dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Prawdziwa zima
2008-12-29

Urlop mi się już niestety skończył. Bardzo fajnie było dwa tygodnie siedzieć w domu, prawie co dzień jeździć konno i oglądać las z perspektywy siodła. Podleśniczy który przejął leśnictwo na czas mojego urlopu miał trochę roboty : a to ktoś ukradł drewno, wojsko naśmieciło w lesie....

Tuż przed wigilią spadł śnieg i chwycił lekki mróz. Jadąc na święta cieszyłem się, że będą białe, ale już za Łomżą okazało się, że jednak ten śnieg nie wszędzie leży. Ale za to miło było wrócić do domu i zobaczyć las i ogród zasypane tak dobrze powyżej kostek. Śniegu jeszcze trochę przybyło, mrozek trzyma – jednym słowem prawdziwa zima!

Kiedy spada śnieg, zmienia się zachowanie zwierzyny w lesie. Dużo łatwiej zobaczyć jelenie a nawet dziki – w biały dzień przemieszczają się w poszukiwaniu pożywienia. Postanowiłem zrobić z końskiego grzbietu kilka zdjęć przebiegających mi drogę jeleni. Okazało się to nie takie wcale proste. Wziąłem ze sobą mały, kompaktowy aparat żeby było łatwiej. (Przytroczyłem go sobie do nadgarstka – co nie jest najlepszym patentem, ale zapewnia możliwość szybkiego dobycia „broni”.) Chociaż udało mi się zbliżyć do jeleni na jakieś trzydzieści metrów, zanim nacisnąłem migawkę było za późno. Próbowałem jeszcze kilka razy, ale muszę przyznać, że efekty są mierne (jak widać – na zdjęciu w kadrze jest końskie ucho:). Chmary jeleni są już duże, liczą po około 20 sztuk. W lesie ślady są dosłownie wszędzie. Pojawiły się też tropy wilków. Wygląda na to, że zaczęła się prawdziwa zima i trochę potrwa. Zamówiłem dziś kolejny transport opału ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wesołych Świąt!
2008-12-24


Życzę Wam radosnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, takich ze śniegiem i sankami. No i oczywiście z dobrze poinformowanym Mikołajem!

U mnie śniegu napadało już sporo, mam nadzieję że przynajmniej przez święta będzie biało. Makowce już upieczone, chleb też, bigos mrozi się na werandzie, w lodówce mnóstwo pyszności. Ja ruszam w wigilijną podróż do rodziny w stolicy, ale już niebawem będę z powrotem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Urlopu ciąg dalszy – zbytki i swawole
2008-12-21
Korzystając z okazji że spadł śnieg pojechałem konno do lasu. Specjalnie pojechałem o zmierzchu, kiedy ruch zwierzyny jest najbardziej intensywny. Intensywny był rzeczywiście, i to dużo bardziej niż się spodziewałem.
Już na wjeździe do lasu zauważyłem świeże tropy łosia i ruszyłem jego śladem, chcąc sprawdzić jaki to osobnik. Jechałem za nim jakiś czas, koń fukał czując świeży zapach ale szedł bez oporów – do czasu kiedy spotkaliśmy watahę dzików.
Koń zatrzymał się gwałtownie i sądziłem że dojeżdżamy do łosia, ale były to dziki, które wypłoszyliśmy. Jednak nie uciekły jakoś bardzo szybko, wyglądało na to, że niechętnie ruszały się z miejsca, niemniej już po chwili nie było ich nawet słychać, musiały odejść na znaczną odległość. Koń nie lubi bardzo dziczego zapachu i musiałem go intensywnie zachęcać żeby szedł dalej.

Galopem przeleciałem przez robocze pole poligonu. Zauważyłem po tropach, że również tam, na odkrytej ogromnej przestrzeni płyty poligonu ruch zwierzyny jest bardzo intensywny. Na pewno zachętę stanowią duże wrzosowiska, baza żerowa.

Za poligonem znów las, a wjeżdżając w niego zobaczyłem chmarę jeleni, która przechodziła przez linię oddziałową. Pojechałem dalej prosto, i miałem jakieś przeczucie że zaraz te jelenie znowu zobaczę – i faktycznie.

Zobaczyłem dwa byki tuż przy drodze i puściłem konia galopem żeby przyjrzeć się im z bliska. Przez jakiś czas prawie jechaliśmy równolegle do nich – ja na koniu po drodze, jelenie obok, wśród drzew. Kiedy jednak uznały, że zbliżam się do nich za bardzo, przyspieszyły gwałtownie, włączyły „trójkę” i jakieś 20 metrów przed drogą dosłownie przeleciały przed nami nad drogą a potem zniknęły jak duchy wśród drzew. Nie sądziłem, że potrafią tak skakać. Nie wiem też, dlaczego przeskoczyły przez oddziałówkę skoro mogły normalnie przebiec. Wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tego co widziałem – dwa byki nagle skręciły, odbiły się jak sprężyny z czterech nóg (całkiem inaczej jak konie przy skoku przez przeszkodę) , zobaczyłem je na wysokości swoich oczu (wysokości dwumetrowego chłopa na sporym koniu), wylądowały po drugiej stronie drogi (jakieś sześć metrów szerokości) i zniknęły. Zrobiły to z taką gracją, że oczywiste było, że miały jeszcze sporo „zapasu” i w razie potrzeby mogłyby wykonać skok znacznie dłuższy. Niesamowite.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Urlop
2008-12-20

Od tygodnia jestem na urlopie. Leśnictwo przekazałem podleśniczemu. Jedyną robotą jaką ma to wycięcie dwudziestu choinek, które będą sprzedawane w sąsiedniej wsi. Pozyskanie zakończone!

Jeżdżę konno, nadrabiam zaległości w czytaniu prasy i książek. Żona zadowolona, bo w przedświątecznym rozgardiaszu mogę jej pomagać, chociażby pilnując trochę naszej córki, która ma 20 miesięcy i jest na etapie takiej ciekawości świata, że nie można jej spuścić z oka – co chwila trzeba ją wyciągać zza jakiejś szafy gdzie się zaklinowała albo ratować z innej opresji. Jak już nie dajemy rady ogarnąć malucha, wołamy psa. Stanowi najlepszą rozrywkę, a oprócz tego wykazuje się niespożytą cierpliwością i ignoruje ciągnięcie za ogon, zaglądanie do ucha, oka, wnikliwe oględziny łap – co daje chwilę wytchnienia.

Siedzę w domu, cudownie jest. Sporo surfuję też po Internecie i buszuję po forach dotyczących amatorskiej produkcji serów w warunkach domowych. Dowiaduję się coraz to nowych rzeczy – na przykład tego, że sery pleśniowe są barwione sztucznie, żeby wyeksponować pleśń. Szok !!! A sery żółte wcale nie są żółte dlatego, że jest to naturalny kolor jaki pojawia się w trakcie ich dojrzewania, tylko dlatego, że również dodaje się im odpowiednie barwniki – żółte, pomarańczowe ... Kolejny „news” - mleko przed obróbką jest pasteryzowane (taki mus sanitarno - unijny) więc traci wiele ze swoich naturalnych walorów.

Na forach wypowiadają się głównie praktycy robiący sery w domu oraz ci, którzy zamierzają do takiego eksperymentu przystąpić, ale zdarzają się również ludzie pracujący w przemyśle mleczarskim. Zdaniem jednego z takich internautów, proces jest niezwykle trudny do przeprowadzenia, niemożliwy wręcz w domowych warunkach ... bo przecież produkcja sera to nieustanne kontrolowanie wilgotności powietrza, temperatury, odczynu PH i mnóstwa innych czynników.

Ja myślę sobie, że skoro baca na hali robił owcze sery parę setek lat temu i dawał radę, to nie jest to takie trudne. Chyba, że chodzi o wytworzenie produktu, który będzie ładnie i kolorowo wyglądał, a jego smak i wartości odżywcze to sprawy absolutnie drugorzędne.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wielkie polowanie i fart inaczej
2008-12-14

Wreszcie się odbyło. Długo wyczekiwane, przesuwane, przygotowywane. Łowy przez dwa dni, na 30 strzelb i 20 osób nagonki – naprawdę fest. Zaczynaliśmy w sobotę bladym świtem – a właściwie to świtem bardzo kolorowym (jak widać na zdjęciu), charakterystycznym dla mroźnej wyżowej pogody o tej porze roku. Jak widzę takie niebo, to zdecydowanie chętniej wyłażę spod pierzyny niż w jakiś szary, dżdżysty i błotnisty poranek.

Widzieliśmy mnóstwo zwierzyny – saren, jeleni, dzików. Sporo również udało się moim kolegom ustrzelić – ja nie miałem tym razem farta „nic na mnie nie wyszło”. Poza tym prowadziłem jedną z grup i bardziej byłem zaangażowany w odpowiednie rozstawienie myśliwych znajdujących się w mojej grupie niż w całą resztę.

Jeden z kolegów leśniczych, który znalazł się właśnie w mojej grupie, zawsze ma na polowaniu podobne przygody. Dawno już nie było u nas zbiorówki i zdążyliśmy właściwie zapomnieć o jego specyficznym farcie, ale jak się okazuje od kilku lat powtarza się niezmiennie ten sam scenariusz.

Choćby siedział w najgorszym miejscu zawsze zwierzyna wyjdzie prosto na niego. I zawsze w taki sposób, że nie będzie on w stanie oddać skutecznego strzału. Tak samo było i tym razem – prawie w każdym pędzeniu cała zwierzyna która była w miocie (czyli wszystkie które zostały wypłoszone z terenu przez który hałasując szła nagonka) wychodziły dokładnie pod jego stanowiskiem. Ale albo ustawiały się za gęstą świerczyną, albo za daleko, albo szły z taką szybkością, że oddanie strzału było niemożliwe. Nie był to pierwszy przypadek tego kolegi, nie było to również zdarzenie jednostkowe – powtórzyło się w czasie polowania kilka razy. Kolega sam już z przekąsem zaczyna mówić o tym, że może jednak następnym razem weźmie aparat fotograficzny, to przynajmniej będzie mógł nam pokazać, co widział ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Psia niespodzianka
2008-12-11

Dzień zaczął się średnio, bo musiałem pojechać do szpitala na serię badań. Jestem zdrowy, ale jak się okazało powinienem mieć na to papiery. Do południa walczyłem więc ze służbą zdrowia, ale za to po południu – miła niespodzianka.

Zadzwonił do mnie człowiek, który na początku roku kupił ode mnie szczeniaka. Dzwonił z życzeniami świątecznymi – ale przede wszystkim żeby powiedzieć, że pies jest świetny, ma dobrą stójkę, bardzo fajnie pracuje i że mamy bardzo dobrą hodowlę! Ucieszyłem się niezmiernie. Przecież nie musiał wcale mnie o tym wszystkim informować, ale fakt, że się fatygował, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.

Ciekawe jak się mają pozostałe kudłate potwory – jak na razie mamy informacje o czterech szczeniakach. Właściciele tych wszystkich psów użytkują je w łowiskach (no, zaczynają użytkować, ale są to już ponad roczne wyżły i można na 90% stwierdzić czy się do polowania nadają czy nie) i są zadowoleni. Jest to powód do ogromnej dumy i satysfakcji.

Nie żebym od razu myślał o intensywnym rozwijaniu hodowli, ale jestem zdecydowany tę przygodę powtórzyć, chociaż jeszcze nie w przyszłym roku jak sądzę. Nie traktuję tego absolutnie jako działań zarobkowych, bo przy tego typu „domowej” hodowli jak nasza, opierającej się na jednej dobrej suce i doborze najlepszego naszym zdaniem reproduktora jest to wyłącznie sprawa hobbystyczna. Suka ma dużo dobrych cech w mojej subiektywnej oczywiście opinii jako myśliwego, ale popartej niezłymi rodowodami jej przodków oraz samymi doskonałymi ocenami na wystawach a także świetnym wynikiem prób polowych. Gdybym miał więcej czasu spróbowałbym przygotować ją do konkursu bo jak sądzę niektóre z konkurencji ma opanowane bardzo dobrze, ale jak na razie na nadmiar wolnego nie narzekam.

Swoją drogą tego rodzaju hodowle moim zdaniem są dobre, bo nie prowadzą „taśmowej” produkcji szczeniaków (nawet jeżeli są to szczeniaki po super-championach). Takie rzadkie mioty gwarantują, że przychówek będzie zdrowy i silny. (U nas dodatkowo gwarantuje to kozie mleko :)

P.S. Szczeniak na zdjęciu to właśnie ten o którym mowa - moim zdaniem od początku dobrze się zapowiadał :)




Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wypadek na powierzchni
2008-12-10

U siebie w lesie udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa w określonym kierunku.

To naprawdę dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa (obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.

Kiedy dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w organizmie jakieś ślady.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kot: reaktywacja
2008-12-06
Pisałem w zeszłym chyba roku, że posiadam kota-barometr, który pojawia się przed nastaniem siarczystych mrozów. Przynajmniej pojawiał się tak przez dwie kolejne zimy, ale pod koniec zeszłej przepadł na dobre.
Ale ponieważ przyroda nie znosi próżni, pojawił się niedawno w stajni kolejny przedstawiciel tego gatunku. Ja natomiast z rozmysłem kota żadnego nie hoduję, bo za bardzo lubię liczną ptasią zbieraninę gnieżdżącą się wokół leśniczówki. Natomiast myszy w koziarni i stajni zaczynały już harcować w biały dzień, co stawało się nieprzyjemne.
Wtedy pojawił się kot. Nie ma chyba wbudowanego barometru, bo siedzi już u nas od tygodnia a mrozów jakoś nie widać. Za każdym razem jak wchodzę do stajni widzę go jak „waruje” przy kolejnej mysiej dziurze. Miauczy do mnie znacząco, ale nawet się nie przesunie.
No chyba że ze mną jest pies. Wtedy wchodzi pod kozi żłób i drwi z niego otwarcie. Suka dostaje szału próbując go stamtąd wygrzebać i dybie na niego stale, ale jak na razie bezskutecznie. Kot, muszę przyznać, jest pożyteczny. Niedokarmiany przez nas utuczył się myszami, że aż miło popatrzeć.

Kulturalny, mieszka w stajni i nie pcha się do domu. Jak Borówa go nie zeżre w pewne zimowe popołudnie to kocur będzie musiał przejść na domowy wikt. Myszy się przecież kiedyś skończą. I wtedy się dopiero zacznie....

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface