Wybrałem się z rodziną do stolicy. Ponieważ pogoda była
piękna, postanowiłem pokazać córce park w Łazienkach Królewskich w którym jako
student spędzałem sporo czasu. To jedno z niewielu miejsc w Warszawie gdzie
można mieć naprawdę bliski kontakt z przyrodą. Pomijam już fakt, że miejscowe
kaczki, tak samo zresztą jak te w Parku Saskim, na widok przechodnia wychodzą z
wody i gonią go biegiem asfaltową ścieżką w nadziei na jakieś jedzenie. Pod tym
względem nic się nie zmieniło. Pawie dają się nawet dwulatkowi karmić z ręki,
ostrożnie biorąc kawałki chleba. Największą jednak radość sprawiały wiewiórki,
które na dźwięk stukania orzechem o orzech podbiegały i brały je z ręki.
Jak się okazało, dla mojego dziecka – bądź co bądź wychowanego z dala od
miasta, ale oswojonego z widokiem zwierząt, bo jeleń, łoś czy dzik na łące są
tak samo normalne jak kozy i konie w stajni – kontakt z wiewiórką jest ogromnie
atrakcyjny.
Może dlatego, że jest to malutkie zwierzątko, które do tej pory
rzadko widziane wzbudzało wielką ciekawość. „Nasze” leśne wiewiórki żyjące w
okolicy domu i przychodzące jesienią do ogrodu na leszczynowe orzechy za nic na
świecie nie dałyby się przekonać do brania czegokolwiek z ręki – pozostawały
więc do tej pory absolutnie poza zasięgiem malucha zaczynającego intensywnie
zwiedzać świat.
Te parkowe na tyle przezwyciężyły lęk przed człowiekiem, że
można je obserwować z odległości dosłownie kilku centymetrów. Przy słonecznej
pogodzie w trakcie godzinnego spaceru można ich spotkać kilkanaście. Widać, że
przystosowały się do sytuacji i korzystają ile mogą. Nie mają zbyt wielu wrogów
naturalnych (psów do parku nie wolno wprowadzać) poza dzikimi kotami, a patrząc
na ich futerka nabrałem przekonania, że są naprawdę w świetnej kondycji zdrowotnej.
Trochę dziwiłem się więc tym rodzicom, którzy nie pozwalają dzieciom karmić
wiewiórek „bo mogą ugryźć”. Obserwując radochę jaką to karmienie sprawia mojej
córce doszedłem do oczywistego wniosku, że kontaktu z żywą, dziką przyrodą –
nawet w postaci niemal oswojonych parkowych wiewiórek – nie zastąpią najdroższe
zabawki i najładniejsze książeczki. A przy okazji dziecko uczy się obserwacji,
bo rudobrązową wiewiórkę na tle suchych liści nie jest wcale tak łatwo zauważyć
i cierpliwości – trzeba się zatrzymać, kucnąć, poczekać – co wieku dwóch lat
jest niełatwe...
Rano wyruszyłem
odbierać drewno. Co prawda padało gęsto, ale na szczęście z przerwami i miałem
dobrą, naprawdę nieprzemakalną kurtkę. Razem z podleśniczym, robota jakoś szła.
Odebrałem telefon, nadciągał umówiony przewoźnik. Wciąż lało, wozak nie mógł albo
nie chciał zrozumieć jak znaleźć te stosy które miał ładować, tak więc zażądał
asysty. Podleśniczy pojechał, a ja dalej odbierałem drewno. Teraz pojawił się
traktor z przyczepą. Kierowca oświadczył, że jechali tu we dwóch z szefem ładować
drewno ale szef drugim traktorem z dźwigiem i szef się zgubił. I czy ja nie
wiem jak go znaleźć. Po dłuższej konwersacji ustaliłem z nim, że szef musi się
tu niebawem pojawić, gdyż każda z okolicznych dróg tak go wyprowadzi. Kierowca
jednak uznał inaczej i pomknął w nieznane. Oczywiście chwilę później pojawił
się jego szef i pytał czy nie wiem gdzie ten drugi z przyczepą. Jak się okazuje
synchronizacja wywozu jest tylko pozornie prosta.
Cały czas w tle
nadawał poligon – latały śmigłowce, słychać było czołgi, armaty, wybuchy. Nie
widziałem tylko żołnierzy i nie słyszałem bitewnych okrzyków...
Wciąż lało i wciąż odbierałem drewno. Odebrałem kolejny telefon
od przewoźnika który rozbawił mnie pytaniem czy wyjedzie z lasu załadowanym
samochodem, bo on nie wie, ale ma łyse opony ... Powiedziałem mu, że śmiało
może nacierać – oczywiście żartem, bo drogi tak rozmiękły że było spore ryzyko
że będziemy musieli dzwonić po traktor żeby samochód z drewnem wyciągał. Na
szczęście obyło się bez tego.
Potem jeszcze
dzwonił pierwszy przewoźnik (ten, który pojechał z podleśniczym) i twierdził, że
przygotowanego drewna ładować nie będzie, bo to za drogi surowiec. Tłumaczyłem,
że surowiec jest taki jak w umowie i że jest to co miało być, ale strasznie się
gorączkował. Wreszcie po długich konsultacjach ze swoim szefem i tamtego z moim
szefem zaczął ładować.
Stojąc tak cały
dzień „na stanowisku” – w jednym miejscu, bo cały czas odbierałem drewno, a
było go naprawdę sporo – odbierając mnóstwo telefonów i koordynując wjeżdżające
i wyjeżdżające samochody (oraz zaginione w akcji traktory) oraz nasłuchując
odgłosów poligonu czułem się trochę jak kapral na froncie. I stąd tytuł.
Na zdjęciu widać fragment
powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego”
drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu.
Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego
pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz
po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie
trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją
pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość
drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).
To co zrobiłem w tym roku –
usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za
gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na
zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się
dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania
lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak
huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji
planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych
powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków
kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.
Na zdjęciu widać też ślady po
traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki
zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak
wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla
traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.
Kiedy z pierwszymi przymrozkami
skończyły się już chwasty, postanowiłem obejrzeć uprawę z naturalnego
odnowienia. Ponieważ jedyne co zostało tam zielone, to siewki, można dokładnie
określić stopień pokrycia. Wszystko jest ok., jedynie tam gdzie chwasty
tworzyły wyjątkowo gęsty kobierzec, siewek nie ma. W pozostałych miejscach
rosną bardzo gęsto. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ich system korzeniowy i
kilka wyrwałem. Okazało się, że jeżeli się dobrze nie chwyci, to można drzewko
urwać, ale nie wyciągnąć z korzeniem. Bardzo mocny system korzeniowy, dłuższy
niż zewnętrzna część rośliny (siewki mają teraz około 20-30 cm wysokości, a
korzenie około 40 cm jak sądzę).
Wniosek jest jeden i oczywisty –
są to bardzo mocne rośliny, rosnące w dobrych warunkach. Moim zdaniem są w dużo
lepszej kondycji niż gdyby zostały posadzone sztucznie. Drzewka pochodzące ze
szkółki również mają rozległy system korzeniowy, ale niestety tracą go w
trakcie sadzenia – nikt nie jest w stanie idealnie posadzić 10-centymetrowej
sadzonki w taki sposób, aby nie uszkodzić ani nie pozawijać „miotłowatego” korzenia
mającego 20-30 cm. Dlatego system korzeniowy przed posadzeniem jest redukowany
za pomocą ostrego szpadla. Tak więc powierzchnie ze sztucznym sadzeniem siłą
rzeczy są o wiele bardziej podatne na foliofagi (np. szeliniaka) – mają
mniejszy i słabszy korzeń a przez to mniej siły żeby się bronić. Z kolei siewki
z odnowienia naturalnego rosną wciąż w jednym miejscu więc korzeń rozwija się
bez przeszkód i roślina ma o wiele większą zdolność regeneracji (np. w
przypadku zgryzania przez zwierzynę), jest też odporniejsza. Jednym słowem
jestem z siebie zadowolony.
Tym bardziej, że dokładnie taką
samą teorię jak moja przeczytałem niedawno w prasie leśnej (Las Polski 20/2009).
Jest tam artykuł o odnowieniach powierzchni pohuraganowych na Mazurach w
okolicach Pisza. Pozostawiono tam powierzchnie eksperymentalne – część
odnawiano naturalnie, a część sztucznie. Okazało się, że najlepszej jakości
sadzonki (z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowane, czyli wzbogacane o
specjalne grzyby chroniące system korzeniowy) mają dwukrotnie mniejszą
żywotność niż sadzonki z obsiewu naturalnego. Również w przypadku szkodników i
grzybów okazało się, że odnowienie naturalne miało dużo większą odporność.
Późnym wieczorem, około dwudziestej
drugiej, wyszedłem do samochodu żeby ustawić tam pułapki na… myszy leśne. Jest to
największy gatunek myszy jaki znam – duże uszy, długi ogon, ciało długości do
10 cm, jasny brzuszek oraz stopa (w tylnej łapie) długości 2 cm. Wielkością mysz
przypominać może młodego szczura, ale jest jedna zasadnicza różnica – ogon u
myszy jest owłosiony, a u szczura goły.
Z niejasnych powodów myszy owe –
których pełno w okolicy, bo to przecież las – upodobały sobie wchodzenie do
samochodu. W bagażniku nie można pozostawić nic – z rękawa kurtki w przeciągu
nocy robią sieczkę. Zjadły również część plastikowej dziecięcej parasolki oraz
wygryzły dziury w innych rzeczach. Wcześniej penetrowały jedynie bagażnik,
teraz udaje im się dostać również do kabiny. Muszę więc z nimi walczyć, żeby
nie zrobiły kosmicznego chaosu w instalacji elektrycznej (tak jak kiedyś w starym
samochodzie). Prawdziwa plaga. O dziwo w tym roku do domu się jakoś nie pchają,
inwazja dotyczy tylko samochodu.
Noc była ciemna i mglista, co
prawda na niebie były gwiazdy ale nic to nie zmieniało – ciemno że oko wykol. Opróżniałem
pułapkę z nieproszonego gościa i usłyszałem nowy dźwięk, ale jakoś go
zignorowałem. Dźwięk jednak powtórzył się jeszcze raz i jeszcze – było to wycie
wilków w lesie dookoła domu. Najwyraźniej nad czymś się naradzały. Co ciekawe,
w tym czasie nie było słychać nic innego – ani dalekiego szczekania psa ani
innych zwykłych leśnych szurów i trzasków. Kompletna cisza i tylko wilcze
gadanie. Najpierw odzywał się jeden, potem z innego miejsca drugi, potem
dołączały kolejne. Wataha, którą można spotkać w okolicy liczy co najmniej
cztery sztuki. W związku z tym koncert był na wiele głosów i raczej udany. Muszę
przyznać, że gdyby przysłuchując się tym melodiom nie hamować wyobraźni i
pozwolić jej na odtworzenie wszystkich opowieści z wilkami w roli głównej, to
ciarki chodzą po plecach. Po raz kolejny pomyślałem o moich konnych wycieczkach
po lesie. Jestem ciekawy ile razy byłem obserwowany przez bystre brązowe oko.
Odebrałem dziwny telefon.
Dzwoniono z lecznicy weterynaryjnej na drugim końcu Polski, że u nich znajduje
się mój pies. Pies – widziałem – spał w koszyku pod kaloryferem. O co chodzi?
Ale zaraz sprawa się wyjaśniła.
Otóż do weterynarzy trafił po niegroźnym wypadku samochodowym pies z tatuażem w
uchu - numer 009 i litera oznaczająca region. (Jest to wyraźny znak, że pies rodowodowy i zarejestrowany w Związku
Kynologicznym, a więc raczej nie bezpański. W przypadku rasy myśliwskiej
prawdopodobieństwo, że zwierzak się zgubił i ktoś go szuka jest praktycznie
stuprocentowe.) Zadzwonili do Związku gdzie sprawdzono z jakiej hodowli pies
pochodzi (wskazuje na to właśnie numer i literka) i już mieli mój numer
telefonu. Pies po leczeniu trafił do schroniska w Koninie i chodziło o to, żeby
jak najszybciej ustalić właściciela który by czworonoga odebrał.
Na szczęście kiedy dwa lata temu
sprzedawaliśmy szczeniaki moja żona zapisywała telefony osób odbierających
poszczególne psiska i dzięki numerowi tatuażu ustaliliśmy który to pies i znaleźliśmy
dane właściciela. Okazało się wprawdzie, że od pewnego czasu suka polowała już
z innym myśliwym, ale do niego również dotarliśmy. On szukał zguby od rana,
kiedy to wraz z drugą sobaką w sobie tylko znanych celach „szurnęły” z ogródka.
Zdążył już zgłosić zdarzenie na policji i właśnie stamtąd wracał kiedy wieczorem
powiedziałem mu, że suka czeka w schronisku.
Jak widać tatuaż – pod warunkiem
że wyraźny i dobrze zrobiony - może być przydatny. Lepszy pewnie byłby chip, bo
mógłby zawierać więcej informacji, ale sądzę że zanim ta epoka nastąpi, tatuaż
też działa.
Pierwszego listopada, w
niedzielę, wybrałem się do lasu żeby odwiedzić znajdujące się tam cmentarze.
Nie mają one żadnych oznakowań, większość już prawie zapadła się w ziemię. Na
groby moich bliskich jeszcze się nie wybrałem. Pojadę może w tygodniu.
Najpierw pojechałem na cmentarz
który kiedyś był cmentarzem dużej wioski – było w niej jak wynika ze starych
niemieckich dokumentów ponad 50 domów. Dzisiaj zostały dwa. Cmentarz kiedyś
musiał być za wsią, dzisiaj jest w lesie i trudno go znaleźć jeżeli się nie wie
gdzie szukać. Latem gdy przyjechała do nas Karin Matray (osoba urodzona w domu
gdzie teraz mieszkam, pisałem o niej kilka razy) byłem na tym cmentarzu razem z
nią. Jest tam pochowany jej młodszy brat, syn leśniczego Neumana – urodzony w
czasie wojny, żył zaledwie tydzień. Karin prawie co roku przyjeżdża z kwiatami
na ten właśnie grób. Zresztą dokładnie nie wiadomo który to jest z dwóch małych
grobów na miejscu (ona nie pamięta, miała wtedy sama ze 3 lata, w dodatku
wszystko się zmieniło i z całego cmentarza ocalał jedynie fragment), więc na
jednym kładzie kwiaty a na drugim stawia znicz. Ja też zapaliłem tam
świeczkę dawnym mieszkańcom okolicy.
Później odwiedziłem jeszcze grób
królewskiego strzelca i jak sądzę leśniczego (Königs Förster) Christiana Kirchnera.
Urodził się 1 stycznia 1787 r., a zmarł 3 kwietnia 1853. O tym grobie kiedyś
już pisałem. Kilka lat temu udało mi się odnowić na nim napisy, ale teraz farba
już całkiem wyblakła i przydałoby się zrobić to jeszcze raz – ale z tym trzeba
poczekać do wiosny, bo na razie temperatury poniżej zera i wicher taki że
czapkę zrywa z głowy. Wiśniewski nie leży na cmentarzu, tylko w środku lasu.
Kiedyś być może stało tam jakieś drzewo które szczególnie lubił albo z innego
powodu wybrano właśnie to miejsce. Dzisiaj dookoła jest równy, mniej więcej
czterdziestoletni las, a co tam było wcześniej, drobne 150 lat temu, trudno
ustalić. Kompletnie też nie wiadomo jakim człowiekiem był Wiśniewski, jakie
miał poglądy i czy przy ewentualnym spotkaniu przypadlibyśmy sobie do gustu. Ale
nieważne. Leży w „moim” lesie, więc lampkę mogę zapalić, prawda?