| Prawdziwa zima | | 2008-12-29 |
Urlop mi się już
niestety skończył. Bardzo fajnie było dwa tygodnie siedzieć w domu, prawie co
dzień jeździć konno i oglądać las z perspektywy siodła. Podleśniczy który
przejął leśnictwo na czas mojego urlopu miał trochę roboty : a to ktoś ukradł
drewno, wojsko naśmieciło w lesie....
Tuż przed
wigilią spadł śnieg i chwycił lekki mróz. Jadąc na święta cieszyłem
się, że będą białe, ale już za Łomżą okazało się, że jednak ten śnieg nie
wszędzie leży. Ale za to miło było wrócić do domu i zobaczyć las i ogród
zasypane tak dobrze powyżej kostek. Śniegu jeszcze trochę przybyło, mrozek
trzyma – jednym słowem prawdziwa zima!
Kiedy spada
śnieg, zmienia się zachowanie zwierzyny w lesie. Dużo łatwiej zobaczyć jelenie
a nawet dziki – w biały dzień przemieszczają się w poszukiwaniu pożywienia.
Postanowiłem zrobić z końskiego grzbietu kilka zdjęć przebiegających mi drogę
jeleni. Okazało się to nie takie wcale proste. Wziąłem ze sobą mały, kompaktowy
aparat żeby było łatwiej. (Przytroczyłem go sobie do nadgarstka – co nie jest
najlepszym patentem, ale zapewnia możliwość szybkiego dobycia „broni”.) Chociaż
udało mi się zbliżyć do jeleni na jakieś trzydzieści metrów, zanim nacisnąłem
migawkę było za późno. Próbowałem jeszcze kilka razy, ale muszę przyznać, że
efekty są mierne (jak widać – na zdjęciu w kadrze jest końskie ucho:).
Chmary jeleni są już duże, liczą po około 20 sztuk. W lesie ślady są dosłownie
wszędzie. Pojawiły się też tropy wilków. Wygląda na to, że zaczęła się
prawdziwa zima i trochę potrwa. Zamówiłem dziś kolejny transport opału ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Wesołych Świąt! | | 2008-12-24 |
Życzę Wam
radosnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, takich ze śniegiem i sankami.
No i oczywiście z dobrze poinformowanym Mikołajem!
U mnie śniegu
napadało już sporo, mam nadzieję że przynajmniej przez święta będzie biało.
Makowce już upieczone, chleb też, bigos mrozi się na werandzie, w lodówce
mnóstwo pyszności. Ja ruszam w wigilijną podróż do rodziny w stolicy, ale już
niebawem będę z powrotem.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Urlopu ciąg dalszy – zbytki i swawole | | 2008-12-21 | Korzystając z
okazji że spadł śnieg pojechałem konno do lasu. Specjalnie pojechałem o
zmierzchu, kiedy ruch zwierzyny jest najbardziej intensywny. Intensywny był
rzeczywiście, i to dużo bardziej niż się spodziewałem. Już na wjeździe do lasu
zauważyłem świeże tropy łosia i ruszyłem jego śladem, chcąc sprawdzić jaki to
osobnik. Jechałem za nim jakiś czas, koń fukał czując świeży zapach ale szedł
bez oporów – do czasu kiedy spotkaliśmy watahę dzików. Koń zatrzymał się gwałtownie
i sądziłem że dojeżdżamy do łosia, ale były to dziki, które wypłoszyliśmy.
Jednak nie uciekły jakoś bardzo szybko, wyglądało na to, że niechętnie ruszały
się z miejsca, niemniej już po chwili nie było ich nawet słychać, musiały
odejść na znaczną odległość. Koń nie lubi bardzo dziczego zapachu i musiałem go
intensywnie zachęcać żeby szedł dalej.
Galopem
przeleciałem przez robocze pole poligonu. Zauważyłem po tropach, że również
tam, na odkrytej ogromnej przestrzeni płyty poligonu ruch zwierzyny jest bardzo
intensywny. Na pewno zachętę stanowią duże wrzosowiska, baza żerowa.
Za
poligonem znów las, a wjeżdżając w niego zobaczyłem chmarę jeleni, która
przechodziła przez linię oddziałową. Pojechałem dalej prosto, i miałem jakieś
przeczucie że zaraz te jelenie znowu zobaczę – i faktycznie.
Zobaczyłem dwa
byki tuż przy drodze i puściłem konia galopem żeby przyjrzeć się im z bliska.
Przez jakiś czas prawie jechaliśmy równolegle do nich – ja na koniu po drodze,
jelenie obok, wśród drzew. Kiedy jednak uznały, że zbliżam się do nich za
bardzo, przyspieszyły gwałtownie, włączyły „trójkę” i jakieś 20 metrów przed drogą dosłownie
przeleciały przed nami nad drogą a potem zniknęły jak duchy wśród drzew. Nie
sądziłem, że potrafią tak skakać. Nie wiem też, dlaczego przeskoczyły przez
oddziałówkę skoro mogły normalnie przebiec. Wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem
tego co widziałem – dwa byki nagle skręciły, odbiły się jak sprężyny z czterech
nóg (całkiem inaczej jak konie przy skoku przez przeszkodę) , zobaczyłem je na
wysokości swoich oczu (wysokości dwumetrowego chłopa na sporym koniu),
wylądowały po drugiej stronie drogi (jakieś sześć metrów szerokości) i
zniknęły. Zrobiły to z taką gracją, że oczywiste było, że miały jeszcze sporo
„zapasu” i w razie potrzeby mogłyby wykonać skok znacznie dłuższy. Niesamowite.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Urlop | | 2008-12-20 |
Od tygodnia
jestem na urlopie. Leśnictwo przekazałem podleśniczemu. Jedyną robotą jaką ma
to wycięcie dwudziestu choinek, które będą sprzedawane w sąsiedniej
wsi. Pozyskanie zakończone!
Jeżdżę konno, nadrabiam
zaległości w czytaniu prasy i książek. Żona zadowolona, bo w przedświątecznym
rozgardiaszu mogę jej pomagać, chociażby pilnując trochę naszej córki, która ma
20 miesięcy i jest na etapie takiej ciekawości świata, że nie można jej spuścić
z oka – co chwila trzeba ją wyciągać zza jakiejś szafy gdzie się zaklinowała
albo ratować z innej opresji. Jak już nie dajemy rady ogarnąć malucha, wołamy
psa. Stanowi najlepszą rozrywkę, a oprócz tego wykazuje się niespożytą
cierpliwością i ignoruje ciągnięcie za ogon, zaglądanie do ucha, oka, wnikliwe
oględziny łap – co daje chwilę wytchnienia.
Siedzę w domu,
cudownie jest. Sporo surfuję też po Internecie i buszuję po forach dotyczących amatorskiej
produkcji serów w warunkach domowych. Dowiaduję się coraz to nowych rzeczy – na
przykład tego, że sery pleśniowe są barwione sztucznie, żeby wyeksponować
pleśń. Szok !!! A sery żółte wcale nie są żółte dlatego, że jest to naturalny
kolor jaki pojawia się w trakcie ich dojrzewania, tylko dlatego, że również
dodaje się im odpowiednie barwniki – żółte, pomarańczowe ... Kolejny „news” - mleko
przed obróbką jest pasteryzowane (taki mus sanitarno - unijny) więc traci wiele
ze swoich naturalnych walorów.
Na forach
wypowiadają się głównie praktycy robiący sery w domu oraz ci, którzy zamierzają
do takiego eksperymentu przystąpić, ale zdarzają się również ludzie pracujący w
przemyśle mleczarskim. Zdaniem jednego z takich internautów, proces jest
niezwykle trudny do przeprowadzenia, niemożliwy wręcz w domowych warunkach ...
bo przecież produkcja sera to nieustanne kontrolowanie wilgotności powietrza,
temperatury, odczynu PH i mnóstwa innych czynników.
Ja myślę sobie,
że skoro baca na hali robił owcze sery parę setek lat temu i dawał radę, to nie
jest to takie trudne. Chyba, że chodzi o wytworzenie produktu, który będzie ładnie
i kolorowo wyglądał, a jego smak i wartości odżywcze to sprawy absolutnie
drugorzędne.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Wielkie polowanie i fart inaczej | | 2008-12-14 |
Wreszcie się
odbyło. Długo wyczekiwane, przesuwane, przygotowywane. Łowy przez dwa dni, na
30 strzelb i 20 osób nagonki – naprawdę fest. Zaczynaliśmy w sobotę bladym
świtem – a właściwie to świtem bardzo kolorowym (jak widać na zdjęciu),
charakterystycznym dla mroźnej wyżowej pogody o tej porze roku. Jak widzę takie
niebo, to zdecydowanie chętniej wyłażę spod pierzyny niż w jakiś szary,
dżdżysty i błotnisty poranek.
Widzieliśmy
mnóstwo zwierzyny – saren, jeleni, dzików. Sporo również udało się moim kolegom
ustrzelić – ja nie miałem tym razem farta „nic na mnie nie wyszło”. Poza tym
prowadziłem jedną z grup i bardziej byłem zaangażowany w odpowiednie
rozstawienie myśliwych znajdujących się w mojej grupie niż w całą resztę.
Jeden z kolegów
leśniczych, który znalazł się właśnie w mojej grupie, zawsze ma na polowaniu
podobne przygody. Dawno już nie było u nas zbiorówki i zdążyliśmy właściwie
zapomnieć o jego specyficznym farcie, ale jak się okazuje od kilku lat powtarza
się niezmiennie ten sam scenariusz.
Choćby siedział
w najgorszym miejscu zawsze zwierzyna wyjdzie prosto na niego. I zawsze w taki
sposób, że nie będzie on w stanie oddać skutecznego strzału. Tak samo było i
tym razem – prawie w każdym pędzeniu cała zwierzyna która była w miocie (czyli
wszystkie które zostały wypłoszone z terenu przez który hałasując szła nagonka)
wychodziły dokładnie pod jego stanowiskiem. Ale albo ustawiały się za gęstą świerczyną,
albo za daleko, albo szły z taką szybkością, że oddanie strzału było
niemożliwe. Nie był to pierwszy przypadek tego kolegi, nie było to również
zdarzenie jednostkowe – powtórzyło się w czasie polowania kilka razy. Kolega
sam już z przekąsem zaczyna mówić o tym, że może jednak następnym razem weźmie aparat
fotograficzny, to przynajmniej będzie mógł nam pokazać, co widział ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Psia niespodzianka | | 2008-12-11 |
Dzień zaczął się
średnio, bo musiałem pojechać do szpitala na serię badań. Jestem zdrowy, ale
jak się okazało powinienem mieć na to papiery. Do południa walczyłem więc ze
służbą zdrowia, ale za to po południu – miła niespodzianka.
Zadzwonił do
mnie człowiek, który na początku roku kupił ode mnie szczeniaka. Dzwonił z
życzeniami świątecznymi – ale przede wszystkim żeby powiedzieć, że pies jest
świetny, ma dobrą stójkę, bardzo fajnie pracuje i że mamy bardzo dobrą hodowlę!
Ucieszyłem się niezmiernie. Przecież nie musiał wcale mnie o tym wszystkim
informować, ale fakt, że się fatygował, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
Ciekawe jak się
mają pozostałe kudłate potwory – jak na razie mamy informacje o czterech
szczeniakach. Właściciele tych wszystkich psów użytkują je w łowiskach (no,
zaczynają użytkować, ale są to już ponad roczne wyżły i można na 90% stwierdzić
czy się do polowania nadają czy nie) i są zadowoleni. Jest to powód do ogromnej
dumy i satysfakcji.
Nie żebym od
razu myślał o intensywnym rozwijaniu hodowli, ale jestem zdecydowany tę
przygodę powtórzyć, chociaż jeszcze nie w przyszłym roku jak sądzę. Nie
traktuję tego absolutnie jako działań zarobkowych, bo przy tego typu „domowej”
hodowli jak nasza, opierającej się na jednej dobrej suce i doborze najlepszego
naszym zdaniem reproduktora jest to wyłącznie sprawa hobbystyczna. Suka ma dużo
dobrych cech w mojej subiektywnej oczywiście opinii jako myśliwego, ale
popartej niezłymi rodowodami jej przodków oraz samymi doskonałymi ocenami na wystawach
a także świetnym wynikiem prób polowych. Gdybym miał więcej czasu spróbowałbym
przygotować ją do konkursu bo jak sądzę niektóre z konkurencji ma opanowane
bardzo dobrze, ale jak na razie na nadmiar wolnego nie narzekam.
Swoją drogą tego
rodzaju hodowle moim zdaniem są dobre, bo nie prowadzą „taśmowej” produkcji
szczeniaków (nawet jeżeli są to szczeniaki po super-championach). Takie rzadkie
mioty gwarantują, że przychówek będzie zdrowy i silny. (U nas dodatkowo gwarantuje to kozie mleko :) P.S. Szczeniak na zdjęciu to właśnie ten o którym mowa - moim zdaniem od początku dobrze się zapowiadał :)
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Wypadek na powierzchni | | 2008-12-10 | |
U siebie w lesie
udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u
mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało
sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że
trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które
trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa
w określonym kierunku.
To naprawdę
dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i
zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa
(obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew
zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem
rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na
szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go
przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.
Kiedy
dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest
tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak
zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się
razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak
mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z
przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał
rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w
organizmie jakieś ślady.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Kot: reaktywacja | | 2008-12-06 | Pisałem w
zeszłym chyba roku, że posiadam kota-barometr, który pojawia się przed
nastaniem siarczystych mrozów. Przynajmniej pojawiał się tak przez dwie kolejne
zimy, ale pod koniec zeszłej przepadł na dobre. Ale ponieważ przyroda nie znosi
próżni, pojawił się niedawno w stajni kolejny przedstawiciel tego gatunku. Ja
natomiast z rozmysłem kota żadnego nie hoduję, bo za bardzo lubię liczną ptasią
zbieraninę gnieżdżącą się wokół leśniczówki. Natomiast myszy w koziarni i
stajni zaczynały już harcować w biały dzień, co stawało się nieprzyjemne. Wtedy
pojawił się kot. Nie ma chyba wbudowanego barometru, bo siedzi już u nas od
tygodnia a mrozów jakoś nie widać. Za każdym razem jak wchodzę do stajni widzę
go jak „waruje” przy kolejnej mysiej dziurze. Miauczy do mnie znacząco, ale
nawet się nie przesunie. No chyba że ze mną jest pies. Wtedy wchodzi pod kozi
żłób i drwi z niego otwarcie. Suka dostaje szału próbując go stamtąd wygrzebać
i dybie na niego stale, ale jak na razie bezskutecznie. Kot, muszę przyznać,
jest pożyteczny. Niedokarmiany przez nas utuczył się myszami, że aż miło
popatrzeć.
Kulturalny, mieszka w stajni i nie pcha się do domu. Jak Borówa go
nie zeżre w pewne zimowe popołudnie to kocur będzie musiał przejść na domowy
wikt. Myszy się przecież kiedyś skończą. I wtedy się dopiero zacznie....
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz |
|
|