Zaczynamy niebawem kolejny rok.
Mam nadzieję, że nie zanudzam czytelników. Nigdy się nie przedstawiałem, ale
doszedłem do wniosku, że może warto to zrobić. Oto więc „kilka słów o sobie”
czyli o autorze, a właściwie o autorach tego bloga.
Bloger czyli ja.
Tadeusz Mieluch. Rocznik 1972.
Magister inżynier leśnictwa, absolwent Wydziału Leśnego SGGW w Warszawie.
Pasjonat łucznictwa, szermierki, jazdy konnej, łowiectwa oraz literatury
historycznej, szczególnie dotyczącej początku XX wieku. Jeden z założycieli działającego
do dziś Koła Szermierki Dawnej „Gladius”. Brał udział w produkcjach filmowych -
„Ogniem i mieczem” (1998) oraz „Stara Baśń” (2003). Od dziesięciu lat leśniczy
Leśnictwa Grądówka w Nadleśnictwie Drygały. Rodzinnie związany z lasem – wuj
pracował jako łowczy w Puszczy Boreckiej i on właśnie przyczynił się do tego,
że leśniczy został leśniczym oraz myśliwym.
Żona Blogera.
Milka Jung. Rocznik 1976. Magister
Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych (MISH) oraz filologii
polskiej. Dziennikarka i tłumaczka. Zajmuje się przede wszystkim tematyką
żeglarską (publikacje w Rzeczpospolitej, Gazecie Wyborczej, miesięcznikach Żagle,
Rejs, Jachting), pisze również dla dwutygodnika „Środowisko”. Tłumaczy książki
żeglarskie, m.in. „Żeglarstwo bez tajemnic”, „Węzły bez tajemnic”, „Motorowodne
ABC”, „Nawigacja elektroniczna”, „Pozostawiony śmierci”, „Żeglowanie w trudnych
warunkach”; Nie da się ukryć, że ma wpływ na to, co i jak bloger pisze, ale
stara się za bardzo nie wtrącać.
Pciuch.
Pciuch czyli Kajka. Rocznik 2007.
Na razie głównie interesuje się klockami oraz karmieniem zwierząt; ale ulubiona
lektura to albumy przyrodnicze, więc chyba miejsce zamieszkania ma spory wpływ
na psychikę…
No, nareszcie dzisiaj mogę dojść
do głosu. Tak naprawdę to ja kręcę tym całym blogiem, a nie ci uzurpatorzy
którzy pisali poprzedni odcinek. Oni tylko trochę się do tego dokładają – hau!
No właśnie. Hau! Hau! Hau! A czy
wy o mnie coś wiecie? Oczywiście umiem mówić po ludzku – co do tego mam
nadzieję nie ma wątpliwości – ale tak na co dzień to nie ma sensu. No po co,
pytam się, po co mam to niby robić? Micha jest? Jest. Woda jest? Jest. Jeżeli wystarczająco
się napraszam, dostaję jeszcze bonusy – a to zupka, a to jakieś kości. Czasami kryzysowo,
tylko sucha karma, ale na szczęście kupują jakąś przyzwoitą.
Wołają na mnie Bora, ale częściej
chyba Borówa. Gwiżdżą jeszcze albo cmokają, ale i tak wszyscy wiemy o co
chodzi. Przychodzę albo nie … Najgorszy jest ten ich szczeniak, bo ciąga mnie
za obrożę, spać nie daje, ciągle ma jakieś pomysły. No ale na szczęście czasami
gdzieś go wywożą – nazywa się to przedszkole – i wtedy mam cały dzień spokoju.
Najbardziej lubię jeździć z
leśniczym do lasu, pływać w jeziorze, obwąchiwać trzciny i szuwary, szukać
tropów jeleni. Dziki odrażające draby ignoruję, można na nie co najwyżej
naszczekać. Hau! Jeszcze się do was kiedyś odezwę…
Wszystkim kibicom naszego leśnego
zakątka i sympatykom naszego Stumilowego Lasu życzymy ciepła rodzinnego oraz
domowego, czyli sprawnych kaloryferów. Ponadto zdrowych gardeł do śpiewania
kolęd i ogólnego zdrowia organizmu do utrzymywania z daleka gryp i podobnych
wirusów; Marzycielom – spełnienia marzeń, a realistom – realizacji planów; Wszystkim
- radości i uśmiechu, zmian na lepsze, satysfakcji z tego co robią, pachnącej
lasem choinki.
No, zima przyszła na całego. Mróz
rano i wieczorem dochodzi do minus szesnastu stopni, w dzień spada do jakichś
dziesięciu. Dzisiaj jeszcze sakramencko wiało, więc wrażenia były jakby było
dużo zimniej. Mnie to nie zaskoczyło, zima jak zima – ma prawo być chłodno. Mam
nadzieję, że przy okazji wymrozi wszystkie grypy.
Przewoźnicy nie mają teraz łatwo –
w borze trudne warunki, a na wszystko potrzeba więcej czasu niż normalnie. Wczoraj
kilka samochodów nocowało w lesie – kierowcy czekali na dodatkowe przyczepy
które spóźniały się z powodu zimowej aury. Ponieważ ładować się mieli u mnie,
powiedziałem że spać mogą w leśniczówce, ale uznali, że są twardzi – wiadomo,
górale. Tylko ich szef stwierdził, że woli spać w normalnych warunkach i przyjął
zaproszenie. Patrząc rano na termometr za oknem wiedzieliśmy, że chłopaki w
samochodach mieli raczej ciężką nockę. No ale cóż – wybór był.
Pomimo tego, że z pieca
centralnego ogrzewania bucha żar, w domu raczej rześko. W ramach zimowego wyposażenia
mieszkanka w jednym pokoju zakleiłem grubą folią „bąbelkową” okna. Jakież było
zdziwienie, gdy po przyklejeniu folii do futryny folia wydęła się jak żagiel …i
poodrywało się „mocowanie” na plastry (trochę widać na zdjęciu.) Mam nadzieję,
że patent po modyfikacji okaże się skuteczny. Ma pewne estetyczne braki, ale
cóż, w tej temperaturze nawet żona przestała się upierać.
Za tydzień wigilia Bożego
Narodzenia. Dzisiaj w Nadleśnictwie było z tej okazji uroczyste spotkanie wszystkich
pracowników. Pewnie było fajnie. Mnie się nie udało dotrzeć, ale tak to już
jest jak się pozyskuje tysiąc metrów surowca w ciągu miesiąca i wywóz idzie
pełną parą.
Za kilka dni, jeżeli mróz będzie
trzymał, już go nie będziemy tak intensywnie odczuwać – po prostu się przyzwyczaimy.
Najgorsze pierwsze dni. Ale dobrze, że wreszcie jest normalna zima. Tak jak powinno
być.
Uznałem, że przysłowiowe długie
zimowe wieczory właśnie nadeszły, a skoro od niedawna mogę korzystać z
dobrodziejstw szybko działającego Internetu (co przez kilka ostatnich lat było u
mnie w osadzie technicznie niemożliwe – ha ha), intensywnie eksploruję serwis
You Tube. Jakie było moje zdziwienie, gdy wczoraj odkryłem tam film z dziwnie
znajomymi plenerami … Ponieważ w filmie pojawia się nazwisko twórcy i adres
jego strony internetowej, po nitce do kłębka doszedłem, kto zacz. Oczywiście okazało
się, że autorem filmu jest znajomy, myśliwy, profesjonalista jeżeli chodzi o
obserwację zwierzyny. Właściwie już nie poluje, większą satysfakcję sprawia mu
filmowanie. A uzyskanie takich materiałów to długie godziny spędzone w „dżungli”
czyli w mazurskich lasach i na poligonach.
To, co można znaleźć na You Tube
to zwiastun dwuczęściowego filmu pt. „Rykowisko na poligonie” nakręconego w
mojej okolicy. Film sobie od autora zakupiłem i obejrzałem z dużą przyjemnością
– zresztą w towarzystwie córki, która jest fanką wszelkich zwierząt, a ryczenie
jeleni miała okazję w tym roku wyraźnie słyszeć. Jest to materiał adresowany głównie
do myśliwych, ale nie ma tam żadnych scen polowania. Jest za to dobrze napisany
komentarz, dzięki któremu można się dowiedzieć wielu rzeczy – np. dlaczego jelenie
walczą z krzakami, gdzie się tarzają i po co. Zwykły obserwator-amator takiej
wiedzy nie posiada, bo i skąd. Można ją nabyć tylko obserwując zwierzęta
latami, o każdej porze roku, o każdej godzinie dnia i nocy, w ich naturalnym
środowisku.
Fajnie jest popatrzyć zimą na znajome,
w dodatku prawie letnie pejzaże, no i na dziką przyrodę, szczególnie tak dobrze
sfilmowaną. Bardzo polecam.
Wygląda na to, że w tym miesiącu
pobiję tegoroczny rekord pozyskania surowca. Ponad tysiąc metrów wyjdzie na
pewno. Uda się to częściowo dzięki urzycia maszyny, czyli harwestera – a dokładniej
zespołu ścinkowo-zrywkowego harwester plus forwarder. (Harwester ścina, a
forwarder zrywa ścięte drewno, wywozi do głównej drogi i układa w stosy.) Jak już
kiedyś pisałem, wydajność takich urządzeń jest ogromna. Niestety pomimo bardzo fajnej
opcji w harwesterze - pomiar wyciętego drewna - to i tak jeszcze trzeba
wszystko pomierzyć „ręcznie”. Taka procedura.
Zima to świetny okres do wycinki
drzew – nie ma sinizny, surowiec nie ulega deprecjacji (nie pogarsza się jego jakość)
a drogi zamarznięte i twarde, więc ich stanu żaden, najcięższy nawet sprzęt nie
pogorszy. Wygląda zresztą na to, że zima zaczęła się na dobre – od kilku dni w
nocy mróz, dzisiaj jeszcze spadło trochę śniegu. Górale, którzy wożą ode mnie z
lasu drewno świerkowe (tak, tak, kupują na Mazurach drewno i gdzieś wiozą
dalej) mówią że zima idzie, hej.
Cały rok zamyka się bilansem
zaskakującym – nie spodziewałem się, że te ogromne masy drewna które miałem zaplanowane
na ten kryzysowy rok do wycięcia uda się zrealizować. Poza kiepskimi pierwszymi
trzema miesiącami popyt stale się utrzymywał, a gdyby do wycięcia było jeszcze
więcej, to też by się dało sprzedać.
Specjalnie
powołany zespół zadaniowy opublikował na stronach internetowych proponowane
wzory nowych mundurów dla leśników. Uwagi dotyczące nowego umundurowania można
było zgłaszać w nadleśnictwie do końca listopada (http://www.bedon.lasy.gov.pl).
Nowe ubrania będą wprowadzone po konsultacjach – być może jeszcze ze zmianami.
Założenie jest
takie, że należy ujednolicić stroje służby leśnej. Te wyjściowe będą z lepszego
materiału i ładniejsze, i wreszcie będzie wiadomo jakie trzeba do nich nosić
buty – do tej pory nie było to wcale oczywiste. Natomiast różnorodność strojów codziennych
w jakich spotkać można leśniczego „w robocie” czyli w terenie wynikała
dotychczas stąd, iż w sklepach mundurowych jako odzież służbową można było
kupować zupełnie różne rzeczy. Teraz ma się to zmienić i w ramach mundurówki
będą dostępne tylko elementy regulaminowego stroju – terenowego, codziennego
lub wyjściowego, w wersjach letniej i zimowej. Oprócz tego sorty mundurowe
każdy będzie miał „na stanie”. Nie ma pewności czy do stwierdzenia ich zużycia
nie będzie więc potrzebna jakaś komisja, która policzy ilość dziur w gumofilcu
i podejmie odpowiedzialną decyzję.
Nie chcę tu
pisać o estetycznej stronie tych ciuchów – jeżeli będą uszyte z odpowiednich
materiałów to powinny być trwałe i funkcjonalne. Zaciekawiła mnie natomiast
mundurowa bielizna. Rozumiem i popieram fakt, że w skład munduru wchodzą termoaktywne
podkoszulki czy kalesony (zwane w dokumencie „leginsami”). Ale, za
przeproszeniem, desusy, czyli to, co gajowy nosi pod kalesonami, również
zostały podporządkowane regulaminowi. I co teraz? Jeżeli przyjeżdża inspektor i
sprawdza na przykład wykonanie trzebieży, sprawdza też poprawność umundurowania
leśniczego. No więc jak bardzo będzie sprawdzał? To oczywiście żart, ale się
zadumałem. A poza tym jest równouprawnienie, więc dlaczego mundurówka
bieliźniana obejmuje tylko męskie bokserki? Pytałem kolegi policjanta – u nich mundurowe
jest tylko z wierzchu. Pod spodem każdy nosi się jak chce.
Zakończyłem listopad.
Podsumowanie gotowe – wychodzi, że sprzedałem ponad 900 metrów sześciennych
drewna. W moim nadleśnictwie nie jest to jakiś rekord, jestem w czołówce
sprzedaży, ale nie na samej górze.
A od nowego roku moje leśnictwo
ulegnie restrukturyzacji. Zostanie powiększone, gdyż według nowych wytycznych
jest za mało pracochłonne. Powierzchnia leśnictwa wynosi 1200 hektarów, a po
nowemu ma wynosić około 1600. Wraz z teoretycznie niewielkim wzrostem
powierzchni (300 ha) pozyskanie, a więc i nakład prac, wzrośnie
nieproporcjonalnie.
Ten rok jest ostatnim rokiem
obowiązywania dziesięcioletniego planu urządzania lasu, czyli operatu. Od
nowego roku całe nadleśnictwo będzie miało nowy operat i sporo się w związku z
tym zmieni. Przybędzie nowych drzewostanów do wycięcia, bo sporo nowych
powierzchni wejdzie w wiek rębny. (Chciałbym zdementować pogłoski, jakoby las
rósł wolno. Mimo, że nie jestem bardzo stary, na moich oczach las urósł – młodniki
które oglądałem dziesięć lat temu są dziś drągowiną gdzie można już określić
zapas, czyli stosunek „masy drzewnej” do powierzchni. Naprawdę widać, jak
rośnie las – pod warunkiem oczywiście, że ma się możliwość oglądania go na
przestrzeni co najmniej kilkunastu lat.)
Średnie pozyskanie w moim
leśnictwie wynosiło około 7000 metrów rocznie na 1200 hektarów powierzchni. Teraz
rocznie będzie powyżej 10 000 metrów do pozyskania a więc i do sprzedaży.
Myślę, że każdy czytający mojego bloga już wie, że moja praca to nie tylko
pozyskanie surowca drzewnego. Zapowiada się niekulawo…