|
|
|
|
|
|
| Szable w dłoń - część druga | | 2009-02-24 | |
Na konkurs
nadesłano siedem modeli szabli, a każdy model w kilku wersjach. Wszystkie
prototypy komisja pod przewodnictwem pułkownika Zbigniewa Brochowicza –
Lewińskiego ze Sztabu Głównego oceniła negatywnie. Jednocześnie stwierdzono, że
są one dobrym materiałem do opracowania szabli przepisowego wzoru. Zlecono
wykonanie po trzydzieści sztuk każdego z czterech wytypowanych modeli. Od roku
1928 do1933 były prowadzone testy kolejnych wersji a do roku 1935 prace nad
doskonaleniem dalszych modeli. Szable testowano w pułkach kawalerii. Dopiero
jesienią 1935 roku Minister Spraw Wojskowych zatwierdził jako obowiązujący wzór
szabli nr 1934. Ale to nie był jeszcze koniec, kolejną próbną serię nowej
szabli skierowano do dalszych „badań” wśród kawalerzystów. Tym razem szablę
dostali szeregowcy. Dopiero w lutym 1936 szef departamentu uzbrojenia wydał
decyzję o rozpoczęciu „masowej” produkcji w hucie Ludwików. W roku 1938 na
wyposażeniu Wojska Polskiego było już prawie 40 000 szabel tego wzoru.
(Powinno się więc ich zachować dosyć sporo, ale najwyraźniej większość jeszcze
nie została odnaleziona. Być może niektóre stoją gdzieś oparte o drzewa jak ta
którą znalazł mój kolega. )
Dlaczego były
one tak wyjątkowe? Każda jedna – uwaga (!), każda jedna szabla która opuszczała
hutę –musiała przejść serię testów aby mogła zostać zakwalifikowana do odbioru.
A więc: -szabla spuszczona
z 2m wysokości musiała przebić sztychem blachę grubości 2mm; -pręt stalowy o
średnicy 5mm umieszczony na podkładzie ołowianym musiał być przecięty
pięciokrotnie bez uszkodzenia ostrza; -uderzenia
płazem i grzbietem szabli w pień twardego drewna musiała wytrzymać bez pęknięć
okładziny i uszkodzenia głowni; -ręcznie
wyginana szabla (powiedzmy na kolanie) musiała się wyginać po 150mm w każdą
stronę; -pochwa
ludwikówki podparta w dwóch punktach (przy szyjce i ostrodze) obciążona
ciężarem 120kg nie mogła wykazać żadnych odkształceń ani uszkodzeń (była
metalowa z bukowymi wkładkami wewnątrz).
Była to wówczas najlepsza
szabla kawaleryjska w Europie, a być może i na świecie. W roku 1939 w każdej
armii funkcjonowały oddziały kawalerii, na równych prawach z innymi formacjami.
Kawalerię szkolono wbrew mitom do walki pieszej, a koń miał służyć jako środek
transportu. Szarże można było przeprowadzić tylko w określonych sytuacjach
wojennych, a ponieważ takich w kampanii wrześniowej w zasadzie nie było
(ostatnia ułańska szarża miała miejsce we wrześniu ’39 pod Warszawą i był to
manewr umożliwiający przejście oddziałom Armii Poznań do stolicy), dlatego ludwikówka
nie odegrała znaczącej roli. W przeciwieństwie do tego co się powszechnie
uważa, nikt nie zamierzał ruszać z szablami na czołgi. Jednak kadry nakręcone
na potrzeby propagandowego filmu Trzeciej Rzeszy do dziś funkcjonują w zbiorowej
świadomości – świadcząc o potędze goebbelsowskiej propagandy która przetrwała
całe pokolenia.
Epoka szabli
dobiegła definitywnie końca.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Hej szable w dłoń! | | 2009-02-20 | |
Środek zimy,
śniegu po pachy, robota trochę stoi, bo drewno jakoś się nie sprzedaje. Mając
trochę więcej czasu postanowiłem powrócić do dawnej pasji.
Zacząłem
buszować po Internecie w poszukiwaniu szabli. Marzyłem o polskiej szabli kawaleryjskiej
wzór 1934, tzw. ludwikówce. Sądziłem że mężczyznę w moim wieku (hm hm)
pracującego od lat już kilkunastu będzie stać na taką realizację chłopięcych
marzeń. Ale po zagłębieniu się w Allegro okazało się, że jednak nie. Na
oryginał mnie zdecydowanie nie stać, tym bardziej że ponieważ troszeczkę znam
się na tym temacie, widzę że bardzo wiele oferowanych do sprzedaży szabel
„oryginalnych” to kompilacje będące łączeniem zachowanych części z kilku
różnych egzemplarzy. Najczęściej brakuje skórzanej podkładki jelca, co oznacza
że szabla była rozkręcana, jest fajnym składakiem, ale nie za cenę oryginału.
Poza tym gdybym ją kupił to chciałbym ją użytkować, choćby do cięcia łóz z
konia (pyszna zabawa, gorąco polecam) a przy takiej próbie składak mógłby się
rozłożyć.
Pomyślałem więc,
że zamówię sobie u znajomego szabelnika użytkową replikę. Szablę na wzór
wypożyczę od innego kumpla. To zresztą niezła historia – kiedy jeszcze na
studiach byliśmy na ćwiczeniach terenowych w Rogowie, kolega znalazł taką
szablę po prostu w lesie. Stała oparta o drzewo. Jak i skąd się tam wzięła? W
każdym razie była to oryginalna ludwikówka ... Kolega szermierką się nigdy nie
parał, ale szabli nigdy sprzedać nie chciał. Zgodził się natomiast wypożyczyć
ją w zaufane ręce do wykonania repliki.
Na czym polega
wyjątkowość szabli z huty Ludwików wzór 1934? Jest to polska bojowa szabla
kawaleryjska, używana przez szeregowców i podoficerów. Uważa się ją za
najlepsze osiągnięcie polskiej myśli technicznej w tej dziedzinie. Była to
ostatnia szabla zaprojektowana do celów „użytkowych” a nie ozdobnych. Ponieważ
szable o poprzednich wzorach (1921 i 1921-22) zaprojektowane dla polskiej armii
nie spełniały wymogów technicznych i estetycznych, rozpisano konkurs na nowy
wzór szabli. Specjalna komisja wojskowa określiła bardzo dokładnie wymogi jakie
spełniać ma szabla, w którą wyposażono by armię.
O tym, dlaczego
ludwikówka okazała się tak wyjątkowa, napiszę następnym razem.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Zgubione czy znalezione | | 2009-02-16 |
Padło dzisiaj na
forum pytanie czym karmić dziczego niemowlaka. Udzieliłem odpowiedzi na miarę
swojej wiedzy, ale wciąż się zastanawiam jak osoba zadająca pytanie weszła w posiadanie
malucha.
Prawdą jest, że
właśnie teraz lochy, czyli samice dzików, rodzą młode (pisałem ostatnio o
napotkanym w lesie barłogu). Dziki, dokarmiane w zimie przez leśników oraz
dokarmiające się jesienią same na polach kukurydzy i ziemniaków mają –
przynajmniej w mojej okolicy – coraz liczniejsze mioty i bardzo wysoki coroczny
przyrost naturalny. Myśliwych obowiązuje od 15 stycznia do 15 sierpnia zakaz
strzelania do loch (w marcu okres ochronny dotyczy wszystkich dzików) co ma na
celu zapewnienie im spokoju na czas wydawania na świat małych oraz umożliwienie
opieki nad nimi.
Nie jest łatwo
spotkać w lesie małego dzika, z reguły jest on dobrze ukryty. Jeżeli jest słaby
i się gdzieś zawieruszył gubiąc matkę (o co nie jest tak łatwo) być może jest
to kwestia selekcji w przyrodzie, czynnik środowiskowy ograniczający liczebność
populacji w sposób naturalny. Brutalna prawda jest taka, że rzadko się zdarza,
żeby wszystkie osobniki z miotu przeżyły, to nie są szczeniaki z hodowli – do
wiosny dotrwają najsilniejsze, ale dzięki temu populacja nie przegęści się i będzie
bardziej odporna na choroby.
Populacja
przegęszczona zaczyna kolonizować nowe tereny, wychodzić z naturalnego
środowiska i szukać nowych źródeł pożywienia - dlatego np. w Sopocie czy
Krynicy Morskiej a ostatnio także w podwarszawskich miejscowościach problem
zaczynają stanowić dziki żywiące się na śmietnikach czy biegające w biały dzień
po ulicach.
To nie jest
normalna sytuacja. Normalne jest to, że przeżywają najsilniejsze. Zdarza się
oczywiście, że locha ginie – np. w wypadku samochodowym. W naturze oczywiście
giną również one (warchlaki pozbawione matki nawet w czerwcu, kiedy są już
duże, nie zostały jeszcze nauczone tego, jak wyszukiwać pożywienie i jak unikać
zagrożenia na tyle, żeby samodzielnie przetrwać).
Jeżeli
decydujemy się takiego warchlaka zabrać ze sobą, miejmy świadomość, że nie jest
to maskotka. Że jest to żywa – nie bójmy się powiedzieć wprost – świnia, która
będzie miała kiedyś sto kilo wagi i będzie wymagała nie tylko dużej ilości
paszy ale i odpowiedniego wybiegu.
Do kolegi
leśniczego trafił kiedyś taki „znaleziony” warchoł. Póki był malutki mieszkał w
domu, buchtował łóżka domowników i było świetnie. Niestety kiedy podrósł zaczął
atakować dzieci – szybko nauczył się że one najczęściej mają coś dobrego do
jedzenia i najłatwiej jest im to jedzenie odebrać. Musiał zostać
przekwaterowany na podwórko do kojca. Ze względu na wieloletnią zażyłość nie
zostanie oczywiście nigdy przerobiony na kiełbasę, ale mimo wszystko jego
hodowanie to nie tylko przyjemność, ale również liczne obowiązki. Nie ma też
możliwości na przywrócenie go naturze – wyhodowany na butelce ze smoczkiem a
później karmiony różnościami z ludzkiej kuchni nie będzie w stanie przeżyć
samodzielnie na wolności, bo człowiek go tego nie nauczy.
Podsumowując:
nie powinniśmy zabierać małych zwierząt z ich naturalnego środowiska. Jeżeli
już się decydujemy, musimy mieć świadomość konsekwencji podjętej decyzji – to
zwierzę już nigdy nie wróci do lasu a my będziemy się nim opiekować przez całe
jego życie. Trzeba też zachować ostrożność – zwierzak może być najzwyczajniej
chory i mieć mnóstwo pasożytów, należałoby go na początku dotykać w
rękawiczkach. (W przypadku warchlaka, jeżeli matka jest w pobliżu i usłyszy
wołanie potomka, sytuacja może być naprawdę groźna – locha atakuje nadzwyczaj
sprawnie.) W kwestii opieki i pielęgnacji najlepiej radzić się weterynarza.
P.S. Napisałem
co myślę na przykładzie dzików, ale sprawa „znalezionych” w lesie małych
zwierząt dotyczy w dużym stopniu również zajęcy, koźlaków, bocianów.....
Sytuację kiedy ratujemy młode mając pewność, że ich matka nie żyje, uważam za
usprawiedliwioną, ale nie posiadając takiej wiedzy nigdy nie zabierajmy z lasu
żadnego z jego mieszkańców.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Dziczy spryt | | 2009-02-13 |
Najwyraźniej
zbliża się wiosna. Samice dzików – lochy – odłączyły się już od watah i budują
barłogi (gniazda) gdzie w najbliższych tygodniach przyjdą na świat małe
pasiaste „świnki”.
Te barłogi które
ja widziałem robione były najczęściej z trzciny albo wysokich suchych traw.
Jest to niejednokrotnie imponujące gniazdo ze słomy – ma przecież zapewnić
schronienie noworodkom. Bardzo często znajduje się ono pod okapem świerku
posiadającego gałęzie od samej ziemi. Pozostawianie takich pojedynczych drzew –
przerostów świerkowych różniących się wiekiem od pozostałych drzew w okolicy –
ma jednak sens, gdyż są to miejsca dające schronienie zwierzynie.
Barłóg który
sfotografowałem znalazłem całkiem przypadkiem. Pokazywałem pracownikom powierzchnię
do czyszczeń i przypadkiem zajrzałem pod rosnący tam duży świerk. Zobaczyłem prawie
gotowe już gniazdo i zdecydowałem, że czyszczenia będziemy wykonywać teraz
gdzie indziej, żeby dzików nie niepokoić. Poza tym ma tu znaczenie kwestia bezpieczeństwa
– locha z warchlakami może być naprawdę groźna jeżeli uzna że coś zagraża jej
małym.
Wczoraj idąc
przez las zauważyłem przeskakujące przez drogę „przelatki” czyli młode,
jednoroczne dziki. Sądziłem, że skoro są bez lochy która już myśli o kolejnym
miocie to mogą stanowić łatwy łup dla myśliwego. Wróciłem do domu po broń i
postanowiłem pójść ich tropem. Szedłem prosto ich śladem i byłem przekonany że
nie wyjdą z dużej kępy lasu – był środek dnia. Dziki jednak śmiało poszły w
odkryte pole. Teraz już szedłem za nimi z ciekawości bo zaskoczyły mnie tym
ruchem i nie wiedziałem dokąd się skierują. Szły długo wzdłuż wysokiej miedzy
która dawała im osłonę i dotarły do kolejnego kompleksu leśnego gdzie
niezawodnie znalazły schronienie. Iść dalej nie było sensu – leniwy drapieżnik
musiał zrezygnować, gdyż zwierzyna okazała się zbyt mądra i zbyt silna.
Drapieżnictwo polega przecież na wykorzystywaniu słabych stron ofiary.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Szkolenie brakarskie | | 2009-02-11 |
Dzisiaj odbyło
się u mnie w leśnictwie szkolenie dla wszystkich leśniczych naszego
nadleśnictwa które miało nam wszystkim przypomnieć zasady wykonywania szacunków
brakarskich;
W pewnym stopniu
spowodowane było ono faktem że podsumowano poprzedni rok i okazało się że
zdarzają się spore błędy jeżeli chodzi zarówno o szacowanie masy jak i
szacowanie sortymentów na poszczególnych powierzchniach trzebieżowych. Z błędów
ci, którzy je popełnili ostro się w swoim czasie tłumaczyli, niemniej szef
uznał, że nie zaszkodzi nam taka powtórka. Nie omieszkał przypomnieć, że
dokładność wykonywania szacunków brakarskich przenosi się bezpośrednio na
możliwości prowadzenia racjonalnej sprzedaży surowca.
Mówiąc
kolokwialnie, straszył nas że żarty się kończą, a dokładność musi być większa
bo będą wyciągane konsekwencje służbowe.
Zbiórka była
rano u mnie pod leśniczówką. Jako prowadzącego szkolenie zaproszono
doświadczonego brakarza, specjalistę z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.
Wszyscy zjawili się punktualnie, rejwach był co najmniej jak przy dużym
polowaniu zbiorowym. Ruszyliśmy na powierzchnię gdzie leżał surowiec
przygotowany wcześniej jako materiał szkoleniowy do nauki klasyfikacji. Specjalnie
drewno nie było manipulowane w lesie tylko w całości ze wszystkimi wadami
zerwane i ułożone na mygłach przy drodze wywozowej. Grube osiki ze zgnilizną
wewnętrzną, krzywiznami, że ho ho i sękami wielkimi jak talerze. Brzoza
prezentowała się dużo lepiej i może dlatego chętnie szkolono się na jej
przykładzie. Iglasty surowiec też znajdował się na powierzchni ale mamy jak
pokazują statystyki większą wprawę w obchodzeniu się z sosną i świerkiem więc
prowadzący szkolenie nie przeczołgał nas po tych mygłach.
Obok znajdowała
się również powierzchnia gdzie szkoliliśmy się z wykonywania szacunków
brakarskich (klasyfikowanie surowca, wybór metody szacowania masy i pomiar).
Szkolenie trwało dobrych kilka godzin.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Historia, prawda i spekulacje | | 2009-02-09 | | W związku z
oszczędzaniem zdrowia i wychodzeniem z grypy spędziłem sobotę w leśniczówce.
Oczywiście, skorzystałem z okazji i wróciłem do mojej ulubionej ostatnio
lektury „Europa walczy 1939-1945”.
Przy opisie wydarzeń z bitwy o Stalingrad miałem niezwykły przebłysk pamięci.
Otóż przypomniałem sobie jak w mojej szkole podstawowej pani od wszystkiego
opowiadała nam o okropnościach wojny opisując jak niemieccy żołnierze
wykorzystywali naiwność dzieci i za kawałek chleba wysyłali je nad rzekę po
wodę. Nad wodą było bardzo niebezpiecznie i część tych dzieci ginęła. Pamiętam
grozę jaka mnie ściskała za gardło. A cóż znajduję w mojej lekturze? Ten sam
epizod tylko osadzony w konkretnym miejscu i czasie. No i coś jeszcze. W
mieście toczą się niewyobrażalnie zajadłe walki. Ludność cywilna wśród ruin
próbuje zdobyć pożywienie i znaleźć schronienie. Dzieci (miejscowe, a więc
rosyjskie) dla zdobycia skórki od chleba biegają do rzeki przynosząc wodę niemieckim
żołnierzom do czasu.... kiedy sowieccy snajperzy nie zrozumieli tego
mechanizmu.
Ciekawie pisze
autor także o kulisach działań frontowych. Zawsze uważałem, że bohaterski
pochód wojsk alianckich do Berlina (zdobycie Berlina równa się koniec wojny)
odbywał się od jakiegoś momentu nieprzerwanie. Nic mylniejszego. W marcu ’45
kiedy 3 Armia generała George Pattona parła w kierunku Pragi Eisenhower
zarządził przerwanie pochodu wojsk amerykańskich i poinformował Churchilla i
Stalina o swojej decyzji. Myślę, że warto pokusić się o wyobrażenie sobie
sytuacji alternatywnej w której Patton kontynuuje zwycięski pochód..
Ciekawe jak
wówczas wyglądałaby powojenna Europa i gdzie znajdowałyby się granice.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Zaraza, mapa i sikorki | | 2009-02-06 | Od kilku dni
dręczy nas jakaś zaraza. W domu nazywamy ją „hiszpanką”. Objawia się wysoką
gorączką, uporczywym kaszlem i katarem oraz ogólnym osłabieniem organizmu. Jak
zwykle najgorzej taka choroba przebiega u dziecka, ale w wersji dorosłej też
jest bardzo nieprzyjemna. Podobno w całym województwie warmińsko-mazurskim
choruje dwadzieścia tysięcy ludzi. Sądzę że tyle zgłosiło się do lekarza, a
takich co się nie zgłosili i leczą na własną rękę jak my jest drugie tyle. W
aptece w najbliższym miasteczku obroty musiały wzrosnąć kilka razy, bo zamiast
jednej pani za ladą jak zwykle od tygodnia pracują trzy ...
Ponieważ dzisiaj
czuję się już lepiej, postanowiłem przewietrzyć trochę wirusa i pojechałem do
lasu. Przez gorączkę i inne przypadłości najwyraźniej mózg mi się jakoś
zresetował i spojrzałem na pewien oddział z nowej perspektywy. Ze zdumieniem
odkryłem, że kształt tegoż oddziału na mapie różni się istotnie od kształtu w
rzeczywistości. Czasami takie rzeczy się zdarzają. Przy kolejnym urządzaniu
lasu będę musiał przypilnować, żeby mapy zostały poprawione, bo po co powielać
błędy ... A wyszło wszystko przy okazji robienia szkiców ze szlakami zrywkowymi
na powierzchni na której niebawem ma się rozpocząć trzebież.
Przez ostatnie
kilka dni żona (też chora) prowadziła pilną obserwację sikorek, które na
drzewie przy oknie mają wywieszoną karmę. Odkryła, że częstymi gośćmi są nie
tylko sikorki bogatki, ale również ubogie, czarnogłówki (na pierwszy rzut oka
trudno odróżnić jedne od drugich, ale drugiego dnia obserwacji już jest
łatwiej) oraz modraszki (z niebieskim łepkiem). Zaglądają też sójki, dzięcioły,
a nawet grubodziób. Jak widać wirus sprzyja znacznemu spowolnieniu tempa życia
i wtedy można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o najbliższym otoczeniu ......
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz |
|
|
|