dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Szable w dłoń - część druga
2009-02-24

Na konkurs nadesłano siedem modeli szabli, a każdy model w kilku wersjach. Wszystkie prototypy komisja pod przewodnictwem pułkownika Zbigniewa Brochowicza – Lewińskiego ze Sztabu Głównego oceniła negatywnie. Jednocześnie stwierdzono, że są one dobrym materiałem do opracowania szabli przepisowego wzoru. Zlecono wykonanie po trzydzieści sztuk każdego z czterech wytypowanych modeli. Od roku 1928 do1933 były prowadzone testy kolejnych wersji a do roku 1935 prace nad doskonaleniem dalszych modeli. Szable testowano w pułkach kawalerii. Dopiero jesienią 1935 roku Minister Spraw Wojskowych zatwierdził jako obowiązujący wzór szabli nr 1934. Ale to nie był jeszcze koniec, kolejną próbną serię nowej szabli skierowano do dalszych „badań” wśród kawalerzystów. Tym razem szablę dostali szeregowcy. Dopiero w lutym 1936 szef departamentu uzbrojenia wydał decyzję o rozpoczęciu „masowej” produkcji w hucie Ludwików. W roku 1938 na wyposażeniu Wojska Polskiego było już prawie 40 000 szabel tego wzoru. (Powinno się więc ich zachować dosyć sporo, ale najwyraźniej większość jeszcze nie została odnaleziona. Być może niektóre stoją gdzieś oparte o drzewa jak ta którą znalazł mój kolega. )

Dlaczego były one tak wyjątkowe? Każda jedna – uwaga (!), każda jedna szabla która opuszczała hutę –musiała przejść serię testów aby mogła zostać zakwalifikowana do odbioru. A więc:
-szabla spuszczona z 2m wysokości musiała przebić sztychem blachę grubości 2mm;
-pręt stalowy o średnicy 5mm umieszczony na podkładzie ołowianym musiał być przecięty pięciokrotnie bez uszkodzenia ostrza;
-uderzenia płazem i grzbietem szabli w pień twardego drewna musiała wytrzymać bez pęknięć okładziny i uszkodzenia głowni;
-ręcznie wyginana szabla (powiedzmy na kolanie) musiała się wyginać po 150mm w każdą stronę;
-pochwa ludwikówki podparta w dwóch punktach (przy szyjce i ostrodze) obciążona ciężarem 120kg nie mogła wykazać żadnych odkształceń ani uszkodzeń (była metalowa z bukowymi wkładkami wewnątrz).

Była to wówczas najlepsza szabla kawaleryjska w Europie, a być może i na świecie. W roku 1939 w każdej armii funkcjonowały oddziały kawalerii, na równych prawach z innymi formacjami. Kawalerię szkolono wbrew mitom do walki pieszej, a koń miał służyć jako środek transportu. Szarże można było przeprowadzić tylko w określonych sytuacjach wojennych, a ponieważ takich w kampanii wrześniowej w zasadzie nie było (ostatnia ułańska szarża miała miejsce we wrześniu ’39 pod Warszawą i był to manewr umożliwiający przejście oddziałom Armii Poznań do stolicy), dlatego ludwikówka nie odegrała znaczącej roli. W przeciwieństwie do tego co się powszechnie uważa, nikt nie zamierzał ruszać z szablami na czołgi. Jednak kadry nakręcone na potrzeby propagandowego filmu Trzeciej Rzeszy do dziś funkcjonują w zbiorowej świadomości – świadcząc o potędze goebbelsowskiej propagandy która przetrwała całe pokolenia.

Epoka szabli dobiegła definitywnie końca.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hej szable w dłoń!
2009-02-20

Środek zimy, śniegu po pachy, robota trochę stoi, bo drewno jakoś się nie sprzedaje. Mając trochę więcej czasu postanowiłem powrócić do dawnej pasji.

Zacząłem buszować po Internecie w poszukiwaniu szabli. Marzyłem o polskiej szabli kawaleryjskiej wzór 1934, tzw. ludwikówce. Sądziłem że mężczyznę w moim wieku (hm hm) pracującego od lat już kilkunastu będzie stać na taką realizację chłopięcych marzeń. Ale po zagłębieniu się w Allegro okazało się, że jednak nie. Na oryginał mnie zdecydowanie nie stać, tym bardziej że ponieważ troszeczkę znam się na tym temacie, widzę że bardzo wiele oferowanych do sprzedaży szabel „oryginalnych” to kompilacje będące łączeniem zachowanych części z kilku różnych egzemplarzy. Najczęściej brakuje skórzanej podkładki jelca, co oznacza że szabla była rozkręcana, jest fajnym składakiem, ale nie za cenę oryginału. Poza tym gdybym ją kupił to chciałbym ją użytkować, choćby do cięcia łóz z konia (pyszna zabawa, gorąco polecam) a przy takiej próbie składak mógłby się rozłożyć.

Pomyślałem więc, że zamówię sobie u znajomego szabelnika użytkową replikę. Szablę na wzór wypożyczę od innego kumpla. To zresztą niezła historia – kiedy jeszcze na studiach byliśmy na ćwiczeniach terenowych w Rogowie, kolega znalazł taką szablę po prostu w lesie. Stała oparta o drzewo. Jak i skąd się tam wzięła? W każdym razie była to oryginalna ludwikówka ... Kolega szermierką się nigdy nie parał, ale szabli nigdy sprzedać nie chciał. Zgodził się natomiast wypożyczyć ją w zaufane ręce do wykonania repliki.

Na czym polega wyjątkowość szabli z huty Ludwików wzór 1934? Jest to polska bojowa szabla kawaleryjska, używana przez szeregowców i podoficerów. Uważa się ją za najlepsze osiągnięcie polskiej myśli technicznej w tej dziedzinie. Była to ostatnia szabla zaprojektowana do celów „użytkowych” a nie ozdobnych. Ponieważ szable o poprzednich wzorach (1921 i 1921-22) zaprojektowane dla polskiej armii nie spełniały wymogów technicznych i estetycznych, rozpisano konkurs na nowy wzór szabli. Specjalna komisja wojskowa określiła bardzo dokładnie wymogi jakie spełniać ma szabla, w którą wyposażono by armię.

O tym, dlaczego ludwikówka okazała się tak wyjątkowa, napiszę następnym razem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Zgubione czy znalezione
2009-02-16

Padło dzisiaj na forum pytanie czym karmić dziczego niemowlaka. Udzieliłem odpowiedzi na miarę swojej wiedzy, ale wciąż się zastanawiam jak osoba zadająca pytanie weszła w posiadanie malucha.

Prawdą jest, że właśnie teraz lochy, czyli samice dzików, rodzą młode (pisałem ostatnio o napotkanym w lesie barłogu). Dziki, dokarmiane w zimie przez leśników oraz dokarmiające się jesienią same na polach kukurydzy i ziemniaków mają – przynajmniej w mojej okolicy – coraz liczniejsze mioty i bardzo wysoki coroczny przyrost naturalny. Myśliwych obowiązuje od 15 stycznia do 15 sierpnia zakaz strzelania do loch (w marcu okres ochronny dotyczy wszystkich dzików) co ma na celu zapewnienie im spokoju na czas wydawania na świat małych oraz umożliwienie opieki nad nimi.

Nie jest łatwo spotkać w lesie małego dzika, z reguły jest on dobrze ukryty. Jeżeli jest słaby i się gdzieś zawieruszył gubiąc matkę (o co nie jest tak łatwo) być może jest to kwestia selekcji w przyrodzie, czynnik środowiskowy ograniczający liczebność populacji w sposób naturalny. Brutalna prawda jest taka, że rzadko się zdarza, żeby wszystkie osobniki z miotu przeżyły, to nie są szczeniaki z hodowli – do wiosny dotrwają najsilniejsze, ale dzięki temu populacja nie przegęści się i będzie bardziej odporna na choroby.

Populacja przegęszczona zaczyna kolonizować nowe tereny, wychodzić z naturalnego środowiska i szukać nowych źródeł pożywienia - dlatego np. w Sopocie czy Krynicy Morskiej a ostatnio także w podwarszawskich miejscowościach problem zaczynają stanowić dziki żywiące się na śmietnikach czy biegające w biały dzień po ulicach.

To nie jest normalna sytuacja. Normalne jest to, że przeżywają najsilniejsze. Zdarza się oczywiście, że locha ginie – np. w wypadku samochodowym. W naturze oczywiście giną również one (warchlaki pozbawione matki nawet w czerwcu, kiedy są już duże, nie zostały jeszcze nauczone tego, jak wyszukiwać pożywienie i jak unikać zagrożenia na tyle, żeby samodzielnie przetrwać).

Jeżeli decydujemy się takiego warchlaka zabrać ze sobą, miejmy świadomość, że nie jest to maskotka. Że jest to żywa – nie bójmy się powiedzieć wprost – świnia, która będzie miała kiedyś sto kilo wagi i będzie wymagała nie tylko dużej ilości paszy ale i odpowiedniego wybiegu.

Do kolegi leśniczego trafił kiedyś taki „znaleziony” warchoł. Póki był malutki mieszkał w domu, buchtował łóżka domowników i było świetnie. Niestety kiedy podrósł zaczął atakować dzieci – szybko nauczył się że one najczęściej mają coś dobrego do jedzenia i najłatwiej jest im to jedzenie odebrać. Musiał zostać przekwaterowany na podwórko do kojca. Ze względu na wieloletnią zażyłość nie zostanie oczywiście nigdy przerobiony na kiełbasę, ale mimo wszystko jego hodowanie to nie tylko przyjemność, ale również liczne obowiązki. Nie ma też możliwości na przywrócenie go naturze – wyhodowany na butelce ze smoczkiem a później karmiony różnościami z ludzkiej kuchni nie będzie w stanie przeżyć samodzielnie na wolności, bo człowiek go tego nie nauczy.

Podsumowując: nie powinniśmy zabierać małych zwierząt z ich naturalnego środowiska. Jeżeli już się decydujemy, musimy mieć świadomość konsekwencji podjętej decyzji – to zwierzę już nigdy nie wróci do lasu a my będziemy się nim opiekować przez całe jego życie. Trzeba też zachować ostrożność – zwierzak może być najzwyczajniej chory i mieć mnóstwo pasożytów, należałoby go na początku dotykać w rękawiczkach. (W przypadku warchlaka, jeżeli matka jest w pobliżu i usłyszy wołanie potomka, sytuacja może być naprawdę groźna – locha atakuje nadzwyczaj sprawnie.) W kwestii opieki i pielęgnacji najlepiej radzić się weterynarza.

P.S. Napisałem co myślę na przykładzie dzików, ale sprawa „znalezionych” w lesie małych zwierząt dotyczy w dużym stopniu również zajęcy, koźlaków, bocianów..... Sytuację kiedy ratujemy młode mając pewność, że ich matka nie żyje, uważam za usprawiedliwioną, ale nie posiadając takiej wiedzy nigdy nie zabierajmy z lasu żadnego z jego mieszkańców.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 1
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dziczy spryt
2009-02-13

Najwyraźniej zbliża się wiosna. Samice dzików – lochy – odłączyły się już od watah i budują barłogi (gniazda) gdzie w najbliższych tygodniach przyjdą na świat małe pasiaste „świnki”.

Te barłogi które ja widziałem robione były najczęściej z trzciny albo wysokich suchych traw. Jest to niejednokrotnie imponujące gniazdo ze słomy – ma przecież zapewnić schronienie noworodkom. Bardzo często znajduje się ono pod okapem świerku posiadającego gałęzie od samej ziemi. Pozostawianie takich pojedynczych drzew – przerostów świerkowych różniących się wiekiem od pozostałych drzew w okolicy – ma jednak sens, gdyż są to miejsca dające schronienie zwierzynie.

Barłóg który sfotografowałem znalazłem całkiem przypadkiem. Pokazywałem pracownikom powierzchnię do czyszczeń i przypadkiem zajrzałem pod rosnący tam duży świerk. Zobaczyłem prawie gotowe już gniazdo i zdecydowałem, że czyszczenia będziemy wykonywać teraz gdzie indziej, żeby dzików nie niepokoić. Poza tym ma tu znaczenie kwestia bezpieczeństwa – locha z warchlakami może być naprawdę groźna jeżeli uzna że coś zagraża jej małym.

Wczoraj idąc przez las zauważyłem przeskakujące przez drogę „przelatki” czyli młode, jednoroczne dziki. Sądziłem, że skoro są bez lochy która już myśli o kolejnym miocie to mogą stanowić łatwy łup dla myśliwego. Wróciłem do domu po broń i postanowiłem pójść ich tropem. Szedłem prosto ich śladem i byłem przekonany że nie wyjdą z dużej kępy lasu – był środek dnia. Dziki jednak śmiało poszły w odkryte pole. Teraz już szedłem za nimi z ciekawości bo zaskoczyły mnie tym ruchem i nie wiedziałem dokąd się skierują. Szły długo wzdłuż wysokiej miedzy która dawała im osłonę i dotarły do kolejnego kompleksu leśnego gdzie niezawodnie znalazły schronienie. Iść dalej nie było sensu – leniwy drapieżnik musiał zrezygnować, gdyż zwierzyna okazała się zbyt mądra i zbyt silna. Drapieżnictwo polega przecież na wykorzystywaniu słabych stron ofiary.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szkolenie brakarskie
2009-02-11

Dzisiaj odbyło się u mnie w leśnictwie szkolenie dla wszystkich leśniczych naszego nadleśnictwa które miało nam wszystkim przypomnieć zasady wykonywania szacunków brakarskich;

W pewnym stopniu spowodowane było ono faktem że podsumowano poprzedni rok i okazało się że zdarzają się spore błędy jeżeli chodzi zarówno o szacowanie masy jak i szacowanie sortymentów na poszczególnych powierzchniach trzebieżowych. Z błędów ci, którzy je popełnili ostro się w swoim czasie tłumaczyli, niemniej szef uznał, że nie zaszkodzi nam taka powtórka. Nie omieszkał przypomnieć, że dokładność wykonywania szacunków brakarskich przenosi się bezpośrednio na możliwości prowadzenia racjonalnej sprzedaży surowca.

Mówiąc kolokwialnie, straszył nas że żarty się kończą, a dokładność musi być większa bo będą wyciągane konsekwencje służbowe.

Zbiórka była rano u mnie pod leśniczówką. Jako prowadzącego szkolenie zaproszono doświadczonego brakarza, specjalistę z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych. Wszyscy zjawili się punktualnie, rejwach był co najmniej jak przy dużym polowaniu zbiorowym. Ruszyliśmy na powierzchnię gdzie leżał surowiec przygotowany wcześniej jako materiał szkoleniowy do nauki klasyfikacji. Specjalnie drewno nie było manipulowane w lesie tylko w całości ze wszystkimi wadami zerwane i ułożone na mygłach przy drodze wywozowej. Grube osiki ze zgnilizną wewnętrzną, krzywiznami, że ho ho i sękami wielkimi jak talerze. Brzoza prezentowała się dużo lepiej i może dlatego chętnie szkolono się na jej przykładzie. Iglasty surowiec też znajdował się na powierzchni ale mamy jak pokazują statystyki większą wprawę w obchodzeniu się z sosną i świerkiem więc prowadzący szkolenie nie przeczołgał nas po tych mygłach.

Obok znajdowała się również powierzchnia gdzie szkoliliśmy się z wykonywania szacunków brakarskich (klasyfikowanie surowca, wybór metody szacowania masy i pomiar). Szkolenie trwało dobrych kilka godzin.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Historia, prawda i spekulacje
2009-02-09
W związku z oszczędzaniem zdrowia i wychodzeniem z grypy spędziłem sobotę w leśniczówce. Oczywiście, skorzystałem z okazji i wróciłem do mojej ulubionej ostatnio lektury „Europa walczy 1939-1945”. Przy opisie wydarzeń z bitwy o Stalingrad miałem niezwykły przebłysk pamięci. Otóż przypomniałem sobie jak w mojej szkole podstawowej pani od wszystkiego opowiadała nam o okropnościach wojny opisując jak niemieccy żołnierze wykorzystywali naiwność dzieci i za kawałek chleba wysyłali je nad rzekę po wodę. Nad wodą było bardzo niebezpiecznie i część tych dzieci ginęła. Pamiętam grozę jaka mnie ściskała za gardło. A cóż znajduję w mojej lekturze? Ten sam epizod tylko osadzony w konkretnym miejscu i czasie. No i coś jeszcze. W mieście toczą się niewyobrażalnie zajadłe walki. Ludność cywilna wśród ruin próbuje zdobyć pożywienie i znaleźć schronienie. Dzieci (miejscowe, a więc rosyjskie) dla zdobycia skórki od chleba biegają do rzeki przynosząc wodę niemieckim żołnierzom do czasu.... kiedy sowieccy snajperzy nie zrozumieli tego mechanizmu.

Ciekawie pisze autor także o kulisach działań frontowych. Zawsze uważałem, że bohaterski pochód wojsk alianckich do Berlina (zdobycie Berlina równa się koniec wojny) odbywał się od jakiegoś momentu nieprzerwanie. Nic mylniejszego. W marcu ’45 kiedy 3 Armia generała George Pattona parła w kierunku Pragi Eisenhower zarządził przerwanie pochodu wojsk amerykańskich i poinformował Churchilla i Stalina o swojej decyzji. Myślę, że warto pokusić się o wyobrażenie sobie sytuacji alternatywnej w której Patton kontynuuje zwycięski pochód..

Ciekawe jak wówczas wyglądałaby powojenna Europa i gdzie znajdowałyby się granice.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Zaraza, mapa i sikorki
2009-02-06
Od kilku dni dręczy nas jakaś zaraza. W domu nazywamy ją „hiszpanką”. Objawia się wysoką gorączką, uporczywym kaszlem i katarem oraz ogólnym osłabieniem organizmu. Jak zwykle najgorzej taka choroba przebiega u dziecka, ale w wersji dorosłej też jest bardzo nieprzyjemna. Podobno w całym województwie warmińsko-mazurskim choruje dwadzieścia tysięcy ludzi. Sądzę że tyle zgłosiło się do lekarza, a takich co się nie zgłosili i leczą na własną rękę jak my jest drugie tyle. W aptece w najbliższym miasteczku obroty musiały wzrosnąć kilka razy, bo zamiast jednej pani za ladą jak zwykle od tygodnia pracują trzy ...

Ponieważ dzisiaj czuję się już lepiej, postanowiłem przewietrzyć trochę wirusa i pojechałem do lasu. Przez gorączkę i inne przypadłości najwyraźniej mózg mi się jakoś zresetował i spojrzałem na pewien oddział z nowej perspektywy. Ze zdumieniem odkryłem, że kształt tegoż oddziału na mapie różni się istotnie od kształtu w rzeczywistości. Czasami takie rzeczy się zdarzają. Przy kolejnym urządzaniu lasu będę musiał przypilnować, żeby mapy zostały poprawione, bo po co powielać błędy ... A wyszło wszystko przy okazji robienia szkiców ze szlakami zrywkowymi na powierzchni na której niebawem ma się rozpocząć trzebież.

Przez ostatnie kilka dni żona (też chora) prowadziła pilną obserwację sikorek, które na drzewie przy oknie mają wywieszoną karmę. Odkryła, że częstymi gośćmi są nie tylko sikorki bogatki, ale również ubogie, czarnogłówki (na pierwszy rzut oka trudno odróżnić jedne od drugich, ale drugiego dnia obserwacji już jest łatwiej) oraz modraszki (z niebieskim łepkiem). Zaglądają też sójki, dzięcioły, a nawet grubodziób. Jak widać wirus sprzyja znacznemu spowolnieniu tempa życia i wtedy można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o najbliższym otoczeniu ......


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface