W piątek w
siedzibie nadleśnictwa odbyło się oficjalne podsumowanie i zakończenie działań
związanych z Buboborami. Wyniki nie były może spektakularne, ale przyzwoite. Pogoda
niestety była wyjątkowo niekorzystna – przez cały tydzień panował niż, a
zdaniem ornitologów przy niskim ciśnieniu sowy nie lubią się odzywać.
Ale głównym
sukcesem było stwierdzenie stuprocentowej obecności kilku osobników sóweczki i
również kilku sowy włochatki. Mimo kiepskich warunków zlokalizowano kilkanaście
puszczyków. Ornitolodzy twierdzili, że uzyskane wyniki ze względu na pogodę są
wynikami minimalnymi na których podstawie można wnioskować, że populacje
wszystkich zlokalizowanych ptaków są o wiele większe niż wykazały to nasłuchy i
obserwacje. Czyli sów mamy na terenie naprawdę sporo.
Puchacza nie
udało się usłyszeć żadnemu z zespołów, ale jeden z kolegów leśniczych jest
pewien, że słyszy go od czasu do czasu na terenie swojego leśnictwa.
P.S. Dzisiaj
ciśnienie poszło w górę co stwierdziłem na barometrze (1000 hPa) i od razu podwórkowy
puszczyk dał o sobie znać. A kiedy wcześniej razem z całą ekipą próbowałem go
wołać, ani razu się skubany nie odezwał.
Pojechałem w
końcu na Bubobory. Wystartowaliśmy o siedemnastej żeby spróbować jeszcze
usłyszeć sóweczkę. Spytałem ornitologów z którymi jechałem jakie partie
drzewostanów - na jakim siedlisku i o jakiej charakterystyce – są dla nich
interesujące ze względu na występowanie poszukiwanych gatunków.
Najpierw
pojechaliśmy więc do lasu świerkowego na podłożu torfowym leżącego w pobliżu
większych odkrytych przestrzeni. Sóweczkę udało się usłyszeć. Dla mnie był to
jeden z miliona ogólno-leśnych wieczornych dźwięków (słychać było m.in.
żurawie, kosy, drozdy). Sóweczka odezwała się sprowokowana nagraniem które
odtworzyliśmy z telefonu (ach, ten sprzęt). Głos jaki usłyszeliśmy w odpowiedzi moim zdaniem nie przypominał tego co odtwarzaliśmy, ale zespół ornitologiczny
był pewien, że właśnie słyszymy sóweczkę. Postanowiliśmy przenieść się w inne
miejsce żeby móc dokładniej zlokalizować ptaka. Udało nam się znaleźć dużo
bliżej, sóweczka odzywała się wyraźniej i teraz jak najbardziej przypominało to dźwięk
znany mi z nagrania. Udało się precyzyjnie ustalić rejon gdzie owa sóweczka
poluje. W ten sam sposób udało nam się zlokalizować jeszcze jeden rejon
łowiecki kolejnego osobnika. Sukces niby drobny, ale cieszył. Bubobory wszak
nastawione są głównie na poszukiwania stanowisk puchacza, ale sóweczka również
jest rzadkim gatunkiem, a do tego poluje w dzień.
Kiedy zapadł
zmrok ruszyliśmy w inne rejony drzewostanów żeby spróbować zlokalizować
włochatkę i puszczyka. Najaktywniejsze są one dwie godziny po zmierzchu i przed
świtem. Udało się zanotować kolejny sukces, ale nie tak spektakularny –
sprowokowana nagraniem włochatka odezwała się tylko raz. Z czterech
nasłuchujących osób usłyszały ją trzy, ale nie wszyscy z tego samego kierunku.
Echo w lesie rozchodzi się bardzo różnie. No ale grunt że słyszeliśmy.
Później
pojechaliśmy jeszcze nad brzeg leśnego jeziora leżącego w sąsiedztwie bagien
żeby nasłuchiwać puchacza ale nie raczył się odezwać (tego gatunku sowy nie
prowokuje się nagranym głosem bo można tylko nastraszyć wszystkie ptaki w
lesie). Być może to wina pogody (idealne okoliczności to pełnia księżyca i
bezchmurna, bezwietrzna noc). Pomimo prowokacji nie odezwał się nawet pospolity
gatunek jakim jest puszczyk, którego obecność w okolicy jest stuprocentowo
pewna. Ale prowadzący nasłuchy ornitolog stwierdził, że sowy to stworzenia dość
chimeryczne i nie zawsze się odzywają – nawet kiedy w pobliżu odtwarza im się
najlepsze sowie kawałki z MP3.
P.S. Nagrania
sowich głosów, zdjęcia oraz wiele ciekawych informacji można znaleźć na stronie
WWW.cepl.sggw.pl/bubobory
Nadeszła jak
wiadomo wiosna przynajmniej kalendarzowa. Zbliża się więc również sezon
kornikowy. Wprawdzie nic jeszcze nie można o tym powiedzieć na pewno, ale patrząc
na pogodę to jeżeli utrzyma się taka jak jest jeszcze w kwietniu – czyli śnieg,
deszcz i dość gruba pokrywa śniegu w lesie, to szkodniki owadzie a przynajmniej
kornik drukarz którego znam osobiście nie zaliczą tego sezonu do udanego. Taka
właśnie pogoda, a przede wszystkim długo utrzymujący się w lesie śnieg hamuje
rozwój szkodników owadzich skracając im wydatnie okres w którym mogą się
rozmnażać.
Dla mnie byłoby
to wyjątkowo korzystne, jako że kornik już nie raz przysporzył mi dodatkowych
zajęć z racji tego, że na terenie mojego leśnictwa znajduje się dużo świerka.
Tymczasem
rozpoczęło się liczenie sów (BUBOBORY). Jutro o 17 ruszam w teren razem z
ornitologiem. O wynikach dam znać.
P.S. Na zdjęciu
kwitnąca leszczyna dziś o poranku.
Trzeci dzień
pada śnieg. Na zmianę zawieja albo zawieja. Na szczęście w miarę ciepło, więc
wiadomo, że nawet jeżeli wygląda to jak śnieżyca to sprawa jest chwilowa.
Zastanawiałem się
gdzie podziały się żurawie, skowronki, szpaki i cała ta wiosenna hałastra która
już przyleciała – sam widziałem i słyszałem. Żona coś wspominała o zmianie opon
na letnie. Dobrze że nie dałem się namówić!
W przyszłym
tygodniu wszyscy pracownicy nadleśnictwa, także „biuro”, wezmą udział w
szkoleniu a potem w inwentaryzacji sów na naszym terenie. Wszystko to będzie
odbywało się w ramach akcji „Bubobory”. Jest to już siódma edycja tego programu
– ale po raz pierwszy będzie w niej brało udział nasze nadleśnictwo. Do prawie
każdego z nadleśnictw w których wykazano w trakcie przeprowadzanej w 2006 roku
inwentaryzacji obecność puchacza (łac. Bubo
bubo) przyjadą specjaliści ornitolodzy. U nas warsztaty szkoleniowe i
nasłuchy będą prowadzone przez cały przyszły tydzień.
Celem
„Buboborów” ma być nie tylko inwentaryzacja stanowisk puchacza, który jest
najrzadszą sową występującą w Polsce ale również edukacja leśników w zakresie
sowich zwyczajów, sposobów lokalizacji stanowisk oraz czynnej ochrony tego
gatunku. Oczywiście niejako przy okazji uzyskuje się dane dotyczące innych
gatunków sów gniazdujących w okolicy (w naszym kraju występuje jeszcze między
innymi sóweczka, włochatka, puszczyk i uszatka).
Ja bez
specjalnych nasłuchów wiem, że tuż koło leśniczówki, prawdopodobnie w starym
opuszczonym kościele, mieszka puszczyk. Zaczął się odzywać w lutym, kiedy noce
stawały się cieplejsze ale o wiośnie nikt jeszcze poważnie nie myślał. Słychać
go było przez kilka dni, potem przyszły mrozy i zamilkł, teraz słychać go
znowu. Lubię się z nim przekomarzać i drażnię go gwizdaniem przypominającym
jego głos – można nawiązać całkiem długą „rozmowę”. Gadamy tak już któryś rok.
Puchacza nigdy
nie słyszałem, ale może uda mi się to w tym roku w trakcie „Buboborów”.
Poszedłem robić
zdjęcia na łąki. Niedaleko, niecały kilometr od leśniczówki. W pewnym momencie
zauważyłem w jednym miejscu krążące kruki. Poszedłem w tamtą stronę i
zobaczyłem jelenia zabitego przez wilki. Był zjedzony do połowy. Dookoła wydeptana
trawa, mnóstwo krwi, jednym słowem ślady walki.
Co się mogło
stać? Detektywem nie jestem, ale na podstawie doświadczenia mogę mniej więcej
odtworzyć przebieg zdarzeń.
Młody byk razem
z całą chmarą jeleni żerował w płocie na ogrodzonej uprawie. Wilki wykorzystały
okazję i zaatakowały. W jednym miejscu duży odcinek siatki jest przewrócony –
tamtędy ewakuowała się cała chmara. W trakcie pogoni wilkom udało się odbić od
stada jedną sztukę – być może najsłabszą lub chorą - i zagonić w róg płotu.
Jeleń próbował wyskoczyć, porwał siatkę, ale nie dał rady się wydostać z
ogrodzenia i padł ofiarą drapieżników. Trudno powiedzieć jak liczna była wilcza
wataha. Ale kiedy go znalazłem, ze stukilowego zwierzęcia została połowa. Wszystko
musiało się rozegrać poprzedniej nocy. Specjaliści od wilków podają, iż dorosły
osobnik jest w stanie zjeść jednorazowo do pięciu kilogramów mięsa. Czyli
musiało być ich z dziesięć.
Zauważyłem
również, że nie pierwszy raz wilki polowały w tym miejscu i w ten sposób. Dosłownie
kilka metrów od świeżo zabitego jelenia znalazłem resztki kozła sarny (czaszkę
i parostki) które musiały leżeć tam od jesieni albo nawet od lata.
Wilków nie
zniechęciły moje liczne ślady pozostawione przy padlinie – następnego dnia z
jelenia nie zostało już nic oprócz kawałka skóry, resztek sierści i kości
kończyn. Zniknęła nawet czaszka. Były też ślady jak tarzały się w resztkach a
potem wycierały w śniegu (wilk, tak samo jak pies, tarza się w różnych takich
miejscach po to, żeby zabić swój naturalny zapach – zapach drapieżnika; nawet
jeżeli potem cuchnie, to jest to zapach inny niż jego naturalny, co ułatwia mu
polowanie). Niewykluczone, że zachęcone sukcesem, będą dalej polować w okolicy.
Ponieważ jestem
na urlopie, zaległym (pani z kadr kazała mi wziąć trzy dni jakie zostały mi z
zeszłego roku) siedzę w domu i mam fuchę polegającą na dostarczaniu wrażeń
mojej dwuletniej córce. W tym czasie żona walczy z zimową depresją zwiedzając
sklepy w okolicznych miasteczkach. Okazuje się, że mieszkanie na odludziu rzuca
się czasami do gardła, szczególnie pod koniec takiej ciężkiej zimy jak
tegoroczna. Znajomych widuje się od święta, wyjazdy to rzadkość. Porzucenie
domu na kilka dni przy niskiej temperaturze może zaowocować zamarzniętymi
kaloryferami.
A propos - zabrałem
się też za wymianę kaloryfera. Stary, blaszany zaczął przeciekać i musiałem go
zdjąć, ale w pokoju zrobiło się odczuwalnie chłodniej. Napisałem podanie o
zakup nowego. Nasz specjalista od remontów znalazł w swoich zasobach jakiś
niepotrzebny kaloryfer i mogłem go przejąć. O zakupach i remontach na razie nie
ma mowy – kryzys najwyraźniej zagląda także do naszej firmy, bo według
oficjalnego zarządzenia dopuszczalne są tylko remonty w sytuacjach
bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia mieszkańców osady. Muszę pogodzić
się więc z tym, że obiecywanego od lat remontu chyba się prędko nie doczekam.
Bo nie zapowiada się żeby światowy kryzys jakoś się szybko skończył.
Jutro rano chyba
osiodłam mojego gniadego i zawalczę z moją osobistą deprechą. Zdecydowanie wolę
to niż zakupy – ha ha.
Na zdjęciu widać
pierwsze żurawie z zeszłego roku oraz bieżącą aurę. Wciąż pada śnieg, czasem
pomieszany z deszczem, ale ostatni weekend był wyjątkowo słoneczny.
Właśnie w
niedzielę, pierwszego marca rano skórowałem upolowanego dzika ciesząc się z
dawno nie widzianego słońca gdy usłyszałem klangor żurawi. Dochodził gdzieś z
okolicznych łąk.
Tego samego
ranka spotkałem naszą znajomą pszczelarkę. Zaparkowała koło leśniczówki, bo nie
mogła dojechać do swojej pasieki z powodu śniegu – leży go naprawdę wciąż
bardzo dużo. Szła do pasieki karmić pszczoły, którym się coś pokręciło i
zaczęły się uaktywniać. Zdaniem pszczelarki rozpoczynały już normalną działalność.
Gdyby nie dostały cukru mogłyby nie dożyć do wiosny. Co ciekawe, działo się tak
nie w jednym ulu, ale we wszystkich – jest ich około dziesięciu. Cała pasieka
mogła po prostu zginąć a jej odbudowanie to nie taka prosta sprawa. Biorąc pod
uwagę to, że w ogóle pszczół jest na świecie coraz mniej i coraz częściej
chorują z różnych powodów (ogólnie rzecz biorąc „cywilizacyjnych” czyli dużej
ilości chemii w przyrodzie) takie ekologiczne pszczoły jak te przy leśniczówce
należy chronić. Że nie wspomnę o tym, iż nie wyobrażam sobie po prostu życia
bez miodu.
Generalnie zarówno
z powodu żurawi jak i pszczół nadchodząca wiosna wydaje mi się jakaś dziwna. Nie
mogę uciec od skojarzenia z inną dziwną wiosną sprzed kilku lat, a dokładnie z
roku 2002. Wtedy właśnie po takiej dziwnej wiośnie (żurawie pamiętam usłyszałem
28 lutego kiedy wszędzie leżało jeszcze dużo śniegu) na początku lipca (a
dokładnie 4 lipca) walnął huragan który położył ogromne połacie Puszczy Piskiej
i okolic. Jego skutki usuwaliśmy przez kolejnych kilka lat – najpierw wycinając
i wywożąc drewno a potem przygotowując powierzchnie pod ponowne zalesienia i
sadząc miliony nowych sadzonek.
Mam nadzieję że
tym razem scenariusz się nie powtórzy. Skóra mi cierpnie na samą myśl.
Ostatniego dnia
lutego byłem na niezwykłym polowaniu. Było to polowanie na lisy z użyciem
norowców, czyli psów wyspecjalizowanych w pracy w norach. Szkoli się do tego
przede wszystkim jamniki i jagdteriery, ale sprawdzają się również foksteriery.
(Takie psy szkoli się wcześniej w sztucznie budowanych norach. W sztucznych
norach organizuje się również konkursy dla psów myśliwskich.)
Nadleśnictwo wyszło
z inicjatywą organizacji takiego szczególnego polowania i zaprosiło
specjalistów – menerów z psami, ponieważ w sposób czynny zamierzamy włączać się
w ochronę cietrzewia, który na naszym terenie ma jedne z nielicznych ostoi w
naszym kraju.
Nie da się
ukryć, że lis, a także jenot to naturalni wrogowie cietrzewia, polujący zarówno
na same kury i koguty jak i wyjadający im jajka z gniazd.
Kilka dni przed
polowaniem odbyła się narada na której ustaliliśmy dokładnie położenie znanych
nam nor. W sumie było ich bardzo dużo, ale jak się okazało później, część była
okresowo nieczynna.
W dniu polowania
podzieliliśmy się na kilka zespołów – w skład każdego wchodził mener z kilkoma
psami oraz trzech-czterech myśliwych. Psy szybko weryfikowały czy dana nora
jest pusta czy nie. Ponieważ dzień był wyjątkowo słoneczny, w żadnej z
odwiedzanych przez myśliwych nor nie było lisów. W taki dzień lisy wychodzą na
polowania, krążą po łąkach szukając myszy i innych przysmaków. Ale za to wykurzyliśmy
sporo jenotów i borsuków. Przewodnicy psów byli zachwyceni, że ich psy miały
okazję pokazania swoich umiejętności. Sam byłem zaskoczony pracą psów oraz ...... złapaniem
żywego jenota. Jenota zresztą złapaliśmy dosyć przypadkiem. Otóż mener
zaniepokojony długim przebywaniem psa w norze (jeżeli pies znajduje się w norze
zbyt długo może się zwyczajnie udusić – często gubi go własna pasja) postanowił
go ratować. Za pomocą specjalnego lokalizatora ustalił miejsce przebywania psa
pod ziemią i zaczęliśmy kopać. (Nory bywają bardzo rozległe i z dużą ilością
wejść, czyli „okien”.) W końcu dotarliśmy do psa, którego udało się chwycić za
tylne nogi i wyciągnąć. Ale okazało się, że ... zębami był wczepiony w jenota,
który z kolei udawał martwego. Mener podniósł psa do góry – razem z jenotem
oczywiście, dmuchnął psu w ucho, pies puścił jenota, a ponieważ ten dalej grał
trupa ostatecznie wylądował w klatce. Puszczony na chwilę pies ruszył znów do
nory i z drugim jenotem powtórzyła się ta sama operacja. Nigdy nie sądziłem, że
może to wyglądać właśnie tak.