dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Grzyb rekordzista
2008-09-30

Ogólnie rzecz biorąc grzybów w lesie nie ma. Grzybiarzy za to i owszem, sporo, ale tym razem nie będę pisał o tym jak śmiecą, bo już pisałem z dziesięć razy.

Ja mówię, że grzybów nie ma, bo jeżeli mówię, że są, to wystarczy wejść do lasu, postawić koszyk, obejść go dookoła, i już można wracać, bo jest pełen. Dla mnie tylko takie grzybobranie ma sens. I nie są to wyłącznie marzenia, zdarzają się takie lata, kiedy grzyby można zbierać właśnie w ten sposób – ostatni raz grzybowy urodzaj był w okolicy chyba dwa lata temu. Wciąż wrzucamy do bigosu suszone grzyby nazbieranie właśnie tamtego roku.

Ale ponieważ żona codziennie chodzi z córką do lasu – no bo gdzie indziej można pójść na spacer z maluchem, skoro z czterech stron domu jest wyłącznie las – to czasami coś znajdzie. Dzisiaj przyniosły grzyba rekordzistę – ważył prawie pół kilo (średnica kapelusza w najszerszym miejscu 22,5cm!), no i co najważniejsze był zupełnie zdrowy, co przy tak dużych okazach zdarza się niezwykle rzadko. Był to koźlarz czerwony. Rósł zupełnie na widoku, przy drodze, jak zresztą wszystkie grzyby dziś znalezione. Najwyraźniej tam ich nikt nie szuka.

Nie wiem jaki był największy grzyb znaleziony w polskich lasach i wpisany do księgi rekordów Guinessa – na pewno można to sprawdzić gdzieś w Internecie. Ale w naszym prywatnym domowym rankingu prowadzonym od kilku lat ten jest jak na razie absolutnym liderem. A może redakcja „eRysia” rozpisze jakiś konkurs na największego grzyba? Hę?


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
O ludziach i zwierzętach
2008-09-29

Kolega leśniczy mieszkający w niedalekiej wiosce jakiś czas temu uległ namowom swojej rodziny i zgodził się na posiadanie kota. Ponieważ dowiedział się, że ktoś we wsi ma akurat małe koty, pojechał tam i jednego kupił albo dostał – tego nie wiem. W ciągu następnego tygodnia wrzucono mu do ogródka – dosłownie – co najmniej dziesięć małych kotów. Ponieważ były mniejsze i większe, samice i samce, po niedługim czasie stwierdził, że niebawem będzie ich dużo więcej, bo kotki są kotne. A przypominam – po długich namowach chłop zgodził się na jednego kota! Ale ponieważ sąsiedzi wiedzą, że leśniczy zwierzaka raczej nie skrzywdzi, postanowili go uszczęśliwić kolejnymi mruczkami, nie pytając go o zdanie tylko mu te koty podrzucając. Skoro chciał jednego, będzie miał więcej ...

Ludzie z małych miejscowości mają dziwną cechę (być może nie wszędzie, przepraszam jeżeli ktoś poczuje się urażony, ale widzę to od lat) – jeżeli dowiedzą się, że ktoś w okolicy lubi zwierzęta, ma ten ktoś absolutnie przechlapane.

Znajoma znajdowała regularnie co roku psy przywiązane do płotu. Kilkakrotnie widziała samochód startujący spod jej bramy z piskiem opon, a parę chwil później orientowała się, że niechcący stała się właścicielką kolejnego stworzenia. W ten sposób trafił do niej jamnik, bokser oraz kilka innych psów. W chwilach maksymalnego zagęszczenia miała około dziesięciu psów, nie licząc własnych. Udało jej się na szczęście dla większości znaleźć nowe domy, ale zanim to się stało, wydawała wszystkie pieniądze na karmienie, odrobaczanie i leczenie sfory – prowadziła właściwie mini-schronisko, charytatywnie, choć plany życiowe miała zupełnie inne. Wybrnęła z kłopotu dopiero przeprowadzając się do innej wioski i kupując psa tak groźnego, że teraz nawet zbliżyć się do płotu nie można ...

Idzie jesień i ludzie jak co roku pozbywają się niechcianych zwierząt. Obserwuję tę smutną regularność zdarzeń od paru lat. Nie potrafię takiego braku odpowiedzialności absolutnie zrozumieć. Dlaczego ktoś nie ma odwagi psa uśpić czy odwieźć do schroniska. Dlaczego uważa, że porzucając go przy drodze czy w lesie zdejmie z siebie odpowiedzialność, jaką przyjął decydując się wcześniej tego psa trzymać i karmić, i przerzuci ją na kogoś innego, kto go przygarnie, niechcący potrąci samochodem albo zimą zdziczałego i kłusującego na leśną zwierzynę zastrzeli.

Dlatego proszę, apeluję – nie dawajcie nikomu zwierząt w prezencie, nie narzucajcie mu odpowiedzialności ... bo to bardzo niegrzecznie.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wreszcie prawdziwa jesień
2008-09-25

Dzisiaj kolejny – drugi – dzień pięknej słonecznej pogody. Najwyraźniej to skłoniło byka jelenia snującego się od kilku tygodni po łące za leśniczówką do popisów wokalnych. W końcu trwa rykowisko, ale przez ostatnie dwa tygodnie pogoda nie sprzyjała amorom, było deszczowo, pochmurnie. (Teraz wyszło słońce, co dodaje energii – jak widać nie tylko ludziom.)

Niemniej jelenie można było spotkać bez problemu, nawet w biały dzień. W poprzedni weekend był u nas kolega, który przyjechał specjalnie posłuchać ryczących byków. Niestety nie mogłem mu towarzyszyć i oprowadzać go po okolicznym lesie, bo całą rodziną musieliśmy wyjechać. Powiedziałem mu tylko, gdzie powinien pójść jeżeli chce pooglądać jelenie. No i udzieliłem ogólnej instrukcji palenia w piecu centralnego ogrzewania, żeby nie musiał się za bardzo hartować. (Temperatura w nocy około 6 stopni.)

Przez dwa dni kolega zwiedzał okolicę i zrobił sporo naprawdę fajnych zdjęć. Ale nie usłyszał ani jednego głosu ryczącego byka ... Ale mimo wszystko twierdził, że jest zadowolony i naprawdę odpoczął. Żałowałem, że musiał w niedzielę wieczorem wracać, bo chciałem zawieźć go jeszcze do sąsiedniego leśnictwa, gdzie niezależnie od pogody byki ryczą prawie cały czas, również w dzień. Nie wiadomo dlaczego, najwyraźniej okolica wyjątkowo im odpowiada. Sam nie trafiłby tam na piechotę, bo to kawał drogi, a był zdecydowany nie korzystać z ułatwień cywilizacji jak rower czy samochód terenowy ... Mam nadzieję że jeszcze kiedyś wpadnie i wybierzemy się razem na bezkrwawe łowy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nowy operat
2008-09-22

Od kilku tygodni w moim leśnictwie „urządzeniowcy” (czyli pracownicy Biura Urządzania Lasu) prowadzili taksację drzewostanów. Kiedy skończyli, spotkaliśmy się i dokonaliśmy wspólnych ustaleń dotyczących dalszych sposobów użytkowania lasu w moim leśnictwie.

Co to jest taksacja? To spisywanie cech drzewostanu „z natury” czyli na gruncie. Stosując określone metody pracownik wykonujący urządzanie opisuje drzewostan na danym terenie bezpośrednio tak jak go widzi, czyli chodzi po leśnictwie i spisuje skład gatunkowy kolejnych fragmentów lasu, czyli wydzieleń. Dodatkowo określa podstawowe cechy taksacyjne – zapas, przeciętną wysokość, wiek, pierśnicę (grubość) drzew w kolejnych wydzieleniach. Urządzanie to ciężka robota – na piechotę trzeba przejść leśnictwo po leśnictwie i spisać co się widzi. Niezależnie od stosowanych w tej pracy nowych technologii wciąż niezbędny jest bezpośredni ogląd człowieka.

Plan urządzeniowy sporządza się dla każdego leśnictwa na kolejne dziesięć lat i po upływie tego okresu wykonuje się go znów. W ten sposób aktualizuje się dane na podstawie których prowadzona jest cała gospodarka leśna. Od wyników taksacji zależy cała reszta – rozmiar pozyskania, potrzeby hodowlane, planowanie kosztów........

