| Wieści z kuchni | | 2008-06-29 |
Dziś przyjechali
znajomi po zamówioną wcześniej partię kozich serków. Teraz wszystkie kozie sery
wędzę zimnym dymem w mojej nowej wędzarni. Bardzo jestem z siebie dumny kiedy
słyszę, że moje serki wszystkim smakują i mają grono stałych wielbicieli,
którzy dzielą się między sobą każdą „dostawą”. Przy okazji dowiedziałem się, że
„leśne” serki dotarły aż do księstwa Monako – znajomi powiedzieli, że ich
przyjaciele mają zaprzyjaźnioną rodzinę bogatych ludzi mieszkających właśnie
tam, którym sprezentowali nasze wyroby, co okazało się wielką atrakcją
kulinarną. Tak więc serki z leśniczówki podbijają świat!
Ja natomiast
bardzo cenię sobie domowe wędliny. Właśnie przyjechała do mnie siostra
przywożąc (zamówione wcześniej) własnoręcznie zrobione wędliny – szynki,
kiełbasy i inne przysmaki. Wolę kupić je od niej, niż kupować w sklepie
kiełbasę nasączoną aromatem wędzarniczym a smakującą raczej średnio. Nie ma
porównania pomiędzy wędliną „sklepową”, nawet najlepszą, a domową. Dlaczego sam
nie robię wędlin? Nie chcę hodować dodatkowych zwierząt w postaci prosiaków –
naprawdę wystarczą mi konie i kozy. Ale za to coraz bardziej brakuje mi
upieczonego w domu chleba. Chyba któregoś dnia się zmobilizuję i go upiekę.
Wymaga to jednak sporo czasu – najpierw trzeba rozczynić ciasto, potem pilnować
jak rośnie, a później rozpalić piec chlebowy, który nie może być ani za zimny,
ani za gorący (co można ocenić jedynie „na oko” po kolorze cegieł w środku
pieca). Prawdziwego żytniego chleba nie da się upiec w piekarniku – nawet
maksymalna temperatura 220 stopni to za mało żeby chleb się udał. Na szczęście
piec jaki zachował się w piwnicy leśniczówki jest w bardzo dobrym stanie i
świetnie się do żytniego chleba nadaje.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Jak to z prognozami bywa | | 2008-06-26 |
Kwestia deszczu
i tego czy będzie padał czy nie jest dla mnie wciąż istotna. Wprawdzie siano
zebrałem, ale w lesie wciąż intensywnie działa kornik drukarz. Gdyby się
ochłodziło i popadało (tak, wiem że na wakacje to nie najlepsze życzenia) to
chociaż trochę przyhamowałoby jego rozwój.
Słucham więc
codziennie prognoz pogody. Ale również obserwuję niebo, bo zdarza się spora
rozbieżność między tym słyszę a tym co widzę. (Są nawet skrajne sytuacje kiedy
słyszę „na Mazurach zimno i pada” a ja w krótkich spodniach patrzę na
termometr, widzę 30 stopni i ani śladu deszczu – albo odwrotnie: „w
północno-wschodniej Polsce piękna pogoda” a u mnie leje drugi dzień.)
Wczoraj
obserwowałem super chmury. Typowe cirrusy – wysokie, rozmyte białe smugi,
niektóre „pozaginane” na końcach. (Sprawdziłem w literaturze, haczykowate
cirrusy to chmury o nazwie cirrus uncinus.)
W radiu zapowiadali upał i słońce. Tymczasem w nocy obudziła mnie intensywna
ulewa. Na tyle intensywna, że pobiegłem zamknąć okno w samochodzie ... Do
prognozowania jednak pogody z wyglądu i kształtu chmur potrzebna jest jednak
konkretna wiedza, dość rozległa, poparta obserwacją urządzeń innych niż tylko
barometr.
Ale można
obserwować też przyrodę „ożywioną” w najbliższym otoczeniu. Zauważyłem
prawidłowość, po której ze stuprocentową pewnością można poznać, że będzie
padało. W normalny dzień aktywność owadów jest umiarkowana. Ale zdarzają się
takie dni, kiedy gzy na łące i w lesie gryzą jak wściekłe, a w domu nawet
„domowe” muchy stają się tak dokuczliwe i gryzące, że trudno wytrzymać. W ciągu
ostatniego tygodnia miałem okazję się kilkakrotnie przekonać. Zawsze oznaczało
to deszcz – nawet jeżeli na niebie nie było żadnych chmur mogących sygnalizować
zmianę pogody, a w radiu wciąż zapowiadali upał ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Las o poranku | | 2008-06-23 |
Zdarzyło się
tak, że musiałem wyjechać do pracy o czwartej rano. Pilarze codziennie
zaczynają o tej godzinie – później robi się już nieznośnie gorąco. A ponieważ
musiałem się z nimi spotkać i pokazać im drzewa trocinkowe do wycięcia –
również musiałem pojawić się w lesie o świcie, żeby chłopy nie musieli na mnie
czekać tylko mogli ruszyć z najpilniejszą robotą. (Z kornikiem nie ma żartów.)
Polecam każdemu
taki poranny wyjazd do lasu – niepowtarzalne zapachy i widoki, mgły i światło
pierwszych promieni słońca przeświecających przez drzewa ... Naprawdę warto
czasem wstać bardzo wcześnie, bo takie „magiczne” chwile trwają bardzo krótko a
później las wygląda już zupełnie normalnie.
***
Przez weekend
miałem gości „z miasta”. Spragnieni kąpieli marzyli o wycieczce na plażę. Z
niedowierzaniem patrzyłem jak kąpią się w lodowatej wodzie. Ja poprzestałem na
zamoczeniu nóg, żona popatrzyła z kocyka i nawet do jeziora nie podeszła. Ale
„mieszczuchom” to zupełnie nie przeszkadzało, ba, twierdzili nawet, że gdyby
była woda cieplejsza, to już by nie było takiego komfortu kąpieli ... (Dodam,
że to moi serdeczni znajomi, i nie piszę o tym z ironią, ale ze szczerym
podziwem – ja na bohaterstwo wejścia do wody tego dnia bym się nie zdobył, ale będę
mógł się kąpać codziennie jak woda się ogrzeje; oni natomiast kąpią się w
jeziorze jak uda im się wyrwać z miasta, niezależnie od pogody.)
Namówiłem
również kolegę do pomocy przy budowie wędzarni. W mojej starej beczce wkopanej
do ziemi służącej do tej pory celom wędzarniczym mrówki zrobiły mrowisko, a
poza tym chciałem zbudować nową wędzarnię dokładnie według wymyślonego
wcześniej planu – tak żeby można było wędzić w niej kozie sery zimnym dymem.
Pełen sukces! Pierwsza partia serów które uwędziliśmy, kontrolując dokładnie
temperaturę dymu w różnych miejscach nowej wędzarni, udała się znakomicie.
Polecam wszystkim wędzone kozie oscypki!
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Sikorki pocztowe | | 2008-06-19 |
W tym roku, tak
samo zresztą jak w poprzednim, w skrzynce na listy wiszącej na płocie sikorka
zrobiła gniazdo. Listonosz jest zaprzyjaźniony i wie, że skrzynka na moim
płocie do wrzucania listów nie służy – od wczesnej wiosny do jesieni ma swoich
lokatorów.
Pierwsi chętni
do skrzynki pojawili się już w marcu albo na początku kwietnia. Kiedy w maju
zajrzałem do środka, rzuciła się na mnie sikorka bogatka – ptak wystartował w
moim kierunku błyskawicznie – ledwo zdążyłem zamknąć skrzynkę. Siedziała na
jajkach. Pod koniec maja słychać już było coraz głośniejsze ćwierkanie ze
środka.
Korzystając z
nieobecności bojowo nastawionych rodziców, zrobiłem zdjęcie pisklakom. Później
policzyłem widoczne na zdjęciu „sztuki” – było ich mniej więcej dziewięć.
Dokładnie nie da się stwierdzić, bo siedziały ciasno upakowane w małym
gnieździe.
Kilka dni po
zrobieniu zdjęć w skrzynce zapanowała cisza. Zajrzałem. Poleciały – gniazdo
było opuszczone. Niedługo potem chciałem wyczyścić skrzynkę ze zgromadzonych
tam mchu, piór, trawy, koziej sierści i mnóstwa innych materiałów budowlanych i
wykończeniowych. (Wygląda to jak gruba warstwa filcu w różnych odcieniach.)
Otworzyłem i ...
znowu?!. Sikorki, zadowolone najwyraźniej z warunków mieszkaniowych, złożyły
następne jajka. Policzyłem. Dziewięć. Ale to jeszcze nie wszystkie – inaczej
samica siedziałaby na nich. Pod koniec czerwca małe sikorki powinny już być
gotowe do opuszczenia gniazda.
P.S. Sprawdziłem
w literaturze i podaję dla ciekawych „statystykę” – sikora bogatka składa do 12
jaj, po jednym dziennie, zaczyna wysiadywać od przedostatniego i wysiaduje
13-14 dni. Pierwsze jajka sikory składają na początku kwietnia. Drugi,
czerwcowy lęg, z reguły jest mniejszy, średnio 6 jajek. Młode po 18-20 dniach
opuszczają gniazdo i przez kilka kolejnych dni są „na zewnątrz” dokarmiane
przez rodziców. (Informacje podaję za: A. Kruszewicz, Ptaki Polski, s.141-144)
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Sianokosy | | 2008-06-16 |
Zasugerowałem
się radą znajomego hipiatry (weterynarza – specjalisty od koni) i postanowiłem
zebrać siano na zimę dla koni w sposób tradycyjny. Polega to na tym, że trawę
po skoszeniu suszy się tak mniej więcej w trzech czwartych, a nie całkowicie, a
następnie grabi i składa w kopki. Oczywiście koszenie i grabienie wykonałem
mechanicznie (ale zamiast traktora którego nie posiadam użyłem swojego
samochodu terenowego – świetnie się sprawdził w tej roli). Jedynie ostatni etap
– układanie kopek – to była ręczna robota. Gdybym się uparł, żeby wszystko
robić ręcznie, byłbym jeszcze na początku sianokosów.
Otóż ów znajomy weterynarz
uważa, że prasowanie siana na łące w ubite paczki (kostki albo baloty) ma
znaczenie przy przechowywaniu paszy zimą. Zwłaszcza jeżeli zimą jest ciepło i
siano nabiera wilgoci z powietrza, co może powodować rozwój np. grzybni. W
przypadku koni szlachetnej krwi takie zagrzybione siano może być to przyczyną
wielu schorzeń. (Pomijając fakt, że nie będą chciały go żreć.) Dodatkowo w
trakcie ręcznego grabienia i składania siana w kopki wyrzuca się kępy torfu i
ziemi. Nie da się tego robić przy mechanicznym prasowaniu – żadna maszyna nie
będzie „sortować” siana. A przy ręcznej pracy uzyskujemy siano najwyższej
jakości, bez zbędnych zanieczyszczeń.
Pomagało mi dwóch
znanych Wam pracowników leśnych, pan Antoni i jego syn. Niby nic nadzwyczajnego,
ale okazało się szybko, że ani ja, ani syn pana Antoniego nie potrafimy ułożyć
takiej kopki siana. Rzecz niby prosta, ale nie do końca, zwłaszcza kiedy siano
jest suche i wieje wiatr. Doświadczenie blisko osiemdziesięcioletnie Antoniego uratowało
sytuację. Czeka mnie jeszcze zwożenie siana do stodoły na furze, oczywiście
zaprzęgniętej do samochodu, bo żaden z moich koni chyba nie dałby się namówić
do tej roboty ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Kornika coraz więcej | | 2008-06-14 | |
Nareszcie zaczął
padać deszcz więc zagrożenie drzewostanów świerkowych od kornika drukarza ma
szansę zmaleć. Dwa tygodnie suszy stworzyły idealne warunki do rozwoju tego
owada, czego bezpośrednią konsekwencją było znaczne zwiększenie się ilości
czynnego posuszu w drzewostanach świerkowych. Czynny posusz to takie drzewa,
które już obumierają z powodu zasiedlenia przez kornika, a jednocześnie są
wylęgarnią kolejnego pokolenia owadów. To pokolenie w ciągu dwóch – trzech
tygodni (przy sprzyjającej, czyli upalnej pogodzie jaka panowała ostatnio) od
złożenia jajeczek może już wylecieć jako forma dorosła – imago – i zacząć
zasiedlać kolejne drzewa. W jednym sezonie wegetacyjnym taki cykl może
powtórzyć się nawet czterokrotnie czego skutki można obserwować na Słowacji w
drzewostanach górskich, gdzie szkody od kornika są większe niż od huraganów
jakie nawiedziły tamte tereny. (Pisałem o tym jakiś czas temu.)
U siebie w
leśnictwie mam dużo drzewostanów świerkowych i spore zagrożenie kornikiem. Prowadzę
od kilku już lat „zeszyt trocinkarza” gdzie wpisuję wszystkie drzewa zasiedlone
przez kornika w kolejnych latach. Mogę powiedzieć, że w tym roku sezon „na
kornika” zaczął się nieco później niż zwykle, ale dynamika rozwoju populacji (którą
mogę ocenić na podstawie sumy wszystkich odnotowanych drzew) jest znaczna.
Można więc spodziewać się gwałtownego rozwoju populacji tego owada, czyli
gradacji.
Może to mój
pesymizm, ale po dwóch tygodniach takich upałów jakie były, każdy leśniczy zdaje
sobie sprawę z zagrożenia stwarzanego przez kornika. Wszelkie stosowane przez
nas zabiegi mogą tylko spowolnić proces jego rozwoju, ale nie da się go
całkowicie powstrzymać ani wyeliminować owadów żadnym sposobem. (Zdarzają się
też teoretycy, którzy siedząc za biurkiem uważają, że leśniczy jest w stanie
wyłapać wszystkie korniki w lesie, ale chciałbym ich zobaczyć w akcji.) Jedyne
co można robić to hamować rozwój owadów i czekać na zmianę pogody; Jeżeli
przyroda nie przyjdzie z pomocą, żadna siła kornika nie powstrzyma.
Na szczęście od
rana pada ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | | 2008-06-09 |
W niedzielne
słoneczne popołudnie wybrałem się z rodziną do lasu (ha,ha). Właściwie to
wybraliśmy się na łąki, gdzie upał okazał się nie do zniesienia. Pojechaliśmy
więc nad jezioro, a po drodze oglądaliśmy wykonane w poprzednich latach przez
nadleśnictwo zbiorniki małej retencji.
Małą retencją
nazywa się tworzenie nowych lub przywracanie starych zbiorników wodnych. Z reguły
są to małe jeziorka, spiętrzenia wody w rowach melioracyjnych – wszelkie
zabiegi hydrotechniczne dzięki którym można zatrzymać w przyrodzie więcej wody.
Ich ilość jest
imponująca. Jadąc główną drogą widać największe budowle. Brzegi porosły już
tatarakiem i trzciną, i dają wrażenie naturalnego zbiornika wodnego. Kiedy
podchodzi się do brzegu, żeby np. sfotografować łabędzia na gnieździe, setki
żab wyskakuje z trawy i ląduje w wodzie. Nie ma wątpliwości, że takie sztuczne
zbiorniki pełnią funkcje środowiskotwórcze.
Ostatecznie
dotarliśmy nad jezioro, żeby wymoczyć nogi. Brzeg jeziora był pełen chętnych
kąpieli wodnych i słonecznych. Sielanka, ojcowie z napojami chłodzącymi w ręku,
mamy pilnują dzieci, żeby się nie potopiły, piski dzieciarni. Nikt mi nie
uwierzy, ale lubię takie niedzielne popołudnia.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Borsuk, szeliniak i kornik | | 2008-06-05 |
Byłem dziś na
zrębie. Cały czas muszę monitorować czy nie zagraża mu szeliniak, więc bywam
tam często. Pułapki jakie wykonano – zadziałały. Pogoda też na szczęście jest
nierówna; niedawno około 20 godzin bez przerwy padał deszcz; W nocy temperatura
spada do około 8 stopni, więc rozwój szeliniaka nie jest zbyt pomyślny. Poza
tym siewki sosny i świerka pięknie rosną. Jest to odnowienie naturalne –
nasiona wysiały się ze specjalnie pozostawionych na zrębie drzew, czyli
nasienników. Na razie siewki
są malutkie, ale na większości powierzchni rosną jak zielona szczotka.
Odbyłem też długą
marszrutę w celu skontrolowania drzewostanów zagrożonych przez kornika
drukarza. Sprawdziłem miejsca w których co roku wydziela się posusz, tzw.
gniazda kornikowe. Była to kontrola efektywności pracy podleśniczego, który do
września będzie miał w swoich obowiązkach służbowych wyszukiwanie i oznaczanie
posuszu świerkowego. Często tę czynność wykonują robotnicy – trocinkarze – ale
u mnie ta robota przypada podleśniczemu, ponieważ nie widzę wśród usługowców
kompetentnego i pewnego fachowca. Kontrola wypadła pozytywnie, nie znalazłem
więcej drzew zasiedlonych od podleśniczego.
Jeżeli chodzi o
rozrywki ostatnimi czasy, miałem przygodę z borsukiem. Jechałem konno i
wypłoszyłem go z trawy. Uciekał po łące w stronę kępy drzew. Był tak
przestraszony, że nie wykombinował, że wystarczy się zatrzymać... Biegł dłuższą
chwilę równolegle do konia, co obydwa zwierzaki dodatkowo stresowało. Czasami
zdarza się, że zwierzę w sytuacji zaskoczenia głupieje – np. zając oświetlony
reflektorami samochodu nie umie skoczyć na bok, tylko oślepiony ucieka na
wprost, doskonale widoczny. (Jedynym sposobem jest zwolnić i skrócić światła,
albo zatrzymać się i na chwilę je wyłączyć, żeby pozwolić mu uciec.) Ten borsuk
najwyraźniej też nie umiał poradzić sobie z sytuacją. Na szczęście dotarł do
swoich upatrzonych krzaków i tam przepadł. Ale sobie chłopak troszkę pobiegał
...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz |
|
|