| Jak to z kozami było | | 2008-07-31 |
Nie wspominałem
jeszcze o tym, jak udało mi się wyjechać na urlop, to znaczy o tym, kto
przyjechał zająć się naszymi zwierzętami i wypoczywać w lesie podczas gdy my
mogliśmy udać się w inne rejony. Otóż przyjechał umówiony wcześniej kolega
razem z żoną i dziećmi oraz znajomymi – parą z dzieckiem i psem. Jak wynikało z
poczynionych wcześniej ustaleń, jedna z żon miała doić kozy jako że posiadała
już doświadczenie w tym zakresie.
Ale kiedy
przyszło do konkretów, czyli rozmowy o tym, kto kozy umie doić, okazało się że
... nikt. Problem był poważny, bo nie mogłem opóźniać wyjazdu w nieskończoność.
Poza tym przy dojeniu kóz potrzebna jest praktyka. Tego się nie zapomina, tak
jak jazdy na rowerze, ale najpierw trzeba się nauczyć!
Na szczęście
udało się znaleźć wyjście z sytuacji. Zawezwałem koleżankę która zgodziła się
wziąć do siebie dwie kozy. Do dojenia w leśniczówce pozostały więc trzy, z
czego dwie z koźlakami, które wciąż spijają mleko, więc roboty nie ma tak dużo.
Przyznam, że wyjeżdżałem z lekką obawą.
Na szczęście
wszystko dobrze poszło. Żona kolegi nauczyła się doić kozy, a pod koniec
tygodnia podobno wspominała o tych dwóch, które wyjechały, mówiąc że byłoby
więcej mleka i więcej serka ...
W każdym razie
nasz urlop nadmorski był bardzo przyjemny, a lokatorzy leśniczówki również byli
zadowoleni i zapowiadają się na przyszły rok.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Na zamku w Malborku | | 2008-07-29 |
W trakcie urlopu
trafił nam się jeden dzień gorszej pogody, więc postanowiliśmy pojechać
obejrzeć z bliska zamek w Malborku. Nie przypuszczałem nawet, że latem ciągną
tam takie tłumy turystów, absolutnie niezrażonych deszczową i zmienną aurą.
Ponieważ był to akurat poniedziałek, do zwiedzania były udostępnione tylko
zamkowe dziedzińce, ogrody i krużganki. Taka wycieczka z przewodnikiem (samemu
zwiedzać nie można, ale jak tylko uzbiera się 20-30 osób to grupa rusza – tak
mniej więcej co 5 minut) trwa dobre półtorej godziny. W sumie nawet dobrze się
złożyło, bo gdybyśmy razem z naszą roczną córką zdecydowali się na trzygodzinne
pełne zwiedzanie zamkowych wnętrz, musielibyśmy się ewakuować. Jednak dla
malucha taka wyprawa to zdecydowanie za długo.
Sam zamek robi
niesamowite wrażenie. Byłem już tam wcześniej w studenckich czasach, ale nie
było wtedy czasu na zwiedzanie (wizyta robocza), nie mówiąc o tym, że był
środek zimy i trzaskający mróz.
Teraz miałem
okazję przyjrzeć mu się dokładnie. Zdziwiła mnie tylko jednostronność
spojrzenia przewodnika prowadzącego naszą grupę. Powiedział, zgodnie oczywiście
z prawdą historyczną, że po bitwie pod Grunwaldem wojska polskie i litewskie
ruszyły pod Malbork, ale zamku nie zdobyły. Nie dodał tylko, co również jest
wiadome z przekazów historycznych, że zamiast ruszyć zaraz po bitwie, król
Jagiełło czekał prawie dwa tygodnie. Kiedy dotarł pod zamek, niedobitki
krzyżackie zdążyły tam dotrzeć i zorganizować obronę na tyle skuteczną, że
dwumiesięczne oblężenie jej nie przerwało. Gdyby ruszył zaraz po bitwie, zamek
zostałby zdobyty właściwie "z marszu", ale w grę wchodziły polityczne rozgrywki
wielkiego księcia litewskiego Witolda, brata Jagiełły. (Pisze o tym Paweł
Jasienica w „Polsce Jagiellonów”. Dodaje również, że gdyby oblegający poczekali jeszcze tydzień, zamek prawdopodobnie by się poddał, bo załoga zjadła już wszystko co było do zjedzenia ...) Jak widać nawet w średniowieczu polityka
była istotna. A dziś tym bardziej warto weryfikować zasłyszaną wiedzę, bo
czasami zawiera ona prawdziwe, ale bardzo jednostronne spojrzenie.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Podróż nad Bałtyk | | 2008-07-28 |
Las przez który
codziennie chodziłem nad morze bardzo przypomina teren mojego leśnictwa. Jest
to również bór mieszany świeży, ale ponieważ klimat morski jest dużo
łagodniejszy niż na Mazurach, więc drugie piętro drzewostanu (drzewa rosnące
pod koronami wysokich sosen) stanowią drzewa liściaste, buki i dęby, czego u
mnie aż tak intensywnie nie widać. U mnie jednak wpływ kontynentalnego klimatu
jest zdecydowanie wyraźniejszy.
To skrzywienie
zawodowe – jeżeli gdzieś wyjeżdżam, to idąc przez jakikolwiek las rozglądam się
i porównuję go ze „swoim”. To samo zresztą robią odwiedzający mnie czasem
koledzy ze studiów pracujący w leśnictwach w innych rejonach Polski. * * * Siedząc w
niedzielę przy śniadaniu i słuchając w Trójce razem z córką audycji dla dzieci
zezłościłem się setnie. Otóż ktoś z prowadzących przytaczając legendę o Morskim
Oku w Zakopanym (że jest to jezioro połączone podziemnymi kanałami z
Adriatykiem) powiedział, że górale z Tatr jeździli nad Adriatyk po muszelki
którymi ozdabiali później swoje kapelusze. Otóż moim zdaniem wcale tak nie
było. Owszem, górale wyprawiali się nad morze, ale głównie nad Bałtyk. I nie
robili tego dla przyjemności podróżowania, ale w konkretnym celu. Przecież w
czasach prosperity Pierwszej Rzeczpospolitej (około 1600 roku) zboże docierało
do Gdańska na tratwach z drewna także tatrzańskiego. Z pni budowano szkuty,
które następnie ładowano zbożem, a po sprzedaży zboża sprzedawano i drewno.
Według innej
legendy, którą słyszałem podczas spływu Dunajcem, prawdziwym flisakiem stawał
się ten, kto taką podróż odbył. Wypływał jako chłopiec, a wracał jako kawaler.
Mógł nosić przy czarnym góralskim kapeluszu przywiezione muszelki i miał dużo
większe szanse znalezienia sobie żony. Byli tacy, co taki spływ odbyli
kilkakrotnie, a ich usługi i znajomość rzemiosła były wysoko cenione.
Naprawdę ten kto
prowadzi audycję dla dzieci powinien bardziej uważać na to co mówi, bo ta
akurat bzdura brzmi bardzo wiarygodnie i łatwo ją zapamiętać.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Kormorany na Mierzei | | 2008-07-27 |
Wróciłem właśnie
z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć
do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz
nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.
Zwiedzaliśmy tam
znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale
przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami,
szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie
zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej
dokonują kormorany.
Kormorany są na
niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie
dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym –
starych wysokich drzew liczących około 100 lat.
Ten ptak zjada
dziennie 2-3 kg
ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa
nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych
ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.
Widać, że tamtejsi
leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można
zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja
to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie
był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie
utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni
korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku
przemysłowego.
Na terenie
rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się
prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują
się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli
gospodarza.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Traktory i konie | | 2008-07-26 |
Zakład usług
leśnych który wygrał przetarg na poszerzenie pasa przeciwpożarowego poprosił o
pozwolenie parkowania traktorów przy leśniczówce do czasu zakończenia prac.
Zgodziłem się oczywiście, widząc jaki mają przed sobą front robót. Cały pas
przeciwpożarowy (piaszczysty pas zaoranej ziemi oddzielający teren poligonu od
terenu leśnego) jest poszerzany o kilkanaście metrów. W sumie będzie miał około
trzydziestu metrów szerokości, co zdecydowanie zwiększy bezpieczeństwo przeciwpożarowe
lasu. W przypadku pożaru na poligonie ogień nie przekroczy linii pasa, spłoną
tylko zadrzewienia i zakrzaczenia, a drzewostan nie ucierpi (teoretycznie).
Poszerzanie pasa
polega na wyrywaniu z korzeniami drzew które trzeba usunąć żeby osiągnąć
ustaloną szerokość. Widziałem robotników przy pracy i mogę powiedzieć że robota
trudna i ciężka.
Z mojego punktu
widzenia poszerzanie pasa ma jeszcze jeden pozytywny aspekt- świetnie się tam
jeździ konno, a kiedy prace zostaną zakończone będzie już na tyle szeroko, że
będzie można jechać w kilkanaście koni obok siebie. Jak sądzę będzie to kolejna
atrakcja przebiegającego przez leśniczówkę szlaku konnego. Niedawno gościliśmy
kolejny rajd konny, wprawdzie miniaturowy, bo jeźdźców była tylko dwójka, ale
sterali się setnie i kiedy dotarli wreszcie do celu byli gotowi spać w stajni
razem z końmi...
Cieszę się że w
okolicy turystyka konna się rozwija. Ale idzie to wolno, ponieważ organizacja
takich „imprez w siodle” nie jest łatwa, gdyż zadowolenie klientów to jedno, a
zdrowie koni drugie, i trzeba bardzo umiejętnie dobierać zarówno ludzi jak i
zwierzęta, bo w przypadku długich tras wszystko nabiera znaczenia.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Historia sprzed lat | | 2008-07-15 |
Wczoraj cały
dzień padał deszcz. Padał i padał, a ja z radością patrzyłem przez okno i
miałem nadzieję, że potopi wszystkie korniki ... Wyglądało to na klasyczną
„trzydniówkę”, ale dziś już opady tylko przelotne. Jutro pewnie wyjrzy słońce.
Na wszelki wypadek postanowiłem nie zwracać uwagi na prognozy nadawane przez
radio.
Patrzyłem przez
okno a żona tłumaczyła mi list jaki dostaliśmy z Francji od Karin Matray –
osoby która urodziła się w czasie wojny w „naszej” leśniczówce i czasami tu
przyjeżdża. O Karin, córce leśniczego Neumanna, pisałem w zeszłym roku. Obecnie
mieszka we Francji – już od prawie pół wieku, i dlatego pisze do nas po
francusku. (To się akurat dobrze składa, bo nikt u nas w domu nie zna
niemieckiego na tyle, żeby swobodnie czytać czy pisać.)
W tym roku Karin
do nas raczej nie przyjedzie, bo nie pozwala jej zdrowie – będzie miała poważną
operację. Ale w swoim liście napisała nam o legendzie, którą słyszała od
jednego z byłych mieszkańców sąsiedniej, dawno już nie istniejącej wioski. Otóż
kiedyś nazywała się ona Ojczewilki – kiedy pierwszy mieszkaniec razem ze swoim
synem budowali dom, nagle chłopiec krzyknął „Ojcze – wilki!” i stąd wzięła się
pierwotna nazwa wioski. W roku 1928 nazwa została zmieniona na „Wolfsheide”.
Sześć lat później hitlerowcy zwiększali areał poligonu leżącego niedaleko wsi i
wysiedlili wszystkich. Domy zostały zniszczone. (Dziś czasami docieram tam
rowerem – miejsca domów znaczą wysokie krzewy bzu lilaka, w dawnych ogródkach
można znaleźć ozdobne kwiaty które sadzili dawni mieszkańcy. Jeżeli dobrze
poszukać można znaleźć jakąś ocalałą piwnicę w której mieszkają nietoperze.)
Z niemieckich
dokumentów jakie dostaliśmy od Karin pocztą wynika, że w 1925 roku Ojczewilki
były wioską liczącą 635 mieszkańców. Znajdowała się tam szkoła, do której
chodziły również dzieci z sąsiedniej wsi, gdzie szkoły nie było, restauracja,
dwa sklepy spożywcze, straż pożarna, krawiec, stolarz, leśniczówka ... To niesamowite, że miejsce które dobrze
znam, i gdzie można spotkać co najwyżej lisa albo borsuka, było kiedyś naprawdę
sporą wioską.
Na zdjęciu nasza
znajoma Karin w roku 1941 lub 1942 na podwórku przed leśniczówką.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Spotkanie z żurawiem | | 2008-07-13 |
Pojechałem na
pole, żeby odświeżyć sobie pejzaż. Dużo ostatnio roboty i ciągle drzewa i
drzewa ... Puściłem psa luzem żeby się wyszalał. Z łąki poderwały się dwa
żurawie. Pomyślałem, że skoro się poderwały, to na pewno nie mają tu gniazda
ani młodych, bo żuraw jeżeli „prowadzi” małe, to ucieka „na piechotę”. W pewnym
momencie widzę, że pies robi żelazną stójkę – czyli w niepozostawiający
wątpliwości sposób wskazuje obecność ptaka. Zdziwiłem się, bo nie spodziewałem
się w okolicy ani bażantów, ani kuropatw – po prostu wiem, że ich tam nie ma.
Pies stał w
absolutnym bezruchu a ja zbliżałem się do niego. Zobaczyłem małego żurawia,
pisklaka. Kiedy się poruszył i zaczął uciekać, pies nie wytrzymał. Złapał ptaka
i zaaportował. Żuraw był wielkości sporego koguta. Obmacałem go dokładnie, żeby
sprawdzić, czy suka nie zrobiła mu krzywdy (nigdy zresztą nie zagryzła ani
kaczki ani bażanta, zawsze na polowaniu przynosi ptaki w takim stanie, w jakim
je znajduje). Nic mu się nie stało, i o ile nie zdechnie z powodu stresu, to będzie
żył.
Miał piękny
błękitny kolor na wyrastających lotkach, cały był pokryty centymetrowej
grubości ciemnoszarym puchem, dziób miał szaro-oliwkowy – piękne i skuteczne
jak sądzę kolory maskujące. Oczy miał ogromne z przerażenia, ale kiedy go
wypuściłem, ruszył żwawo w trawę, gdzie za chwilę zniknął. Nad polem natomiast
zaczął krążyć myszołów. (To nieprawdopodobne, jak szybko drapieżniki pojawiają
się w pobliżu potencjalnej zdobyczy.)
Podczas dalszego
spaceru kazałem psu iść przy nodze, ale pomyślałem sobie, że pies nieszkolony
myśliwsko takiego napotkanego żurawia – czy jakiegokolwiek innego pisklaka – po
prostu zagryza i zjada. Dlatego podczas każdego spaceru trzeba o tym pamiętać,
zwłaszcza wiosną i wczesnym latem.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Inwentura | | 2008-07-05 |
Przez ostatnie
kilka dni znów było zagrożenie pożarowe, ale na szczęście przeszło kilka
potężnych burz i sytuacja się poprawiła. Zanim jednak spadł deszcz było
naprawdę groźnie. Tym bardziej, że zaczęły się wakacje a w lesie pojawiło się w
związku z tym zauważalnie więcej ludzi. Niektórzy zbierają pierwsze jagody,
inni jadą nad jezioro. Wystarczyłby niedbale rzucony jeden niedopałek papierosa
i pożar gotowy. Nadleśnictwo prowadzi stały monitoring przeciwpożarowy, ale od
czasu do czasu na patrol wyrusza również samolot – właśnie ten który widać na
zdjęciu. Nie jest to może maszyna super nowoczesna, ale za to jak na razie
niezawodna. Myślę sobie, że byłoby fajnie polecieć kiedyś na taki patrol – może
mi się uda.
W tym tygodniu w
moim leśnictwie była inwentaryzacja magazynu drewna. Taka inwentaryzacja odbywa
się w każdym leśnictwie raz do roku. Oznacza to, że tzw. grupa spisowa złożona
z dwóch innych leśników przyjechała do kancelarii leśnictwa z protokołami na
których były podane masy drewna obecnie znajdujące się na stanie mojego
leśnictwa. Po uzupełnieniu protokołów grupa rusza w teren żeby zweryfikować
zgodność protokołu ze stanem faktycznym. Ewentualne różnice stanowią „manko”
które obciąża leśniczego, który materialnie odpowiada za drewno w swoim
leśnictwie.
W przyszłym
tygodniu ja będę również w składzie takiej grupy w innym leśnictwie.
Po dokonaniu
inwentaryzacji w leśnictwie protokoły są weryfikowane w nadleśnictwie przez
komisję inwentaryzacyjną – w jej skład wchodzi zastępca nadleśniczego i wybrani
pracownicy biura.
Jak do tej pory
raz zdarzyło się że komisja u mnie w leśnictwie stwierdziła brak sortymentu –
na miejscu brakowało części stosu brzozowego. Za brakujące drewno musiałem
zapłacić. Ktoś je ukradł tuż przed inwentaryzacją – kilka dni wcześniej stos
odebrałem i spokojnie czekałem na inwentaryzację...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz |
|
|