U mnie w leśnictwie konsultacje sprowadzały się do tego, żeby ustalić sposoby użytkowania rębnego poszczególnych powierzchni, czyli rodzaj cięć na zrębach i czasokres tych prac. Dotyczy to szczególnie drzewostanów trudnych do odnowienia na borze mieszanym wilgotnym (BMw) i lesie mieszanym bagiennym (LMb). Zwykłe użytkowanie rębnią wielkopowierzchniową nie wchodzi w rachubę bo nie daje ona perspektywy na łatwe odnowienie lasu ( po wycięciu drzewostanu na LMb teren się zabagnia i odnowienie takiej powierzchni zaczyna być problemem). Więc musieliśmy wypracować rozwiązanie gwarantujące sukces. Muszę jeszcze sprawdzić jedną powierzchnię i ustalić czy da się działać na niej tak, jak sobie urządzeniowcy wymyślili ... Ogólnie byli pod wrażeniem zasobności „moich” drzewostanów, bo taksując stwierdzili, że w niektórych starych drzewostanach masa drzew w metrach sześciennych dochodzi do 500 na jednym hektarze. Na siedliskach borowych to całkiem przyzwoicie. W jakimś stopniu przyczynił się do tego Krystian Kirschner, którego szczątki spoczywają w jednym z wydzieleń.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Spiżarnia gajowego
2008-09-15

W lesie ruch – wszyscy nagle wykupują opał. Chyba idzie ciężka zima. Zrobiło się zresztą naprawdę chłodno – trzeba już palić w piecu a w domu zakładać jakiś ciepły pulower (nie żartuję, dom jest stary i zimny, rano jest około 15 stopni).

Ja robię też zapasy na zimę, ale bardziej ciążą one w kierunku spiżarni. Nie, oczywiście nie bawię się w kiszenie kapusty, kopcowanie ziemniaków i przysypywanie piaskiem marchewek w piwnicy. Może namówię na to kiedyś żonę…… Tak więc zgromadziłem spory zapasik miodów pszczelich. Wszystkie pochodzą z sąsiedniej pasieki. Jest lipowy, spadziowo-lipowy, pierwszy wielokwiat i hit tego sezonu, wrzosowy. Pszczelarka od której kupuję miód, w pocie czoła odwirowała w ostatnim momencie ten wrzosowy. Przy obecnej pogodzie raczej miałaby tęgi orzech do zgryzienia. Otóż miód ten jest bardzo gęsty i miejsce w którym się go odwirowuje (pozyskuje) musi być często sztucznie ogrzewane nawet do temparatury 30 stopni. Zaskakujący był tegoroczny pożytek z wrzosu. Z kilkunastu pni sąsiadka pszczelarka odwirowała grubo ponad 100 litrów. Zwykle tego miodu było bardzo mało, a w tym roku jakoś wyjątkowo się zdarzyło, że wrzos nektarował intensywnie i długo, a przy tym była ciepła i ładna pogoda, więc pszczoły mocno tyrały. Miód pyszny w każdym razie i zakupiłem go sporo.

Wspominałem kiedyś o wędzeniu wędlin zimnym dymem. Donieść pragnę, że proces zakończony został pełnym sukcesem. Nawet teściowa chwaliła…


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Lokalna epidemia
2008-09-12

Nie pisałem tyle dni bo byłem chory. Uznałem też początkowo, że o chorobie właściwie nie ma co pisać – o tym, dlaczego zmieniłem zdanie będzie za chwilę. Chorzy byliśmy wszyscy na wirusa układu pokarmowego, najgorzej chyba maluch, który miał bardzo wysoką gorączkę i groziło mu odwodnienie, co z kolei mogło skończyć się szpitalem. Leki od doktora może i działały, ale najlepiej sprawdził się sok z czarnych jagód. Od kiedy zaczęliśmy go podawać, nastąpiła widoczna poprawa – u dziecka, bo potem wirus zaatakował nas.

Telefonicznie konsultowałem się ze znajomymi doktorami którzy ukuli teorię, że mieszkając w lesie jesteśmy nieodporni na większość „miejskich” zarazków i dlatego nas tak zmogło. Ponieważ innej teorii nie było, przyjąłem taką. Zresztą z gorączką i zaburzeniami żołądka człowiek godzi się na wszystko ...

Po tygodniu powróciliśmy w miarę do zdrowia. Teraz dowiedziałem się, że w pobliskiej wiosce wirus jest również „na topie”. Sporo dzieci wylądowało nawet w szpitalu w niedalekim mieście, gdzie po pewnym czasie ze względu na tego właśnie wirusa zamknięto „dorosły” oddział zakaźny dla odwiedzających ... A w przychodni jak się dzwoni żeby umówić wizytę, to recepcjonistka słysząc jakie są objawy mówi od razu: „Aha, ten wirus, to proszę przyjechać od razu po receptę, nie musi pan iść do lekarza...”.

Tak więc nasza teoretyczna nieodporność okazała się lokalną epidemią wyjątkowo wrednego wirusa, którego nikomu nie życzę.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Polowanie na kaczki
2008-09-07

Wybrałem się ze znajomym na kaczki. Każdy ze swoim psem. Pojechaliśmy bardziej po to, żeby potrenować psy niż żeby coś upolować. Jeżeli pies jest jeden, pracuje z mniejszym zapałem niż kiedy są dwa. Najwyraźniej konkurencja działa motywująco. Coraz bardziej jestem ze swojej suki zadowolony – nie tylko zachowuje się bardzo karnie i respektuje moje wszystkie komendy, ale też z ogromną pasją przeszukuje bagna i szuwary, nawet takie gdzie teren jest naprawdę trudny. Ustrzeloną przez mojego kompana kaczkę znalazła i zaaportowała prawidłowo. Drugi pies to jeszcze szczeniak, ale dobrze się zapowiada i wciąż się uczy. Obserwowałem go z ciekawością, bo to szczeniak z mojej hodowli – i trzeba powiedzieć że nie musiałem się wstydzić.

Polowanie na kaczki polega na tym, że odwiedza się kilka bagien. Do każdego z nich trzeba podejść z pomysłem - z odpowiedniej strony, bo jeżeli kaczki zauważą myśliwych lub psy, można wracać do samochodu. Kaczki na które poluje się teraz, we wrześniu, to ptaki które wylęgły się w okolicy na wiosnę i na tych bagnach spędziły lato. Ponieważ czują się bezpiecznie, są mniej czujne niż kaczki które przylatują do nas w październiku w drodze  z północy na południe. Tamte są zdecydowanie bardziej bystre, można na nie popatrzeć głównie przez lornetkę, bo jeżeli podejdzie się bliżej niż na kilkaset metrów, zrywają się albo odpływają na środek jeziora. Kiedy zaczyna się sezon migracji kaczek, przylatuje ich do nas naprawdę mnóstwo – sam widziałem jeziora dosłownie czarne od ptaków.

Na jednym z kolejnych polowań podchodziłem kaczki z psem, któremu kazałem iść przy nodze, żeby zbliżyć się do kaczek na około 30-40 metrów, czyli skuteczną odległość strzału. Nie było łatwe, tym bardziej kiedy człowiek sam się czołgał w trawie żeby go ptaszyska nie wypatrzyły. Pies dopiero na rozkaz musi iść do wody – wtedy kaczki się zrywają, a myśliwy ma kilka sekund szansy zanim odlecą na tyle daleko żeby znaleźć się poza zasięgiem śrutu. Udało mi się podejść blisko i skutecznie oddać strzał. Kaczka spadła, ale jak się okazało strzał nie był do końca celny, bo w zapamiętanym przeze mnie miejscu jej nie było. Jednak pies sprawdził się doskonale – odszukał ją i zaaportował. Naprawdę polowanie z dobrym psem to ogromna przyjemność – „ królewskie łowy”, polecam.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szynka po westfalsku.
2008-09-01

Postanowiłem uwędzić szynkę po westfalsku. Akurat taki przepis z książki „Praktyczna kuchnia myśliwska” Grzegorza Russaka najbardziej wydał mi się smakowity i odpowiedni.

Przyznam, że większość przepisów kulinarnych zarówno ja jak i moja żona traktujemy głównie orientacyjnie, modyfikując je w zależności od potrzeb oraz tego co akurat znajduje się w lodówce i spiżarni. Z reguły taka metoda się sprawdza, choć nie zawsze zastąpienie np. ryżu soczewicą daje potrawę równie dobrą jak w oryginale. Ale w przypadku dużej partii mięsa przeznaczonej do wędzenia postanowiłem nie ryzykować i zrobić wszystko dokładnie tak jak w przepisie. Wprawdzie dwa razy musiałem jeździć do sklepu bo zabrakło mi jagód jałowca i kolendry, ale wszystko zrobiłem zgodnie z przepisem – chyba pierwszy raz w życiu. Mięso natarte solą i ziołami już tydzień marynuje się na sucho – czyli bez zalewy – w wielkim garze i o dziwo pachnie coraz lepiej.

Wygląda na to, że pan Russak wie co pisze – a czytając jego książkę można zgłodnieć. Świat w niej przedstawiony składa się z kiełbas, szynek, combrów, półgęsków i innych zapomnianych pyszności z dziczyzny. Jeżeli ta szynka po wędzeniu będzie pachniała jeszcze lepiej niż teraz... hmmm.

Specjalnie do wędzenia szynki przerabiam wędzarnię. Chcę ją przebudować tak, żeby był do niej łatwy dostęp w lecie i w zimie, no i żeby można było wędzić zarówno ciepłym jak i zimnym dymem.

PS

Marek przyjeżdżaj stop rykowisko stop zaczęło się stop.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface