Z dębem można zrobić jeszcze
inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można
proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i
jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.
Jeżeli na uprawie posadzimy
sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich
gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza,
sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie
oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej –
pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe
doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać
się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której
rosną sadzonki dębu.
Inaczej jednak wygląda sprawa ze
świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej
światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki
szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb
wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie
przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni
prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń
usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam
jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2
lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co
będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się
wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym
kierunku.
Świerk jest również dla dębu
gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna,
ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i
wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do
ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u
siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.
Na zdjęciu widać gniazdo z
odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której
już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu
nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu
gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż
bór mieszany świeży.
Na tym gnieździe posadziłem 4
lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem
pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na
całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu
zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten
sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą
miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.
Na zdjęciu
w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata,
kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu
chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to
dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy.
(Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby
raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)
Dąb rósł w kożuchu różnych
chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że
dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni
wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale
za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich,
żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.
Zakupiona niedawno
w piskiej księgarni książka A.F. Ossendowskiego „Przez kraj ludzi, zwierząt i
bogów” dostarczyła mi wrażeń na kilka kolejnych wieczorów. Nie mogłem się oderwać,
bo łączy w sobie wiele z tego, co cenię w literaturze faktu – ciekawy okres
historyczny, rzetelność reportażu i wydarzenia, których splotu nie wymyśliłby
żaden pisarz fabularny. Dwa lata, konno, przez Syberię, Mongolię i Azję
centralną, w walce o życie i ucieczce przed sowieckim terrorem. Start zimą roku
1920...
Nie jest to jak
widać pozycja świeża – wydana zresztą w serii „Podróże retro” – bo pierwszy raz
ukazała się drukiem w roku 1923. Ale wydana teraz na nowo, ma szansę zyskać
skazanemu w PRL na zapomnienie autorowi rzesze nowych wielbicieli. (Książki
tego autora po wojnie były niszczone bezwzględnie, nie miały prawa znaleźć się
w żadnej bibliotece – a dlaczego, staje się jasne już po kilku pierwszych
zdaniach.) Ossendowski to postać niezwykła – naukowiec, pisarz, podróżnik. Przed
II wojną bardzo znany, nie tylko w Polsce, tłumaczony na wiele języków.
„Przez kraj
ludzi, zwierząt i bogów” to nie tylko historia pewnej przymusowej podróży. To również
seria miniaturowych reportaży z serca Syberii, z arcytrudnej przeprawy przez
góry do Mongolii, z pobytu u Żywego Buddy. Seria nieprawdopodobnych opowieści o
świecie którego już dawno nie ma, bo unicestwiły go wojny i rewolucje, o terenach
gdzie prawie sto lat później cywilizacja raczej wciąż nie dotarła i jak sądzę nie
dotrze. Autor z taką samą pieczołowitością opisuje zarówno świat dzikiej,
surowej przyrody jak i ludzkie obyczaje, obrzędy i podłości. Soczysty, piękny,
nieco archaiczny język dodaje jeszcze uroku. Jeżeli ktoś lubi tego rodzaju
literaturę – serdecznie polecam.
Na koniec
jeszcze dodam usłyszaną od rodziny anegdotkę ze stanu wojennego. Otóż ktoś ze
środowiska naukowego wracał z konferencji za granicą i wiózł ze sobą wydaną
tamże książkę Ossendowskiego „Lenin”. Po wjeździe pociągu do Polski przychodzi
celnik i przeszukuje bagaż w poszukiwaniu tzw. bibuły (dla tych co nie
pamiętają – nielegalnych wydawnictw prasy i literatury solidarnościowej). Znajduje
książkę i pyta: „- A to co?” – „No jak to co – Lenin!” – padła odpowiedź. Tu nastąpił
salut, służbowe trzaśnięcie obcasami i celnik piorunem zniknął. Gdyby tylko
wiedział co zawiera książka ...
Jak widać na załączonym zdjęciu,
bobry nie zajmują się tylko spiętrzaniem wody, ale również osuszaniem terenu.
Na dnie wyschniętego latem stawu bóbr wykopał rów w celu zgromadzenia wody. Rów
ten jest dla zwierzaka korytarzem transportowym, są tam również pozatapiane
zapasy na zimę – pędy wierzby, brzozy i inne przysmaki. Widać, że bóbr często
tu przychodzi – wykopał też kilka podziemnych korytarzy i wydeptał szeroką już
ścieżkę pomiędzy starym rowem melioracyjnym (którym tu przypływa) a stawem.
Muszę przyznać, że jak na jedną
bobrzą rodzinę, zakres zrealizowanych prac ziemnych jest naprawdę imponujący.
Mają też spory zasięg terytorialny. W dzikim stawie za leśniczówką mają tylko
spiżarnię – ale dosyć sporą. Tak naprawdę mieszkają mniej więcej pół kilometra
dalej, przy płocie ogradzającym uprawę kolegi leśniczego K.. Jakieś dwa lata
temu zauważyłem powstające żeremie bobrowe, ale dosyć nietypowe – budowane właśnie
na siatkowym płocie. Obejrzałem je sobie dokładnie – precyzyjna robota.
Niemniej nie sądziłem, że bóbr utrzyma się w tym miejscu, myślałem, że nie
znajdzie w okolicy wystarczającej ilości jedzenia, tylko skonsumuje krzaki
rosnące wzdłuż rowu. Ale najwyraźniej mu się podoba i potrafi na tyle rozsądnie
gospodarować okoliczną roślinnością, że wciąż ma co jeść. Nie widziałem go
nigdy, ale nie raz słyszałem spłoszony plusk ogona o wodę gdy zbliżałem się do
stawu ...
Były pierwsze poważniejsze
przymrozki dzisiejszego ranka. Zdaje się, że razem z mrozem pojawiły się wilki.
Niedaleko leśniczówki na łące leżą resztki jelenia byka...
Wydawałem niedawno drewno. Z samego
rana „przybyli górale pod okienko” leśniczówki – tak jak się zresztą wcześniej ze
mną umawiali. Koledzy przejechali ponad 600 km, z okolic Suchej Beskidzkiej. Co
oczywiste, nie wiedzieli ani gdzie jest las z którego mieli zabrać drewno, ani tym
bardziej gdzie leżą stosy.
Przyjechali po tartaczny surowiec
świerkowy – wydawało mi się to bez sensu – sądziłem, że czego jak czego ale
świerka to w górach nie brakuje. Okazało się jednak, że klęski żywiołowe z
ostatnich lat tak przetrzebiły tamtejsze drzewostany, że zaczyna to być problem.
Moim zdaniem częste klęski jakie zdarzają się ostatnio zakłócają gospodarkę
leśną do tego stopnia, że zaczyna brakować surowca. Po huraganie trzeba nagle
zagospodarowywać dużą ilość drewna, mimo wysiłków leśników dużo się marnuje,
dużo też idzie w opał, bo jakość jest nie najlepsza – a później nie ma już skąd
pozyskiwać, bo te drzewostany które pozostały nie mają jeszcze wieku rębnego.
Górale będą ten świerk przerabiać
gdzieś u siebie – byłem zdziwiony, że ta operacja jednak się opłaca (sam
transport surowca na taką odległość to ogromne pieniądze). Byli też przekonani,
że gdzieś w okolicy jest jezioro Śniardwy i nawet pytali jak tam dotrzeć. Kiedy
się okazało, że do tego konkretnego jeziora jest ze 30 kilometrów, chłopy się
zasępili – chyba chcieli wykorzystać krajoznawczo pobyt na Mazurach, ale
niestety było za daleko a ich czekała jeszcze długa trasa.
No właśnie. Kiedy ładowaliśmy
drewno (dwa samochody, więc trochę trwało), kierowca pokazał mi zdjęcia ze
swojego telefonu przedstawiające atak zimy. Nie sądziłem, że to tak może w
górach w październiku wyglądać – normalnie metrowe zaspy przy drogach. Przez radio
jakoś obraz katastrofy nie był tak dramatyczny, a ponieważ wciąż bojkotuję
telewizję, nie widziałem tego w żadnym „dzienniku”. Zawsze zresztą wydawało mi
się, że zima najdłuższa i najcięższa jest na Mazurach, ale tu w porównaniu z
Suchą Beskidzką mamy normalnie złotą jesień ...
Rano obudziło
mnie gwizdanie wiatru we wszystkich szczelinach domostwa. Za oknami las kołysał
się groźnie, ale do etapu huraganu jeszcze trochę brakowało. Aura była taka, że
zadzwoniłem do pilarzy i powiedziałem im, żeby nie jechali dzisiaj do lasu; dzień
wcześniej zresztą ich upominałem, że trzeba spieszyć się z robotą, bo na
surowiec czeka odbiorca – musiałem więc chłopakom przypomnieć, że BHP przede
wszystkim (obalanie-ścinanie drzew przy porywistym wietrze jest śmiertelnie
niebezpieczne ponieważ to co się dzieje ze ścinanym drzewem jest poza kontrolą
pilarza).
Za oknem śnieg padał już poziomo, a ja wciąż
zastanawiałem się jakim cudem w leśniczówce jeszcze jest prąd. Z reguły przy
takich wichurach „przerwy w dostawach zasilania” zdarzały się u mnie często i
na długo. Tym razem jednak radio podawało kolejne komunikaty o katastrofalnych
skutkach śniegowej nawałnicy w innych rejonach kraju. Nas szczęśliwie ominęło,
choć nie do końca.
Moje rozmyślania
przerwał telefon od jednego z odbiorców który poinformował, że stoi
niedaleko, tam gdzie miał dojechać nie dojedzie, bo droga rozmiękła, więc może
spróbuje wziąć drewno ode mnie z lasu zamiast od sąsiada. Ruszyłem do lasu,
gdzie wspomniany przewoźnik natychmiast utknął pod górką na drodze grząskiej
jak wszędzie indziej, do drewna oczywiście nie dojechał. Wezwałem duży traktor
który za pomocą bardzo grubej liny wyciągnął ponad-dwudziesto-tonowy samochód z
błota. (Co oczywiście trochę trwało.) Przewoźnik jednak nie poddał się,
dojechał w końcu do mygły i załadował się, po czym wziął ode mnie kwity i
pomknął do tartaku. Dodam tylko że cała operacja trwała w szalejącej śnieżycy,
przy silnym północnym wietrze. Ale dobrze się skończyło, prąd wciąż jest,
kaloryfery grzeją, a w maju znów będzie wiosna.
Na zdjęciu widać
katastrofę jaka wydarzyła się w pasiece koło domu – nawałnica przewróciła
martwą suchą sosnę, która padając uszkodziła kilka zabezpieczonych już na zimę uli.
Spiesząc się żeby zdążyć przed
zmierzchem kończyłem remontować starą ręczną pompę przed domem. Dokręcałem ostatnie
śruby, kiedy usłyszałem dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Niby normalne, bo w
skrzynce na płocie leśniczówki leżą książki ewidencji polowań i często
podjeżdżają wpisywać się myśliwi – z reguły terenówkami.
Ale miałem jakieś
zwierzęce przeczucie, że to co innego. Ruszyłem w stronę płotu, a kierowca busa
kiedy tylko mnie zobaczył, zawrócił niemal z piskiem opon i odjechał
najszybciej jak się dało. Nie udało mi się dostrzec numerów rejestracyjnych. Jestem
przekonany, że to miała być wizyta osób, które liczyły na to, iż nie zastaną w
domu lokatorów i będą mogły wynieść co się da. Piątek wieczór, po zmroku, dom w
lesie, daleko od szosy. Warunki idealne. Mogliśmy przecież wyjechać na weekend –
co się przecież zdarza. Ba, mogliśmy wybrać się do znajomych na herbatkę. Jak sądzę
po powrocie zastalibyśmy puste ściany.
Zdarzają się od czasu do czasu
głuche telefony. Widać też kilka razy w roku samochody dobrych marek podjeżdżające
pod dom i od razu zawracające. Nikt nie wysiada, oczywiście. Ewidentnie jestem
pilnowany – i nie myślcie, że popadam w paranoję.
Już kilka razy w leśniczówce było
włamanie. Ostatni raz chyba ok. 2004 roku, właśnie jesienią, kiedy wyjechałem
gdzieś na weekend. To było chyba trzecie z kolei odkąd tu mieszkam. Oczywiście
wezwałem policję, postępowanie umorzono jakiś czas potem z powodu niewykrycia
sprawców. Wybitą szybę po jakimś czasie wstawiłem sam.
Kiedyś rodzina, która przyjechała
na weekend, nie mogąc się mnie doczekać (spóźniałem się jakoś), otworzyła drzwi
wejściowe przysłowiową spinką do włosów. (Jeżeli myślicie, że leśniczówka ma
jakieś zabezpieczenia antywłamaniowe to się mylicie. Kiedyś wnioskowałem o
lepsze zabezpieczenie budynku to usłyszałem, że nie ma stuprocentowych
zabezpieczeń więc podejmowanie jakichkolwiek działań jest bez sensu.) W sumie
dokumenty w kancelarii leśniczego to dla mojej pracy ważne papiery, ale jak
sądzę nikt kto podjeżdża busem nie zamierza wywozić zawartości moich
segregatorów. Poprzednio ginęły zawsze wiertarki i aparaty fotograficzne, raz
rejestrator który złodziej musiał pomylić z kalkulatorem. Na szczęście rzadko
ruszamy się z domu, a nawet jak wypuszczamy się gdzieś na dłużej, to zawsze
zostawiamy ekipę zmienników. Jak widać ma to ogromne znaczenie.
To co widać na pierwszym planie
to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych
sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak
najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze
są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów
(bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby
zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.
Oprócz takiej grubizny jak widać
na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”.
Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia
(trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę
jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr
przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do
leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na
powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza
się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami,
według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient
przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru
drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji,
a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę
wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno
zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z
lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów,
jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...