W lesie już
kwitnie leszczyna. Na dniach zakwitnie wawrzynek wilcze łyko. Na wilgotnych
łąkach widać żurawie a ich krzyk podnosi na duchu. Klucze gęsi pieczętują
przedwiośnie. Wiem, że w cieplejszych regionach kraju to kwitną już
przebiśniegi i krokusy, ale tutaj jeszcze tak ciepło nie jest. Kotki leszczyny na
tle trochę wyblakłych i poszarzałych świerków albo bezlistnych krzaków rzucają
się w oczy. (W zeszłym roku pojechałem wiosną – w maju – na wystawę psów do
Łodzi. Sędzia oglądając moją sukę powiedział, że ma jeszcze zimową sierść i że
powinienem ją dobrze wyszczotkować. Nie chciał uwierzyć, że u mnie w ogrodzie
jeszcze leży śnieg, a pies ma zimową sierść, no bo jaką inną mógłby mieć w
takich warunkach ...)
W lesie prawie
wszystkie mygły drewna tartacznego są już dokładnie ospałowane. Niedawno jadąc
przez las aż zatrzymałem samochód – w środku mygły tartaczki osikowej, czyli na
kłodach i pomiędzy nimi urzędowały trzy łosie. Klempa i dwa łoszaki. Kiedy się
zatrzymałem, niespiesznie odeszły kilkanaście metrów i przyglądały mi się
ciekawie. Zrobiłem w lesie co miałem do zrobienia, i kilkadziesiąt minut
później wracałem tą samą trasą. Łosie były nadal, najwyraźniej nie oddalały się
od stołówki. Przy następnej mygle, niedaleko, stały kolejne dwa. Dawno już nie
zdarzyło mi się zobaczyć pięciu łosi na raz. Żałowałem że nie mam przy sobie
aparatu, bo można było zrobić super zdjęcia.
Dostałem nowy
rejestrator. Byłem też na dwudniowym szkoleniu z jego obsługi. Ale zacznijmy od
początku.
Rejestrator
leśniczego jest to palmtop. Dzięki specjalnemu oprogramowaniu służy do
rejestrowania odbieranego surowca, ewidencji robót z zakresu zagospodarowania
lasu, sporządzania szacunków brakarskich, drukowania powstających w nim
dokumentów (np. kwitów wywozowych) oraz do łączenia się z serwerem w
nadleśnictwie w celu transmisji tych wszystkich danych. Rejestratory jakimi
posługiwaliśmy się do tej pory pracują już ósmy rok. Zużyły się już potężnie,
psują się, coraz trudniej je serwisować, brakuje części, i przyszedł czas na
wymianę sprzętu. To jest normalna kolej rzeczy.
W starym
rejestratorze, który miał bardzo ograniczoną pojemność pamięci i
monochromatyczny wyświetlacz, miałem tylko „leśne” programy – bo jest to
urządzenie służące leśniczemu do codziennej pracy, bez którego dzisiaj nie może
funkcjonować ani kancelaria leśnictwa, ani biuro nadleśnictwa. (Początkowo były
tam też inne programy, ale je odinstalowałem, zostawiając sobie jedyny używany
– kalkulator.)
Nowy rejestrator
jest zdecydowanie inny. Ma większy i kolorowy wyświetlacz, po bokach dwa
klawisze skanera, klawisze alfanumeryczne są mniejsze, inny system zasilania
dwoma akumulatorami i zdecydowanie jest cięższy. Oprócz programów leśnych
(rozszerzonych o aplikację zawierającą mapę numeryczną (e-las) której nie było
w poprzedniej wersji) ma również system operacyjny Windows, możliwość
odbierania poczty elektronicznej, używania go jako telefonu komórkowego,
podłączenia odbiornika GPS. Jest to urządzenie w pełni multimedialne i
multifunkcjonalne. Pytanie tylko, czy te wszystkie dodatkowe „bajery” w rodzaju
odtwarzacza plików wideo, przeglądarki do zdjęć, pasjansa i Internet Explorera
są mi do pracy potrzebne? Tak naprawdę posługuję się tylko leśnym
oprogramowaniem, i do tego jest mi niezbędny rejestrator. Filmy oglądam w
telewizorze. Telefon komórkowy mam służbowy – jest narzędziem mojej pracy tak
samo jak rejestrator, taśma miernicza, wysokościomierz czy klupa.
Ale pomyślałem,
że skoro już dostałem takie „wypasione” urządzenie, to spróbuję przetestować
wszystkie jego funkcje. Robię to od kilku dni. O postępach będę donosił na
bieżąco.
Zacznijmy od
tego, że ukazuje się kilka czasopism o tematyce leśnej. Większość z nich
prenumeruje nasze nadleśnictwo dla swoich pracowników, więc dostaję wszystkie
kolejne numery czterech pism. A ponieważ czytam tę prasę, mogę powiedzieć, że jestem
„na bieżąco” nie tylko w kwestiach dotyczących mojego leśnictwa.
Ostatnio
przeczytałem artykuł, który zbulwersował mnie bardzo. (Las Polski nr.3/2008,
s.8-10.) Dotyczył leśniczego, który w trakcie zagrożenia pożarowego trzeciego,
najwyższego stopnia, i przy obowiązującym zakazie wstępu do lasu, napotkał parę
palącą w lesie ognisko – w poblizu miejsca gdzie kilka dni wcześniej był pożar.
Poinformował, że za to wykroczenie obowiązuje mandat w maksymalnej wysokości
500 zł, którego przyjęcia winowajcy odmówili. Zadzwonił więc po policję i straż
leśną. Funkcjonariusze przyjechali, wszyscy pojechali na komisariat, winowajca
przyjął mandat 150 zł wystawiony przez policję. Obiecał jednak leśniczemu, że
go „załatwi”. Kilka tygodni później oskarżył go o domaganie się łapówki w
wysokości 500 zł. Koniec końców (artykuł opisuje liczne niedociągnięcia
procesowe) sąd rejonowy uznał leśniczego za winnego i skazał na rok więzienia w
zawieszeniu, a sąd okręgowy rozpatrując apelację podtrzymał ten wyrok.
Nie wdając się w
zawiłości prawnicze i patrząc na to z boku – dostał wyrok za wykonywanie
obowiązków służbowych, co jest co najmniej dziwne, i mam nadzieję, że kolejna
instancja – Sąd Najwyższy – okaże więcej rozsądku od poprzednich.
Zbliża się
wiosna, a wraz z nią okres zwiększonej palności traw – dopóki nie są zielone,
tylko żółte i zeschłe, palą się szybko i łatwo. Każdy kto rozpala w lesie ogień
niech ma świadomość, że stwarza potężne zagrożenie, bo to nie jest tak, że
spali się najwyżej kawałek – z dymem może pójść cała puszcza, Białowieska,
Piska czy inna. Nie należy też się dziwić, widząc ubranego na zielono gościa
pędzącego z reprymendą – przy trzecim stopniu zagrożenia pożarowego wilgotność
ściółki jest bliska wilgotności kartki papieru, wystarczy więc jedna iskra.
Leśniczy ów lub strażnik leśny może nie przebierać w słowach – choć będąc na
służbie nie powinien – i można o tym borsukowi przypomnieć, jeżeli się
zagalopuje, ale paląc ogień jesteśmy sprawcami potężnego zagrożenia – również
dla samych siebie. Bo ogień łatwo się rozprzestrzenia w suchym lesie i można
nie zdążyc z niego wyjść. (W USA spłonęło kilkadziesiąt tysięcy ha lasu, bo
pewna pani podgrzewała parówki na ognisku …)
Wiosenny nastrój, który pobudza leśniczego do żartów
2008-02-17
Zleciłem w piątek brygadzie pilarzy rozpoczęcie pracy na powierzchni trzebieżowej. Odbywa się to według standardowej procedury: najpierw wskazuje się całą powierzchnię, potem przypomina zasady BHP dotyczące pracy pilarką.
Następnie wskazuję miejsca do zrywki drewna no i określam sortymenty jakie należy pozyskiwać. (Czyli długości wałków w stosach lub inne parametry.)
Bałamutnie zacytowałem pilarzom specyfikację na surowiec jaki mają pozyskiwać tym razem są to tzw. słupy teletechniczne. Odbiorca, czyli klient, czyli zamawiający, przysłał taką specyfikację do nadleśnictwa. Oczywiście dotarła do mnie. Byłem bardzo rad, bo dawno się tak nie obśmiałem.
Słupy teletechniczne to surowiec wykorzystywany później do prowadzenia np. linii telefonicznych w wysokich górach, gdzie zwykły "betoniak" nie wytrzymuje warunków atmosferycznych. Tak więc firma X sugeruje w specyfikacji, że przy manipulacji słupa należy posłużyć się ośmiometrowym sznurem (przypomnę, że pozyskiwanie drewna odbywa się w lesie, często bardzo gęstym), a opis jednej z niedopuszczalnych wad brzmi następująco: „jednostronna krzywizna, która występuje poza sznur położony z jednej strony w połowie grubości wierzchołka oraz z drugiej strony w połowie grubości podstawy”.
Ujrzałem bladość na twarzach pilarzy, jak usłyszeli o sznurze, więc zaordynowałem wesoło: „Chłopy, mają być proste jak struna!”. Usłyszałem głośne westchnienie ulgi …
Wiosenny nastrój, który pobudza wszystkich do działania
2008-02-15
Ekipa pana Antoniego (robotnika, który niegdyś jeszcze z moim
dziadkiem pracował w lesie, ale w innych stronach), żąda poszerzenia zlecenia na
luty - generalnie palą się do roboty.
Pogawędziłem sobie z nimi chwilę, zademonstrowałem świetnie nadający się do
robienia czyszczeń tasak firmy … nie powiem jakiej (skandynawskiej) a przy
okazji usłyszałem ciekawą historię o dziku. Syn pana Antoniego, Piotrek,
opowiedział mi ze szczegółami o swoim spotkaniu z potężnym odyńcem.
Otóż podczas rozbierania starego ogrodzenia,
zabezpieczającego młodnik sosnowy, Piotrek zauważył leniwie poruszający się
ciemny kształt. Odległość była znaczna, a i młodnik ograniczał widoczność.
Dłuższa obserwacja dała jednak pewność, że jest to dzik, a właściwie duży
odyniec, który zalegając w tymże młodniku smacznie sobie chrapał.
Ale najciekawsze było dla mnie to, jak Piotrek opisał „rozmiar” zwierza:
„Taki był w sam raz, jak by szynki uwędzić, to by było wędliny, że ho ho”. („Ma
chłopak jakieś doświadczenie” -odnotowałem.)
Kilka dni temu
urodziły się koźlaki. Urodziły się dwa, ale jeden był bardzo słaby i nie udało
się go uratować. Oba były bardzo małe i nieporadne, nawet jak na koźlaki, i nie
umiały ssać. Jednego udało się nauczyć i przeżył już tydzień – więc poradzi
sobie dalej. Niektóre są od samego początku tak silne, że nie wymagają żadnej
pomocy i rosną w oczach, rozrabiając co niemiara. Ten do nich nie należy – może
dlatego, że jego mama to młoda, roczna koza i nie umiała na początku się nim
dobrze zaopiekować.
Ona sama była za
to koźlakiem wybitnym – urodziła się w zeszłym roku w największy lutowy mróz
(ok.-20°C). Zwierzątko nie tylko w świetnej kondycji przetrwało najtrudniejszą
pierwszą dobę (było naprawdę bardzo zimno), ale też nie wymagało żadnej pomocy ani
nauki w kwestii ssania mleka. Koza ledwie stanęła na nogi, zaczęła budzić coraz
większe moje zdumienie. W pierwszej dobie poruszała się już samodzielnie i bez
problemu, a od wielkiej ilości zjadanego mleka po prostu rosła w oczach. W drugiej
dobie zaczęła próbować podskakiwać i brykać, dość jeszcze nieporadnie. W ciągu
mroźnej nocy wykombinowała, że cieplej jej będzie, jeżeli wejdzie do … pustego
plastikowego wiadra na wodę, w którym siedziała jak w budzie, wystawiając na
zewnątrz tylko czarny ogonek.
Ktoś, kto nigdy
nie hodował kozy, nie umie sobie wyobrazić, do czego zdolne są te zwierzaki. Ja
też nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopóki nie pojawiły się w naszym
gospodarstwie.
Są strasznymi
szkodnikami, wszędzie wejdą i wszystko stratują. Wypuszczone na podwórze w
pierwszej kolejności ruszają do ogródka i pożerają wszystko po kolei – ale
najpierw kwiaty. Są też bezwzględne dla siebie – jeżeli jedzenia jest mało,
słabsze i młode osobniki są odpędzane od paszy. Hodowca ma w związku z tym
problem, ponieważ wszystkie kozy muszą się nażreć bo inaczej nie doczekają
wiosny… A zwierzęta utrzymywane w dobrej kondycji są zdrowe i dają dużo mleka.
Z ogromną satysfakcją stwierdziłem, że zaplanowane przeze mnie działania przyniosły wyjątkowo dobry efekt. Ale po kolei.
W zeszłym roku przesunąłem czyszczenia późne w sośnie na ostatni kwartał 2007, i były one robione w grudniu. Jak wiadomo, w czyszczeniach późnych nie pozyskuje się drewna, tylko pozostawia wszystkie ścięte drzewka na powierzchni. Teraz, w pierwszym kwartale nowego roku, zacząłem od czyszczeń późnych i również pozostawienia drobnicy na powierzchni. Oprócz tego na trzebieżach sosnowych pozyskałem kilkaset metrów drewna sosnowego, które leży w stosach i mygłach.
Ta cała masa plus wszystkie gałęzie pozyskane razem z tym surowcem stworzyły bogatą bazę pokarmową dla jeleni. Jelenie chętnie spałują korę sosnową w miejscach, gdzie jest ona cienka i delikatna. Pogoda tej zimy stwarza im też idealne warunki do pobierania tego rodzaju pokarmu – nie ma mrozu, a śnieg nie zalega dłużej niż kilka dni. Jeżeli jest silny mróz, poniżej –15 stopni, jelenie przestają obgryzać korę i szukają innego pokarmu.
Korzyść wynikająca z takiej obfitości sosny do spałowania jest taka, że jelenie nie wchodzą na uprawy, nie niszczą płotów i nie zgryzają rosnących w ogrodzeniach drzewek – mają wystarczającą ilość jedzenia dookoła.
Różnica jest bardzo wyraźna – mam porównanie z poprzednimi latami. Nie zawsze zima była mroźna i śnieżna, ale zawsze był problem z jeleniami i uprawami leśnymi.
Dzisiaj pojechały ostatnie pieski. Została już tylko jedna suczka, ale to mnie wcale nie martwi. Moim zdaniem to najlepszy pies z całego miotu i mogę ją sobie zostawić, chyba że trafi się ktoś, kto bardzo będzie chciał ją kupić. Miał ją ode mnie wziąć znajomy mener (człowiek zajmujący się układaniem psów), ale dzwonił i przepraszał, mówiąc, że ma tyle zamówień, że wszystkie psie kojce zajęte, a on ma tyle roboty ze szkoleniem tych psów, które teraz ma, że nie może kupić sobie teraz wyżła dla przyjemności. (Szkoli owczarki niemieckie, które wyjeżdżają do Iraku.)
Przez cały listopad i grudzień sprzedały się tylko cztery szczeniaki, potem na początku stycznia jeszcze jeden. Psiska rosły szybko, rosły też koszty ich utrzymania. Co tydzień trzeba było szukać większego garnka do gotowania coraz większych ilości ryżu… Rosły też koszty związane z weterynarzem – szczepionki nie są drogie, ale jak ma się dziesięć psów, i trzeba je zaszczepić trzy razy… Liczyłem koszty i wyglądało na to, że dołożę do interesu, i to sporo. No a oprócz tego zostanę ze sforą wspaniałych wyżłów. Pocieszałem się, że przynajmniej raz do roku, w sezonie na kaczki, będę miał z nich pożytek.
W zeszłym tygodniu ruszyła lawina telefonów. W ciągu pięciu ostatnich dni sprzedałem cztery pieski – a już miałem zacząć budować im kojec w ogrodzie, bo coraz trudniej było je okiełznać. Nie dość, że wykopały żonie dziury w klombach z kwiatami, niszcząc zakopane głęboko cebulki tulipanów, to zaczynały się też samodzielnie wypuszczać na coraz dalsze spacery. Wychodziły przez dziurę w płocie (co jakąś załatałem, to wynajdywały kolejną) i ruszały na łąkę. Zacząłem już opracowywać dla nich plan szkolenia, ale ułożenie tylko jednego psa to mnóstwo czasu, a co dopiero pięciu… W dodatku trzeba je uczyć pojedynczo, co utrudnia sprawę.
Ale wszystkie szczeniaki mają już nowych właścicieli, telefon wciąż dzwoni, i gdybym miał ich jeszcze dziesięć, to niewykluczone, że też by się sprzedały. Dlaczego? Trudno powiedzieć.