dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Przyroda w metropolii
2009-11-29
Wybrałem się z rodziną do stolicy. Ponieważ pogoda była piękna, postanowiłem pokazać córce park w Łazienkach Królewskich w którym jako student spędzałem sporo czasu. To jedno z niewielu miejsc w Warszawie gdzie można mieć naprawdę bliski kontakt z przyrodą. Pomijam już fakt, że miejscowe kaczki, tak samo zresztą jak te w Parku Saskim, na widok przechodnia wychodzą z wody i gonią go biegiem asfaltową ścieżką w nadziei na jakieś jedzenie. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Pawie dają się nawet dwulatkowi karmić z ręki, ostrożnie biorąc kawałki chleba. Największą jednak radość sprawiały wiewiórki, które na dźwięk stukania orzechem o orzech podbiegały i brały je z ręki.

Jak się okazało, dla mojego dziecka – bądź co bądź wychowanego z dala od miasta, ale oswojonego z widokiem zwierząt, bo jeleń, łoś czy dzik na łące są tak samo normalne jak kozy i konie w stajni – kontakt z wiewiórką jest ogromnie atrakcyjny.

Może dlatego, że jest to malutkie zwierzątko, które do tej pory rzadko widziane wzbudzało wielką ciekawość. „Nasze” leśne wiewiórki żyjące w okolicy domu i przychodzące jesienią do ogrodu na leszczynowe orzechy za nic na świecie nie dałyby się przekonać do brania czegokolwiek z ręki – pozostawały więc do tej pory absolutnie poza zasięgiem malucha zaczynającego intensywnie zwiedzać świat.

Te parkowe na tyle przezwyciężyły lęk przed człowiekiem, że można je obserwować z odległości dosłownie kilku centymetrów. Przy słonecznej pogodzie w trakcie godzinnego spaceru można ich spotkać kilkanaście. Widać, że przystosowały się do sytuacji i korzystają ile mogą. Nie mają zbyt wielu wrogów naturalnych (psów do parku nie wolno wprowadzać) poza dzikimi kotami, a patrząc na ich futerka nabrałem przekonania, że są naprawdę w świetnej kondycji zdrowotnej.

Trochę dziwiłem się więc tym rodzicom, którzy nie pozwalają dzieciom karmić wiewiórek „bo mogą ugryźć”. Obserwując radochę jaką to karmienie sprawia mojej córce doszedłem do oczywistego wniosku, że kontaktu z żywą, dziką przyrodą – nawet w postaci niemal oswojonych parkowych wiewiórek – nie zastąpią najdroższe zabawki i najładniejsze książeczki. A przy okazji dziecko uczy się obserwacji, bo rudobrązową wiewiórkę na tle suchych liści nie jest wcale tak łatwo zauważyć i cierpliwości – trzeba się zatrzymać, kucnąć, poczekać – co wieku dwóch lat jest niełatwe...

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jak zostałem kapralem
2009-11-26
Rano wyruszyłem odbierać drewno. Co prawda padało gęsto, ale na szczęście z przerwami i miałem dobrą, naprawdę nieprzemakalną kurtkę. Razem z podleśniczym, robota jakoś szła. Odebrałem telefon, nadciągał umówiony przewoźnik. Wciąż lało, wozak nie mógł albo nie chciał zrozumieć jak znaleźć te stosy które miał ładować, tak więc zażądał asysty. Podleśniczy pojechał, a ja dalej odbierałem drewno. Teraz pojawił się traktor z przyczepą. Kierowca oświadczył, że jechali tu we dwóch z szefem ładować drewno ale szef drugim traktorem z dźwigiem i szef się zgubił. I czy ja nie wiem jak go znaleźć. Po dłuższej konwersacji ustaliłem z nim, że szef musi się tu niebawem pojawić, gdyż każda z okolicznych dróg tak go wyprowadzi. Kierowca jednak uznał inaczej i pomknął w nieznane. Oczywiście chwilę później pojawił się jego szef i pytał czy nie wiem gdzie ten drugi z przyczepą. Jak się okazuje synchronizacja wywozu jest tylko pozornie prosta.

Cały czas w tle nadawał poligon – latały śmigłowce, słychać było czołgi, armaty, wybuchy. Nie widziałem tylko żołnierzy i nie słyszałem bitewnych okrzyków...

Wciąż lało i wciąż odbierałem drewno. Odebrałem kolejny telefon od przewoźnika który rozbawił mnie pytaniem czy wyjedzie z lasu załadowanym samochodem, bo on nie wie, ale ma łyse opony ... Powiedziałem mu, że śmiało może nacierać – oczywiście żartem, bo drogi tak rozmiękły że było spore ryzyko że będziemy musieli dzwonić po traktor żeby samochód z drewnem wyciągał. Na szczęście obyło się bez tego.

Potem jeszcze dzwonił pierwszy przewoźnik (ten, który pojechał z podleśniczym) i twierdził, że przygotowanego drewna ładować nie będzie, bo to za drogi surowiec. Tłumaczyłem, że surowiec jest taki jak w umowie i że jest to co miało być, ale strasznie się gorączkował. Wreszcie po długich konsultacjach ze swoim szefem i tamtego z moim szefem zaczął ładować.

Stojąc tak cały dzień „na stanowisku” – w jednym miejscu, bo cały czas odbierałem drewno, a było go naprawdę sporo – odbierając mnóstwo telefonów i koordynując wjeżdżające i wyjeżdżające samochody (oraz zaginione w akcji traktory) oraz nasłuchując odgłosów poligonu czułem się trochę jak kapral na froncie. I stąd tytuł.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 8
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hodowla lasu
2009-11-24
Na zdjęciu widać fragment powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego” drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu. Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).

To co zrobiłem w tym roku – usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.

Na zdjęciu widać też ślady po traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 0
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Naturalnie i sztucznie
2009-11-16

Kiedy z pierwszymi przymrozkami skończyły się już chwasty, postanowiłem obejrzeć uprawę z naturalnego odnowienia. Ponieważ jedyne co zostało tam zielone, to siewki, można dokładnie określić stopień pokrycia. Wszystko jest ok., jedynie tam gdzie chwasty tworzyły wyjątkowo gęsty kobierzec, siewek nie ma. W pozostałych miejscach rosną bardzo gęsto. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ich system korzeniowy i kilka wyrwałem. Okazało się, że jeżeli się dobrze nie chwyci, to można drzewko urwać, ale nie wyciągnąć z korzeniem. Bardzo mocny system korzeniowy, dłuższy niż zewnętrzna część rośliny (siewki mają teraz około 20-30 cm wysokości, a korzenie około 40 cm jak sądzę).

Wniosek jest jeden i oczywisty – są to bardzo mocne rośliny, rosnące w dobrych warunkach. Moim zdaniem są w dużo lepszej kondycji niż gdyby zostały posadzone sztucznie. Drzewka pochodzące ze szkółki również mają rozległy system korzeniowy, ale niestety tracą go w trakcie sadzenia – nikt nie jest w stanie idealnie posadzić 10-centymetrowej sadzonki w taki sposób, aby nie uszkodzić ani nie pozawijać „miotłowatego” korzenia mającego 20-30 cm. Dlatego system korzeniowy przed posadzeniem jest redukowany za pomocą ostrego szpadla. Tak więc powierzchnie ze sztucznym sadzeniem siłą rzeczy są o wiele bardziej podatne na foliofagi (np. szeliniaka) – mają mniejszy i słabszy korzeń a przez to mniej siły żeby się bronić. Z kolei siewki z odnowienia naturalnego rosną wciąż w jednym miejscu więc korzeń rozwija się bez przeszkód i roślina ma o wiele większą zdolność regeneracji (np. w przypadku zgryzania przez zwierzynę), jest też odporniejsza. Jednym słowem jestem z siebie zadowolony.

Tym bardziej, że dokładnie taką samą teorię jak moja przeczytałem niedawno w prasie leśnej (Las Polski 20/2009). Jest tam artykuł o odnowieniach powierzchni pohuraganowych na Mazurach w okolicach Pisza. Pozostawiono tam powierzchnie eksperymentalne – część odnawiano naturalnie, a część sztucznie. Okazało się, że najlepszej jakości sadzonki (z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowane, czyli wzbogacane o specjalne grzyby chroniące system korzeniowy) mają dwukrotnie mniejszą żywotność niż sadzonki z obsiewu naturalnego. Również w przypadku szkodników i grzybów okazało się, że odnowienie naturalne miało dużo większą odporność.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 1
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wilcze gadanie
2009-11-15

Późnym wieczorem, około dwudziestej drugiej, wyszedłem do samochodu żeby ustawić tam pułapki na… myszy leśne. Jest to największy gatunek myszy jaki znam – duże uszy, długi ogon, ciało długości do 10 cm, jasny brzuszek oraz stopa (w tylnej łapie) długości 2 cm. Wielkością mysz przypominać może młodego szczura, ale jest jedna zasadnicza różnica – ogon u myszy jest owłosiony, a u szczura goły.

Z niejasnych powodów myszy owe – których pełno w okolicy, bo to przecież las – upodobały sobie wchodzenie do samochodu. W bagażniku nie można pozostawić nic – z rękawa kurtki w przeciągu nocy robią sieczkę. Zjadły również część plastikowej dziecięcej parasolki oraz wygryzły dziury w innych rzeczach. Wcześniej penetrowały jedynie bagażnik, teraz udaje im się dostać również do kabiny. Muszę więc z nimi walczyć, żeby nie zrobiły kosmicznego chaosu w instalacji elektrycznej (tak jak kiedyś w starym samochodzie). Prawdziwa plaga. O dziwo w tym roku do domu się jakoś nie pchają, inwazja dotyczy tylko samochodu.

Noc była ciemna i mglista, co prawda na niebie były gwiazdy ale nic to nie zmieniało – ciemno że oko wykol. Opróżniałem pułapkę z nieproszonego gościa i usłyszałem nowy dźwięk, ale jakoś go zignorowałem. Dźwięk jednak powtórzył się jeszcze raz i jeszcze – było to wycie wilków w lesie dookoła domu. Najwyraźniej nad czymś się naradzały. Co ciekawe, w tym czasie nie było słychać nic innego – ani dalekiego szczekania psa ani innych zwykłych leśnych szurów i trzasków. Kompletna cisza i tylko wilcze gadanie. Najpierw odzywał się jeden, potem z innego miejsca drugi, potem dołączały kolejne. Wataha, którą można spotkać w okolicy liczy co najmniej cztery sztuki. W związku z tym koncert był na wiele głosów i raczej udany. Muszę przyznać, że gdyby przysłuchując się tym melodiom nie hamować wyobraźni i pozwolić jej na odtworzenie wszystkich opowieści z wilkami w roli głównej, to ciarki chodzą po plecach. Po raz kolejny pomyślałem o moich konnych wycieczkach po lesie. Jestem ciekawy ile razy byłem obserwowany przez bystre brązowe oko.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Tatuaż 009
2009-11-05

Odebrałem dziwny telefon. Dzwoniono z lecznicy weterynaryjnej na drugim końcu Polski, że u nich znajduje się mój pies. Pies – widziałem – spał w koszyku pod kaloryferem. O co chodzi?

Ale zaraz sprawa się wyjaśniła. Otóż do weterynarzy trafił po niegroźnym wypadku samochodowym pies z tatuażem w uchu - numer 009 i litera oznaczająca region. (Jest to wyraźny znak, że pies rodowodowy i zarejestrowany w Związku Kynologicznym, a więc raczej nie bezpański. W przypadku rasy myśliwskiej prawdopodobieństwo, że zwierzak się zgubił i ktoś go szuka jest praktycznie stuprocentowe.) Zadzwonili do Związku gdzie sprawdzono z jakiej hodowli pies pochodzi (wskazuje na to właśnie numer i literka) i już mieli mój numer telefonu. Pies po leczeniu trafił do schroniska w Koninie i chodziło o to, żeby jak najszybciej ustalić właściciela który by czworonoga odebrał.

Na szczęście kiedy dwa lata temu sprzedawaliśmy szczeniaki moja żona zapisywała telefony osób odbierających poszczególne psiska i dzięki numerowi tatuażu ustaliliśmy który to pies i znaleźliśmy dane właściciela. Okazało się wprawdzie, że od pewnego czasu suka polowała już z innym myśliwym, ale do niego również dotarliśmy. On szukał zguby od rana, kiedy to wraz z drugą sobaką w sobie tylko znanych celach „szurnęły” z ogródka. Zdążył już zgłosić zdarzenie na policji i właśnie stamtąd wracał kiedy wieczorem powiedziałem mu, że suka czeka w schronisku.

Jak widać tatuaż – pod warunkiem że wyraźny i dobrze zrobiony - może być przydatny. Lepszy pewnie byłby chip, bo mógłby zawierać więcej informacji, ale sądzę że zanim ta epoka nastąpi, tatuaż też działa.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dawno temu
2009-11-04

Pierwszego listopada, w niedzielę, wybrałem się do lasu żeby odwiedzić znajdujące się tam cmentarze. Nie mają one żadnych oznakowań, większość już prawie zapadła się w ziemię. Na groby moich bliskich jeszcze się nie wybrałem. Pojadę może w tygodniu.

Najpierw pojechałem na cmentarz który kiedyś był cmentarzem dużej wioski – było w niej jak wynika ze starych niemieckich dokumentów ponad 50 domów. Dzisiaj zostały dwa. Cmentarz kiedyś musiał być za wsią, dzisiaj jest w lesie i trudno go znaleźć jeżeli się nie wie gdzie szukać. Latem gdy przyjechała do nas Karin Matray (osoba urodzona w domu gdzie teraz mieszkam, pisałem o niej kilka razy) byłem na tym cmentarzu razem z nią. Jest tam pochowany jej młodszy brat, syn leśniczego Neumana – urodzony w czasie wojny, żył zaledwie tydzień. Karin prawie co roku przyjeżdża z kwiatami na ten właśnie grób. Zresztą dokładnie nie wiadomo który to jest z dwóch małych grobów na miejscu (ona nie pamięta, miała wtedy sama ze 3 lata, w dodatku wszystko się zmieniło i z całego cmentarza ocalał jedynie fragment), więc na jednym kładzie kwiaty a na drugim stawia znicz. Ja też zapaliłem tam świeczkę dawnym mieszkańcom okolicy.

Później odwiedziłem jeszcze grób królewskiego strzelca i jak sądzę leśniczego (Königs Förster) Christiana Kirchnera. Urodził się 1 stycznia 1787 r., a zmarł 3 kwietnia 1853. O tym grobie kiedyś już pisałem. Kilka lat temu udało mi się odnowić na nim napisy, ale teraz farba już całkiem wyblakła i przydałoby się zrobić to jeszcze raz – ale z tym trzeba poczekać do wiosny, bo na razie temperatury poniżej zera i wicher taki że czapkę zrywa z głowy. Wiśniewski nie leży na cmentarzu, tylko w środku lasu. Kiedyś być może stało tam jakieś drzewo które szczególnie lubił albo z innego powodu wybrano właśnie to miejsce. Dzisiaj dookoła jest równy, mniej więcej czterdziestoletni las, a co tam było wcześniej, drobne 150 lat temu, trudno ustalić. Kompletnie też nie wiadomo jakim człowiekiem był Wiśniewski, jakie miał poglądy i czy przy ewentualnym spotkaniu przypadlibyśmy sobie do gustu. Ale nieważne. Leży w „moim” lesie, więc lampkę mogę zapalić, prawda?


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface