dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Nowe kozy
2008-10-26
Muszę się jeszcze przyznać, że jestem trochę wariatem. Przejechałem wczoraj samochodem ponad 600 kilometrów żeby ... no właśnie, żeby kupić kozła. I kozę. Wcale nie za małe pieniądze.
Bardzo długo szukałem hodowcy który miałby rasowe alpejskie kozy. Chodziło mi o to, żeby mieć gwarancję, że nie są to krzyżówki niewiadomego bliżej pochodzenia. Niestety okazało się że w mojej okolicy żadnego takiego gospodarstwa nie ma – obdzwoniłem wszelkie regionalne związki hodowców kóz i owiec (tak, tak, są takie związki) ale dopiero pewien profesor z SGGW z Warszawy powiedział mi o hodowcy z pod Torunia. (Jeżeli ktoś chce sprawdzić na mapie, gdzie jest środek Mazur a gdzie Toruń, proszę bardzo.)
Podróż była bez większych przygód, ale koszmarnie długa – wszędzie remonty dróg, przede wszystkim tych głównych, a człowiek chce jechać szybciej, więc wybiera główne drogi, a tu po raz kolejny okazuje się że „krajówkami” jeździ się zdecydowanie wolniej niż lokalnymi drogami. Grunt że pasażerowie – koza i kozioł – bez przeszkód dotarli do domu.
Teraz się powoli aklimatyzują – zanim stado ustawi sobie na nowo całą hierarchę w której będą miały swoje miejsce również nowe osobniki, zabierze to jeszcze trochę czasu.

Skąd to całe zamieszanie? Otóż zakupiłem (przez Internet oczywiście) kilka książek o hodowli kóz i dokształcam się, bo wieczory coraz dłuższe. Niesiony nowymi pomysłami, wykonałem kilkanaście telefonów a potem ruszyłem w trasę. Poza tym chcę hodować akurat kozy alpejskie, bo to kozia arystokracja.

 

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Czołgi i jesienny pejzaż
2008-10-25

Jesień na całego, wszystko w lesie i na łące przybrało wiadomo-jakie-kolory. Ale pośród brązów, zgaszonych zieleni, żółci, czerwieni i tym podobnych odcieni nagle przyciągnął moją uwagę ostry róż i pomarańcz. I to w miejscu które mijam codziennie kilka razy, czyli przy końskim pastwisku. Niesamowite kolory rzucają się w oczy, tym bardziej że dookoła głównie szarawa zieleń. To trzmielina – dosyć pospolity krzew, jak najbardziej rodzimego gatunku, a o tej porze roku wygląda jak egzotyczny ptak. (Euonymus europaeus L. – trzmielina pospolita.) A to za przyczyną dojrzewających właśnie teraz owoców – na zdjęciu widać jaskraworóżowe torebki owocowe oraz pomarańczową osnówkę wewnątrz której znajdują się nasiona. Zachęcam do wyprawy w las – ale może nie wyłącznie w poszukiwaniu „barw jesieni” bo to już trochę banalne. Mnie najbardziej cieszą właśnie takie nietypowe znaleziska, jak ostry różowy kolor na jesiennie już burej łące.

Ale żeby nie było tak nudno i melancholijnie, na poligonie koło leśniczówki zaczęły się jakieś ostre manewry. Jeżdżą czołgi i inne wojskowe pojazdy, ruch i poruszenie. Na szczęście zagrożenie pożarowe dawno minęło, więc nie obawiam się już o sąsiadujący z poligonem las (w trakcie największego zagrożenia poligon jest raczej nie używany).

Kończy się pozyskanie na terenie leśnictwa. Mimo słabej sprzedaży drewna udało się wykonać zaplanowane trzebieże i sprzedać surowiec. Jedno z drugim idzie w parze, bo pozyskane drewno musi mieć swojego nabywcę. Zbyt jest na tyle słaby, że nie ma mowy o cięciu „na zapas” – prace można zaczynać jeżeli jest umówiony kupiec. Do wycięcia został mi jeszcze jeden zrąb – sosnowy - oraz wycięcie tartacznej brzozy ze wszystkich rozpoczętych w tym roku pozycji trzebieżowych. Podyktowane to jest również rynkiem. Kupiec pojawił się dopiero teraz.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Najazd architektów
2008-10-23

W miniony weekend sporo się działo. Przyjechał do leśniczówki zespół architektów zajmujący się inwentaryzacją obiektów zabytkowych. W skład zespołu wchodził również specjalista ds. dziedzictwa kulturowego Lasów Państwowych.

Przez cały dzień trwało mierzenie leśniczówki oraz badanie jej ścian, fundamentów oraz stanu zachowania piwnic i całego budynku. Nasza osada nie jest wprawdzie wpisana do rejestru zabytków, ale została zbudowana ok. 1933 roku, jest więc to już wiekowy dom, w typowej dla regionu Prus Wschodnich zabudowie z czerwonej licowej cegły.

Ponieważ na przyszły rok zaplanowany jest wstępnie remont osady, w tym wymiana stolarki drzwiowej i okiennej a także instalacji elektrycznej i grzewczej oraz ocieplenie ścian, dobrze byłoby przeprowadzić go tak, aby nie zniszczyć starego budynku i jego unikalnego charakteru (od samego początku była tu osada leśna, w której skład wchodził dom i cztery budynki gospodarcze).

Dlatego zdecydowałem się wystąpić z wnioskiem do Centrum Informacyjnego LP aby pracujący właśnie tam specjalista ds. dziedzictwa kulturowego Lasów Państwowych dokonał ekspertyzy mykologiczno-budowlanej i wraz z towarzyszącym mu zespołem architektów opracował wytyczne dla przeprowadzenia remontu w taki sposób, aby zachować wygląd i charakter budynku a także zabezpieczyć go przed wilgocią i grzybami.

A teraz akt drugi. Koledzy architekci (co za bractwo) w trakcie pracy, bardzo mnie nagabywali żebym pokazał im okolicę. Nie chcieli jechać moim samochodem, tylko swoją miejską terenówką. Od razu ustaliliśmy, że nie chodzi o oglądanie odnowień naturalnych, pięknych sosnowych drzewostanów nasiennych ani innych obiektów przyrodniczych. Pragnęli znaleźć się na dobrze rozjeżdżonej drodze czołgowej. Zgodnie z moją życiową dewizą, że marzenia trzeba realizować od razu, bo inaczej wyparują, pojechaliśmy na dobrze znaną mi czołgówkę. Trasę pomyślałem tak, żeby od razu chłopaków nie zniechęcić. Na początek był dół w oddziale 355, gdzie kiedyś utonął Kamaz z ładunkiem drewna. Poszło nieźle. Później trochę ciasnych zakrętów i główna atrakcja czołgówka. Działo się. A na koniec zaproponowałem ekipie przeprawę czołgową przez bród na rzeczce. Zanim ruszyliśmy z rykiem silnika w odmęty, długo trwała narada wśród uczestników wyprawy. Ostatecznie zwyciężył rozsądek i ustalono, że nie ryzykujemy.

„To nie jedziemy, tak?” – zapytał kierowca.

„Tak” – odpowiedziała większość pasażerów.

Woda zalała samochód tak, że straciliśmy wizję. Silnik wciąż pracował ale powoli tracił moc. Cudem dojechaliśmy do brzegu. Było naprawdę nieźle ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dziwne telefony
2008-10-18

Jestem pewien, że gdzieś podano numer telefonu do leśniczówki jako numer do nadleśnictwa. Otóż zdarza się, na szczęście rzadko (może to jakaś stara książka telefoniczna? Diabli wiedzą.) że dzwonią do nas różni ludzie z dość dziwnymi pytaniami. Najbardziej dziwna jest pani z jakiegoś urzędu pracy (nie przedstawia się nigdy) która dzwoni regularnie raz w miesiącu z pytaniem „Czy zatrudniacie Państwo kogoś w ramach prac interwencyjnych lub stażu?”. Na to ja (lub żona) z niezmiennym spokojem (trwa to już któryś rok) mówimy miłej pani że to leśniczówka a nie nadleśnictwo, że my nie zatrudniamy, że proszę zadzwonić do biura, numer taki a taki, i proszę zmienić sobie w bazie danych numer telefonu! Nie pomaga. (Aha, za każdym razem chyba dzwoni inna pani ...)

Ostatnio podnoszę słuchawkę i słyszę nie dzień dobry, tylko: „Iksiński. Marchew mam. Ekologiczną. Pół tony. No!”. Zamurowało mnie. Poważnie. Ale odetchnąłem i zacząłem ciągnąć gościa za język. Do kogo dzwoni i po co i kto marchew zamawiał... Okazało się że jakiś rolnik ma do sprzedania pół tony marchwi którą chciał zaproponować naszemu łowczemu na dokarmianie zwierzyny. Ale wyciągnąć z niego te informacje było niełatwo. Dałem mu telefon do łowczego, a przy okazji umówiłem się, że sam kupię kilka worków tej marchewki – dla kóz, dla koni no i dla siebie oczywiście.

Żona miała inną ciekawą rozmowę (obie w tym tygodniu). Dzwonił pan który bardzo chciał żeby podać mu numer do urzędu gminy w najbliższej miejscowości. (Oczywiście chciał dodzwonić się do nadleśnictwa.) Kiedy dowiedział się, że miejscowość niewielka i urzędu żadnego poza pocztowym nie posiada – zasępił się. Potem poprosił o telefon do szkoły. Na to żona odrzekła, żeby poczekał, bo musi sprawdzić w książce telefonicznej. Gość powiedział że w takim razie zadzwoni za pięć minut bo dzwoni z komórki i czekać nie może. Zadzwonił, a kiedy dostał numer do szkoły, chciał jeszcze do przedszkola. Żona wymiękła i powiedziała, że w szkole mu podadzą ...

Naprawdę nie wiem, kto, kiedy i gdzie umieścił nasz numer jako nadleśnictwa, ale niechcący sprawił nam wiele radości. Wątpliwej nieraz ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Co ma wspólnego kaczka z F16
2008-10-16

W ubiegłą sobotę byłem na polowaniu na kaczki. Przyznam, że sam je zorganizowałem, bo o ile koledzy wyrazili licznie chęć udziału, to samo się nie zrobi. To nie jest tak, że się po prostu jedzie, strzela, i już. Trzeba wcześniej kilka razy odwiedzić te miejsca gdzie planuje się polować, ustalić, czy kaczki pojawiają się tam rano, czy wieczorem, a może są tam cały dzień, jaki jest teren – czy trudne błotniste bagno czy jezioro zarośnięte trzcinami. Nawet kolejność odwiedzanych „akwenów” ma znaczenie, bo jeżeli na koniec zostawić najtrudniejsze do przejścia bagno, to już ani ludzie ani psy nie będą miały siły. Pies tym razem był tylko jeden, mój. Sprawdził się świetnie, ale ponieważ było dwunastu myśliwych którzy strzelali intensywnie (choć nie zawsze skutecznie – jest takie myśliwskie powiedzenie: „jedna kaczka – jedna paczka” (amunicji oczywiście)) to pod koniec był już wykończony.

Kaczki zresztą głupie nie są, podrywają się i szybko nabierają prędkości F16. Trafić do nich to naprawdę duża sztuka. Nie mówiąc już o tym, że trzeba je umiejętnie podejść, bo zaniepokojone zbyt wcześnie zrywają się wszystkie i myśliwi mogą je co najwyżej pooglądać.

Dziś byłem w nadleśnictwie na naradzie. Spotkani przy okazji koledzy powiedzieli że chętnie powtórzą sobotnie łowy przy najbliższej okazji. Mam nadzieję, że przyjedzie jeszcze mój kolega z psami. On te swoje psy szkoli i wystawia na konkursach a ja bardzo chciałbym zobaczyć jak pracuje taki „konkursowy” wyżeł. No i liczę że mój pies się przy nich dobrze zaprezentuje.

P.S. Aparatu nie zabierałem, bo nie chciałem żeby przypadkiem wpadł mi do wody. Kiedyś zabrałem stary aparat Praktika na spływ kajakowy ... Aparat był pancerny, ale tego nie przeżył. A co dopiero nowoczesne cyfrówki ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Coraz więcej konnych tras
2008-10-10
Dzisiaj z sąsiedniego nadleśnictwa przyjechał do mnie kolega – główny sprawca zamieszania, pomysłodawca wytyczania szlaku konnego przez puszczę augustowską i mazurskie lasy. Główny szlak jest już dawno wytyczony – nosi nazwę Szlaku Konnego Puszczy Augustowskiej i Mazur. Ale co roku przychodzą nam do głowy nowe pomysły i w związku z tym wytyczane są kolejne odnogi szlaku prowadzące do nowych stanic, tudzież ciekawych obiektów rozsianych po terenie ( pomników przyrody, ruin starych osad itp.). Większość tras biegnie przez tereny należące do Lasów Państwowych, więc niezbędna jest zgoda i współpraca wszystkich okolicznych nadleśnictw. Jak na razie nie ma z tym problemów, bo wszędzie można znaleźć leśników będących fanami rajdów konnych którzy angażują się w projektowanie, wytyczanie i znakowanie kolejnych odnóg szlaku.

Mierzyliśmy dokładnie długości odcinków biegnących pomiędzy leśniczówką Dąbrowskie a moją leśniczówką oraz gospodarstwem agroturystycznym BB – wszystkie te obiekty leżą na szlaku i stanowią bazę dla rajdowców. Odległości okazały się idealne, w granicach trzydziestu kilometrów od punktu do punktu, co sprawia że jest to optymalne zarówno dla jeźdźców jak i dla koni. Zastanawialiśmy się też gdzie najlepiej zorganizować popasy – miejsca gdzie będzie można rozkulbaczyć konie i dać im odpocząć w bezpiecznych warunkach, a ułańskim siedzeniom również zapewnić trochę wytchnienia. (Nie zawsze taki popas będzie konieczny, wszystko zależy od sprawności jeźdźców. Niemniej trzeba brać pod uwagę, że nawet jeżeli ktoś jeździ dwa-trzy razy w tygodniu w jakimś ośrodku jeździeckim, jest to zupełnie inna jazda niż wycieczka w „prawdziwy” teren w kilkudziesięciokilometrową trasę. Koń pracuje i zachowuje się zupełnie inaczej, co sprawia że można sobie poważnie poobijać cztery litery ... Najważniejsze to jednak nie poobijać konia. Znajomy spotkał na takim popasie grupkę znanych „ludzi mediów” ze stolicy, którzy zgodnie stwierdzili, że wracają do domu bo już się dość poobijali – a w wywiadach jakie można z nimi przeczytać zawsze są doskonałymi jeźdźcami ...).

W każdym razie dzień nam minął pracowicie, bo nie tylko mierzyliśmy trasę ale i ją znakowaliśmy. Właściwie głównie znakowaliśmy, czyli za pomocą szablonu z wzorem ustalonym przez kapitułę szlaku malowaliśmy farbą znaki we wszystkich miejscach które zapewniają dobrą orientację w terenie.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szmaciak gałęzisty
2008-10-06
Na niedawnym spacerze w lesie żona zauważyła dziwnego grzyba, który ją niezwykle zaintrygował. Na wszelki wypadek postanowiła go nie zrywać. Kiedy opowiedziała mi jak wyglądał, od razu wiedziałem o co chodzi. Następnego dnia wróciła w to samo miejsce z aparatem i zrobiła mu zdjęcie. Jak najbardziej był to szmaciak gałęzisty (Sparassis crispa(Wulf.).

Jest to w Polsce grzyb chroniony (ochrona ścisła), ale dopiero od niedawna (2004 rok) i dużo osób pamięta jego smak, gdyż grzyb jest jadalny. Wygląda, przyznacie, dosyć ciekawie (jego regionalne nazwy to „kozia broda”, „leśny kalafior” oraz „baran”). Ten który widać na zdjęciu miał rozmiary sporej główki kapusty, ale bywają i mniejsze i większe (rekordowy szmaciak znaleziony we Francji ważył ponad 28 kg!). Rośnie najczęściej w lesie sosnowym, bo jest pasożytem korzenia sosny ...

Wszystkim którzy będąc na grzybach mają wątpliwości co do tego czy rosnący przed nimi grzyb jest jadalny czy trujący, polecam metodę z aparatem. Lepiej przynieść z lasu dobre zdjęcie niż grzyba który może okazać się a) chroniony, b) trujący. Ponawiam też oczywiście apel o nie śmiecenie w lesie oraz o nie wjeżdżanie do lasu samochodami. W mojej okolicy szturm grzybiarzy trwa a śmieci przybywa, bo najwyraźniej pusta plastikowa torebeczka po kanapce jest już zbyt ciężka żeby zabrać ją z powrotem do domu (że o butelkach plastikowych nie wspomnę).

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Maciek, czyli wydra
2008-10-02

Kilka miesięcy temu kolega idąc na ryby znalazł nad rzeką wydrę. Zupełnie małą. Jej matkę prawdopodobnie zabili „źli ludzie”. Mała wydra w przyrodzie nie miałaby szans, ale na szczęście nauczyła się korzystać ze smoczka i przetrwała najtrudniejszy okres pierwszych kilku dni na mleku dla niemowlaków. A potem ... zaczęło się.

Żona kolegi mówi, że wydra chyba ma zespół nadpobudliwości ruchowej (ADHD). Ale u wydry to zupełnie normalne. Generalnie wszędzie jej pełno i nie ma miejsca gdzie nie wlezie. Na szafki, pod lodówkę – długi brązowy kształt przemieszcza się po domu z prędkością światła. Domowy foksterier, do tej pory ulubieniec rodziny, obraził się, bo został zdetronizowany. W dodatku pan zabronił fantastycznej zabawy i nie pozwala zjeść wydry. Najpierw to wydra zjadała psa, potem pies wydrę, a potem wspólnie lekko pogryźli swojego pana który postanowił towarzystwo rozdzielić w trosce o całość obu zwierzaków. Teraz wydra urosła i chyba by się zjeść już nie dała, ale na początku istniało takie niebezpieczeństwo. A wszyscy zdaniem psa bardziej bawią z wydrą niż z nim, co zdaniem foksa jest nie do pojęcia.

Odkąd w domu jest wydra, kolega bez problemu może wychodzić na ryby – no bo przecież trzeba nakarmić Maćka (który ostatnio jada również parówki i zupę) – a wcześniej różnie z tym bywało ... Dodam jeszcze, że opiekun Maćka jest sprzedawcą w sklepie, a nie wytrawnym przyrodnikiem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface