u kozła sarny. Przypomina irchę jaką wyciera się
przyrządy optyczne. Kozioł wlazł do płotu i zjadał sadzonki na uprawie. Razem z
robotnikami próbowaliśmy go wypędzić przez otwartą bramę. Ale za każdym razem
kiedy leciał już do bramy, z niewiadomego powodu zawracał i gnał z powrotem.
Udało nam się go wreszcie zapędzić w (kozi) róg i złapać. Był to całkiem
przyzwoity szóstak. Ja trzymałem za parostki, dwóch robotników za nogi, kozioł
darł się wniebogłosy przekonany że umiera, ale wypuszczony za bramą pognał do
lasu. Miły meszek pamiętam do dziś.
Całkiem
przypadkiem udało mi się niedawno zinwentaryzować zawartość ptasiej budki
lęgowej która wisi na jesionie przy leśniczówce. A stało się to za sprawą
mojego konia Gacka, który pasł się w pobliżu razem ze swoim towarzyszem. Postanowił
jednak poczochrać się o drzewo i o przyczepioną do niego budkę. Zrobił to jakoś
tak sprytnie, że otworzył budkę (ma ona zamykany na haczyk dół, żeby można było
ją wyczyścić kiedy ptaki się już wyprowadzą) i wysypał zawartość na trawę. Na
szczęście byłem w pobliżu i zauważyłem wypadek. Zawartością były oczywiście
młode szpaki – nie wiem nawet dokładnie ile, bo z wrażenia ich nie policzyłem.
Koń się spłoszył i uciekł w drugi koniec pastwiska, a ja pozbierałem pierzaste
towarzystwo i wpakowałem z powrotem do skrzynki. Zastanawiałem się, czy
przeżyją. Na szczęście po kilku minutach zauważyłem podlatujące stare szpaki.
Na początku zachowywały się trochę nerwowo, ale potem powróciły do karmienia
potomstwa. Teraz w budce jest już całkiem głośno, a niebawem chyba całe
towarzystwo wyleci z gniazda.
Podleśniczy miał
z kolei inną ptasią akcję – u niego w przydomowej budce miały gniazdo sikorki
czubatki. Jednego poranka usłyszał na podwórku dzięcioła. Dzięcioł rozbijał
budkę sikorek. Podleśniczy go przepędził i naprawił budkę deską, potem pojechał
do lasu. Kiedy wrócił, okazało się, że dzięcioł rozbił budkę z drugiej strony i
wyjadł wszystkie małe sikorki. Prawo natury.
W skrzynce na
listy przy mojej leśniczówce sikorki już też ćwierkają. W zeszłym roku do nich też
dobierał się dzięcioł i trochę rozłupał skrzynkę. Moim zdaniem nie miał szans
na obiad w tym miejscu, bo uporczywe stukanie zwróciło uwagę psa, który na
pewno dzięcioła skutecznie pogonił.
Niedawno w
prasie leśnej pojawił się fajny artykuł o budkach lęgowych. („LAS POLSKI”
9/2009). Autor zwraca uwagę wszystkich zainteresowanych powieszeniem budki
lęgowej, np. w swoim ogrodzie, na ich konstrukcję, która będzie gwarantowała
bezpieczeństwo lęgom.
Osobiście
odradzam budki, które mają otwierane na zawiasie dno. Wystarczy niewiele a cała
zawartość wylatuje na ziemię.
W związku z
inwentaryzacją sów jaka odbyła się pod koniec zimy w naszym nadleśnictwie, oraz
identyfikacją stanowisk sóweczki u mnie w leśnictwie pojawiła się właśnie kolejna
grupa ornitologów celem weryfikacji wcześniejszych obserwacji.
Pojechałem z
nimi tam gdzie poprzednio słyszeliśmy wyraźnie sóweczkę. Próbowaliśmy
sprowokować ją dźwiękiem (głos w formacie MP3 odtwarzany z telefonu – proszę do
czego przydaje się w terenie nowa technologia :) ale to się nie udało. Przeszliśmy
wszyscy razem kawał lasu gdzie potencjalnie sóweczka może gniazdować, bo
ornitologom bardzo zależało na zlokalizowaniu dziupli z gniazdem. Wszystko się
zgadzało (w kwestii warunków „terenowych” ulubionych przez ten gatunek sowy)
ale żadnych śladów bytowania (żerowania) ani gniazdowania nie znaleźliśmy.
Głos sóweczki
zwykle powoduje reakcję strachu u małych ptaków będących potencjalnym pokarmem
tego drapieżnika. Ptaki zmieniają ton na wyraźnie zaniepokojony, czasami milkną
zupełnie. Jednak ta czereda która nas otaczała gdzieś w gałęziach nie reagowała
zupełnie na odtwarzane dźwięki.
Wnioski ogólne były
więc takie, że fakt iż słyszeliśmy tu sóweczki pod koniec zimy nie oznacza
wcale że jest to ich teren lęgowy.
Przeprowadziłem
wiele rozmów z ornitologami dotyczących sposobów prowadzenia obserwacji
sóweczki – koledzy zachęcali mnie żebym sam spróbował ją znaleźć, co byłoby
bardzo cenną obserwacją. Miejsc lęgowych tego gatunku zlokalizowanych jest w
Polsce zaledwie około trzystu - czterystu. Dla porównania – zinwentaryzowanych
stanowisk lęgowych puszczyka jest siedemdziesiąt tysięcy.
Ornitolodzy sugerowali
mi też nieusuwanie posuszu świerkowego jałowego (czyli obumarłych, suchych
drzew) gdyż jest to potencjalne miejsce gdzie dzięcioł może założyć dziuplę,
która z kolei później może zostać zasiedlona przez sóweczkę. No proszę –
wszystko się zmienia. Kiedyś nie do pomyślenia było zostawianie jakiegokolwiek
posuszu świerkowego. Dziś myślenie często bierze górę nad ślepym stosowaniem
instrukcjami. Tak przynajmniej chcę myśleć. Tymczasem sezon kornikowy już się
zaczął.....
Dzień jest coraz
dłuższy, wydaje się nawet bardzo długi. Niedługo przecież będzie noc
świętojańska – dzień się stale wydłuża i nawet o zachodzie słońca wciąż jest
sporo światła.
Ciemność zapada
dopiero około godziny dziewiątej wieczorem, a przy widnej nocy i łunie na
północnym niebie można próbować robić zdjęcia. Oczywiście bez używania lampy
błyskowej, której ja osobiście nie lubię i używam bardzo rzadko. Efekty nocnych
eksperymentów z fotografią zawsze mnie zaskakują. Oczywiście wymaga to
przemyślenia tematu i ręcznego dobrania parametrów w sprzęcie. Rezultaty są jak
dla mnie bardzo fajne – oczywiście nie ma co liczyć na idealną ostrość obrazu,
dokładne odwzorowanie obiektów, ale wcale nie o to zawsze chodzi. Ważne jest
jednak posiadanie statywu – bez niego nie uda się zrobić dobrego nocnego
zdjęcia. Chyba, że chcemy całkiem zaszaleć i np. uzyskać zdjęcie poruszone.
Polecam robienie zdjęć bez lampy w dobrze oświetlonym miejscu, na przykład w
mieście przy latarniach i światłach samochodów. Wyjdą kolorowe smugi i inne ciekawe
efekty.
Dla osób
posiadających wciąż jeszcze tradycyjny, analogowy aparat fotograficzny podaję
trik, o którym opowiedział mi kiedyś znajomy fotografik: przy czułości filmu
400 ISO, lub niższej ustawiamy czułość w aparacie 1600 ISO. Zdjęcia wychodzą
wtedy niedoświetlone, ale przy wywoływaniu negatywu trzeba poinformować o
eksperymencie pana w zakładzie fotograficznym żeby zrobił to w tzw. forsowny
sposób (nie liczcie na to, że wszędzie wam to zrobią). Wtedy wychodzi wyraźny
efekt ziarna, co daje bardzo plastyczne efekty. Może to będzie inspiracją do
poszukiwania czegoś nowego w Waszej fotografii.
Podczas naszej
nieobecności w leśniczówce domem i zwierzakami opiekowali się nasi przyjaciele.
Kiedy rozmawialiśmy z nimi w trakcie wyjazdu i zaraz po powrocie twierdzili, że
pies jest ciągle smutny, na pewno dlatego, że nas nie ma. (Pies oczywiście
został w domu.) Trochę wydało mi się to dziwne, bo nie pierwszy raz pies został
z opiekunami, a tym razem z takimi których długo zna i szczególnie lubi –
przygnębiony naszym wyjazdem mógł być przez jakieś dwa dni, a później długie
spacery oraz wyprawy nad jezioro powinny mu poprawić humor - wyżeł to pies z
natury wesoły.
Kiedy wróciliśmy
cieszył się bardzo, szczekał i pędził dookoła domu (to oznaka wielkiej radości)
ale następnego dnia zauważyliśmy że nie chce jeść. Kolejnego też nie chciał.
Kiedy trzeciego dnia po moim powrocie do domu odmówił niemalże porannego
spaceru i nie miał najmniejszej chęci na bieganie, tylko leżał - pojechałem do
weterynarza, chociaż była to niedziela. Pies miał suchy nos i ewidentne objawy
gorączki. Coś mnie tknęło. Jak później stwierdził lekarz, był to ostatni
moment.
Okazało się że
pies jest poważnie chory i że jest to infekcja związana z chorobą przenoszoną
przez kleszcze (zakażenie pierwotniakiem babeschia
canina). Można to było stwierdzić przy badaniu osłuchowym – płuca pracowały
normalnie ale nie pracował układ pokarmowy – w żołądku i jelitach cisza. Do
tego bardzo wysoka temperatura ciała - 41°C (normalna u psa wynosi w granicach 38
stopni). Miejscowi weterynarze umieją już rozpoznawać te objawy i łączyć je z
kleszczami nawet bez wykonywania badania krwi, na Mazurach jest to częsta
choroba.
Gdybym zwlekał
dzień dłużej, suki być może nie udałoby się uratować. Dostała jednak dwie serie
zastrzyków z antybiotykami oraz środki przeciwgorączkowe i dzisiaj pędziła już
za nisko fruwającymi jaskółkami. Karmiona przez ostatnie dni przez żonę „dietetycznie”,
gotowanym mięsem, udaje teraz, że nie widzi miski z psimi chrupkami.
Jak widać,
pomimo stosowania preparatów antykleszczowych nie można uznać, że potraktowany
nimi pies jest absolutnie bezpieczny. Zanim środek zabije kleszcza, może on
zdążyć zakazić psa i nie ma na to żadnej rady. Ja smaruję psa preparatem
przeciw kleszczom co 4-5 tygodni. Polecam to wszystkim, tak samo jak obserwację
zachowań czworonogów szczególnie teraz, kiedy robi się ciepło i kleszczy
przybywa. Po spacerze trzeba dokładnie obejrzeć najpierw siebie, a potem psa. Ci
którzy dużo przebywają w lesie powinni pomyśleć o zaszczepieniu się przeciwko odkleszczowemu
zapaleniu opon mózgowych i mózgu. (Na boreliozę i babeschię jak się wydaje nie
ma skutecznej szczepionki, pozostaje uważać na siebie i psy.)
Idylla widoczna
na zdjęciu oddala się coraz bardziej.
Niesamowite dla
mnie było spotkanie z kulturą różniącą się od naszej diametralnie. Różnica była
ogromna pomimo wzorów europejskich na których budowany jest system
społeczno-polityczny współczesnej Tunezji. Tamtejszy naród ma historię liczącą
ponad trzy tysiące lat – a więc dużo więcej niż nasz. Przetrwali liczne inwazje
i podboje – Kartaginę, Rzym, Bizancjum, rządy tureckie i francuskie.
Trafiłem do Sousse,
regionu typowo turystycznego, gdzie stoją głównie hotele goszczące ludzi z
całego świata. Z głównych ulic i z hotelowych leżaków nie widać prawdziwego życia
miasta, jedynie liczne sklepy sprzedawców pamiątek oraz ustrojone girlandami
bryczki dla turystów którymi można się przejechać po mieście jak po
warszawskiej starówce. Jednak wystarczy zapuścić się w mniej uczęszczane przez
przyjezdnych rejony, żeby na przykład napotkać pasące się stadko kóz. W
towarzystwie jednego psa. Oraz mieszkańców żyjących swoim życiem, pracujących
na licznych budowach, robiących zakupy. Warta polecenia jest wyprawa na
pustynię – ja niestety nie skorzystałem ze względu na towarzystwo małego
dziecka czyli mojej córki, ale ci którzy pojechali mówili że było warto, bo
zobaczyli świat zupełnie inny niż w kurorcie.
Tunezja jest
rajem dla osób które potrafią i lubią się targować. Ceny nawet jeżeli są stałe,
czyli wyraźnie napisane, okazują się być ruchome i do negocjacji zarówno w
przypadku pocztówek czy gazet w kiosku jak i wszelkich innych towarów w
sklepach i na straganach. Ci którzy tego nie lubią mają szansę trenować
asertywność, czyli sztukę mówienia „nie” – bo nieustannie ktoś do czegoś
namawia. Tunezyjczycy mają talent językowy i często mówią również po polsku, i
to więcej niż kilka podstawowych słów. Bez problemów można również porozumieć
się po francusku, angielsku czy niemiecku.
Bardzo
atrakcyjna jest miejscowa architektura – nawet nowo budowane domy mają
charakter etniczny, są zdobione arabeskami i kafelkami. Wakacje za pasem...