| Nowe kozy | | 2008-10-26 |    Muszę się
jeszcze przyznać, że jestem trochę wariatem. Przejechałem wczoraj samochodem
ponad 600 kilometrów
żeby ... no właśnie, żeby kupić kozła. I kozę. Wcale nie za małe pieniądze. Bardzo
długo szukałem hodowcy który miałby rasowe alpejskie kozy. Chodziło mi o to, żeby mieć gwarancję, że nie są to krzyżówki
niewiadomego bliżej pochodzenia. Niestety okazało się że w mojej okolicy
żadnego takiego gospodarstwa nie ma – obdzwoniłem wszelkie regionalne związki
hodowców kóz i owiec (tak, tak, są takie związki) ale dopiero pewien profesor z
SGGW z Warszawy powiedział mi o hodowcy z pod Torunia. (Jeżeli ktoś chce
sprawdzić na mapie, gdzie jest środek Mazur a gdzie Toruń, proszę bardzo.)
Podróż była bez większych przygód, ale koszmarnie długa – wszędzie remonty
dróg, przede wszystkim tych głównych, a człowiek chce jechać szybciej, więc
wybiera główne drogi, a tu po raz kolejny okazuje się że „krajówkami” jeździ
się zdecydowanie wolniej niż lokalnymi drogami. Grunt że pasażerowie – koza i
kozioł – bez przeszkód dotarli do domu. Teraz się powoli aklimatyzują – zanim
stado ustawi sobie na nowo całą hierarchę w której będą miały swoje miejsce
również nowe osobniki, zabierze to jeszcze trochę czasu.
Skąd to całe
zamieszanie? Otóż zakupiłem (przez Internet oczywiście) kilka książek o hodowli
kóz i dokształcam się, bo wieczory coraz dłuższe. Niesiony nowymi pomysłami,
wykonałem kilkanaście telefonów a potem ruszyłem w trasę. Poza tym chcę hodować
akurat kozy alpejskie, bo to kozia arystokracja.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Czołgi i jesienny pejzaż | | 2008-10-25 |
Jesień na
całego, wszystko w lesie i na łące przybrało wiadomo-jakie-kolory. Ale pośród
brązów, zgaszonych zieleni, żółci, czerwieni i tym podobnych odcieni nagle
przyciągnął moją uwagę ostry róż i pomarańcz. I to w miejscu które mijam
codziennie kilka razy, czyli przy końskim pastwisku. Niesamowite kolory rzucają
się w oczy, tym bardziej że dookoła głównie szarawa zieleń. To trzmielina –
dosyć pospolity krzew, jak najbardziej rodzimego gatunku, a o tej porze roku
wygląda jak egzotyczny ptak. (Euonymus
europaeus L. – trzmielina pospolita.) A to za przyczyną dojrzewających
właśnie teraz owoców – na zdjęciu widać jaskraworóżowe torebki owocowe oraz
pomarańczową osnówkę wewnątrz której znajdują się nasiona. Zachęcam do wyprawy
w las – ale może nie wyłącznie w poszukiwaniu „barw jesieni” bo to już trochę
banalne. Mnie najbardziej cieszą właśnie takie nietypowe znaleziska, jak ostry
różowy kolor na jesiennie już burej łące.
Ale żeby nie
było tak nudno i melancholijnie, na poligonie koło leśniczówki zaczęły się
jakieś ostre manewry. Jeżdżą czołgi i inne wojskowe pojazdy, ruch i poruszenie.
Na szczęście zagrożenie pożarowe dawno minęło, więc nie obawiam się już o
sąsiadujący z poligonem las (w trakcie największego zagrożenia poligon jest raczej
nie używany).
Kończy się
pozyskanie na terenie leśnictwa. Mimo słabej sprzedaży drewna udało się wykonać
zaplanowane trzebieże i sprzedać surowiec. Jedno z drugim idzie w parze, bo
pozyskane drewno musi mieć swojego nabywcę. Zbyt jest na tyle słaby, że nie ma
mowy o cięciu „na zapas” – prace można zaczynać jeżeli jest umówiony kupiec. Do
wycięcia został mi jeszcze jeden zrąb – sosnowy - oraz wycięcie tartacznej
brzozy ze wszystkich rozpoczętych w tym roku pozycji trzebieżowych. Podyktowane
to jest również rynkiem. Kupiec pojawił się dopiero teraz.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Najazd architektów | | 2008-10-23 |
W miniony
weekend sporo się działo. Przyjechał do leśniczówki zespół architektów
zajmujący się inwentaryzacją obiektów zabytkowych. W skład zespołu wchodził
również specjalista ds. dziedzictwa kulturowego Lasów Państwowych.
Przez cały dzień
trwało mierzenie leśniczówki oraz badanie jej ścian, fundamentów oraz stanu
zachowania piwnic i całego budynku. Nasza osada nie jest wprawdzie wpisana do
rejestru zabytków, ale została zbudowana ok. 1933 roku, jest więc to już
wiekowy dom, w typowej dla regionu Prus Wschodnich zabudowie z czerwonej
licowej cegły.
Ponieważ na
przyszły rok zaplanowany jest wstępnie remont osady, w tym wymiana stolarki
drzwiowej i okiennej a także instalacji elektrycznej i grzewczej oraz
ocieplenie ścian, dobrze byłoby przeprowadzić go tak, aby nie zniszczyć starego
budynku i jego unikalnego charakteru (od samego początku była tu osada leśna, w
której skład wchodził dom i cztery budynki gospodarcze).
Dlatego
zdecydowałem się wystąpić z wnioskiem do Centrum Informacyjnego LP aby
pracujący właśnie tam specjalista ds. dziedzictwa kulturowego Lasów Państwowych
dokonał ekspertyzy mykologiczno-budowlanej i wraz z towarzyszącym mu zespołem
architektów opracował wytyczne dla przeprowadzenia remontu w taki sposób, aby
zachować wygląd i charakter budynku a także zabezpieczyć go przed wilgocią i
grzybami.
A teraz akt
drugi. Koledzy architekci (co za bractwo) w trakcie pracy, bardzo mnie nagabywali
żebym pokazał im okolicę. Nie chcieli jechać moim samochodem, tylko swoją
miejską terenówką. Od razu ustaliliśmy, że nie chodzi o oglądanie odnowień
naturalnych, pięknych sosnowych drzewostanów nasiennych ani innych obiektów
przyrodniczych. Pragnęli znaleźć się na dobrze rozjeżdżonej drodze czołgowej.
Zgodnie z moją życiową dewizą, że marzenia trzeba realizować od razu, bo
inaczej wyparują, pojechaliśmy na dobrze znaną mi czołgówkę. Trasę pomyślałem
tak, żeby od razu chłopaków nie zniechęcić. Na początek był dół w oddziale 355,
gdzie kiedyś utonął Kamaz z ładunkiem drewna. Poszło nieźle. Później trochę
ciasnych zakrętów i główna atrakcja czołgówka. Działo się. A na koniec
zaproponowałem ekipie przeprawę czołgową przez bród na rzeczce. Zanim
ruszyliśmy z rykiem silnika w odmęty, długo trwała narada wśród uczestników
wyprawy. Ostatecznie zwyciężył rozsądek i ustalono, że nie ryzykujemy.
„To nie
jedziemy, tak?” – zapytał kierowca.
„Tak” –
odpowiedziała większość pasażerów.
Woda zalała
samochód tak, że straciliśmy wizję. Silnik wciąż pracował ale powoli tracił
moc. Cudem dojechaliśmy do brzegu. Było naprawdę nieźle ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Dziwne telefony | | 2008-10-18 | |
Jestem pewien,
że gdzieś podano numer telefonu do leśniczówki jako numer do nadleśnictwa. Otóż
zdarza się, na szczęście rzadko (może to jakaś stara książka telefoniczna?
