dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Konie na gigancie
2007-09-30

Niedziela zapowiadała się pięknie. Od rana słońce, ciepło – piękny jesienny dzień. Poprzedniego dnia przyjechał do mnie kolega i po śniadaniu postanowiliśmy pójść do lasu. Po drodze zajrzeliśmy na pastwisko. Dzień wcześniej przestawialiśmy tam słupki ogrodzenia, żeby konie miały większy wybieg. Nie zostało już za dużo ciepłych dni i trawa niedługo straci swoją wartość jako pasza.

Ale im bardziej patrzyliśmy na pastwisko, tym bardziej koni tam nie było. Sprawdziliśmy ogrodzenie zrobione z elektrycznego pastucha. W jednym miejscu słupki były przewrócone, w innym brakowało dobrych kilkudziesięciu metrów linki. Koni ani śladu. W nocy musiały z lasu na łąkę wyjść jelenie i przerwać ogrodzenie. Tropiciel to sprawność, którą zdobyłem w podstawówce - dawno temu, więc nie było łatwo. Grzybiarze mówili nam, że widzieli je w różnych miejscach – raz tu, raz tam. Całą niedzielę spędziliśmy z kolegą jeżdżąc po lesie i okolicznych poligonach na zmianę samochodem i rowerami, sprawdzając różne możliwe miejsca i weryfikując relacje grzybiarzy.

Po drodze spotkaliśmy kolumnę czołgów, która mknęła przez las do swojego obozowiska nad jeziorem. Ziemia drżała od rozpędzonych maszyn, robi wrażenie. Miejsca gdzie czołgi przejeżdżały przez drogę do wsi pilnowało dwóch żołnierzy w jaskrawożółtych kamizelkach. Ale twarze mieli pomalowane w kamuflaż.

Kiedy póżnym popołudniem wróciliśmy do domu, zmęczeni i wkurzeni, zauważyłem konie na łące przed domem....

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Bora czyli fousek
2007-09-29

Pojechałem dzisiaj wyznaczać trzebież i postanowiłem zabrać ze sobą psa. Nie zawsze mogę go zabrać, tylko wtedy kiedy mam takie zajęcie, że jestem w stanie go pilnować. Pilnuje on się zresztą właściwie sam, ale jednak muszę mieć na niego oko. Niby jest nauczony, że jak mu każę siedzieć na miejscu to siedzi, ale kiedy poczuje jakiś wyjątkowo nęcący zapach, to próbuje się powoli w tamtą stronę czołgać, licząc że nie zauważę tego.

Wyszkolenie psa w podstawowym zakresie nie jest trudne. Przekonałem się o tym trzy lata temu, kiedy zdecydowałem się kupić szczeniaka wyżła czeskiego – fouska.

Fouski są psami myśliwskimi, bardzo wszechstronnymi. Można je nauczyć nie tylko wystawiania ptaków (pies pokazuje gdzie są bażanty czy kuropatwy), ale też aportowania kaczek z wody i tropienia grubej zwierzyny (dzika i jelenia). Dodatkowo te właśnie wyżły są bardzo przywiązane do swojego właściciela, dobrze tolerują dzieci i potrafią też pilnować podwórka.

Rasowy szczeniak ma wrodzone zdolności do polowania i pasję myśliwską, ale trzeba go nauczyć zachowania się w domu i współpracy z człowiekiem. Dobrze ułożony w podstawowym zakresie pies zawsze przychodzi na wołanie lub gwizdek, nie skacze na nikogo, potrafi respektować rozkaz „zostań” i siedzieć tam, gdzie mu się każe, nawet bardzo długo. Im lepiej szło mi z uczeniem mojego psa różnych rzeczy, tym bardziej zaczynałem się interesować hodowlą psów, wystawami i ogólnie kynologią. Ponieważ mój wyżeł to suka, pomyślałem, że kiedyś dobrze by było mieć od niej szczeniaki.

Nie wystarczą do tego dwa psy z rodowodem – żeby móc szczeniakom wystawić metryki pochodzenia, zarówno pies jak i suka muszą mieć tzw. uprawnienia hodowlane. W przypadku wyżłów składają się na to tzw. próby polowe, gdzie sprawdzane są wrodzone predyspozycje myśliwskie (m.in. reakcja na strzał, praca w wodzie, praca w polu czyli wystawianie) oraz trzy wystawy (dwie krajowe i co najmniej jedna klubowa lub międzynarodowa). Oczywiście w każdym przypadku wyżeł musi uzyskać określone oceny, które później kwalifikują go jako osobnika hodowlanego.

Trochę dla rozrywki przeszedłem z Borą cały cykl kwalifikacyjny. Przy okazji dowiedziałem się naprawdę dużo o psach i o tym jak z nimi postępować, a także jak z nimi pracować, żeby na polowaniu pomagały a nie przeszkadzały. A dobrze wyszkolony pies jest na polowaniu na wagę złota. Oprócz tego miałem okazję spotkać innych właścicieli czeskich wyżłów. W Polsce ta rasa nie jest bardzo popularna – hoduje się głównie krótkowłose wyżły niemieckie i krótkowłose wyżły weimarskie. Czeskich jest raczej mało.

Hodowanie wyżła to spora odpowiedzialność – nie wyobrażam sobie trzymania takiego psa w bloku w mieście. Musi się codziennie wybiegać i wyszaleć – inaczej leży na dywanie i smętnie daje znać że poszedł by chętnie na dwór (tak zachowuje się moja Bora kiedy czasami spędzamy kilka dni w mieście u rodziny). No i koniecznie trzeba go nauczyć podstaw posłuszeństwa i zachowania. Jeżeli pozwolimy, żeby spał na łóżku czy fotelu, to któregoś dnia może zażądać naszej piżamy – a to jak sądzę byłaby duża przesada. Mi udało się osiągnąć tyle, że nie włazi na kanapę – ale na wszelki wypadek idąc spać zamykam drzwi do tego pokoju …

Za jakieś dwa tygodnie pojawią się małe szczeniaki. Bora codziennie jest grubsza, zjada dwa razy tyle co normalnie i już nie biega tak szybko jak zwykle tylko porusza się raczej powoli. Zastanawiam się ile tych szczeniaków będzie...


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dzień w pracy
2007-09-26

Dzień zacząłem od naprawiania samochodu. Bo wcale nie jest tak, że leśniczy ma samochód służbowy. Przysługuje on tylko straży leśnej. Pozostali muszą sami zapewnić sobie środek transportu, bo na piechotę ani rowerem nie da się pracować w leśnictwie mającym powierzchnię około 2 tysięcy hektarów. Poza tym każdy samochód użytkowany w lesie dosyć szybko ulega degradacji – żaden samochód nie lubi być rozbijany po dziurach i bagnach. No i żaden tego długo nie wytrzyma. Najlepszy jest samochód taki, który w najbardziej podstawowym zakresie można samemu naprawić. Ja dzisiaj postanowiłem zrobić porządek z drzwiami – już prawie żadne się normalnie nie zamykały. Podczas radosnego remontu myślałem ile kosztowałby mnie nowy samochód, oczywiście w sensie „inny”, bo ten najwyraźniej się już kończy i dni jego są policzone. Niemniej chciałbym moment zezłomowania mojego niebieskiego szerszenia odwlec jak najbardziej – mam nadzieję że jeszcze nim trochę pojeżdżę.

Zaraz potem pojechałem do lasu. Po drodze zauważyłem, że wojsko, które u nas w lesie ma swoje drogi, jeździ również „naszymi” – a duży ruch podczas manewrów na poligonie bardzo je niszczy. Potem zajrzałem na powierzchnię, gdzie pilarze robią trzebież wczesną. Niedawno zaczęli, więc skończą dopiero w przyszłym miesiącu. Ale ponieważ dobrze wiedzą co robią, nie muszę ich sprawdzać codziennie – wiem że nie wytną ani za dużo ani za mało, tylko dokładnie tyle ile wyznaczył podleśniczy.

Potem odbierałem drewno stosowe. Pomierzyłem jego ilość (za pomocą taśmy mierzę szerokość i długość stosu), sprawdziłem długość wałków. Potem wprowadziłem wszystkie dane do rejestratora i pojechałem dalej.

Obejrzałem powierzchnię gdzie pan Kazimierz robił czyszczenia. (Czyszczenia to zabieg pielęgnacyjny polegający na zmniejszeniu liczby sadzonek na powierzchni w taki sposób, żeby stworzyć korzystne warunki świetlne dla najlepszych drzewek. Selekcja taka jest niezbędna, ponieważ początkowo sadzi się bardzo dużo sadzonek, a potem stopniowo wybiera najlepsze.) Powierzchnia duża, około 5 hektarów. Rośnie tam bardzo dużo różnych gatunków – dąb, brzoza brodawkowata, jabłoń, grusza, świerk, klon jawor, sosna, lipa, olcha. Musiałem sprawdzić jakość wykonania pracy. Okazało się że większość jest zrobiona dobrze, ale są jeszcze miejsca w których trzeba będzie wprowadzić poprawki.

Dodatkowo zmierzyłem długość wyremontowanego w tym miesiącu płotu. Rozwaliły go jelenie byki – i to już po raz kolejny tej jesieni. Trwa rykowisko jeleni, a moja uprawa najwyraźniej stoi im na jakiejś trasie – często włamują się do środka, za nic mając siatkę. Kiedy już wejdą, walczą ze sobą, przy okazji depcząc moje sadzonki. A przez połamany płot do środka dostała się również klempa z łoszakiem, którą robotnicy zauważyli i wygonili - całe szczęście, że przed remontem!. (Taka samica łosia w płocie to dla uprawy leśnej i leśniczego prawdziwe nieszczęście, bo w ciągu jednej nocy potrafi połamać i ponadgryzać bardzo dużo drzewek.)

Potem jeszcze pognałem do biura, gdzie musiałem oddać meldunek dotyczący pozyskania surowca w leśnictwie. W biurze wszyscy zakatarzeni, każdy siedzi przy komputerze z dużym zapasem chusteczek do nosa. Mam nadzieję że się nie zaraziłem. Na wszelki wypadek łyknąłem herbaty z sokiem z czarnego bzu…

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szklana pułapka
2007-09-24

Urlop się właśnie skończył. Niby dwa tygodnie ale jakoś szybko zleciało. Jutro znowu do pracy. Nie udało mi się wyjechać na dłużej niż kilka dni, bo żeby się ruszyć z domu musiałem poprosić znajomych żeby pomieszkali kilka dni w leśniczówce i zajęli się moimi zwierzakami, które tu zostały. Miałem ambitny plan, że po powrocie zabiorę się do zaległych drobnych prac domowych (ponaprawiam niektóre rzeczy itp.), że zrobię budę dla psa … ale jakoś niegdy jeszcze nie udało mi się wykonać całego planu. Zawsze urlop mija i okazuje się że był co najmniej o połowę za krótki. Moim leśnictwem w międzyczasie opiekował się podleśniczy. Ale od jutra to on idzie na urlop …

Coraz bardziej widać jesień. Odleciały już wszystkie letnie ptaki – zniknęły z ogrodu pliszki i jaskółki. Codziennie słychać przelatujące gęsi i żurawie. Nocą z okna słychać jak ryczą jelenie. Jak się wyjdzie przed dom to jeszcze bardziej słychać. Codziennie rano na łące i w ogrodzie mgła gęsta jak mleko, która koło ósmej znika. Potem wychodzi słońce i cały dzień jest ciepło, ale jak tylko zajdzie robi się zimno.

W domu nastąpiła inwazja myszy – ciągną paskudy z pola i podwórka. Jedną nawet przyniosłem na ramieniu ze stajni kiedy niosłem do domu siodło żeby je naprawić. Brrr…. Zastawiam więc pułapki, bo inaczej zjedzą mi i mąkę, i makaron, i nawet plastikowe worki na śmieci ponadgryzają. W zeszłym roku chciały zrobic gniazdo w kuchennej szufladzie – tej najmniej używanej. Ale teraz postanowiłem się nie dać. Na razie stawiam tradycyjne pułapki – z umiarkowanym sukcesem (udało mi się złapać 2 sztuki). Ale zamówiłem przez internet urządzenie które ma odstraszać gryzonie – nie tylko myszy ale i kuny i łasice. Działa ono na ultradźwięki niesłyszalne dla człowieka – podobno. Zobaczymy. Myszy mają się wyprowadzić – tak twierdzi sprzedawca urządzeń. A kolega opowiedział mi o sposobie w jaki jego babcia łapała myszy – stawiała na blacie szklankę, pod szklankę wkładała kawałek serka czy inną przynetę, podpierała szklankę monetą. Kiedy mysz przeciskała się pod szklanką po smakołyk, potrącała monetę, a sama znajdowała się w szklanej pułapce. (Pozostawało wyjąć mysz ze szklanki …). Na razie liczę dni do nadejścia paczki z odstraszaczem. O efektach dam znać!


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Leśniczy na wyjeździe
2007-09-19

Jechałem na urlop. Specjalnie chciałem ominąć remontowany odcinek drogi i ruszyłem objazdem. Już pomijam fakt, że objazd ten został chyba wytyczony co najmniej dziwnie – trzeba nadłożyć jakieś 40 kilometrów. Lepiej i taniej więc czekać na zielone światło w miejscu gdzie remontują główną trasę – no ale tego nie mogłem wiedzieć wcześniej. Jadę więc wąską drogą między polami. Dopuszczalna prędkość 90 km/h, ale jadę dużo wolniej, bo droga kręta, w samochodzie małe dziecko. Widzę z daleka cmentarz i ludzi wychodzących z niego. Również wyjeżdżających samochodami. Zwalniam jeszcze bardziej. Nagle samochód wyjeżdża z drogi z cmentarza wprost na drogę przede mną – chociaż nie powinien! Hamuję do oporu. Słychać uderzenie. Myślę sobie, że to już koniec mojego właśnie rozpoczętego urlopu. W myślach liczę koszty. Widzę wgniecione tylnie drzwi w samochodzie w który uderzyłem. Samochód ten krąży obecnie po leżącej przy drodze łące i próbuje wyjechać. Wysiadam.

Okazuje się, że „u mnie” nic się nie stało. Nawet zderzak cały. Światła działają, maska otwiera się i zamyka. Z łąki wyjeżdża tamten samochód, kierowca wysiada. Ku mojemu zdumieniu oświadcza, że to ja powinienem zapłacić za uszkodzone drzwi w jego samochodzie. (On wyjechał z drogi podporządkowanej na główną i jego obowiązkiem było upewnić się, że jest ona wolna i może na nią wyjechać. Ja jechałem zgodnie z przepisami, na całe szczęście dużo wolniej niż mogłem. Do całkowitego wytracenia prędkości zabrakło mi około dwóch metrów.) Nie ma sposobu żeby go przekonać. Dzwonię na policję – ale zanim udaje się uzyskać połączenie, widać nadjeżdżający drogą policyjny polonez.

Policjant zatrzymał się i wysłuchał wersji obu stron. (Moją wersję opisałem powyżej – druga brzmiała mniej więcej tak, że pojawiłem się znikąd i jechałem na pewno sto dwadzieścia i że chciałem go zabić. (Gdybym jechał faktycznie 120, to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej i nie wiem czy napisałbym jeszcze cokolwiek na tej stronie) Policjant ocenił sytuację i od razu oświadczył, że według przepisów poszkodowanym jestem ja a sprawcą drugi kierowca. Ponieważ wydawało się że on zupełnie tego nie rozumie, uświadomił mu jeszcze, że może ukarać go mandatem i dołożyć punkty karne. W międzyczasie lunął deszcz i musieliśmy ukryć się w samochodzie policyjnym (polonez ze skórzaną tapicerką – wow!!!). Tu udało się uzyskać salomonowe rozwiązanie całej sytuacji – policjant sporządził notatkę służbową, ja mogłem jechać dalej, a drugi kierowca pogodził się z faktem że wina była po jego stronie i to on musi z własnej kieszeni zapłacić za naprawę drzwi.

Przez resztę trasy zastanawiałem się jak w trakcie wypadku zachowuje się fotelik dziecięcy. Na szczęście uderzenie było na tyle lekkie, że nikomu z nas nic się nie stało, a maluch nawet chyba nie zauważył że działo się coś złego...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Od drzewa do drewna
2007-09-18

Czym się różni drzewo od drewna? Sprawa jest prosta – drzewo jest żywym organizmem. Drzewo rośnie w lesie. A drewno to już surowiec – posortowany, pocięty, poukładany w stosy lub mygły, przygotowany do dalszej przeróbki.

Żeby urosło drzewo, potrzebne jest nasionko – jak w przypadku każdej rośliny. Zbieraniem nasion oraz ich wysiewaniem zajmuje się leśniczy prowadzący szkółkę (ja szkółki nie prowadzę). Ważne jest, żeby sadzonki które wyhoduje miały podobny kod genetyczny do tego, jaki mają drzewa na danym terenie – chodzi o to, żeby np. nad morzem nie sadzić sosny wyhodowanej z nasion zebranych w górach. (Takie drzewo oczywiście urośnie. Ale może okazać się nieodporne na warunki właściwe dla danego terenu.)

Nasiona drzew zbierane są w specjalnych wybranych drzewostanach, które nazywane są albo wyłączonymi drzewostanami nasiennymi (tu np. szyszki zbierają alpiniści wchodząc na drzewa) albo gospodarczymi drzewostanami nasiennymi (zbiera się szyszki z drzew które zostały wycięte.)

Wyhodowane na szkółce sadzonki są następnie na wiosnę – albo jesienią – sadzone na zrębach lub powierzchniach rolnych. Czasem stosuję siew siewnikiem - na powierzchni odnawianej lub wykorzystuję obsiew naturalny.  Odnowienie które powstaje muszę jeszcze ochronić przed zniszczeniami od zwierzyny (sarny, jelenie, zające, łoś). Ja osobiście jako formę ochrony stosuję grodzenie, czyli stawianie płotów. Można jeszcze smarować sadzonki repelentem – preparatem zabezpieczającym je przed zgryzaniem przez zwierzęta (posmarowana sadzonka jest niesmaczna). Posadzone sadzonki sosnowe, świerkowe i brzozowe pielęgnuję przez pierwsze dwa lata. Dębowe pielęgnuje się dłużej i w zupełnie inny sposób.

Pielęgnacja to koszenie i motyczenie chwastów – oczywiście wykonuje to zakład usług leśnych, a nie ja sam. Uporczywe chwasty zwalcza się specjalnym preparatem (Roundup), ale stosuje się to bardzo rzadko. Pielęgnacji każdej uprawy muszę bardzo doglądać – dopóki sadzonki nie osiągną wzrostu wyższego niż okalająca je trawa i chwasty. Kiedy już są większe, radzą sobie same, a dalsze etapy pielęgnacji polegają głównie na przerzedzaniu uprawy i selekcjonowaniu jej w taki sposób, aby pozostawić najbardziej wartościowe egzemplarze. Płot zdejmuje się po około 12 latach, kiedy zwierzyna nie jest w stanie mu zagrozić.


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Planowanie
2007-09-11

Co roku robię plan na rok przyszły – oczywiście opierając się na operacie. Czyli planuję wykonanie zrębów i trzebieży na określonych powierzchniach (na których to wynika z operatu). Oprócz tego muszę przewidzieć tzw. użytki przygodne, czyli np. uporządkowanie lasu po wichurze czy usuwanie posuszu. Planuję też zabiegi z zakresu ochrony lasu oraz hodowli. Ochrona lasu to np. zabezpieczanie młodych upraw przed zgryzaniem przez zwierzynę (np. stawianie płotów ogradzających uprawy, smarowaniem sadzonek repelentami), wywieszanie budek lęgowych, prowadzenie poszukiwań szkodników na powierzchniach próbnych i prognozowanie na tej podstawie ilości szkodników... Hodowla lasu to z kolei pielęgnacja upraw (koszenie chwastów i samosiewów brzozy czy osiki zarastających małe sadzonki), pielęgnacja młodników (przerzedzanie ich w określony dla każdego gatunku sposób, tak aby zostawić jak najlepsze jednostki), odnawianie powierzchni zrębowych (sadzenie lasu tam, gdzie uprzednio został wycięty) itp.

W 2007 mam zaplanowane 17 hektarów pielęgnacji młodników. Do tej pory nie uporałem się z tym zadaniem, ponieważ zabrakło rąk do pracy… Prace w lesie wykonują ludzie zatrudnieni w Zakładzie Usług Leśnych, który podpisuje stosowną umowę z nadleśnictwem. Wyraźnie widać, że ludzi do pracy jest coraz mniej. Tym, którzy są na zasiłkach, „nie opłaca się” pracować za stawkę oferowaną przez ZUL. Ci, którzy byli operatywni, wyjechali do Anglii, Holandii, Hiszpanii, Włoch czy Niemiec. Tak więc znalezienie pracownika do prostych prac leśnych stanowi coraz większy problem – i dopóki stawki nie wzrosną, będzie on coraz większy. (Problem dotyczy nie tego, że Lasy Państwowe płacą mało - kwota za poszczególne usługi jest ustalana w drodze przetargu – ale że pośrednicy, czyli właściciele ZUL, przynajmniej tu w okolicy, bardzo mało płacą swoim pracownikom.)

Niedawno usługowiec stanął na wysokości zadania i przysłał do pracy człowieka. Razem pojechaliśmy na powierzchnię, żeby omówić zakres pracy, sposób wykonania zadania i takie tam….Wszystko oczywiście było dla niego jasne. Mimo to trochę miałem stracha zostawić samego robotnika z siekierą w młodniku, więc jakieś pół godziny razem z panem od siekiery wycinaliśmy drzewka prowadząc „selekcję pozytywną”. Dlaczego? Ponieważ w parę godzin hodowany przez kilkanaście lat młodnik mógłby zostać unicestwiony (w najgorszym przypadku – gdyby pan pomimo zapewnień nie zrozumiał mojego instruktażu). Następnego dnia oczywiście zajrzałem tam z samego rana. Szkolenie okazało się skuteczne. Pan Kazimierz napierał dalej robiąc wszystko zgodnie z zaleceniami. No, prawie wszystko...

(Na zdjęciu widnieje całkiem inny pracownik, który pracuje u mnie w lesie od lat i jak na razie nie zamierza chyba wyjeżdżać.)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Papierologia
2007-09-09

Wszystko co się robi w lesie ma swoje odniesienie w tworzonej równolegle dokumentacji. Leśniczy każdą czynność dokumentuje i potwierdza na specjalnych formularzach. Z tych wszystkich papierów najważniejsze dotyczą pieniędzy oraz ilości drewna jakie jest w lesie wycięte, pomierzone i czekające na wywóz. Leśniczy odpowiada finansowo za stan swojego magazynu – czyli za drewno jakie przyjął na stan do momentu kiedy zostanie ono sprzedane i wyjedzie z lasu. Tak naprawdę to bardzo duża część mojej pracy polega na prowadzeniu magazynu drewna. Kiedy zostanie ono ścięte – według przyjętego wcześniej planu – pracownicy układają je w stosy (drewno średnio- i małowymiarowe) oraz mygły (drewno tartaczne, czyli całe pnie).

Ta technologia już niedługo zostanie zmieniona, bo coraz więcej jest nowoczesnych fabryk, które wymagają surowca o określonej specyfikacji, więc wszystko, nawet drewno tartaczne, będzie cięte w określone długości i układane w stosy. Będą robić to specjalne leśne maszyny, forwardery i harvestery, których pracuje w Polsce już coraz więcej. Jednak koszt takiej maszyny to około 3 miliony PLN, więc nie wszystkie zakłady usług leśnych są w stanie udźwignąć taką inwestycję.

Ale wróćmy do magazynu drewna jaki prowadzi leśniczy. Każdy stos i każdą mygłę ułożoną przez pracowników musi on „odebrać” czyli nabić numer oraz oznakować logiem Lasów Państwowych. Następnie wprowadza do swojego przenośnego komputera – rejestratora – dane dotyczące ilości oraz rodzaju surowca. Od tego momentu przejmuje odpowiedzialność materialną za ten surowiec... A ceny drewna są coraz wyższe!

Następnie kontaktuje się z ustalonymi przez nadleśnictwo odbiorcami i organizuje wywóz surowca z lasu, czyli ustala kto i kiedy po „swoje” drewno przyjedzie. Kiedy wydrukowany zostanie kwit wywozowy, a drewno załadowane na samochód, odpowiedzialność się kończy. Uff...

A żaden samochód z drewnem nie może poruszać się po drogach bez dowodu legalności posiadanego surowca. Jeżeli nie ma dokumentu, oznacza to że drewno jest kradzione. Prawo do skontrolowania takiego samochodu (ale również i fury z gałęziami) ma zarówno policja jak i straż leśna.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Co leśniczy robi w lesie?
2007-09-07

Ponieważ ostatnio dużo się w okolicy działo, nie bardzo miałem czas żeby pisać o rzeczach zawodowych. Ale powoli będę to nadrabiał. Co leśniczy tak naprawdę robi w lesie?

Można powiedzieć, że zależy to od specyfiki leśnictwa. A ona z kolei zależy od struktury wiekowej, składu gatunkowego drzewostanu i powierzchni, czyli lasu w jakim się pracuje. (Oddzielną sprawą są specjalne leśnictwa szkółkowe, gdzie leśniczy zajmuje się tylko produkcją sadzonek i pozyskiwaniem nasion z których dopiero będą sadzonki.)

Ale zacznijmy od początku. Wszystkie tereny leśne, należące do skarbu państwa, są podzielone pomiędzy nadleśnictwami. Każde nadleśnictwo podzielone jest na leśnictwa. Każdym leśnictwem administruje jeden pracownik Służby Leśnej – leśniczy z pomoćą podleśniczego. Oprócz pracowników terenowych w nadleśnictwach są zatrudnieni pracownicy biura i oczywiście kierownictwo tzn nadleśniczy i jego zastępca (oczywiście na poziomie powyżej nadleśnictwa jest jeszcze dyrekcja regionalna oraz dyrekcja generalna.)

Każde leśnictwo z kolei dzieli się na oddziały –  wprowadza to do lasu ład przestrzenny –prace są ograniczone do konkretnego miejsca (które łatwo wskazać na mapie). Hamuje to gospodarkę rabunkową (nie biega się po całym lesie i szuka np. sosen na maszty do żaglowców, tylko realizuje się zadania gospodarcze na określonej powierzchni i w ustalonym zakresie) i pozwala działać według wcześniej wyznaczonego planu.

Taki podział pozwala również na wyodrębnienie całkiem małych powierzchni leśnych (wydzieleń), które są określane w terenie zasadniczo na podstawie wieku i gatunków drzew. Dla tych właśnie wydzieleń ustalane są zadania gospodarcze (np. przerzedzanie kilkunastoletnich zasadzeń – młodników, pielęgnacja upraw – pielenie młodych sadzonek, trzebieże – czyli przerzedzenia drzew w co najmniej dwudziestoletnim lesie, wycinanie zrębów – czyli ścinanie drzew które osiągnęły odpowiedni wiek). Zadania te określane są na każde kolejne 10 lat. Ustalaniem planu zajmuje się tzw. Biuro Urządzania Lasu, a całość zatwierdza Minister Środowiska.

Jak widać rzecz jest prosta. Z góry wszystko jest ustalone i przeliczone. Leśniczy – posiadając niezbędną wiedzę pilnuje realizacji planu urządzeniowego lasu (tzw. operatu).

***
Dziś rano zdarzyła mi się rzecz bardzo ciekawa. Pilnowałem załadunku drewna na samochód wywozowy. Godzina – szósta rano. Wtem – drogą jedzie pan rowerkiem. Na bagażniku – worek. Dodam, że nie widziałem go nigdy jeszcze na oczy, a mieszkam w okolicy już dziesięć lat. Pan z daleka krzyczy „Dzień dobry!”. (On również jak sądzę widział mnie pierwszy raz.) Następnie zaczął pytać, czy on może sobie nazbierać tych gałęzi, co to w zeszłym tygodniu tam skończyli ciąć i na pewno gałęzie leżą. Powiedziałem mu, że i owszem, może sobie wykupić gałęzie – 5 zł za metr przestrzenny (do worka wejdzie ok. ćwierć metra) – dostanie dowód zakupu, czyli asygnatę, i wtedy może je zabierać. Pan twardo mówił, że on jednak nazbiera, bo on tylko dzisiaj i tylko żeby rozpalić w piecu... Mówiąc wprost, miał zamiar po prostu to drewno z lasu ukraść, ale niestety spotkał leśniczego, który mu przeszkodził.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Trochę historii
2007-09-03

W sobotę po południu, na starym zdezelowanym rowerze marki Mercedes przyjechała do leśniczówki Karin Matray - kobieta która urodziła się tutaj w roku 1940, w czasie wojny. Leśniczówka w której mieszkam zawsze była budynkiem państwowym, z tym że zbudowało ją w latach 30. ubiegłego stulecia państwo niemieckie. Leśniczy który w niej zamieszkał nazywał się Walter Neumann. Na zdjęciu widać, że miał samochód i hodował jamniki. Wysłany w czasie wojny na front wschodni, wrócił w latch pięćdziesiątych z niewoli radzieckiej, ale zdrowia fizycznego i psychicznego w pełni nigdy nie odzyskał.

W leśniczówce została żona i trójka małych dzieci. Dla ochrony przydzielono im żołnierza niemieckiego (miał złamaną nogę i nie mógł wrócić na front), a do pomocy dwie rosyjskie dziewczyny (jeńców wojennych). Wojnę jakoś wszyscy przetrwali, ale w 1945 roku, kiedy Armia Czerwona była już w Piszu, rodzina Neumannów - jak prawie wszystkie niemieckie rodziny z terenów pruskich - uciekła do Niemiec.

Karin Matray jest córką leśniczego Neumanna. Od ponad czterdziestu lat mieszka we Francji. Często również przyjeżdża do Polski, zobaczyć dom w którym się urodziła. Znała wszystkich leśników którzy po wojnie mieszkali w leśniczówce z czerwonej cegły w której dzisiaj mieszkam ja. Odwiedza pobliski cmentarz znajdujący się w lesie - są tam groby wielu osób o których opowiadała jej matka. I grób jej brata, który zmarł mając zaledwie kilka dni. Dzisiaj pośród drzew trudno te groby odnaleźć, ale jak się już odnajdzie jeden, to zaraz widać następne. Nadleśnictwo w tym roku inwentaryzuje wszystkie tego typu stare cmentarze - Mają zostać ogrodzone i zabezpieczone.

Z dwóch położonych w pobliżu dwóch dużych wsi dziś istnieją jedynie dwa domy. (To, że te wsie miały po ponad 50 domów wiem ze starych map które Karin przywiozła ze sobą. Większość ruin się już na dobre pozapadała, i tylko kwitnący wiosną bez zdradza miejsca, gdzie kiedyś mieszkali ludzie.) Drogi mają ten sam przebieg. Do dziś administracja leśna posługuje się niemieckimi słupkami oddziałowymi. Mieszkając na terenach dawnych Prus Wschodnich trudno nie spotykać się z historią.

Karin, z którą widziałem się już drugi raz - pierwszą wizytę miałem w zeszłym roku - opowiada co pamięta ze swojego dzieciństwa. Przede wszystkim duży zielony kaflowy piec, który dawał ciepło na parterze. Ja go nie widziałem, prawdopodobnie został rozebrany kilkadziesiąt lat temu w trakcie zakładania kaloryferów i centralnego ogrzewania. Szkoda, dziś mógłby stanowić ładną dekorację. A może nawet bym z niego korzystał, bo piec od centralnego ogrzewania wprawdzie grzeje, ale ciągle mam wrażenie że w domu jest zimno. Karin z dzieciństwa nie pamięta zimna, więc może oryginalny system ogrzewania był lepszy niż współczesny? Największe jej zdumienie budzą drzwi wejściowe - wciąż są oryginalne. Wprawdzie do domu dobudowano ganek, ale wewnętrzne drzwi wciąż są te same - Mocno zużyte, zimą wieje przez nie jak diabli i trzeba zasłaniać kocem. Za to wartość historyczną mają niewątpliwą.

Pytałem, czy wiele jest w Niemczech osób, które chcą odzyskiwać pozostawione tu domy. Karin mówi, że nie. Że ludzie z jej pokolenia, urodzeni w czasie wojny, przyjeżdżają wprawdzie latem na Mazury, ale jest to raczej podróż do krainy dzieciństwa. Na rowerach i samochodami odwiedzają stare kąty, ale nikt z nich nie myśli o powrocie. Za to ich dzieci Mają własne życie, a Polska wydaje im się krajem bardzo odległym. Oczywiście jest to jej opinia, którą trudno zweryfikować. Opinia starej kobiety, która co roku przyjeżdża na Mazury popływać kajakiem po Krutyni. Ma ponad sześćdziesiąt lat, ale sama przejeżdża na rowerze pięćdziesiąt kilometrów dziennie po mazurskich drogach i mówi że nie jest zmęczona, tylko boi się tirów.

Jest jeszcze jedna zagadka - żona leśniczego Neumanna uciekając przed Armią Czerwoną zakopała w ogrodzie rzeczy, których nie zabrała ze sobą. Były to naczynia, zastawa stołowa, tego typu rzeczy. Karin mówi, że po wojnie przyjeżdżały tu z matką, ale otoczenie leśniczówki zmieniło się na tyle, że jej mama nie potrafiła znaleźć miejsca gdzie zakopała skrzynię. Pewnie leży ona w ziemi do dzisiaj, a co w niej jest - nie wiadomo...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface