| Krzyżodziób z zamrażarki | | 2007-11-29 | Dzisiaj bardzo ucieszyła mnie wiadomość od znajomego ornitologa. Jest to mój kolega ze studiów. Zawsze, kiedy do mnie przyjeżdża, całymi dniami chodzi z lornetką po okolicy, a potem opowiada, co widział. Ja często proszę go o identyfikację ptaków na zdjęciach – czasami robię zdjęcia, ale nie potrafię precyzyjnie określić gatunku mimo dobrego atlasu. (Zdarza się, że różnica jest bardzo subtelna, jak np. między sikorą ubogą a czarnogłówką, gdzie o różnicy decyduje kilka piórek, które dokładnie można obejrzeć dopiero jak się trzyma ptaka w ręku.) Kiedy ostatnio był u mnie, dałem mu zamrożonego krzyżodzioba świerkowego, którego znalazłem kiedyś pod oknem.
Dziś napisał mi, że ptaka przekazał do Zakładu Zoologii Leśnej i Łowiectwa w Katedrze Ochrony Lasu i Ekologii SGGW. Bardzo dziękowali za dostarczenie okazu w idealnym stanie zachowania i pięknej szacie przejściowej – ptak był młodym samcem, który właśnie zmieniał kolory na „dorosłe”. Mój krzyżodziób będzie więc służył do celów dydaktycznych! (Oczywiście po spreparowaniu.)
A jak trafił do zamrażarki? Któregoś dnia na wiosnę znalazłem go pod oknem. Podniosłem. Ptak nie żył, ale był jeszcze ciepły. Nie miał żadnych widocznych obrażeń, krwi czy złamań. Na pewno więc nie dopadł go pies ani kot. Ponieważ to okaz dość rzadki, zadzwoniłem do tego kolegi i zapytałem, czy jest zainteresowany ciałem ptaka. Poprosił, żeby ptaka zamrozić. Zamroziłem.
Kiedy przyjechał i po kilku dniach wybierał się do domu, przypomniałem sobie o tym „prezencie”. Kolega zachwycony wpakował pudełko z ptakiem do plecaka. Pytałem, co mogło się stać, że martwy ptak spadł pod moim oknem? Podobno mógł widzieć odbicie nieba w szybie okiennej i tam chciał dolecieć. W rezultacie zderzył się niestety z szybą. Ale dzięki temu nauka zyskała cenny eksponat… Szkoda tylko, że nie zrobiłem mu zdjęcia. | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Psi rodowód | | 2007-11-28 |
Wczoraj nasze
wyżły miały przegląd hodowlany. Przyjechał umówiony wcześniej przedstawiciel
związku kynologicznego którego jestem członkiem żeby obejrzeć szczeniaki,
sprawdzić ich kondycję, zrobić tatuaże i wydać im metryki. Powiedział, że maluchy
są duże i w świetnej kondycji. Przy tatuowaniu ucho jest nakłuwane specjalną
maszynką z numerem, a potem smarowane specjalną farbą która zabarwia nakłute
miejsca na trwałe. Suka krążyła dookoła zaniepokojona, wzbudzając dodatkowy
niepokój u tatuującego, który nie wierzył moim zapewnieniom, że raczej go nie
ugryzie …
Co oznacza
„rasowy” pies? Jest to pies z rodowodem, czyli udokumentowanym do kilku pokoleń
wstecz pochodzeniem. (Tym samym kupując wyżła mamy gwarancję, że nie okaże się
krzyżówką setera z wilczurem.) Rodowód wystawia się psu na podstawie metryki, w
której jest wymienione jego pochodzenie oraz hodowla w której się urodził.
Jeżeli kupujemy
np. sukę z metryką, i chcemy kiedyś mieć od niej szczeniaki które również będą
rodowodowe, musimy spełnić kilka warunków. Najpierw wyrobić jej rodowód.
Później, w przypadku psów myśliwskich, pokazać na trzech wystawach (sędziowie
oceniają budowę psa, jego zachowanie, uzębienie, zgodność z wzorcem rasy – tzw.
cechy eksterierowe) oraz sprawdzić na próbach polowych (tu sprawdza się
predyspozycje myśliwskie – chęć pracy w wodzie, węch, reakcję na strzał). Dzięki
temu eliminuje się z dalszej hodowli osobniki z nieprawidłową budową, wadami
zgryzu, lękliwe itp.
Jeżeli oceny z
wystaw i prób będą odpowiednio wysokie, suka otrzymuje uprawnienia hodowlane.
Pies, którym chcemy ją kryć, musi mieć też uprawnienia reproduktora (czyli
również wysokie oceny z prób polowych i wystaw). Później wypełnia się tzw.
kartę krycia, a po urodzeniu szczeniąt kartę miotu, na podstawie której po
przeglądzie maluchy dostają metryki. Te dokumenty składa się w związku
kynologicznym.
Dlatego jeżeli
ktoś nam proponuje „rodowodowe” szczeniaki, a nie mają metryk i nie pochodzą od
rodziców posiadających uprawnienia hodowlane, to nie ma racji.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Latający goście | | 2007-11-25 |  Co roku zdarza się, że do domu coś wleci. Zagubione wiosną młode sikorki i inne drobiazgi nie budzą już niczyich emocji – trudno je tylko wygonić, bo wystraszone obijają się o wszystko w pokoju, ale w końcu znajdują drogę na zewnątrz. Sikorki wpadają często do domu, zwabione widokiem muchy po drugiej stronie szyby. Przecież każda mucha to potencjalna przekąska. (Zdecydowanie przeszkadzają im kaktusy – kiedyś sikorka, która wleciała do pokoju, chciała chwilkę odpocząć, ale niefartownie wybrała właśnie kaktus rosnący w doniczce. Najpierw zdziwiona podniosła do góry jedną nóżkę, a potem z wyraźną dezaprobatą zerwała się do lotu – kto to widział, żeby kwiatki kłuły w nogi???!!!)
Oprócz sikorek łapałem już w pokoju nietoperza (kilka razy) oraz puszczyka.
Puszczyk, który złożył mi niedawno niespodziewaną wizytę, robił na górze tyle hałasu, że byłem przekonany, że znalazło się tam jakieś duże zwierzę. Moje zdumienie było ogromne, kiedy wszedłem do pokoju i zobaczyłem wielkie oczy, wielkie pazury i trochę szarego puchu. Puszczyk, próbując się wydostać z pomieszczenia, trochę musiał się poobijać, bo udało mi się w końcu wziąć go w ręce (gdyby nie był już bardzo zmęczony, raczej byłoby to niemożliwe). Zdziwiony byłem bardzo – trzymałem w rękach stworzenie, którego rzeczywisty rozmiar był porównywalny z rozmiarami większego telefonu komórkowego, podczas gdy z wyglądu wydawało się, że ptak jest kilka razy większy. Wystawiony za okno gość bezszelestnie odfrunął w noc. Potem czasami odzywał się gdzieś z okolicznych drzew. Musi mieszkać gdzieś blisko. | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Polowanie na mazurki | | 2007-11-20 | Wracając z lasu, zauważyłem koło domu stadko nieznanych mi ptaków. Mogły to być mazurki, bo jak mówił mój kolega ornitolog, który był u mnie przez weekend, słychać je w okolicy. Poszedłem więc do domu po aparat, wyszedłem przed drzwi i… nie tylko usłyszałem serię strzałów z kilkudziesięciu karabinów, ale jeszcze zobaczyłem ogień z wybuchającego niedaleko domu ładunku. Powtórzyło się to jakieś dwa lub trzy razy.
Mieszkam na poligonie saperskim, to fakt. Zdarzają się tu intensywne ćwiczenia, w wyniku których w oknach drżą szyby, a na suficie i ścianach pojawiają się rysy. Ale jak tylko wojsko kończy „wojnę”, to szybko o tym zapominam – takie ćwiczenia trwają nie dłużej niż kilka dni. Ale czegoś takiego jak tu mieszkam, czyli od 10 lat, jeszcze nie widziałem. Mam nadzieję, że nie była to ostra amunicja. Ale ciekawe, dlaczego strzelanie było prowadzone tak blisko leśniczówki?
Mazurki, które chciałem sfotografować, oczywiście uciekły, a zdjęć „wojennych” nie zrobiłem, bo byłem tak zaskoczony sytuacją, że zapomniałem, że mam w ręku aparat.
Banda wyżłów rośnie w oczach. Kasza już im nie wystarcza. Na szczęście są już na tyle duże, że mogą jeść zwykłe „psie” jedzenie, czyli ryż z mięsem. Karmię je co najmniej cztery razy dziennie. Widać już powoli, jakie mają charaktery, które są odważniejsze, które groźnie szczekają, a które umieją najlepiej kombinować, żeby znaleźć się zawsze jak najbliżej miski.
Kiedy kupuje się psa, warto go poobserwować w grupie z innymi – wtedy można sporo powiedzieć o jego cechach w porównaniu z resztą szczeniaków i wybrać sobie tego, którego charakter najbardziej nam odpowiada. Ponieważ dałem ogłoszenia, że mam do sprzedania szczeniaki, dzwoni sporo osób nimi zainteresowanych. Ale jak dotąd tylko jeden myśliwy zapytał, czy zanim kupi psa, może przyjechać wcześniej i przyjrzeć się wszystkim. | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Jelenie i zimowa aura | | 2007-11-16 |  Dzisiaj idąc przez las, widziałem pod rozłożystym świerkiem legowisko jeleni. Było tam pięć miejsc dobrze wyleżanych w mchu. Dookoła śnieg, a pod okapem świerku sucho. Wyglądało na to, że je spłoszyłem, bo ślady były świeże. Szedłem potem jakiś czas ich tropem i widziałem tę chmarę kilka razy.
Jelenie na otwarte przestrzenie, jak pola i łąki, najczęściej wychodzą o zmierzchu. Dzisiaj koło domu widziałem je około szesnastej, na łące za leśniczówką. Ale były to inne jelenie niż te, które tropiłem w dzień.
Na łąkach i polach szukają traw i ozimych zbóż. Jeżeli żerują nocą w lesie, to np. na skrajach dróg, małych polankach, w młodnikach. Zgryzają pędy krzewów, sadzonki na uprawach, spałują (ogryzają) ścięte kłody drewna. Zimą specjalnie dla nich ścina się osiki, z których chętnie ogryzają korę.
Z reguły również pod koniec czwartego kwartału, czyli w grudniu, wykonuje się czyszczenia późne w sosnowych młodnikach (jeżeli w danym leśnictwie są one akurat w odpowiednim wieku). Zwykle nie pozyskuje się wtedy drewna, tylko przerzedza drzewka, a ścięte pozostawia na ziemi. To dla jeleni cenna baza pokarmowa. Normalnie młodnik, który nie jest już chroniony płotem, jest poza zasięgiem pyska – młoda, miękka kora stanowiąca przysmak jest za wysoko, a ta niżej jest już za twarda. Dlatego ścięte drzewka cieszą się dużym powodzeniem, i jeżeli jest ich sporo, jelenie nie szukają innego pokarmu i nie szturmują płotów, gdzie rosną o wiele niższe sadzonki.
Piszę o zimie i śniegu, bo u mnie od czterech dni pogoda już grudniowa. Śniegu jest ok. 10 cm. Kiedy rano jestem w lesie, widzę mnóstwo świeżych śladów. Tak naprawdę to najłatwiej właśnie chodząc zimą po lesie, zobaczyć, ile żyje tu zwierząt. | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Noc w lesie | | 2007-11-13 |  Las w nocy wcale nie śpi. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie – zwiększa się nawet aktywność zwierząt, które w dzień zajmują swoje schronienia, a nocą żerują.
Typowym zwierzęciem, które prowadzi taki tryb życia, jest na przykład zając. Jeżeli w dzień spotkamy na polu zająca, to nie oznacza, że właśnie tam żerował, ale że spał gdzieś przyczajony w swojej kotlince.
Podobnie zachowują się dziki, które w dzień jest bardzo trudno zobaczyć. Przebywają wtedy w swoim barłogu, a nocą wychodzą w poszukiwaniu jedzenia, i są w stanie pokonać nawet kilkadziesiąt kilometrów odwiedzając różne miejsca. Włóczą się najczęściej całą watahą – rodziną składającą się z matki (lochy) oraz jej potomstwa w różnym wieku. Locha prowadzi małe, tegoroczne warchlaki oraz zeszłoroczne potomstwo – przelatki. Jedna wataha to kilkoro zwierząt, a jeżeli w watażce są dwie lub więcej prowadzące lochy, to może liczyć nawet około 30 sztuk! Watah nie jest łatwo zobaczyć, można za to je usłyszeć – bez problemu, bo hałasują. Można się do nich zbliżyć, idąc za nimi, na końcu, byle pod wiatr i po cichu.
Dziki często żerują w tych samych miejscach i powracają tam, gdzie jest dużo jedzenia, np. na pole z ziemniakami czy kukurydzą. Nad ranem wracają do barłogu. Zdarza się, że dziki nie mają swojego barłogu w lesie, jeżeli mają pod dostatkiem żywności i zapewnione poczucie bezpieczeństwa – na przykład jeżeli wataha dzików wejdzie w kilkudziesięciohektarowe pole zarośnięte kukurydzą, to dopóki kukurydza nie zostanie skoszona, dziki z niej nie wychodzą, bo i po co.
Najłatwiej w nocy spotkać chyba jeża. Kiedyś siedziałem przy ognisku z psem, który od czasu do czasu przeszukiwał okoliczne zarośla. Nagle zaczął zajadle szczekać. Kiedy podszedłem zobaczyć, kogo tam napastuje, okazało się, że próbuje wziąć do pyska kolczastą kulę, ale oczywiście bezskutecznie. Ponieważ był to jeszcze mały szczeniak, długo musiałem mu tłumaczyć, że polowanie na jeże mnie nie interesuje i żeby go zostawił w spokoju.
Nocą las wygląda zupełnie inaczej – jeszcze o tym napiszę. | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Łaciata czereda | | 2007-11-09 |
Moje stado wyżłów skończyło
właśnie miesiąc. Rosną jak na drożdżach. Dwa tygodnie temu zdecydowałem, że
trzeba je eksmitować z domu. Po pierwsze dlatego, że robiły się coraz
ruchliwsze i zaczynały wychodzić z koszyka. Po drugie dlatego, że te, które
wyszły, wędrowały po kuchni, piszcząc, a suka uważała, że skoro są w zasięgu
jej wzroku, to nie ma powodu do niepokoju. Tak więc co jakiś czas, w nocy też,
trzeba było je zbierać i pakować z powrotem do kosza. (Dodam, że były jeszcze
ślepe. Gdyby były tak aktywne jak teraz, rozpełzłyby się po całym domu i
pozbieranie ich wszystkich zajmowałoby znacznie więcej czasu.) Trzeci powód
wyprowadzenia psiaków na dwór był taki, że było jeszcze względnie ciepło na
zewnątrz i miały szansę się przyzwyczaić do stopniowego ochładzania się pogody.
Gdyby je wynieść zimą nagle na dwór, nie zdążyłyby się zahartować.
Zrobiłem im budę. Dużą. Z
podwójnymi ściankami ocieplonymi styropianem. Na dachu – wełna mineralna. Pełen
luksus. Postawiłem ją w stodole – żeby miały jeszcze cieplej. Włożyłem psiaki
do środka, a suce kazałem do nich wejść. Zdziwiona (nigdy wcześniej nie
mieszkała w budzie) stała nad nimi i patrzyła na mnie pytająco. Pojechałem do
pracy. A kiedy wróciłem, wszystkie pieski zastałem przeniesione do gniazda
zrobionego pomiędzy belami siana. Ciekawe, że w domu nie chciała ich przynieść
spod stołu do koszyka, a teraz przeniosła wszystkie i to spory kawałek. Tak
więc banda mieszka w stodole i ma
się coraz lepiej – psiaki rosną i zaczynają już się bawić między sobą,
szczekają i warczą.
Od zeszłego tygodnia zaczęliśmy je dokarmiać kozim mlekiem z kaszą manną. W naturalnych warunkach nie byłoby
szans, żeby wszystkie 10 przeżyło – suka nie dałaby rady ich wykarmić. Ale i
tak chodziła smętna i miała tak podrapane sutki, że trzeba ją było ratować.
Pomogło najpierw oklejenie psiakom przednich łapek papierową taśmą malarską, a
po dwóch dniach przycięcie pazurków. Niedługo wyrosną im pierwsze zęby i będą
mogły dostać do gryzienia kość, a oprócz kaszy z mlekiem specjalną suchą karmę
i mielone mięso. Chwilowo więcej w domu gotujemy dla psów niż dla ludzi, bo
suka dostaje jedzenie cztery razy dziennie, szczeniaki trzy razy, a obiad dla
nas przy tym to małe miki.
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Płochliwy koń i zabłąkany rykoszet | | 2007-11-07 |  Ponieważ pojawił się kot, nie zdziwiłem się ani trochę, kiedy wczoraj wieczorem zaczął padać śnieg. Do południa wprawdzie stopniał, ale pierwszy znak zimy był.
Konna przejażdżka
Ale do rzeczy. Kilka dni temu wybrałem się po pracy na konną przejażdżkę. Koń jest młody i nie do końca ujeżdżony, dlatego muszę jak najczęściej na niego wsiadać, żeby uczyć go współpracy z jeźdźcem. Kiedyś bał się nawet spadających z drzewa liści. Teraz jest już mniej płochliwy, ale w siodle muszę bardzo uważać. Wybraliśmy się na pobliski poligon saperski. Po drodze zauważyłem żerującą w trawach sarnę. Koń zauważył ją chwilę wcześniej, i już zbierał się do „lotu”, bo wystające z traw sarnie uszy wydały mu się najstraszniejsze na świecie. Udało mi się przywołać go do porządku. Sarna uciekła. Przez poligon pojechałem na poletko łowieckie, żeby zobaczyć, czy przychodzi tam zwierzyna, i jaka. Potem jeszcze sprawdziłem, dokąd prowadzi jedna droga, którą często mijam samochodem i zawsze chciałem w nią wjechać, ale nigdy nie było okazji. Kiedy wracałem do domu, ze stajni słychać było coraz głośniej rżenie drugiego konia, który został sam i wołał kolegę.
Wypadek na poligonie
Następnego dnia pojechałem do biura nadleśnictwa, gdzie w swojej „skrzynce” na informacje urzędowe znalazłem pismo, którego lektura mnie zmroziła. Otóż pracujący na poligonie na zlecenie armii geodeta został ranny w szyję. Nie słyszał ani nie poczuł kuli, która go zraniła. Myślał, że coś go ugryzło i po skończonej pracy poszedł do przychodni opatrzyć ranę. Okazało się, że w jego szyi tkwi kula karabinowa… Miał chłop niebywałe szczęście i jedną szansę na milion, że kula weszła w taki a nie inny sposób i utkwiła pod językiem, a on to wszystko przeżył. Pechowy geodeta nie zgłosił w komendzie poligonu, że jedzie robić pomiary, a w pobliżu prowadzono strzelania z ostrej amunicji.
Ponieważ na poligonie manewry są prawie cały czas, mieszkańcy okolicy już się do tego przyzwyczaili. Nawet moje konie nie reagują na odgłos strzału, choć widok czołgu trochę je jeszcze przeraża. Zagrożenie wypadkiem jest jednak całkiem realne. Od teraz, żeby wejść lub wjechać na poligon (co często muszę robić w celach służbowych), trzeba zgłosić się do oficera dyżurnego. Tak samo trzeba zgłosić wyjazd z poligonu. No i cały czas nosić jaskrawą, widoczną z daleka kamizelkę. Ale lepsze to niż zabłąkany rykoszet…
Jak widać, zbieranie grzybów na poligonie może być zajęciem śmiertelnie niebezpiecznym – naprawdę nie warto ryzykować. Przy wszystkich drogach prowadzących na poligon stoją tablice ostrzegawcze – nie ignorujmy ich. | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Koci barometr | | 2007-11-05 | |
W moim przydomowym zwierzyńcu, na który składają się dwa konie, osiem kóz oraz 10 małych wyżłów i jeden duży, na przychodne pojawia się również kot. Pierwszy raz zauważyłem go chyba rok temu, jesienią. Po prostu przyszedł z lasu i jakby nigdy nic zaczął łapać myszy. Wiosną zniknął bez śladu. Kilka dni temu zauważyłem, że znów przyszedł – siedzi na strychu stajni i czuje się jak u siebie. To nieduży, szaro-biały kotek (a może kotka). Wygląda na „domowego”, ale musi mieszkać w lesie, bo w promieniu kilku kilometrów od mojej leśniczówki nie ma innego domu.
Kot ten działa jak barometr. Poprzedniej zimy wyglądało to tak: kiedy temperatura rośnie i utrzymuje się powyżej zera, kot znika. Pojawia się za to na kilka godzin przed opadami śniegu lub nadejściem silnego mrozu. Jest lepszy niż najlepszy meteorolog – prognozuje precyzyjnie, z wyprzedzeniem 12-godzinnym. No i oprócz pełnienia funkcji barometru eliminuje myszy, których jest zatrzęsienie (w domu złapało się ich w pułapki ponad 10, w stajni i stodole trudno określić, ile ich jest).
Kot ma swoje metody na przetrwanie, które wprawiły nas w ogromne zdumienie. Co zrobił, kiedy pies go zaskoczył i zaczął obwąchiwać? (Byłem pewien, że skończy się poharatanym psim nosem albo rozszarpaniem kota na strzępy.) Otóż kot zaczął się do psa łasić… Suka zdębiała, nie wytrzymała tego nerwowo i uciekła. Oczywiście nadal goni kota, ale jeżeli uda jej się go dogonić, kończy się na obwąchaniu i nie ma żadnych dramatów. Najwyraźniej jest to obustronna zabawa, w której chodzi głównie o to, żeby sobie pobiegać… | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Leśne cmentarze | | 2007-11-01 |  Sporo jest w lesie starych grobów. W okolicy leśniczówki były kiedyś dwie duże wsie – każda licząca po około 50 domów, co wiem ze starych niemieckich map. Pozostały po nich ruiny przy drodze, a w lesie cmentarze, które kiedyś były położone po prostu za wsią. Na większości grobów nie można już odczytać żadnych napisów.
U siebie w leśnictwie mam jeden ciekawy. Mówię o nim „Wiśniewski”. Jest to grób królewskiego strzelca Kristiana Kirschnera. Znalazłem go przypadkiem, kamienna tablica była całkiem porośnięta mchem. Kiedyś postanowiliśmy go z żoną wyczyścić, i wtedy okazało się, że grób pana Wiśniewskiego to jeden z najstarszych w okolicy – Kirschner urodził się 1 stycznia 1787 r., a zmarł 3 kwietnia 1853. Dziś grób jest w środku młodego, 40-letniego lasu. Ale w kwietniu 1853 był tam niechybnie stary las, w którym Wiśniewski chciał, żeby pochowano go pod jakimś starym drzewem...
Ostatnio przypadkiem natrafiłem na kolejne dwa groby, ogrodzone niskim drewnianym płotkiem. Niestety nie ma przy nich żadnej tablicy, brakuje też krzyża, po którym został tylko postument. Nie wiem więc, kto tam leży. Ale wiem, że kiedyś odwiedzał te groby pewien starszy pan z Niemiec – dawny mieszkaniec pobliskiej, nieistniejącej już wioski.
Wszystkie leśne groby na terenie naszego nadleśnictwa są zinwentaryzowane i będą ogrodzone, żeby nie przepadły. W końcu to historia tych terenów. | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz |
|
|