Diabli wiedzą.) że dzwonią do nas różni ludzie z dość dziwnymi pytaniami.
Najbardziej dziwna jest pani z jakiegoś urzędu pracy (nie przedstawia się
nigdy) która dzwoni regularnie raz w miesiącu z pytaniem „Czy zatrudniacie
Państwo kogoś w ramach prac interwencyjnych lub stażu?”. Na to ja (lub żona) z
niezmiennym spokojem (trwa to już któryś rok) mówimy miłej pani że to
leśniczówka a nie nadleśnictwo, że my nie zatrudniamy, że proszę zadzwonić do
biura, numer taki a taki, i proszę zmienić sobie w bazie danych numer telefonu!
Nie pomaga. (Aha, za każdym razem chyba dzwoni inna pani ...)
Ostatnio
podnoszę słuchawkę i słyszę nie dzień dobry, tylko: „Iksiński. Marchew mam.
Ekologiczną. Pół tony. No!”. Zamurowało mnie. Poważnie. Ale odetchnąłem i
zacząłem ciągnąć gościa za język. Do kogo dzwoni i po co i kto marchew
zamawiał... Okazało się że jakiś rolnik ma do sprzedania pół tony marchwi którą
chciał zaproponować naszemu łowczemu na dokarmianie zwierzyny. Ale wyciągnąć z
niego te informacje było niełatwo. Dałem mu telefon do łowczego, a przy okazji
umówiłem się, że sam kupię kilka worków tej marchewki – dla kóz, dla koni no i
dla siebie oczywiście.
Żona miała inną
ciekawą rozmowę (obie w tym tygodniu). Dzwonił pan który bardzo chciał żeby
podać mu numer do urzędu gminy w najbliższej miejscowości. (Oczywiście chciał
dodzwonić się do nadleśnictwa.) Kiedy dowiedział się, że miejscowość niewielka
i urzędu żadnego poza pocztowym nie posiada – zasępił się. Potem poprosił o
telefon do szkoły. Na to żona odrzekła, żeby poczekał, bo musi sprawdzić w
książce telefonicznej. Gość powiedział że w takim razie zadzwoni za pięć minut
bo dzwoni z komórki i czekać nie może. Zadzwonił, a kiedy dostał numer do
szkoły, chciał jeszcze do przedszkola. Żona wymiękła i powiedziała, że w szkole
mu podadzą ...
Naprawdę nie
wiem, kto, kiedy i gdzie umieścił nasz numer jako nadleśnictwa, ale niechcący
sprawił nam wiele radości. Wątpliwej nieraz ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Co ma wspólnego kaczka z F16 | | 2008-10-16 | |
W ubiegłą sobotę
byłem na polowaniu na kaczki. Przyznam, że sam je zorganizowałem, bo o ile
koledzy wyrazili licznie chęć udziału, to samo się nie zrobi. To nie jest tak,
że się po prostu jedzie, strzela, i już. Trzeba wcześniej kilka razy odwiedzić
te miejsca gdzie planuje się polować, ustalić, czy kaczki pojawiają się tam
rano, czy wieczorem, a może są tam cały dzień, jaki jest teren – czy trudne
błotniste bagno czy jezioro zarośnięte trzcinami. Nawet kolejność odwiedzanych
„akwenów” ma znaczenie, bo jeżeli na koniec zostawić najtrudniejsze do
przejścia bagno, to już ani ludzie ani psy nie będą miały siły. Pies tym razem
był tylko jeden, mój. Sprawdził się świetnie, ale ponieważ było dwunastu
myśliwych którzy strzelali intensywnie (choć nie zawsze skutecznie – jest takie
myśliwskie powiedzenie: „jedna kaczka – jedna paczka” (amunicji oczywiście)) to
pod koniec był już wykończony.
Kaczki zresztą
głupie nie są, podrywają się i szybko nabierają prędkości F16. Trafić do nich
to naprawdę duża sztuka. Nie mówiąc już o tym, że trzeba je umiejętnie podejść,
bo zaniepokojone zbyt wcześnie zrywają się wszystkie i myśliwi mogą je co
najwyżej pooglądać.
Dziś byłem w
nadleśnictwie na naradzie. Spotkani przy okazji koledzy powiedzieli że chętnie
powtórzą sobotnie łowy przy najbliższej okazji. Mam nadzieję, że przyjedzie
jeszcze mój kolega z psami. On te swoje psy szkoli i wystawia na konkursach a
ja bardzo chciałbym zobaczyć jak pracuje taki „konkursowy” wyżeł. No i liczę że
mój pies się przy nich dobrze zaprezentuje.
P.S. Aparatu nie
zabierałem, bo nie chciałem żeby przypadkiem wpadł mi do wody. Kiedyś zabrałem
stary aparat Praktika na spływ kajakowy ... Aparat był pancerny, ale tego nie
przeżył. A co dopiero nowoczesne cyfrówki ...
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Coraz więcej konnych tras | | 2008-10-10 |  Dzisiaj z
sąsiedniego nadleśnictwa przyjechał do mnie kolega – główny sprawca
zamieszania, pomysłodawca wytyczania szlaku konnego przez puszczę augustowską i
mazurskie lasy. Główny szlak jest już dawno wytyczony – nosi nazwę Szlaku
Konnego Puszczy Augustowskiej i Mazur. Ale co roku przychodzą nam do głowy nowe
pomysły i w związku z tym wytyczane są kolejne odnogi szlaku prowadzące do
nowych stanic, tudzież ciekawych obiektów rozsianych po terenie ( pomników
przyrody, ruin starych osad itp.). Większość tras biegnie przez tereny należące
do Lasów Państwowych, więc niezbędna jest zgoda i współpraca wszystkich
okolicznych nadleśnictw. Jak na razie nie ma z tym problemów, bo wszędzie można
znaleźć leśników będących fanami rajdów konnych którzy angażują się w
projektowanie, wytyczanie i znakowanie kolejnych odnóg szlaku.
Mierzyliśmy
dokładnie długości odcinków biegnących pomiędzy leśniczówką Dąbrowskie a moją
leśniczówką oraz gospodarstwem agroturystycznym BB – wszystkie te obiekty leżą na
szlaku i stanowią bazę dla rajdowców. Odległości okazały się idealne, w
granicach trzydziestu kilometrów od punktu do punktu, co sprawia że jest to
optymalne zarówno dla jeźdźców jak i dla koni. Zastanawialiśmy się też gdzie
najlepiej zorganizować popasy – miejsca gdzie będzie można rozkulbaczyć konie i
dać im odpocząć w bezpiecznych warunkach, a ułańskim siedzeniom również
zapewnić trochę wytchnienia. (Nie zawsze taki popas będzie konieczny, wszystko
zależy od sprawności jeźdźców. Niemniej trzeba brać pod uwagę, że nawet jeżeli
ktoś jeździ dwa-trzy razy w tygodniu w jakimś ośrodku jeździeckim, jest to
zupełnie inna jazda niż wycieczka w „prawdziwy” teren w
kilkudziesięciokilometrową trasę. Koń pracuje i zachowuje się zupełnie inaczej,
co sprawia że można sobie poważnie poobijać cztery litery ... Najważniejsze to
jednak nie poobijać konia. Znajomy spotkał na takim popasie grupkę znanych
„ludzi mediów” ze stolicy, którzy zgodnie stwierdzili, że wracają do domu bo
już się dość poobijali – a w wywiadach jakie można z nimi przeczytać zawsze są
doskonałymi jeźdźcami ...).
W każdym razie
dzień nam minął pracowicie, bo nie tylko mierzyliśmy trasę ale i ją
znakowaliśmy. Właściwie głównie znakowaliśmy, czyli za pomocą szablonu z wzorem
ustalonym przez kapitułę szlaku malowaliśmy farbą znaki we wszystkich miejscach
które zapewniają dobrą orientację w terenie.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Szmaciak gałęzisty | | 2008-10-06 | Na niedawnym
spacerze w lesie żona zauważyła dziwnego grzyba, który ją niezwykle
zaintrygował. Na wszelki wypadek postanowiła go nie zrywać. Kiedy opowiedziała
mi jak wyglądał, od razu wiedziałem o co chodzi. Następnego dnia wróciła w to
samo miejsce z aparatem i zrobiła mu zdjęcie. Jak najbardziej był to szmaciak
gałęzisty (Sparassis crispa(Wulf.).
Jest to w Polsce
grzyb chroniony (ochrona ścisła), ale dopiero od niedawna (2004 rok) i dużo
osób pamięta jego smak, gdyż grzyb jest jadalny. Wygląda, przyznacie, dosyć
ciekawie (jego regionalne nazwy to „kozia broda”, „leśny kalafior” oraz
„baran”). Ten który widać na zdjęciu miał rozmiary sporej główki kapusty, ale bywają
i mniejsze i większe (rekordowy szmaciak znaleziony we Francji ważył ponad 28 kg!). Rośnie najczęściej w
lesie sosnowym, bo jest pasożytem korzenia sosny ...
Wszystkim którzy
będąc na grzybach mają wątpliwości co do tego czy rosnący przed nimi grzyb jest
jadalny czy trujący, polecam metodę z aparatem. Lepiej przynieść z lasu dobre
zdjęcie niż grzyba który może okazać się a) chroniony, b) trujący. Ponawiam też
oczywiście apel o nie śmiecenie w lesie oraz o nie wjeżdżanie do lasu
samochodami. W mojej okolicy szturm grzybiarzy trwa a śmieci przybywa, bo
najwyraźniej pusta plastikowa torebeczka po kanapce jest już zbyt ciężka żeby
zabrać ją z powrotem do domu (że o butelkach plastikowych nie wspomnę).
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Maciek, czyli wydra | | 2008-10-02 |
Kilka miesięcy
temu kolega idąc na ryby znalazł nad rzeką wydrę. Zupełnie małą. Jej matkę
prawdopodobnie zabili „źli ludzie”. Mała wydra w przyrodzie nie miałaby szans,
ale na szczęście nauczyła się korzystać ze smoczka i przetrwała najtrudniejszy
okres pierwszych kilku dni na mleku dla niemowlaków. A potem ... zaczęło się.
Żona kolegi
mówi, że wydra chyba ma zespół nadpobudliwości ruchowej (ADHD). Ale u wydry to
zupełnie normalne. Generalnie wszędzie jej pełno i nie ma miejsca gdzie nie
wlezie. Na szafki, pod lodówkę – długi brązowy kształt przemieszcza się po domu
z prędkością światła. Domowy foksterier, do tej pory ulubieniec rodziny,
obraził się, bo został zdetronizowany. W dodatku pan zabronił fantastycznej
zabawy i nie pozwala zjeść wydry. Najpierw to wydra zjadała psa, potem pies
wydrę, a potem wspólnie lekko pogryźli swojego pana który postanowił
towarzystwo rozdzielić w trosce o całość obu zwierzaków. Teraz wydra urosła i
chyba by się zjeść już nie dała, ale na początku istniało takie
niebezpieczeństwo. A wszyscy zdaniem psa bardziej bawią z wydrą niż z nim, co
zdaniem foksa jest nie do pojęcia.
Odkąd w domu
jest wydra, kolega bez problemu może wychodzić na ryby – no bo przecież trzeba
nakarmić Maćka (który ostatnio jada również parówki i zupę) – a wcześniej
różnie z tym bywało ... Dodam jeszcze, że opiekun Maćka jest sprzedawcą w
sklepie, a nie wytrawnym przyrodnikiem.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz |
|
|