dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Jak to z kozami było
2008-07-31

Nie wspominałem jeszcze o tym, jak udało mi się wyjechać na urlop, to znaczy o tym, kto przyjechał zająć się naszymi zwierzętami i wypoczywać w lesie podczas gdy my mogliśmy udać się w inne rejony. Otóż przyjechał umówiony wcześniej kolega razem z żoną i dziećmi oraz znajomymi – parą z dzieckiem i psem. Jak wynikało z poczynionych wcześniej ustaleń, jedna z żon miała doić kozy jako że posiadała już doświadczenie w tym zakresie.

Ale kiedy przyszło do konkretów, czyli rozmowy o tym, kto kozy umie doić, okazało się że ... nikt. Problem był poważny, bo nie mogłem opóźniać wyjazdu w nieskończoność. Poza tym przy dojeniu kóz potrzebna jest praktyka. Tego się nie zapomina, tak jak jazdy na rowerze, ale najpierw trzeba się nauczyć!

Na szczęście udało się znaleźć wyjście z sytuacji. Zawezwałem koleżankę która zgodziła się wziąć do siebie dwie kozy. Do dojenia w leśniczówce pozostały więc trzy, z czego dwie z koźlakami, które wciąż spijają mleko, więc roboty nie ma tak dużo. Przyznam, że wyjeżdżałem z lekką obawą.

Na szczęście wszystko dobrze poszło. Żona kolegi nauczyła się doić kozy, a pod koniec tygodnia podobno wspominała o tych dwóch, które wyjechały, mówiąc że byłoby więcej mleka i więcej serka ...

W każdym razie nasz urlop nadmorski był bardzo przyjemny, a lokatorzy leśniczówki również byli zadowoleni i zapowiadają się na przyszły rok.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Na zamku w Malborku
2008-07-29



W trakcie urlopu trafił nam się jeden dzień gorszej pogody, więc postanowiliśmy pojechać obejrzeć z bliska zamek w Malborku. Nie przypuszczałem nawet, że latem ciągną tam takie tłumy turystów, absolutnie niezrażonych deszczową i zmienną aurą. Ponieważ był to akurat poniedziałek, do zwiedzania były udostępnione tylko zamkowe dziedzińce, ogrody i krużganki. Taka wycieczka z przewodnikiem (samemu zwiedzać nie można, ale jak tylko uzbiera się 20-30 osób to grupa rusza – tak mniej więcej co 5 minut) trwa dobre półtorej godziny. W sumie nawet dobrze się złożyło, bo gdybyśmy razem z naszą roczną córką zdecydowali się na trzygodzinne pełne zwiedzanie zamkowych wnętrz, musielibyśmy się ewakuować. Jednak dla malucha taka wyprawa to zdecydowanie za długo.

Sam zamek robi niesamowite wrażenie. Byłem już tam wcześniej w studenckich czasach, ale nie było wtedy czasu na zwiedzanie (wizyta robocza), nie mówiąc o tym, że był środek zimy i trzaskający mróz.

Teraz miałem okazję przyjrzeć mu się dokładnie. Zdziwiła mnie tylko jednostronność spojrzenia przewodnika prowadzącego naszą grupę. Powiedział, zgodnie oczywiście z prawdą historyczną, że po bitwie pod Grunwaldem wojska polskie i litewskie ruszyły pod Malbork, ale zamku nie zdobyły.

Nie dodał tylko, co również jest wiadome z przekazów historycznych, że  zamiast ruszyć zaraz po bitwie, król Jagiełło czekał prawie dwa tygodnie. Kiedy dotarł pod zamek, niedobitki krzyżackie zdążyły tam dotrzeć i zorganizować obronę na tyle skuteczną, że dwumiesięczne oblężenie jej nie przerwało. Gdyby ruszył zaraz po bitwie, zamek zostałby zdobyty właściwie "z marszu", ale w grę wchodziły polityczne rozgrywki wielkiego księcia litewskiego Witolda, brata Jagiełły. (Pisze o tym Paweł Jasienica w „Polsce Jagiellonów”. Dodaje również, że gdyby oblegający poczekali jeszcze tydzień, zamek prawdopodobnie by się poddał, bo załoga zjadła już wszystko co było do zjedzenia ...)
Jak widać nawet w średniowieczu polityka była istotna. A dziś tym bardziej warto weryfikować zasłyszaną wiedzę, bo czasami zawiera ona prawdziwe, ale bardzo jednostronne spojrzenie.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Podróż nad Bałtyk
2008-07-28

Las przez który codziennie chodziłem nad morze bardzo przypomina teren mojego leśnictwa. Jest to również bór mieszany świeży, ale ponieważ klimat morski jest dużo łagodniejszy niż na Mazurach, więc drugie piętro drzewostanu (drzewa rosnące pod koronami wysokich sosen) stanowią drzewa liściaste, buki i dęby, czego u mnie aż tak intensywnie nie widać. U mnie jednak wpływ kontynentalnego klimatu jest zdecydowanie wyraźniejszy.

To skrzywienie zawodowe – jeżeli gdzieś wyjeżdżam, to idąc przez jakikolwiek las rozglądam się i porównuję go ze „swoim”. To samo zresztą robią odwiedzający mnie czasem koledzy ze studiów pracujący w leśnictwach w innych rejonach Polski.
                                  * * *
Siedząc w niedzielę przy śniadaniu i słuchając w Trójce razem z córką audycji dla dzieci zezłościłem się setnie. Otóż ktoś z prowadzących przytaczając legendę o Morskim Oku w Zakopanym (że jest to jezioro połączone podziemnymi kanałami z Adriatykiem) powiedział, że górale z Tatr jeździli nad Adriatyk po muszelki którymi ozdabiali później swoje kapelusze. Otóż moim zdaniem wcale tak nie było. Owszem, górale wyprawiali się nad morze, ale głównie nad Bałtyk. I nie robili tego dla przyjemności podróżowania, ale w konkretnym celu. Przecież w czasach prosperity Pierwszej Rzeczpospolitej (około 1600 roku) zboże docierało do Gdańska na tratwach z drewna także tatrzańskiego. Z pni budowano szkuty, które następnie ładowano zbożem, a po sprzedaży zboża sprzedawano i drewno.

Według innej legendy, którą słyszałem podczas spływu Dunajcem, prawdziwym flisakiem stawał się ten, kto taką podróż odbył. Wypływał jako chłopiec, a wracał jako kawaler. Mógł nosić przy czarnym góralskim kapeluszu przywiezione muszelki i miał dużo większe szanse znalezienia sobie żony. Byli tacy, co taki spływ odbyli kilkakrotnie, a ich usługi i znajomość rzemiosła były wysoko cenione.

Naprawdę ten kto prowadzi audycję dla dzieci powinien bardziej uważać na to co mówi, bo ta akurat bzdura brzmi bardzo wiarygodnie i łatwo ją zapamiętać.



Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kormorany na Mierzei
2008-07-27

Wróciłem właśnie z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.

Zwiedzaliśmy tam znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami, szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej dokonują kormorany.

Kormorany są na niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym – starych wysokich drzew liczących około 100 lat.

Ten ptak zjada dziennie 2-3 kg ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.

Widać, że tamtejsi leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku przemysłowego.

Na terenie rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli gospodarza.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Traktory i konie
2008-07-26

Zakład usług leśnych który wygrał przetarg na poszerzenie pasa przeciwpożarowego poprosił o pozwolenie parkowania traktorów przy leśniczówce do czasu zakończenia prac. Zgodziłem się oczywiście, widząc jaki mają przed sobą front robót. Cały pas przeciwpożarowy (piaszczysty pas zaoranej ziemi oddzielający teren poligonu od terenu leśnego) jest poszerzany o kilkanaście metrów. W sumie będzie miał około trzydziestu metrów szerokości, co zdecydowanie zwiększy bezpieczeństwo przeciwpożarowe lasu. W przypadku pożaru na poligonie ogień nie przekroczy linii pasa, spłoną tylko zadrzewienia i zakrzaczenia, a drzewostan nie ucierpi (teoretycznie).

Poszerzanie pasa polega na wyrywaniu z korzeniami drzew które trzeba usunąć żeby osiągnąć ustaloną szerokość. Widziałem robotników przy pracy i mogę powiedzieć że robota trudna i ciężka.

Z mojego punktu widzenia poszerzanie pasa ma jeszcze jeden pozytywny aspekt- świetnie się tam jeździ konno, a kiedy prace zostaną zakończone będzie już na tyle szeroko, że będzie można jechać w kilkanaście koni obok siebie. Jak sądzę będzie to kolejna atrakcja przebiegającego przez leśniczówkę szlaku konnego. Niedawno gościliśmy kolejny rajd konny, wprawdzie miniaturowy, bo jeźdźców była tylko dwójka, ale sterali się setnie i kiedy dotarli wreszcie do celu byli gotowi spać w stajni razem z końmi...

Cieszę się że w okolicy turystyka konna się rozwija. Ale idzie to wolno, ponieważ organizacja takich „imprez w siodle” nie jest łatwa, gdyż zadowolenie klientów to jedno, a zdrowie koni drugie, i trzeba bardzo umiejętnie dobierać zarówno ludzi jak i zwierzęta, bo w przypadku długich tras wszystko nabiera znaczenia.


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 0
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Historia sprzed lat
2008-07-15

Wczoraj cały dzień padał deszcz. Padał i padał, a ja z radością patrzyłem przez okno i miałem nadzieję, że potopi wszystkie korniki ... Wyglądało to na klasyczną „trzydniówkę”, ale dziś już opady tylko przelotne. Jutro pewnie wyjrzy słońce. Na wszelki wypadek postanowiłem nie zwracać uwagi na prognozy nadawane przez radio.

Patrzyłem przez okno a żona tłumaczyła mi list jaki dostaliśmy z Francji od Karin Matray – osoby która urodziła się w czasie wojny w „naszej” leśniczówce i czasami tu przyjeżdża. O Karin, córce leśniczego Neumanna, pisałem w zeszłym roku. Obecnie mieszka we Francji – już od prawie pół wieku, i dlatego pisze do nas po francusku. (To się akurat dobrze składa, bo nikt u nas w domu nie zna niemieckiego na tyle, żeby swobodnie czytać czy pisać.)

W tym roku Karin do nas raczej nie przyjedzie, bo nie pozwala jej zdrowie – będzie miała poważną operację. Ale w swoim liście napisała nam o legendzie, którą słyszała od jednego z byłych mieszkańców sąsiedniej, dawno już nie istniejącej wioski. Otóż kiedyś nazywała się ona Ojczewilki – kiedy pierwszy mieszkaniec razem ze swoim synem budowali dom, nagle chłopiec krzyknął „Ojcze – wilki!” i stąd wzięła się pierwotna nazwa wioski. W roku 1928 nazwa została zmieniona na „Wolfsheide”. Sześć lat później hitlerowcy zwiększali areał poligonu leżącego niedaleko wsi i wysiedlili wszystkich. Domy zostały zniszczone. (Dziś czasami docieram tam rowerem – miejsca domów znaczą wysokie krzewy bzu lilaka, w dawnych ogródkach można znaleźć ozdobne kwiaty które sadzili dawni mieszkańcy. Jeżeli dobrze poszukać można znaleźć jakąś ocalałą piwnicę w której mieszkają nietoperze.)

Z niemieckich dokumentów jakie dostaliśmy od Karin pocztą wynika, że w 1925 roku Ojczewilki były wioską liczącą 635 mieszkańców. Znajdowała się tam szkoła, do której chodziły również dzieci z sąsiedniej wsi, gdzie szkoły nie było, restauracja, dwa sklepy spożywcze, straż pożarna, krawiec, stolarz, leśniczówka  ... To niesamowite, że miejsce które dobrze znam, i gdzie można spotkać co najwyżej lisa albo borsuka, było kiedyś naprawdę sporą wioską.

 

Na zdjęciu nasza znajoma Karin w roku 1941 lub 1942 na podwórku przed leśniczówką.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Spotkanie z żurawiem
2008-07-13

Pojechałem na pole, żeby odświeżyć sobie pejzaż. Dużo ostatnio roboty i ciągle drzewa i drzewa ... Puściłem psa luzem żeby się wyszalał. Z łąki poderwały się dwa żurawie. Pomyślałem, że skoro się poderwały, to na pewno nie mają tu gniazda ani młodych, bo żuraw jeżeli „prowadzi” małe, to ucieka „na piechotę”. W pewnym momencie widzę, że pies robi żelazną stójkę – czyli w niepozostawiający wątpliwości sposób wskazuje obecność ptaka. Zdziwiłem się, bo nie spodziewałem się w okolicy ani bażantów, ani kuropatw – po prostu wiem, że ich tam nie ma.

Pies stał w absolutnym bezruchu a ja zbliżałem się do niego. Zobaczyłem małego żurawia, pisklaka. Kiedy się poruszył i zaczął uciekać, pies nie wytrzymał. Złapał ptaka i zaaportował. Żuraw był wielkości sporego koguta. Obmacałem go dokładnie, żeby sprawdzić, czy suka nie zrobiła mu krzywdy (nigdy zresztą nie zagryzła ani kaczki ani bażanta, zawsze na polowaniu przynosi ptaki w takim stanie, w jakim je znajduje). Nic mu się nie stało, i o ile nie zdechnie z powodu stresu, to będzie żył.

Miał piękny błękitny kolor na wyrastających lotkach, cały był pokryty centymetrowej grubości ciemnoszarym puchem, dziób miał szaro-oliwkowy – piękne i skuteczne jak sądzę kolory maskujące. Oczy miał ogromne z przerażenia, ale kiedy go wypuściłem, ruszył żwawo w trawę, gdzie za chwilę zniknął. Nad polem natomiast zaczął krążyć myszołów. (To nieprawdopodobne, jak szybko drapieżniki pojawiają się w pobliżu potencjalnej zdobyczy.)

Podczas dalszego spaceru kazałem psu iść przy nodze, ale pomyślałem sobie, że pies nieszkolony myśliwsko takiego napotkanego żurawia – czy jakiegokolwiek innego pisklaka – po prostu zagryza i zjada. Dlatego podczas każdego spaceru trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza wiosną i wczesnym latem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Inwentura
2008-07-05

Przez ostatnie kilka dni znów było zagrożenie pożarowe, ale na szczęście przeszło kilka potężnych burz i sytuacja się poprawiła. Zanim jednak spadł deszcz było naprawdę groźnie. Tym bardziej, że zaczęły się wakacje a w lesie pojawiło się w związku z tym zauważalnie więcej ludzi. Niektórzy zbierają pierwsze jagody, inni jadą nad jezioro. Wystarczyłby niedbale rzucony jeden niedopałek papierosa i pożar gotowy. Nadleśnictwo prowadzi stały monitoring przeciwpożarowy, ale od czasu do czasu na patrol wyrusza również samolot – właśnie ten który widać na zdjęciu. Nie jest to może maszyna super nowoczesna, ale za to jak na razie niezawodna. Myślę sobie, że byłoby fajnie polecieć kiedyś na taki patrol – może mi się uda.

W tym tygodniu w moim leśnictwie była inwentaryzacja magazynu drewna. Taka inwentaryzacja odbywa się w każdym leśnictwie raz do roku. Oznacza to, że tzw. grupa spisowa złożona z dwóch innych leśników przyjechała do kancelarii leśnictwa z protokołami na których były podane masy drewna obecnie znajdujące się na stanie mojego leśnictwa. Po uzupełnieniu protokołów grupa rusza w teren żeby zweryfikować zgodność protokołu ze stanem faktycznym. Ewentualne różnice stanowią „manko” które obciąża leśniczego, który materialnie odpowiada za drewno w swoim leśnictwie.

W przyszłym tygodniu ja będę również w składzie takiej grupy w innym leśnictwie.

Po dokonaniu inwentaryzacji w leśnictwie protokoły są weryfikowane w nadleśnictwie przez komisję inwentaryzacyjną – w jej skład wchodzi zastępca nadleśniczego i wybrani pracownicy biura.

Jak do tej pory raz zdarzyło się że komisja u mnie w leśnictwie stwierdziła brak sortymentu – na miejscu brakowało części stosu brzozowego. Za brakujące drewno musiałem zapłacić. Ktoś je ukradł tuż przed inwentaryzacją – kilka dni wcześniej stos odebrałem i spokojnie czekałem na inwentaryzację...

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface