Marzec zakończony. W tym miesiącu pozyskałem dużo surowca drzewnego, ponieważ zakończyłem jeden z przewidzianych na ten rok zrębów. (Od początku roku pozyskałem około 2000 metrów sześciennych.) Jestem z tego powodu bardzo zadowolony – były to bardzo cenne sortymenty, które udało się wyciąć i sprzedać w optymalnym okresie, gdy surowiec był zakonserwowany przez niskie temperatury. Została mi jeszcze jedna pozycja zrębowa, ale w porównaniu z tym co już wyciąłem to już pikuś.
Zdarza się bowiem, że ścięte drewno leży w lesie i czeka na klienta. Im jest cieplej, tym szybciej ulega deprecjacji (sinieje). Takie zasiniałe nadaje się co najwyżej na wałki do papierni - papierówkę. Na szczęście to co już wyciąłem i wywiozłem to były najlepszej jakości kłody tartaczne. Teraz będzie grana papierówka z trzebieży.
Wiosna za pasem. Przyleciały bociany, cietrzewie na poligonie odbywają tokowisko. Mam wrażenie, że nastąpiło to wszystko bardzo szybko i jak na razie bez powrotów zimy. W lesie w zasadzie już nie ma śniegu, tylko w jakichś ocienionych miejscach albo na bagiennych siedliskach gdzie rosną wierzby a w runie jest dużo mchów można by jeszcze znaleźć śnieg i lód. (Fakt, że lód jest też u mnie pod stodołą to nic nadzwyczajnego, zawsze leży tam do maja. Taki mam podwórkowy mikroklimat). Niestety ruszyły też kleszcze, jest ich zatrzęsienie.
Może u Was coś fajnego dzieje się tej wiosny? Może ktoś już widział żaby moczarowe w godowych barwach? Może macie ich foty?
Dzisiaj porządkowałem w kancelarii
dokumenty. Żeby zrobić sobie przerwę, wyszedłem na łąkę. A tam – ruch jak
wiosną (chwilowo było tylko minus dwanaście). Na zdjęciach widać rodzinę łosi –
klempa wyprowadziła łoszaki na żer pędowy. Zauważyłem też żerowisko zająca, który
też coś sobie spod śniegu wykopał …
Historia jest taka, że zepsuł mi się
samochód. Nie pierwszy raz, ale wygląda na to, że tym razem to nie żarty. Mam nadzieję
– odpukać – że się mylę i skończy się jak zawsze, na jakiejś drobnej naprawie
którą będę w stanie wykonać sam. Oczywiście jak zmobilizuję najpierw pilarzy z
traktorem, którzy przyciągną mi mojego „szerszenia” na podwórko.
Że samochód się zepsuł, to jeden
pech. Konsekwencja awarii była też taka, że trzeba było z buta ruszać do domu,
a to kawałek drogi. Szedłem więc raźno przez las, a pies myszkował po okolicy. W
pewnym momencie zobaczyłem, jak pies pędzi w moim kierunku, a jakieś dwa metry za
nim równie szybko porusza się tęgi dzik … Kaban miał z osiemdziesiąt
kilogramów.
Było to, przyznaje, trochę
zaskakujące … Oczywiście dzik, kiedy mnie tylko zauważył, skręcił do lasu i
tyle go widziałem. Oglądałem zresztą potem znajdujące się w pobliżu miejsca
świeżo pobuchtowane przez dziki – musiały tam niedawno szukać pod śniegiem pokarmu,
pies je spłoszył, a jeden postanowił dać burkowi nauczkę. W głębokim, kopnym śniegu
miał naprawdę spore szanse.
Przyznam, że zanim dzik skręcił
do lasu, przez chwilę zupełnie na serio pomyślałem o jakimś drzewie na które
dałoby się szybko wejść. Stałem przecież w lesie, więc wiedziałem, że jest ich
w okolicy trochę… Nie rozglądałem się wprawdzie nerwowo, ale adrenalina jakaś
się jednak pojawiła.
Słyszałem też inną historię -
ktoś opowiadał, że był w podobnej sytuacji, tyle, że zamiast dzika za psem
podążał… wilk. Wilk również po zobaczeniu człowieka zrezygnował z potencjalnej
kolacji, ale adrenalina niewątpliwie była dużo wyższa.
Tak więc od pierwszego stycznia w
ramach reorganizacji w Lasach Państwowych moje leśnictwo automatycznie się powiększyło.
Na początku miesiąca protokolarnie przejąłem oddziały z sąsiedniego leśnictwa
co daje mi teraz w sumie 1300 ha powierzchni. Nie jest to jeszcze być może docelowa
wielkość obszaru, bo według dyrekcji średnia powierzchnia powinna wynosić około
1600 ha przy dwuosobowej obsadzie – leśniczy plus podleśniczy – w zależności od
prognozowanego rozmiaru prac. No właśnie. Kiedy przyjrzałem się dokumentacji Biura
Urządzania Lasu (aktualnie obowiązujący mnie plan urządzania lasu na lata 2010-2019)
to okazuje się, że rozmiar pozyskania wykracza daleko poza „normę”, ustaloną na
6-7 tysięcy metrów w leśnictwie o 1600 ha powierzchni. Wychodzi na to, że w
przeciągu najbliższych dziesięciu lat ze wszystkich zrębów mam do pozyskania
ponad 70 tysięcy metrów sześciennych drewna. Jak można łatwo obliczyć, na jeden
rok przypada siedem tysięcy metrów na dwudziestu hektarach zrębu (czyli normę w
pozyskaniu surowca wyrobię na pewno). Ale trzeba dodać jeszcze zabiegi
pielęgnacyjne (trzebieże wczesne i późne) na kolejnych sześciuset hektarach, gdzie
moim zdaniem wyjdzie około 2500-3000 metrów rocznie. Czyli na dziesięć lat mam
około stu tysięcy metrów do zrobienia – naprawdę dużo.
(Kiedy przyszedłem do pracy,
leśnictwa były o wiele większe – ja dostałem na początek powierzchnię 2200 ha. Muszę
przyznać, że gospodarka na takim terenie była trudna, a zakres prac ogromny, co
przyznawali wszyscy leśnicy. Później powierzchnie leśnictw znacznie
zmniejszono, a teraz się znów powiększa – każda władza ma swoją koncepcję
rozwoju firmy.)
Przy pozyskaniu rzędu 10 tysięcy
metrów rocznie sama ewidencja drewna i logistyka jego dystrybucji oraz „papierologia”
z tym związana to sporo pracy. Obawiam się, że na obserwację przyrody oraz pracę
koncepcyjną np. nad odnowieniami naturalnymi może być krótko z czasem. Wtedy zaczyna
się wszystko robić sztampowo według schematów. Mam nadzieję, że zdrowie
leśniczemu będzie dopisywało.
No, zima przyszła na całego. Mróz
rano i wieczorem dochodzi do minus szesnastu stopni, w dzień spada do jakichś
dziesięciu. Dzisiaj jeszcze sakramencko wiało, więc wrażenia były jakby było
dużo zimniej. Mnie to nie zaskoczyło, zima jak zima – ma prawo być chłodno. Mam
nadzieję, że przy okazji wymrozi wszystkie grypy.
Przewoźnicy nie mają teraz łatwo –
w borze trudne warunki, a na wszystko potrzeba więcej czasu niż normalnie. Wczoraj
kilka samochodów nocowało w lesie – kierowcy czekali na dodatkowe przyczepy
które spóźniały się z powodu zimowej aury. Ponieważ ładować się mieli u mnie,
powiedziałem że spać mogą w leśniczówce, ale uznali, że są twardzi – wiadomo,
górale. Tylko ich szef stwierdził, że woli spać w normalnych warunkach i przyjął
zaproszenie. Patrząc rano na termometr za oknem wiedzieliśmy, że chłopaki w
samochodach mieli raczej ciężką nockę. No ale cóż – wybór był.
Pomimo tego, że z pieca
centralnego ogrzewania bucha żar, w domu raczej rześko. W ramach zimowego wyposażenia
mieszkanka w jednym pokoju zakleiłem grubą folią „bąbelkową” okna. Jakież było
zdziwienie, gdy po przyklejeniu folii do futryny folia wydęła się jak żagiel …i
poodrywało się „mocowanie” na plastry (trochę widać na zdjęciu.) Mam nadzieję,
że patent po modyfikacji okaże się skuteczny. Ma pewne estetyczne braki, ale
cóż, w tej temperaturze nawet żona przestała się upierać.
Za tydzień wigilia Bożego
Narodzenia. Dzisiaj w Nadleśnictwie było z tej okazji uroczyste spotkanie wszystkich
pracowników. Pewnie było fajnie. Mnie się nie udało dotrzeć, ale tak to już
jest jak się pozyskuje tysiąc metrów surowca w ciągu miesiąca i wywóz idzie
pełną parą.
Za kilka dni, jeżeli mróz będzie
trzymał, już go nie będziemy tak intensywnie odczuwać – po prostu się przyzwyczaimy.
Najgorsze pierwsze dni. Ale dobrze, że wreszcie jest normalna zima. Tak jak powinno
być.
Wygląda na to, że w tym miesiącu
pobiję tegoroczny rekord pozyskania surowca. Ponad tysiąc metrów wyjdzie na
pewno. Uda się to częściowo dzięki urzycia maszyny, czyli harwestera – a dokładniej
zespołu ścinkowo-zrywkowego harwester plus forwarder. (Harwester ścina, a
forwarder zrywa ścięte drewno, wywozi do głównej drogi i układa w stosy.) Jak już
kiedyś pisałem, wydajność takich urządzeń jest ogromna. Niestety pomimo bardzo fajnej
opcji w harwesterze - pomiar wyciętego drewna - to i tak jeszcze trzeba
wszystko pomierzyć „ręcznie”. Taka procedura.
Zima to świetny okres do wycinki
drzew – nie ma sinizny, surowiec nie ulega deprecjacji (nie pogarsza się jego jakość)
a drogi zamarznięte i twarde, więc ich stanu żaden, najcięższy nawet sprzęt nie
pogorszy. Wygląda zresztą na to, że zima zaczęła się na dobre – od kilku dni w
nocy mróz, dzisiaj jeszcze spadło trochę śniegu. Górale, którzy wożą ode mnie z
lasu drewno świerkowe (tak, tak, kupują na Mazurach drewno i gdzieś wiozą
dalej) mówią że zima idzie, hej.
Cały rok zamyka się bilansem
zaskakującym – nie spodziewałem się, że te ogromne masy drewna które miałem zaplanowane
na ten kryzysowy rok do wycięcia uda się zrealizować. Poza kiepskimi pierwszymi
trzema miesiącami popyt stale się utrzymywał, a gdyby do wycięcia było jeszcze
więcej, to też by się dało sprzedać.
Rano wyruszyłem
odbierać drewno. Co prawda padało gęsto, ale na szczęście z przerwami i miałem
dobrą, naprawdę nieprzemakalną kurtkę. Razem z podleśniczym, robota jakoś szła.
Odebrałem telefon, nadciągał umówiony przewoźnik. Wciąż lało, wozak nie mógł albo
nie chciał zrozumieć jak znaleźć te stosy które miał ładować, tak więc zażądał
asysty. Podleśniczy pojechał, a ja dalej odbierałem drewno. Teraz pojawił się
traktor z przyczepą. Kierowca oświadczył, że jechali tu we dwóch z szefem ładować
drewno ale szef drugim traktorem z dźwigiem i szef się zgubił. I czy ja nie
wiem jak go znaleźć. Po dłuższej konwersacji ustaliłem z nim, że szef musi się
tu niebawem pojawić, gdyż każda z okolicznych dróg tak go wyprowadzi. Kierowca
jednak uznał inaczej i pomknął w nieznane. Oczywiście chwilę później pojawił
się jego szef i pytał czy nie wiem gdzie ten drugi z przyczepą. Jak się okazuje
synchronizacja wywozu jest tylko pozornie prosta.
Cały czas w tle
nadawał poligon – latały śmigłowce, słychać było czołgi, armaty, wybuchy. Nie
widziałem tylko żołnierzy i nie słyszałem bitewnych okrzyków...
Wciąż lało i wciąż odbierałem drewno. Odebrałem kolejny telefon
od przewoźnika który rozbawił mnie pytaniem czy wyjedzie z lasu załadowanym
samochodem, bo on nie wie, ale ma łyse opony ... Powiedziałem mu, że śmiało
może nacierać – oczywiście żartem, bo drogi tak rozmiękły że było spore ryzyko
że będziemy musieli dzwonić po traktor żeby samochód z drewnem wyciągał. Na
szczęście obyło się bez tego.
Potem jeszcze
dzwonił pierwszy przewoźnik (ten, który pojechał z podleśniczym) i twierdził, że
przygotowanego drewna ładować nie będzie, bo to za drogi surowiec. Tłumaczyłem,
że surowiec jest taki jak w umowie i że jest to co miało być, ale strasznie się
gorączkował. Wreszcie po długich konsultacjach ze swoim szefem i tamtego z moim
szefem zaczął ładować.
Stojąc tak cały
dzień „na stanowisku” – w jednym miejscu, bo cały czas odbierałem drewno, a
było go naprawdę sporo – odbierając mnóstwo telefonów i koordynując wjeżdżające
i wyjeżdżające samochody (oraz zaginione w akcji traktory) oraz nasłuchując
odgłosów poligonu czułem się trochę jak kapral na froncie. I stąd tytuł.
Na zdjęciu widać fragment
powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego”
drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu.
Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego
pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz
po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie
trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją
pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość
drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).
To co zrobiłem w tym roku –
usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za
gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na
zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się
dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania
lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak
huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji
planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych
powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków
kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.
Na zdjęciu widać też ślady po
traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki
zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak
wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla
traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.
Kiedy z pierwszymi przymrozkami
skończyły się już chwasty, postanowiłem obejrzeć uprawę z naturalnego
odnowienia. Ponieważ jedyne co zostało tam zielone, to siewki, można dokładnie
określić stopień pokrycia. Wszystko jest ok., jedynie tam gdzie chwasty
tworzyły wyjątkowo gęsty kobierzec, siewek nie ma. W pozostałych miejscach
rosną bardzo gęsto. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ich system korzeniowy i
kilka wyrwałem. Okazało się, że jeżeli się dobrze nie chwyci, to można drzewko
urwać, ale nie wyciągnąć z korzeniem. Bardzo mocny system korzeniowy, dłuższy
niż zewnętrzna część rośliny (siewki mają teraz około 20-30 cm wysokości, a
korzenie około 40 cm jak sądzę).
Wniosek jest jeden i oczywisty –
są to bardzo mocne rośliny, rosnące w dobrych warunkach. Moim zdaniem są w dużo
lepszej kondycji niż gdyby zostały posadzone sztucznie. Drzewka pochodzące ze
szkółki również mają rozległy system korzeniowy, ale niestety tracą go w
trakcie sadzenia – nikt nie jest w stanie idealnie posadzić 10-centymetrowej
sadzonki w taki sposób, aby nie uszkodzić ani nie pozawijać „miotłowatego” korzenia
mającego 20-30 cm. Dlatego system korzeniowy przed posadzeniem jest redukowany
za pomocą ostrego szpadla. Tak więc powierzchnie ze sztucznym sadzeniem siłą
rzeczy są o wiele bardziej podatne na foliofagi (np. szeliniaka) – mają
mniejszy i słabszy korzeń a przez to mniej siły żeby się bronić. Z kolei siewki
z odnowienia naturalnego rosną wciąż w jednym miejscu więc korzeń rozwija się
bez przeszkód i roślina ma o wiele większą zdolność regeneracji (np. w
przypadku zgryzania przez zwierzynę), jest też odporniejsza. Jednym słowem
jestem z siebie zadowolony.
Tym bardziej, że dokładnie taką
samą teorię jak moja przeczytałem niedawno w prasie leśnej (Las Polski 20/2009).
Jest tam artykuł o odnowieniach powierzchni pohuraganowych na Mazurach w
okolicach Pisza. Pozostawiono tam powierzchnie eksperymentalne – część
odnawiano naturalnie, a część sztucznie. Okazało się, że najlepszej jakości
sadzonki (z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowane, czyli wzbogacane o
specjalne grzyby chroniące system korzeniowy) mają dwukrotnie mniejszą
żywotność niż sadzonki z obsiewu naturalnego. Również w przypadku szkodników i
grzybów okazało się, że odnowienie naturalne miało dużo większą odporność.
Z dębem można zrobić jeszcze
inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można
proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i
jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.
Jeżeli na uprawie posadzimy
sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich
gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza,
sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie
oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej –
pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe
doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać
się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której
rosną sadzonki dębu.
Inaczej jednak wygląda sprawa ze
świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej
światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki
szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb
wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie
przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni
prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń
usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam
jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2
lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co
będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się
wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym
kierunku.
Świerk jest również dla dębu
gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna,
ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i
wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do
ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u
siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.
Na zdjęciu widać gniazdo z
odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której
już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu
nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu
gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż
bór mieszany świeży.
Na tym gnieździe posadziłem 4
lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem
pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na
całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu
zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten
sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą
miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.
Na zdjęciu
w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata,
kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu
chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to
dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy.
(Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby
raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)
Dąb rósł w kożuchu różnych
chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że
dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni
wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale
za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich,
żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.
Jak widać na załączonym zdjęciu,
bobry nie zajmują się tylko spiętrzaniem wody, ale również osuszaniem terenu.
Na dnie wyschniętego latem stawu bóbr wykopał rów w celu zgromadzenia wody. Rów
ten jest dla zwierzaka korytarzem transportowym, są tam również pozatapiane
zapasy na zimę – pędy wierzby, brzozy i inne przysmaki. Widać, że bóbr często
tu przychodzi – wykopał też kilka podziemnych korytarzy i wydeptał szeroką już
ścieżkę pomiędzy starym rowem melioracyjnym (którym tu przypływa) a stawem.
Muszę przyznać, że jak na jedną
bobrzą rodzinę, zakres zrealizowanych prac ziemnych jest naprawdę imponujący.
Mają też spory zasięg terytorialny. W dzikim stawie za leśniczówką mają tylko
spiżarnię – ale dosyć sporą. Tak naprawdę mieszkają mniej więcej pół kilometra
dalej, przy płocie ogradzającym uprawę kolegi leśniczego K.. Jakieś dwa lata
temu zauważyłem powstające żeremie bobrowe, ale dosyć nietypowe – budowane właśnie
na siatkowym płocie. Obejrzałem je sobie dokładnie – precyzyjna robota.
Niemniej nie sądziłem, że bóbr utrzyma się w tym miejscu, myślałem, że nie
znajdzie w okolicy wystarczającej ilości jedzenia, tylko skonsumuje krzaki
rosnące wzdłuż rowu. Ale najwyraźniej mu się podoba i potrafi na tyle rozsądnie
gospodarować okoliczną roślinnością, że wciąż ma co jeść. Nie widziałem go
nigdy, ale nie raz słyszałem spłoszony plusk ogona o wodę gdy zbliżałem się do
stawu ...
Były pierwsze poważniejsze
przymrozki dzisiejszego ranka. Zdaje się, że razem z mrozem pojawiły się wilki.
Niedaleko leśniczówki na łące leżą resztki jelenia byka...
Wydawałem niedawno drewno. Z samego
rana „przybyli górale pod okienko” leśniczówki – tak jak się zresztą wcześniej ze
mną umawiali. Koledzy przejechali ponad 600 km, z okolic Suchej Beskidzkiej. Co
oczywiste, nie wiedzieli ani gdzie jest las z którego mieli zabrać drewno, ani tym
bardziej gdzie leżą stosy.
Przyjechali po tartaczny surowiec
świerkowy – wydawało mi się to bez sensu – sądziłem, że czego jak czego ale
świerka to w górach nie brakuje. Okazało się jednak, że klęski żywiołowe z
ostatnich lat tak przetrzebiły tamtejsze drzewostany, że zaczyna to być problem.
Moim zdaniem częste klęski jakie zdarzają się ostatnio zakłócają gospodarkę
leśną do tego stopnia, że zaczyna brakować surowca. Po huraganie trzeba nagle
zagospodarowywać dużą ilość drewna, mimo wysiłków leśników dużo się marnuje,
dużo też idzie w opał, bo jakość jest nie najlepsza – a później nie ma już skąd
pozyskiwać, bo te drzewostany które pozostały nie mają jeszcze wieku rębnego.
Górale będą ten świerk przerabiać
gdzieś u siebie – byłem zdziwiony, że ta operacja jednak się opłaca (sam
transport surowca na taką odległość to ogromne pieniądze). Byli też przekonani,
że gdzieś w okolicy jest jezioro Śniardwy i nawet pytali jak tam dotrzeć. Kiedy
się okazało, że do tego konkretnego jeziora jest ze 30 kilometrów, chłopy się
zasępili – chyba chcieli wykorzystać krajoznawczo pobyt na Mazurach, ale
niestety było za daleko a ich czekała jeszcze długa trasa.
No właśnie. Kiedy ładowaliśmy
drewno (dwa samochody, więc trochę trwało), kierowca pokazał mi zdjęcia ze
swojego telefonu przedstawiające atak zimy. Nie sądziłem, że to tak może w
górach w październiku wyglądać – normalnie metrowe zaspy przy drogach. Przez radio
jakoś obraz katastrofy nie był tak dramatyczny, a ponieważ wciąż bojkotuję
telewizję, nie widziałem tego w żadnym „dzienniku”. Zawsze zresztą wydawało mi
się, że zima najdłuższa i najcięższa jest na Mazurach, ale tu w porównaniu z
Suchą Beskidzką mamy normalnie złotą jesień ...
Rano obudziło
mnie gwizdanie wiatru we wszystkich szczelinach domostwa. Za oknami las kołysał
się groźnie, ale do etapu huraganu jeszcze trochę brakowało. Aura była taka, że
zadzwoniłem do pilarzy i powiedziałem im, żeby nie jechali dzisiaj do lasu; dzień
wcześniej zresztą ich upominałem, że trzeba spieszyć się z robotą, bo na
surowiec czeka odbiorca – musiałem więc chłopakom przypomnieć, że BHP przede
wszystkim (obalanie-ścinanie drzew przy porywistym wietrze jest śmiertelnie
niebezpieczne ponieważ to co się dzieje ze ścinanym drzewem jest poza kontrolą
pilarza).
Za oknem śnieg padał już poziomo, a ja wciąż
zastanawiałem się jakim cudem w leśniczówce jeszcze jest prąd. Z reguły przy
takich wichurach „przerwy w dostawach zasilania” zdarzały się u mnie często i
na długo. Tym razem jednak radio podawało kolejne komunikaty o katastrofalnych
skutkach śniegowej nawałnicy w innych rejonach kraju. Nas szczęśliwie ominęło,
choć nie do końca.
Moje rozmyślania
przerwał telefon od jednego z odbiorców który poinformował, że stoi
niedaleko, tam gdzie miał dojechać nie dojedzie, bo droga rozmiękła, więc może
spróbuje wziąć drewno ode mnie z lasu zamiast od sąsiada. Ruszyłem do lasu,
gdzie wspomniany przewoźnik natychmiast utknął pod górką na drodze grząskiej
jak wszędzie indziej, do drewna oczywiście nie dojechał. Wezwałem duży traktor
który za pomocą bardzo grubej liny wyciągnął ponad-dwudziesto-tonowy samochód z
błota. (Co oczywiście trochę trwało.) Przewoźnik jednak nie poddał się,
dojechał w końcu do mygły i załadował się, po czym wziął ode mnie kwity i
pomknął do tartaku. Dodam tylko że cała operacja trwała w szalejącej śnieżycy,
przy silnym północnym wietrze. Ale dobrze się skończyło, prąd wciąż jest,
kaloryfery grzeją, a w maju znów będzie wiosna.
Na zdjęciu widać
katastrofę jaka wydarzyła się w pasiece koło domu – nawałnica przewróciła
martwą suchą sosnę, która padając uszkodziła kilka zabezpieczonych już na zimę uli.
Spiesząc się żeby zdążyć przed
zmierzchem kończyłem remontować starą ręczną pompę przed domem. Dokręcałem ostatnie
śruby, kiedy usłyszałem dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Niby normalne, bo w
skrzynce na płocie leśniczówki leżą książki ewidencji polowań i często
podjeżdżają wpisywać się myśliwi – z reguły terenówkami.
Ale miałem jakieś
zwierzęce przeczucie, że to co innego. Ruszyłem w stronę płotu, a kierowca busa
kiedy tylko mnie zobaczył, zawrócił niemal z piskiem opon i odjechał
najszybciej jak się dało. Nie udało mi się dostrzec numerów rejestracyjnych. Jestem
przekonany, że to miała być wizyta osób, które liczyły na to, iż nie zastaną w
domu lokatorów i będą mogły wynieść co się da. Piątek wieczór, po zmroku, dom w
lesie, daleko od szosy. Warunki idealne. Mogliśmy przecież wyjechać na weekend –
co się przecież zdarza. Ba, mogliśmy wybrać się do znajomych na herbatkę. Jak sądzę
po powrocie zastalibyśmy puste ściany.
Zdarzają się od czasu do czasu
głuche telefony. Widać też kilka razy w roku samochody dobrych marek podjeżdżające
pod dom i od razu zawracające. Nikt nie wysiada, oczywiście. Ewidentnie jestem
pilnowany – i nie myślcie, że popadam w paranoję.
Już kilka razy w leśniczówce było
włamanie. Ostatni raz chyba ok. 2004 roku, właśnie jesienią, kiedy wyjechałem
gdzieś na weekend. To było chyba trzecie z kolei odkąd tu mieszkam. Oczywiście
wezwałem policję, postępowanie umorzono jakiś czas potem z powodu niewykrycia
sprawców. Wybitą szybę po jakimś czasie wstawiłem sam.
Kiedyś rodzina, która przyjechała
na weekend, nie mogąc się mnie doczekać (spóźniałem się jakoś), otworzyła drzwi
wejściowe przysłowiową spinką do włosów. (Jeżeli myślicie, że leśniczówka ma
jakieś zabezpieczenia antywłamaniowe to się mylicie. Kiedyś wnioskowałem o
lepsze zabezpieczenie budynku to usłyszałem, że nie ma stuprocentowych
zabezpieczeń więc podejmowanie jakichkolwiek działań jest bez sensu.) W sumie
dokumenty w kancelarii leśniczego to dla mojej pracy ważne papiery, ale jak
sądzę nikt kto podjeżdża busem nie zamierza wywozić zawartości moich
segregatorów. Poprzednio ginęły zawsze wiertarki i aparaty fotograficzne, raz
rejestrator który złodziej musiał pomylić z kalkulatorem. Na szczęście rzadko
ruszamy się z domu, a nawet jak wypuszczamy się gdzieś na dłużej, to zawsze
zostawiamy ekipę zmienników. Jak widać ma to ogromne znaczenie.
To co widać na pierwszym planie
to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych
sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak
najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze
są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów
(bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby
zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.
Oprócz takiej grubizny jak widać
na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”.
Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia
(trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę
jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr
przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do
leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na
powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza
się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami,
według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient
przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru
drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji,
a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę
wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno
zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z
lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów,
jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał
deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to
prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się
nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę
samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę
pyłu.W okolicznych niewielkich
zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone
strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.
Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym
zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym –
drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim
oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był
surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia),
bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.
Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego
drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego
działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy
certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie
użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób
naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno
dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.
O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na
własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy
chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania –
zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście
do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne.
Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na
zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.
Już prawie od tygodnia byki jeleni ryczą na potęgę. Raz
głośniej, raz ciszej, w zależności od pogody, ale nocą słyszę je dobrze nawet
przez zamknięte okno.
Na łąkach za domem pojawiają się co najmniej dwa, ale bardzo
trudno je zobaczyć przy dobrym świetle. Raczej wiedzą, że jest sezon łowiecki w
pełni a myśliwi krążą po okolicy. Jelenie więc za dnia korzystają z naturalnych
osłon (np. gęste łozowisko), dają się prowokować różnego rodzaju wabieniem –
można nawet nawiązać z nimi „rozmowę” – ale trudno je zobaczyć. Przekonał się o
tym znajomy fotografik, który przez kilka ostatnich dni próbował zrobić zdjęcie
pod hasłem: „Jeleń na rykowisku”. Pomimo sporych wysiłków wyjechał ode mnie bez
upragnionej foty.
Trzeba jednak przyznać, że fotografia przyrodnicza to bardzo
trudna sprawa, a czasami na jedno ujęcie pracuje się latami. Czytałem kiedyś
artykuł napisany przez bardzo znanych fotografów przyrody, rodzonych braci.
Każde zdjęcie które publikują podpisywane jest inicjałami ich obu. Tłumaczą to
tak, że nieważne jest który akurat nacisnął migawkę – bo w przygotowanych
starannie ukryciach spędzają na zmianę długie godziny, a każde zdjęcie jest
wynikiem ich wspólnej, ciężkiej, czasami kilkudniowej a czasami wieloletniej
pracy.
Bo nie chodzi o to, żeby zrobić zwierzakowi zdjęcie, ale
zrobić mu zdjęcie w jego naturalnym środowisku portretując jego naturalne,
niezakłócone niczym zachowanie. Najpierw trzeba znaleźć miejsce – norę,
gniazdo, miejsce żerowania lub bytowania. Poznać dokładnie okolicę, a także
zwyczaje danego gatunku, bo im większa wiedza tym lepiej można się dopasować do
warunków. Później zbudować ukrycie, jak najlepiej wtapiające się w otoczenie –
budkę. Potem trzeba odczekać, aż zwierzyna przyzwyczai się do nowego elementu
otoczenia i je w pełni zaakceptuje. A dopiero kolejny etap to żmudne czuwanie w
budce z aparatem, przychodzenie tam wczesnym świtem lub późną nocą, o
najdziwniejszych porach, żeby być gotowym w odpowiednim momencie. A budka
fotografa to nie namiot na kempingu, tylko schronienie gdzie z trudem wciska
się dorosły facet z aparatem i statywem, o położeniu się mowy nie ma, a wygód
też nie uświadczysz żadnych.
Zdarzają się oczywiście przypadki, że wychodzi się na łąkę
za domem i bach – widać jak na dłoni stado jeleni, jest czas na ustawienie
statywu, robię zdjęcia jakie chcę (ogranicza mnie tylko obiektyw i jego
przybliżenie) a zwierzaki mnie nie widzą lub nie chcą widzieć. Przyznam, że
czasami sobie tylko patrzę i nawet nie chce mi się iść po aparat – ale przewagę
mam taką, że mieszkam w miejscu, gdzie dom stoi od prawie stu lat i żadnej
budki nie muszę stawiać. Zarówno budynki jak i ich otoczenie stanowią element
krajobrazu taki jak łąki i las, a że czasem po podwórku przejdzie człowiek czy
nawet pies zwierzętom najwyraźniej nie przeszkadza. Znam dobrze okolicę i w
zależności od kierunku wiatru wiem którędy podejść na łąkę żeby jak najdłużej
pozostać niezauważonym. Niemniej gdybym chciał zrobić dobre zdjęcie, to wiem,
że musiałbym się bardzo przyłożyć.
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze
sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie.
Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania
mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej
technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich
desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich
mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe
meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.
Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły
surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna,
elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje
też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości
(standardowo2,50 m)
Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś
czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u
mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak –
która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo
drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje
się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę.
Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało,
obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.
Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w
listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną
gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną
roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko
sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą
rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie
zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie
naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie
ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu
kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się
otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić,
że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza
tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod
uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.
W tym roku na początku września w moim nadleśnictwie
prowadzona była inwentaryzacja. Trwała prawie cały tydzień. (Dla przypomnienia
jest to spis „na gruncie” surowca drzewnego znajdującego się w danym leśnictwie.
Innymi słowy jest to remanent stanów drewna i materiałów magazynowych.
Materiały magazynowe to np. gwoździe które pobieramy z magazynu do naprawy
płotów na uprawach oraz wszystkie inne „ruchomości” które wpisane są „na stan”
danego leśnictwa. Spis prowadzony jest siłami własnymi, czyli leśniczy z
jednego leśnictwa jedzie sprawdzać inne leśnictwo. U nas najczęściej „komisję”
tworzą dwie osoby plus trzecia – kontrolowana. Oczywiście w komisji może się
również znaleźć inżynier nadzoru lub nadleśniczy, ale rzadko się to robi.)
Ciekawie się złożyło, bo jedenaście lat temu rozpoczynałem
na stażu pracę akurat w tym leśnictwie które w tym roku kontrolowałem. Inwentaryzacja
nie była jakimś wielkim wyzwaniem, bo w całym kontrolowanym leśnictwie były
raptem cztery stosy drewna do pomierzenia – dwadzieścia kilka metrów. Czyli czysta
formalność. Kiedy natomiast komisja przyjechała do mnie, sprawa wyglądała
trochę inaczej. U mnie było sto dwadzieścia metrów sześciennych (w sumie nie
tak wcale dużo, bo mogło by być tysiąc, a pomierzenie tego dałoby komisji zajęcie
na jakieś dwa- trzy dni.) Przyjęło się, że na inwentaryzację każdy leśniczy
stara się mieć jak najniższy stan magazynowy. Ale oczywiście nie zawsze jest to
możliwe.
P.S. Zdjęcie które zamieszczam nie ma za bardzo związku z
tekstem, ale przysłał mi je kolega i bardzo mi się spodobało. Na zdjęciu las
bukowygdzie leśniczym jest z kolei mój
inny kolega, absolwent wydziału leśnego. I na pewno też miał inwentaryzację...
Sezon polowań na kaczki już rozpoczęty. Otwarcie odbyło się
na uroczystym zbiorowym polowaniu organizowanym w moim nadleśnictwie. Teraz
zresztą w wielu kołach i nadleśnictwach organizowane są tego rodzaju polowania.
Byli leśnicy oraz zaproszeni goście – w sumie kilkanaście strzelb.
Ku mojej radości było także kilka psów. Ja oczywiście
zabrałem też swojego, który z braku ruchu zaczynał przypominać zapasionego
foksteriera. W sumie było sześć czworonogów. Moja suka dobrze aportowała –
wyciągnęła z bagna około dziesięciu kaczek. Miałem też okazję obserwować jaka
jest różnica w pracy różnych psów. Ten który nie miał wyćwiczonego apelu (czyli
absolutnych podstaw takich jak przychodzenie do nogi na gwizdek, siadanie i warowanie
na rozkaz oraz pozostawanie w miejscu i marsz przy nodze ) dużo lepiej bobrował
w bagnie niż mój, który jest dobrze ułożony w tym zakresie, ale wciąż ogląda
się na pana – a ja muszę iść za nim i go zachęcać, a przecież nie po to mam psa
na kaczki żeby spacerować po bagnie. Jak widać, psa nie można za bardzo
temperować, żeby nie ograniczać jego pasji. Takie działanie musi mieć swoje
granice i trzeba sporo doświadczenia żeby dobrze poprowadzić psa który ma być
psem polującym a nie tylko podwórzowym czy kanapowym.
Mój pies pasję niewątpliwie ma, o czym się niejednokrotnie
przekonałem, ale ponieważ go nie rozpieszczam, cały czas sprawdza moją minę
żeby uzyskać potwierdzenie, że robi dobrze. Jestem jednak z niego zadowolony –
teren był trudny, kaczek sporo i wszystkie (nawet nie przeze mnie strzelone) aportował
do mnie w takim stanie w jakim je znalazł lub złapał. Wszystko to jest
oczywiście kwestią treningu – gdyby chodzić na takie polowanie w sezonie co
tydzień, na pewno suka by pracowała jeszcze lepiej, bo bez oglądania się na
mnie wiedziałaby czego od niej oczekuję. Nie wiem jak to możliwe ale brakuje mi
czasu na łowy.
Przy okazji prowadzonych w lesie prac zajrzałem do starego
dołu po sadzonkach. Z dużym zdziwieniem odkryłem, że jest wypełniony śmieciami.
Były tam nie tylko worki z rozmaitościami ale i deski, szmaty – jednym słowem
całe mnóstwo badziewia którego miejsce jest jak najbardziej na śmietniku – ale ktoś
uznał, że bliżej mu będzie wywieźć to do lasu. Dlaczego – nie wiem.
Wielokrotnie już pisałem o tym, że nie jestem w stanie
zrozumieć osobników, którzy wywożą do lasu śmieci, zarówno takie codzienne jak
i stare wersalki, pralki, lodówki itp. Nawet poza dużymi miastami można naprawdę
znaleźć miejsca gdzie bez problemu oddamy „elektrośmieci” czyli właśnie stary i
niepotrzebny sprzęt agd - w tym także komputery. Wysypisk jest sporo, a w coraz
większej liczbie wsi (w przeciwieństwie do np. Warszawy) prowadzona jest
selektywna zbiórka śmieci – posegregowane oddzielnie szkło, papier i plastiki
firma śmieciowa odbiera za darmo. Ktoś te śmieci przetwarza, i musi być to
dobry biznes, bo inaczej nikt by się za to nie brał.
Mój śmieciarz jednak nie był zbytnio inteligentny – kiedy robotnicy
ładowali śmieci na przyczepę żeby wywieźć je z lasu z jednego z worków wypadło
zdjęcie rentgenowskie. Z datą, imieniem i nazwiskiem. Nie mogłem uwierzyć. Zadzwoniłem
po straż leśną – strażnicy przyjechali bardzo szybko, obejrzeli śmieci i
rentgena, a jakieś pół godziny później zajechali do mnie żeby powiedzieć że
znaleźli winnego. Zapłaci mandat i oczywiście będzie musiał posprzątać w lesie.
Naprawdę akcja była szybka i skuteczna.
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez
drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz
czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na
przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny.
Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew
rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak
zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym
świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt
centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam
widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony
ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana
po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się
często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle
szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który
mógłby przewodzić taki prąd...
Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na
wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy
znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w
jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i
dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś
owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę
w moich drzewostanachpołożonych
malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z
czasem.
Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec
stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe
drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na
miejscu jako posusz ekologiczny.
W moim leśnictwie pojawił się harwester i forwarder (zestaw
ścinkowo-zrywkowy). Była to absolutna premiera. W dodatku nie był to zrąb tylko
powierzchnia trzebieżowa. Technologia pozyskania jest w zasadzie taka sama jak
przy pozyskaniu ręcznym, ale szlaki zrywkowe które należy wyznaczyć przy okazji
zestawu muszą być szersze niż normalnie, tzn. muszą mieć najmniej cztery metry
szerokości. Przy zwykłej zrywce półpodwieszonej (czyli wyciąganiu traktorem ściętych
drzew do drogi która może być już drogą wywozową) szlaki zrywkowe (czyli trasy
dla traktora, żeby nie jechał za każdym razem gdzie indziej i tym samym nie
niszczył więcej podszytu niż to jest absolutnie niezbędne żeby drzewo
wyciągnąć) są szerokości trzech metrów. Wydaje
się, że to tylko jeden metr, ale w rzeczywistości robi to sporą różnicę. Sprzęt
typu harwester to naprawdę ogromna maszyna i ślady jej bytności w lesie są dużo
większe niż w przypadku zwykłego traktora.
Moim zdaniem harwester i forwarder jest mało ekologiczny – w
trakcie dnia pracy spala około trzystu (300!) litrów ropy. Dla porównania - pilarze
żeby pozyskać taką samą masę i zerwać ją małym ciągnikiem zużywają około 10
litrów benzyny (do pilarek) i około 50 litrów ropy (do traktora). Harwester
zostawia też jak zauważyłem sporo odpadów eksploatacyjnych, czyli rozmaitych
małych pieńków o długości 20 czy 30 centymetrów. Wszystko dlatego, że naprawdę
wyrabianie sortymentów ze ściętego drzewa dobrze wychodzi jeżeli strzała jest
prosta. Być może wynika to jeszcze z braku doświadczenia operatorów tych
maszyn, bo harwester pracuje u nas od niedawna. A być może również z mojego
konserwatywnego podejścia do sprawy. Muszę przyznać że przez dziesięć lat pracy
przyzwyczaiłem się do „klasycznej” pracy robotników leśnych i u nich nie
tolerowałbym pozostawiania takiego bałaganu. Ba, pilarze mają obowiązek ścinać
drzewa dużo niżej niż maszyna, ustawiać regularne stosy o jednakowej wysokości
odpowiednio zabezpieczone z obu stron i okrzesywać surowiec (obcinać gałęzie) naprawdę
bardzo dokładnie – dla pozyskania maszynowego nie stawia się takich wymagań. Ale
cóż, należy przyswajać nowe technologie, bo nawet praca w lesie się zmienia.
Zakończę może tak: jest to doskonały sprzęt na duże
powierzchnie zrębowe, możliwe jest naprawdę pozyskanie ogromnej ilości surowca
w krótkim czasie i dostarczenie go na rynek. Jeżeli ktoś z was w przyszłości
będzie przedsiębiorcą leśnym to z pewnością doceni maszynowe pozyskanie drewna :)
Byłem dzisiaj w lesie z inżynierem nadzoru. Umówiliśmy się z rana na wspólną pracę - mieliśmy przejrzeć wybrane powierzchnie zrębowe przewidziane w najbliższym czasie do uprzątnięcia. Robiliśmy wstępny - wzrokowy - szacunek. Chcieliśmy określić jakość drzewostanów, a przede wszystkim chodziło o wyszukanie na określonych powierzchniach sortymentów nadających się do produkcji sklejki brzozowej i sosnowej. Zajęło nam to sporo czasu (od rana do południa), powierzchni było kilkanaście. Mimo tego, że uważałem że na moich potencjalnych zrębach jest bardzo dużo cennego drewna, to przy bliższym oglądzie okazało się, że surowca nadającego się na sklejkę są raptem dwie działki zrębowe.
W ostatnim tygodniu pojawił się w dużej ilości posusz świerkowy. Musiałem dopilnować usługowców żeby wycięli wszystkie drzewa trocinkowe jakie wcześniej wyznaczyłem. Codziennie zresztą pojawiają się nowe. Tak jak przypuszczałem, kornik drukarz przeczekał trudny okres deszczowego i chłodnego czerwca i połowy lipca, a teraz kiedy pogoda się poprawiła zaczął dynamicznie się rozwijać. Sierpień zapowiada się wesoło, a sądząc po ilości pozyskania i intensywności prac w lesie kryzysu nie widać.
A ta łączka to trzyletnia uprawa leśna powstała naturalnie. Odnowił się na niej świerk z sosną. Pisałem kiedyś już o niej kiedy trzcinnik dopiero rozprzestrzeniał się. Teraz radośnie pokrywa z siedemdziesiąt procent uprawy i wciąż dąży do doskonałości, która ma polegać na stworzeniu bardzo gęstego kobierca, który będzie w stanie wypić każdą kroplę wody i zagłuszyć inną roślinność. W tym wypadku sztuka "hodowli lasu" polegała na tym żeby bezwzględnie uzyskać obsiew w pierwszym roku po założeniu zrębu. Nie można było sobie pozwolić na najmniejszy poślizg tak jak na opisywanej poprzednio powierzchni. Tutaj dno lasu było dobrze naświetlone i pokryło się trawami - tzw. pokrywa zdziczała. Nie był to błąd w sztuce prowadzenia tego drzewostanu tylko ostatni "pasek zrębowy w ostępie". Najprościej rzecz ujmując był to kawałek starego lasu wokół którego rósł dużo młodszy las. Ilość światła jaka w związku z tym dostała się do dna lasu spowodowała rozwój roślinności która mogłaby bardzo utrudnić odnowienie takiej powierzchni. Wynika to wszystko z zasad zachowania ładu przestrzennego w całym lesie. Jest to bardzo stara szkoła urządzania lasu ale do tej pory nie wymyślono niczego lepszego. Ryzyko było, mogło się nie udać. Dzisiaj mam już nową koncepcję jak prowadzić odnowienie w takich przypadkach. Nie mam jeszcze żadnego przykładu więc powstrzymam się od trucia du...szy. Mimo ekspansji trzcinnika uprawa nie jest zagrożona przepadnięciem. Pielęgnacja polegająca na wykoszeniu chwastów w zupełności wystarczyła. W przyszłym roku siewki będą miały co najmniej pół metra i raczej żadna konkurencja im nie będzie straszna. Spotkałem niedawno starego kumpla ze studiów. Pracuje również w Lasach. W trakcie rozmowy spytał mnie czy wciąż mam jeszcze jakąś radochę z tego co robię: - "Cieszy cię twoja uprawa, która dobrze rośnie?" Powiedział to nieco zblazowanym tonem, który sam dobrze znam. Może to dziwne ale wciąż mimo obłędu podsycanego przez różnej maści gryzipiórków, raduje mnie kolejna uprawa która wychodzi z pod mojej ręki. Gdyby było inaczej zostałbym ....kolarzem, wszak lubię jeździć rowerem.
Chciałbym Wam pokazać, czym może być ten dział gospodarki leśnej. Jest w moim leśnictwie powierzchnia na której w ubiegłym roku wykonano zrąb zupełny, o zgrozo prawie czterohektarowy (działanie było legalne bo zaplanowane w operacie urządzania lasu, który jak już kiedyś wspominałem zatwierdza minister ochrony środowiska). Na dzień dzisiejszy uważa się, że powierzchnia zrębu nie może przekroczyć trzech hektarów. Dlaczego akurat tak? Nie wiem. Niemniej jednak postanowiłem dalej realizować swoją wizję "hodowlaną", która skrystalizowała się w mojej głowie jak na powierzchni rosły jeszcze dorodne sosny. Po zakończeniu prac przy pozyskaniu surowca, już jesienią zeszłego roku, wykonano na moje zlecenie orkę "w pasy" na całej powierzchni. Było to tak zwane wyprzedzające przygotowanie gleby ale nie pod sadzenie wiosenne a pod wiosenny obsiew nasion. Nasiennikami były w przeważającej mierze drzewa sąsiadujące bezpośrednio ze zrębem, który kształtem jest zblizony do prostokąta o wymiarach około 300m na 120m. Mimo roku o słabym urodzaju nasion uzyskałem bardzo dobry obsiew czyli tak zwane pełne pokrycie. Nasiona skiełkowały bardzo późno (jak na moje oko) bo dopiero w lipcu. Oczywistą sprawą jest, że sztuka cała by się nie udała gdyby powierzchnia zachwaściłaby się zanim skiełkowały nasiona sosny. Tak się oczywista nie stało ponieważ tzw. dno lasu w usuniętym drzewostanie było sprawne. A znaczy to mniej więciej tyle, że nie było tam żadnych uciążliwych roślin, które po usunięciu drzew opanowałyby całą powierzchnię tworząc fantastyczną łączkę. Taki stan rzeczy w dużym stopniu zawdzięczamy wszystkim pokoleniom leśników, którzy prowadzili ten drzewostan hodujac go przez ponad 100 lat. Szczególnym momentem w życiu lasu jest jednak ten początkowy impuls. Jak widać jest to kilka prostych czynności bez których las odnawiałby się zdecydowanie dłużej a jego zasobność i skład gatunkowy pozostawiałyby wiele do życzenia. Przynajmniej w pierwszym plus minus pięćdziesięcioleciu. Rzecz się na tym nie kończy. Hodowla to także dalsze pielęgnowanie uprawy. Samosiewów to dotyczty także.CDN.
W nadleśnictwie
odbyło się niedawno szkolenie na temat różnorodności biologicznej i
wykonywanych cięć pielęgnacyjnych. Na szkoleniu obecni byli przedstawiciele
regionalnej dyrekcji LP oraz Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej.
Tak się złożyło,
że całe szkolenie odbywało się w moim leśnictwie. Temat szkolenia był omawiany
na czterech powierzchniach przykładowych które różniły się między sobą
siedliskami, wiekiem drzewostanu, składem gatunkowym oraz innymi elementami
taksacyjnymi.
Na szkoleniu
obecne były grupy leśników z których każda patrzy na las innymi oczami – co
innego na tej samej powierzchni widzi leśniczy, co innego „urządzeniowiec” a
jeszcze co innego specjalista pracujący w dyrekcji. Było to ciekawe doświadczenie,
bo dyskusje jakie toczyliśmy na poszczególnych powierzchniach były bardzo
merytoryczne i na serio wartościowe.
Szczególnie
utkwiła mi w pamięci jedna powierzchnia. Dwa lata temu wykonałem tam rębnię
polegającą na stworzeniu kilkunastoarowych luk gdzie pod osłoną drzewostanu
posadziłem dąb. Zebrane „konsylium” miało ustalić jak prowadzić dalej w tym
terenie cięcia aby odnowić stopniowo obumierający z powodu wieku (ok. 100 lat) olchowy
drzewostan. Tam właśnie kolega z Biura Urządzania Lasu, specjalista od
botaniki, pokazał mi bardzo rzadką roślinę (chronioną) na którą wcześniej nie
zwróciłem jakoś uwagi.
Ta roślina to
wielosił błękitny, roślina z tzw. Czerwonej Księgi (gatunki zagrożone
wyginięciem). Na Mazurach jednak wciąż dość popularna. Najbardziej zdziwiła
mnie rzecz jedna – wielosił bujnie rozwinął się w miejscu, gdzie po pierwsze
wycięto zrąb, po drugie pozostałości pozrębowe zostały rozdrobnione specjalną
maszyną, a po trzecie przygotowano glebę poprzez orkę. Czyli cały teren
dokładnie zmieniono. I nagle właśnie na takim sztucznie utworzonym przez
człowieka stanowisku pojawił się gatunek, który ledwo zipał. Dopiero
dostarczenie mu dużej ilości światła i przestrzeni spowodowało że pojawiły się
warunki dla niego optymalne.
Pojawia się więc
pytanie, czy chronienie czegoś zarzucając działania gospodarcze nie jest przypadkiem
robieniem przyrodzie niedźwiedziej przysługi? Być może właśnie zmiany jakich
dokonujemy (oczywiście w trakcie gospodarki leśnej, a nie np. w postaci
zatruwania wody czy innych działań szkodliwych dla środowiska) są impulsem
niezbędnym w przyrodzie dla pojawiania się tych czy innych gatunków. Jeżeli
będziemy się upierać przy ochronie jakiegoś obszaru poprzez całkowitą
nieingerencję może się okazać, że właśnie bez niej zmieni się on nie do
poznania, a wszystkie organizmy które chcieliśmy tam chronić znajdą sobie inne
miejsce, takie jak mój zrąb, które dostarczy im to, czego potrzebują.
Las zamiera na
dużej przestrzeni – kilkanaście hektarów. Bezpośrednią przyczyną jest
podnoszenie się poziomu wody w kanałku, na którym bobry zrobiły spiętrzenie
wody. Drzewostany (obumierające) były zawsze niedostępne i nie prowadziło się w
nich żadnej gospodarki. Teraz zamierają pozornie.
Wystarczy
minimalny skrawek suchszego terenu i widać tam samosiew olchy czarnej. Nasiona
niesione leniwym nurtem kanału meandrują wraz z wodą i kiedy jej poziom
okresowo opada część z nich trafia na dogodny grunt i kiełkuje.
Ciężko byłoby to
lepiej wykombinować. Na zdjęciu widać odnowienie olchy na korzeniach
obumierających starych brzóz i świerków. Zdaje się, że w ten sposób drzewostany
brzozowe i świerkowe wzdłuż kanału bobry „przebudowują” na olsy. Olsza jest w
stanie stworzyć drzewostan nawet na bardzo podmokłym terenie. Kiedyś widziałem
taki ols w Puszczy Białowieskiej. Między drzewami można było pływać kajakiem.
Może i w tym roku zdarzy się kawałek ciepłego lata i da się popłynąć kajakiem w
jakieś ładne miejsce...
Jechałem dębową
aleją w moim leśnictwie i zauważyłem tam całkiem nowy kolor –
żółtopomarańczowy. Aż się zatrzymałem, a właściwie kazała mi się zatrzymać żona
którą ten kolor na tle ciemnych omszałych pni zahipnotyzował.
Na starym
zwalonym dębie, pozostawionym specjalnie w lesie jako obiekt zwiększający
bioróżnorodność rosły okazałe owocniki grzyba – żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus (Bull.) Murrill).
Z tym dębem
zresztą wiąże się pewna historia. Był to stary dziuplasty osobnik, którego pewnego
dnia zwalił na ziemię wiatr. Postanowiłem go tam zostawić (było to kilka lat
wcześniej zanim firmy zajmujące się certyfikacją w lasach sformułowały taki
wymóg) żeby uległ naturalnemu rozkładowi. Musiałem jednak używać całej siły
perswazji żeby uchronić dąb przed zakusami pilarzy – nie mogli (a raczej nie
chcieli) zrozumieć dlaczego każę im zostawić taką kłodę żeby zgniła zamiast
pociąć ją normalnie na opał – który oni oczywiście chętnie wykupią. Na
szczęście pień miał rozległązgniliznę i
się ostał.
Ale wracając do
grzyba – jest to jeden z gatunków formujących największe owocniki (osiągają
szerokość 100-500mm) w formie „półek” (stąd jego angielska nazwa – sulphurshelf). Pojawiają się one co roku na zasiedlonych drzewach. Jeżeli
są to drzewa żywe, w ciągu kilku lat prowadzą do ich obumarcia. Najczęściej
rośnie na dębach, topolach, robiniach. Rzadko na drzewach iglastych.
Owocniki
pojawiają się wiosną i wczesnym latem – i są jadalne. Jeść można żółciaka pod
warunkiem że jest młody oraz że zostanie obgotowany (powyżej 15 minut) a woda
odlana. Później można smażyć, panierować, marynować – co kto lubi. Żółciaka
rosnącego na dębach można ponoć spożywać zupełnie bezpiecznie. Ja jednak nie
byłem głodny.
Wczoraj rano,
zaraz po siódmej, zadzwonił telefon i okazało się, że do mojego leśnictwa
jedzie właśnie Straż Leśna na kontrolę pni. W naszym nadleśnictwie wytypowano
dwa leśnictwa do kontroli i ja się również załapałem. Założenia kontroli były
takie, żeby sprawdzić czy ilość drewna jaką pozyskiwałem na pozycjach
trzebieżowych i którą zaewidencjonowałem będzie się równać masie drewna jaka
się oszacuje na podstawie pni pozostałych na tej powierzchni. Wydaje się to
dość karkołomne ale taki szacunek możliwy jest do przeprowadzenia. (Akcja taka
jest prowadzona w wielu nadleśnictwach, ponieważ kilka miesięcy temu wykryto w
jednym z leśnictw regionu północno-wschodniej Polski poważne nadużycia.)
Tyraliśmy cały
dzień – ja musiałem być obecny podczas tych prac. Przeszliśmy na piechotę
szesnaście hektarów powierzchni oglądając każdy pień po ściętym drzewie,
mierząc go i notując w raptularzu. Oprócz mnie będącego jedynie świadkiem
kontrolę przeprowadzało sześć osób. W związku z tym, że wynik takiej kontroli
dla leśniczego odpowiedzialnego materialnie za cały powierzony mu majątek, ma
znaczenie kluczowe, musiałem być na miejscu.
Prace przerwał
telefon mojej żony, która powiedziała, że z podwórka widzi słup dymu nad
poligonem. Alarm okazał się jak najbardziej uzasadniony, gdyż pomimo zagrożenia
pożarowego wojsko przeprowadzało detonację jakichś pocisków. Na szczęście pożar
był niewielki i zaraz został ugaszony. Najpierw zawiadomiliśmy wieżę
obserwacyjną podając przybliżoną lokalizację ognia, obserwator wysłał na to
miejsce leśniczego który dokładne już informacje przekazał do wozu
strażackiego. Według wojska wszystko było oczywiście pod kontrolą ... (Kiedy
jakieś dwa lata temu też meldowali, że mają wszystko pod kontrolą, trzeba było
wezwać dwa samoloty gaśnicze, więc teraz w nadleśnictwie dmuchamy na zimne.)
Po tym
incydencie powróciliśmy do liczenia i mierzenia pni. Dane zebrane w terenie
zostały opracowane później w biurze, a ja dzisiaj dowiedziałem się, że wszystko
się zgadza. Niby byłem pewien swego, ale dreszczyk emocji był.
W związku z
inwentaryzacją sów jaka odbyła się pod koniec zimy w naszym nadleśnictwie, oraz
identyfikacją stanowisk sóweczki u mnie w leśnictwie pojawiła się właśnie kolejna
grupa ornitologów celem weryfikacji wcześniejszych obserwacji.
Pojechałem z
nimi tam gdzie poprzednio słyszeliśmy wyraźnie sóweczkę. Próbowaliśmy
sprowokować ją dźwiękiem (głos w formacie MP3 odtwarzany z telefonu – proszę do
czego przydaje się w terenie nowa technologia :) ale to się nie udało. Przeszliśmy
wszyscy razem kawał lasu gdzie potencjalnie sóweczka może gniazdować, bo
ornitologom bardzo zależało na zlokalizowaniu dziupli z gniazdem. Wszystko się
zgadzało (w kwestii warunków „terenowych” ulubionych przez ten gatunek sowy)
ale żadnych śladów bytowania (żerowania) ani gniazdowania nie znaleźliśmy.
Głos sóweczki
zwykle powoduje reakcję strachu u małych ptaków będących potencjalnym pokarmem
tego drapieżnika. Ptaki zmieniają ton na wyraźnie zaniepokojony, czasami milkną
zupełnie. Jednak ta czereda która nas otaczała gdzieś w gałęziach nie reagowała
zupełnie na odtwarzane dźwięki.
Wnioski ogólne były
więc takie, że fakt iż słyszeliśmy tu sóweczki pod koniec zimy nie oznacza
wcale że jest to ich teren lęgowy.
Przeprowadziłem
wiele rozmów z ornitologami dotyczących sposobów prowadzenia obserwacji
sóweczki – koledzy zachęcali mnie żebym sam spróbował ją znaleźć, co byłoby
bardzo cenną obserwacją. Miejsc lęgowych tego gatunku zlokalizowanych jest w
Polsce zaledwie około trzystu - czterystu. Dla porównania – zinwentaryzowanych
stanowisk lęgowych puszczyka jest siedemdziesiąt tysięcy.
Ornitolodzy sugerowali
mi też nieusuwanie posuszu świerkowego jałowego (czyli obumarłych, suchych
drzew) gdyż jest to potencjalne miejsce gdzie dzięcioł może założyć dziuplę,
która z kolei później może zostać zasiedlona przez sóweczkę. No proszę –
wszystko się zmienia. Kiedyś nie do pomyślenia było zostawianie jakiegokolwiek
posuszu świerkowego. Dziś myślenie często bierze górę nad ślepym stosowaniem
instrukcjami. Tak przynajmniej chcę myśleć. Tymczasem sezon kornikowy już się
zaczął.....
Przyjechali
znajomi, zapaleni przyrodnicy. Takie spotkania zawsze są bardzo ciekawe, bo ja
dowiaduję się czegoś nowego, a oni z kolei z wielką radością badają czasem
niepozorne rzeczy choćby rowy melioracyjne.
Okazało się
więc, że w starym rowie melioracyjnym będącym obecnie częścią systemu małej
retencji żyją prawdopodobnie traszki grzebieniaste. Nie sądziłem, że mógłbym je
tam spotkać, chociaż się nad tym kiedyś zastanawiałem. Znajomi pokazali mi jaja
– składane pod wodą na liściach różnych roślin, a później zawijane w tych
liściach w charakterystyczny sposób. (Jaja są jednolitej, kremowej barwy – na zdjęciu.)
Przyznam, że mi zaimponowali, bo wyszukiwanie pod wodą takiej formy rozwojowej
traszki nie przyszło mi do głowy – po pierwsze, a po drugie wymaga ogromnej
cierpliwości i po prostu pasji.
Wieczorem zabrałem
przyrodników na krótki rekonesans okolicy. Najpierw pojechaliśmy obejrzeć zbiorniki
małej retencji w lesie. Kiedy wyszliśmy z samochodu i stanęliśmy na grobli
wokół nas rozbrzmiewał chór płazów. Kilkanaście różnych dźwięków. Największy
hałas robiły rzekotki. To niewielkie zielone „żabki” (pomijam tu niuanse
współczesnej systematyki) których cechą charakterystyczną są przylgi na
wszystkich palcach kończyn. Biorąc pod uwagę sam głos jaki wydają można go
przypisać do zwierzęcia kilka lub kilkanaście razy większego. Wyodrębniały się
też głosy kumaków. Ja ich głosy znam od dzieciństwa, ale niektórzy z naszej
wycieczki słyszeli kumaka w takim natężeniu po raz pierwszy. Był słoneczny
ciepły wieczór.
Wracając o
zachodzie słońca przez pobliski poligon do leśniczówki zatrzymaliśmy się na
chwilę żeby popodziwiać widoki. Ku zaskoczeniu naszych przyrodników tuż przy
rozjeżdżonej czołgowej drodze rosły sasanki - rośliny chronione i bardzo
rzadkie...
Ponieważ od
jakiegoś czasu już piszę tego bloga i Czytelnicy mieli szansę zorientować się z
grubsza na czym polega praca leśniczego, postanowiłem opisać zwykły dzień w
lesie „na żywca”.
Dzisiejszy,
poniedziałkowy dzień zaczął się już wczoraj wieczorem. Zadzwoniłem do kilku
przewoźników przypominając, że się ze mną umawiali ale nie ustalili jeszcze
godziny przyjazdu. Panowie stękali, ale się zgodzili, że skoro się już umówili
to przyjadą... (Ale z rozmów wynikało że mieli już inne plany.)
Poranek był
mroźny, jakieś minus pięć stopni. Wyjeżdżając z domu po siódmej wiedziałem już,
że przewoźnik stoi w umówionym miejscu i ładuje surowiec na samochód. Jak
dojechałem do niego okazało się, że już prawie kończy. Wypisałem kwit wywozowy
i zanim zdążył go podpisać i odebrać pojawiła się straż leśna. Strażnicy wzięli
ode mnie wszystkie kwity i sprawdzili czy jest w nich to samo co na samochodzie.
(Sprawdzali numery stosów, sortymenty i ilość surowca.) Wszystko się zgadzało i
nie było żadnych niejasności, co chłopaki skrupulatnie odnotowali w swoich
dokumentach. Na koniec zażartowali jeszcze, że straszny u mnie w leśnictwie
kurz na drodze i cały samochód im się ubrudził ...
Zanim kierowca
odjechał dzwonił już następny przewoźnik z którym byłem umówiony na drugim
końcu leśnictwa. Ruszyłem więc na miejsce. Wypisałem przewoźnikowi kwit na
surowiec, który wręczyłem podleśniczemu (odrywając go wcześniej od wyznaczania
trzebieży na 2010 rok). Podleśniczy z kwitem pilnował załadunku i kiedy już
wszystko było na samochodzie dał przewoźnikowi dokumenty. Była godzina jakaś
dziesiąta.
Wiedziałem, że
ma przyjechać jeszcze jeden przewoźnik, ale żeby nie czekać na niego bez sensu
postanowiłem sprawdzić czy czyszczenia późne które pilarze robili w tym
miesiącu są zrobione dobrze. Ta powierzchnia znajdowała się jeszcze gdzie
indziej i sam dojazd zajął mi jakieś pół godziny. Wziąłem ze sobą farbę do
znakowania drzew bo domyślałem się, że będą poprawki. Na powierzchni spędziłem sporo
czasu wyznaczając kolejne drzewa do wycięcia. Czyszczenia nie były zrobione
źle, ale trzeba było jeszcze je poprawić. Ta powierzchnia jest trudna, bo
pochodzi z odnowienia naturalnego i zmieszanie gatunków oraz panujący tam
gąszcz ma duże znaczenie. Wyznaczając kolejne drzewa przypomniałem sobie
kolokwium z hodowli lasu na którym pytano mnie właśnie o zabiegi hodowlane w
drzewostanach liściastych. Na pytanie odpowiedziałem dobrze ale chciałem
jeszcze błysnąć i dodałem, że najlepiej prowadzić taki zabieg w porze kiedy drzewa
są w pełni ulistnione bo widać całe korony. Profesor nie zanegował ale się
skrzywił. Gdybym robotę którą wykonywałem dzisiaj przeprowadzał tak jak
chciałem dziesięć lat temu w pełnym ulistnieniu miałbym przed oczami wyłącznie
zieloną ścianę. Tak właśnie nieraz teoria rozmija się z praktyką. Kiedy
rozmyślałem o hodowli siedząc na kupie gałęzi zauważyłem idącego po mojej nodze
kleszcza. Rozgniatając go zastanawiałem się czy był nosicielem boreliozy,
kleszczowego zapalenia opon mózgowych czy innej może choroby zawodowej.
Z zadumy wyrwał
mnie telefon przewoźnika który zapytał dokąd ma jechać. Wytłumaczyłem mu dojazd
i ruszyłem żeby dopełnić formalności. Podpisałem dokumenty i pokazałem panu
które stosy ma zabrać – wierząc mu, że właśnie tak postąpi. Nie mogłem z nim
czekać aż się załaduje do końca bo chciałem skończyć wyznaczanie czyszczeń. Nie
jest to do końca zgodne z instrukcjami, ale co tam .
Później
pojechałem jeszcze odebrać zerwane drewno przygotowane do wywozu. Przy okazji
sprawdziłem czy pracujący na trzebieży pilarze są ubrani w odpowiednie stroje
BHP (kaski, buty, osłony itp.) i powiedziałem im, że muszą do końca tygodnia
poprawić czyszczenia jeżeli chcą je w tym miesiącu mieć na wypłacie.
To był już
prawie koniec, bo reszta drobnych zajęć wypadała i tak po drodze do domu. Kiedy
parkowałem pod leśniczówką po piętnastej usłyszałem głośny wybuch od którego
zadrżała ziemia. Wojsko znowu ćwiczy na poligonie. Będą pożary jak dwa razy
dwa.
Nadleśnictwo
prowadzi w tym tygodniu inwentaryzację obiektów przeciwpożarowych. Każdy z
leśniczych na swoim terenie sprawdza stan tych obiektów i składa sprawozdanie.
W praktyce
polega to na tym że sprawdzamy bezpośrednio:
- czy drogi oznaczone
jako drogi przeciwpożarowe są przejezdne (np. czy nie leżą na nich zwalone
drzewa i ich stan techniczny umożliwia przejazd ciężkim sprzętem),
- czy punkty
czerpania wody są odpowiednio oznakowane (oznaczenia mogły przez zimę ulec
dewastacji, wiadomo, że licho nie śpi),
- czy na pasach
przeciwpożarowych gleba jest zmineralizowana (czytaj: zaorana) i czy nie leżą
na nich gałęzie.
Specyfiką terenu
naszego nadleśnictwa są szerokie na trzydzieści metrów pasy przeciwpożarowe
otaczające płytę roboczą poligonu. Stanowią one bezpośrednie zabezpieczenie
kompleksu leśnego przed przedostaniem się ognia z pól poligonu gdzie prowadzone
są ćwiczenia z bronią ostrą oraz silnymi ładunkami wybuchowymi. Wojsko w
porozumieniu z nadleśnictwem prowadzi konserwację tych pasów, czyli orze je dwa
razy do roku, wiosną i jesienią. W sumie na terenie nadleśnictwa znajduje się
kilkadziesiąt kilometrów pasów przeciwpożarowych.
Robota jest
odpowiedzialna - te obiekty są naprawdę niezwykle ważne w sytuacjach awaryjnych
kiedy wybucha pożar, co się czasami zdarza. Straż pożarna musi mieć nie tylko
oznakowany dobry dojazd ale również gwarancję że w miejscu gdzie będzie pobierać
wodę z jeziora nie ma jakiegoś bagna gdzie ciężki wóz może zakopać się po osie
...
W piątek w
siedzibie nadleśnictwa odbyło się oficjalne podsumowanie i zakończenie działań
związanych z Buboborami. Wyniki nie były może spektakularne, ale przyzwoite. Pogoda
niestety była wyjątkowo niekorzystna – przez cały tydzień panował niż, a
zdaniem ornitologów przy niskim ciśnieniu sowy nie lubią się odzywać.
Ale głównym
sukcesem było stwierdzenie stuprocentowej obecności kilku osobników sóweczki i
również kilku sowy włochatki. Mimo kiepskich warunków zlokalizowano kilkanaście
puszczyków. Ornitolodzy twierdzili, że uzyskane wyniki ze względu na pogodę są
wynikami minimalnymi na których podstawie można wnioskować, że populacje
wszystkich zlokalizowanych ptaków są o wiele większe niż wykazały to nasłuchy i
obserwacje. Czyli sów mamy na terenie naprawdę sporo.
Puchacza nie
udało się usłyszeć żadnemu z zespołów, ale jeden z kolegów leśniczych jest
pewien, że słyszy go od czasu do czasu na terenie swojego leśnictwa.
P.S. Dzisiaj
ciśnienie poszło w górę co stwierdziłem na barometrze (1000 hPa) i od razu podwórkowy
puszczyk dał o sobie znać. A kiedy wcześniej razem z całą ekipą próbowałem go
wołać, ani razu się skubany nie odezwał.
Pojechałem w
końcu na Bubobory. Wystartowaliśmy o siedemnastej żeby spróbować jeszcze
usłyszeć sóweczkę. Spytałem ornitologów z którymi jechałem jakie partie
drzewostanów - na jakim siedlisku i o jakiej charakterystyce – są dla nich
interesujące ze względu na występowanie poszukiwanych gatunków.
Najpierw
pojechaliśmy więc do lasu świerkowego na podłożu torfowym leżącego w pobliżu
większych odkrytych przestrzeni. Sóweczkę udało się usłyszeć. Dla mnie był to
jeden z miliona ogólno-leśnych wieczornych dźwięków (słychać było m.in.
żurawie, kosy, drozdy). Sóweczka odezwała się sprowokowana nagraniem które
odtworzyliśmy z telefonu (ach, ten sprzęt). Głos jaki usłyszeliśmy w odpowiedzi moim zdaniem nie przypominał tego co odtwarzaliśmy, ale zespół ornitologiczny
był pewien, że właśnie słyszymy sóweczkę. Postanowiliśmy przenieść się w inne
miejsce żeby móc dokładniej zlokalizować ptaka. Udało nam się znaleźć dużo
bliżej, sóweczka odzywała się wyraźniej i teraz jak najbardziej przypominało to dźwięk
znany mi z nagrania. Udało się precyzyjnie ustalić rejon gdzie owa sóweczka
poluje. W ten sam sposób udało nam się zlokalizować jeszcze jeden rejon
łowiecki kolejnego osobnika. Sukces niby drobny, ale cieszył. Bubobory wszak
nastawione są głównie na poszukiwania stanowisk puchacza, ale sóweczka również
jest rzadkim gatunkiem, a do tego poluje w dzień.
Kiedy zapadł
zmrok ruszyliśmy w inne rejony drzewostanów żeby spróbować zlokalizować
włochatkę i puszczyka. Najaktywniejsze są one dwie godziny po zmierzchu i przed
świtem. Udało się zanotować kolejny sukces, ale nie tak spektakularny –
sprowokowana nagraniem włochatka odezwała się tylko raz. Z czterech
nasłuchujących osób usłyszały ją trzy, ale nie wszyscy z tego samego kierunku.
Echo w lesie rozchodzi się bardzo różnie. No ale grunt że słyszeliśmy.
Później
pojechaliśmy jeszcze nad brzeg leśnego jeziora leżącego w sąsiedztwie bagien
żeby nasłuchiwać puchacza ale nie raczył się odezwać (tego gatunku sowy nie
prowokuje się nagranym głosem bo można tylko nastraszyć wszystkie ptaki w
lesie). Być może to wina pogody (idealne okoliczności to pełnia księżyca i
bezchmurna, bezwietrzna noc). Pomimo prowokacji nie odezwał się nawet pospolity
gatunek jakim jest puszczyk, którego obecność w okolicy jest stuprocentowo
pewna. Ale prowadzący nasłuchy ornitolog stwierdził, że sowy to stworzenia dość
chimeryczne i nie zawsze się odzywają – nawet kiedy w pobliżu odtwarza im się
najlepsze sowie kawałki z MP3.
P.S. Nagrania
sowich głosów, zdjęcia oraz wiele ciekawych informacji można znaleźć na stronie
WWW.cepl.sggw.pl/bubobory
Nadeszła jak
wiadomo wiosna przynajmniej kalendarzowa. Zbliża się więc również sezon
kornikowy. Wprawdzie nic jeszcze nie można o tym powiedzieć na pewno, ale patrząc
na pogodę to jeżeli utrzyma się taka jak jest jeszcze w kwietniu – czyli śnieg,
deszcz i dość gruba pokrywa śniegu w lesie, to szkodniki owadzie a przynajmniej
kornik drukarz którego znam osobiście nie zaliczą tego sezonu do udanego. Taka
właśnie pogoda, a przede wszystkim długo utrzymujący się w lesie śnieg hamuje
rozwój szkodników owadzich skracając im wydatnie okres w którym mogą się
rozmnażać.
Dla mnie byłoby
to wyjątkowo korzystne, jako że kornik już nie raz przysporzył mi dodatkowych
zajęć z racji tego, że na terenie mojego leśnictwa znajduje się dużo świerka.
Tymczasem
rozpoczęło się liczenie sów (BUBOBORY). Jutro o 17 ruszam w teren razem z
ornitologiem. O wynikach dam znać.
P.S. Na zdjęciu
kwitnąca leszczyna dziś o poranku.
Trzeci dzień
pada śnieg. Na zmianę zawieja albo zawieja. Na szczęście w miarę ciepło, więc
wiadomo, że nawet jeżeli wygląda to jak śnieżyca to sprawa jest chwilowa.
Zastanawiałem się
gdzie podziały się żurawie, skowronki, szpaki i cała ta wiosenna hałastra która
już przyleciała – sam widziałem i słyszałem. Żona coś wspominała o zmianie opon
na letnie. Dobrze że nie dałem się namówić!
W przyszłym
tygodniu wszyscy pracownicy nadleśnictwa, także „biuro”, wezmą udział w
szkoleniu a potem w inwentaryzacji sów na naszym terenie. Wszystko to będzie
odbywało się w ramach akcji „Bubobory”. Jest to już siódma edycja tego programu
– ale po raz pierwszy będzie w niej brało udział nasze nadleśnictwo. Do prawie
każdego z nadleśnictw w których wykazano w trakcie przeprowadzanej w 2006 roku
inwentaryzacji obecność puchacza (łac. Bubo
bubo) przyjadą specjaliści ornitolodzy. U nas warsztaty szkoleniowe i
nasłuchy będą prowadzone przez cały przyszły tydzień.
Celem
„Buboborów” ma być nie tylko inwentaryzacja stanowisk puchacza, który jest
najrzadszą sową występującą w Polsce ale również edukacja leśników w zakresie
sowich zwyczajów, sposobów lokalizacji stanowisk oraz czynnej ochrony tego
gatunku. Oczywiście niejako przy okazji uzyskuje się dane dotyczące innych
gatunków sów gniazdujących w okolicy (w naszym kraju występuje jeszcze między
innymi sóweczka, włochatka, puszczyk i uszatka).
Ja bez
specjalnych nasłuchów wiem, że tuż koło leśniczówki, prawdopodobnie w starym
opuszczonym kościele, mieszka puszczyk. Zaczął się odzywać w lutym, kiedy noce
stawały się cieplejsze ale o wiośnie nikt jeszcze poważnie nie myślał. Słychać
go było przez kilka dni, potem przyszły mrozy i zamilkł, teraz słychać go
znowu. Lubię się z nim przekomarzać i drażnię go gwizdaniem przypominającym
jego głos – można nawiązać całkiem długą „rozmowę”. Gadamy tak już któryś rok.
Puchacza nigdy
nie słyszałem, ale może uda mi się to w tym roku w trakcie „Buboborów”.
Najwyraźniej
zbliża się wiosna. Samice dzików – lochy – odłączyły się już od watah i budują
barłogi (gniazda) gdzie w najbliższych tygodniach przyjdą na świat małe
pasiaste „świnki”.
Te barłogi które
ja widziałem robione były najczęściej z trzciny albo wysokich suchych traw.
Jest to niejednokrotnie imponujące gniazdo ze słomy – ma przecież zapewnić
schronienie noworodkom. Bardzo często znajduje się ono pod okapem świerku
posiadającego gałęzie od samej ziemi. Pozostawianie takich pojedynczych drzew –
przerostów świerkowych różniących się wiekiem od pozostałych drzew w okolicy –
ma jednak sens, gdyż są to miejsca dające schronienie zwierzynie.
Barłóg który
sfotografowałem znalazłem całkiem przypadkiem. Pokazywałem pracownikom powierzchnię
do czyszczeń i przypadkiem zajrzałem pod rosnący tam duży świerk. Zobaczyłem prawie
gotowe już gniazdo i zdecydowałem, że czyszczenia będziemy wykonywać teraz
gdzie indziej, żeby dzików nie niepokoić. Poza tym ma tu znaczenie kwestia bezpieczeństwa
– locha z warchlakami może być naprawdę groźna jeżeli uzna że coś zagraża jej
małym.
Wczoraj idąc
przez las zauważyłem przeskakujące przez drogę „przelatki” czyli młode,
jednoroczne dziki. Sądziłem, że skoro są bez lochy która już myśli o kolejnym
miocie to mogą stanowić łatwy łup dla myśliwego. Wróciłem do domu po broń i
postanowiłem pójść ich tropem. Szedłem prosto ich śladem i byłem przekonany że
nie wyjdą z dużej kępy lasu – był środek dnia. Dziki jednak śmiało poszły w
odkryte pole. Teraz już szedłem za nimi z ciekawości bo zaskoczyły mnie tym
ruchem i nie wiedziałem dokąd się skierują. Szły długo wzdłuż wysokiej miedzy
która dawała im osłonę i dotarły do kolejnego kompleksu leśnego gdzie
niezawodnie znalazły schronienie. Iść dalej nie było sensu – leniwy drapieżnik
musiał zrezygnować, gdyż zwierzyna okazała się zbyt mądra i zbyt silna.
Drapieżnictwo polega przecież na wykorzystywaniu słabych stron ofiary.
Dzisiaj odbyło
się u mnie w leśnictwie szkolenie dla wszystkich leśniczych naszego
nadleśnictwa które miało nam wszystkim przypomnieć zasady wykonywania szacunków
brakarskich;
W pewnym stopniu
spowodowane było ono faktem że podsumowano poprzedni rok i okazało się że
zdarzają się spore błędy jeżeli chodzi zarówno o szacowanie masy jak i
szacowanie sortymentów na poszczególnych powierzchniach trzebieżowych. Z błędów
ci, którzy je popełnili ostro się w swoim czasie tłumaczyli, niemniej szef
uznał, że nie zaszkodzi nam taka powtórka. Nie omieszkał przypomnieć, że
dokładność wykonywania szacunków brakarskich przenosi się bezpośrednio na
możliwości prowadzenia racjonalnej sprzedaży surowca.
Mówiąc
kolokwialnie, straszył nas że żarty się kończą, a dokładność musi być większa
bo będą wyciągane konsekwencje służbowe.
Zbiórka była
rano u mnie pod leśniczówką. Jako prowadzącego szkolenie zaproszono
doświadczonego brakarza, specjalistę z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych.
Wszyscy zjawili się punktualnie, rejwach był co najmniej jak przy dużym
polowaniu zbiorowym. Ruszyliśmy na powierzchnię gdzie leżał surowiec
przygotowany wcześniej jako materiał szkoleniowy do nauki klasyfikacji. Specjalnie
drewno nie było manipulowane w lesie tylko w całości ze wszystkimi wadami
zerwane i ułożone na mygłach przy drodze wywozowej. Grube osiki ze zgnilizną
wewnętrzną, krzywiznami, że ho ho i sękami wielkimi jak talerze. Brzoza
prezentowała się dużo lepiej i może dlatego chętnie szkolono się na jej
przykładzie. Iglasty surowiec też znajdował się na powierzchni ale mamy jak
pokazują statystyki większą wprawę w obchodzeniu się z sosną i świerkiem więc
prowadzący szkolenie nie przeczołgał nas po tych mygłach.
Obok znajdowała
się również powierzchnia gdzie szkoliliśmy się z wykonywania szacunków
brakarskich (klasyfikowanie surowca, wybór metody szacowania masy i pomiar).
Szkolenie trwało dobrych kilka godzin.
Od kilku dni
dręczy nas jakaś zaraza. W domu nazywamy ją „hiszpanką”. Objawia się wysoką
gorączką, uporczywym kaszlem i katarem oraz ogólnym osłabieniem organizmu. Jak
zwykle najgorzej taka choroba przebiega u dziecka, ale w wersji dorosłej też
jest bardzo nieprzyjemna. Podobno w całym województwie warmińsko-mazurskim
choruje dwadzieścia tysięcy ludzi. Sądzę że tyle zgłosiło się do lekarza, a
takich co się nie zgłosili i leczą na własną rękę jak my jest drugie tyle. W
aptece w najbliższym miasteczku obroty musiały wzrosnąć kilka razy, bo zamiast
jednej pani za ladą jak zwykle od tygodnia pracują trzy ...
Ponieważ dzisiaj
czuję się już lepiej, postanowiłem przewietrzyć trochę wirusa i pojechałem do
lasu. Przez gorączkę i inne przypadłości najwyraźniej mózg mi się jakoś
zresetował i spojrzałem na pewien oddział z nowej perspektywy. Ze zdumieniem
odkryłem, że kształt tegoż oddziału na mapie różni się istotnie od kształtu w
rzeczywistości. Czasami takie rzeczy się zdarzają. Przy kolejnym urządzaniu
lasu będę musiał przypilnować, żeby mapy zostały poprawione, bo po co powielać
błędy ... A wyszło wszystko przy okazji robienia szkiców ze szlakami zrywkowymi
na powierzchni na której niebawem ma się rozpocząć trzebież.
Przez ostatnie
kilka dni żona (też chora) prowadziła pilną obserwację sikorek, które na
drzewie przy oknie mają wywieszoną karmę. Odkryła, że częstymi gośćmi są nie
tylko sikorki bogatki, ale również ubogie, czarnogłówki (na pierwszy rzut oka
trudno odróżnić jedne od drugich, ale drugiego dnia obserwacji już jest
łatwiej) oraz modraszki (z niebieskim łepkiem). Zaglądają też sójki, dzięcioły,
a nawet grubodziób. Jak widać wirus sprzyja znacznemu spowolnieniu tempa życia
i wtedy można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o najbliższym otoczeniu ......
W związku ze
staraniami naszej Dyrekcji Regionalnej o uzyskanie certyfikatu FSC doszło nam
trochę pracy nie tylko na papierze ale i w terenie. Musimy bowiem wykazać
odpowiedni poziom bioróżnorodności i tym samym udowodnić certyfikatorom, że w
naszym nadleśnictwie wszystko jest zgodne ze standardami europejskimi.
Wprawdzie daty audytu jeszcze nie znamy, ale przygotowania idą pełną parą. Nie
jest to wcale takie złe – dobrze będzie wiedzieć, że wszystko działa tak, aby
satysfakcjonować nie tylko nasze władze ale i zewnętrznych urzędników, a w
szerokiej perspektywie również i społeczeństwo.
Niedawno w
związku z tym razem z podleśniczym liczyliśmy dziuple w drzewach. Firma
certyfikująca najwyraźniej wychodzi z założenia, że dziupli nie ma – chociaż
wiadomo, że jeżeli występują na danym terenie drzewostany starsze niż
osiemdziesiąt lat, a do tego występują dzięcioły, to również występują dziuple,
i jest to dla każdego leśniczego „oczywista oczywistość”. Ale wszystko musi być
na papierze, czarno na białym, więc musimy wykazać jednoznacznie, że dziuple są,
a do tego podać, ile ich jest dokładnie. To trochę tak jak udowadniać, że woda
jest mokra, ale skoro jest taka potrzeba – proszę bardzo.
Zresztą nie było
to wcale takie złe – chodziliśmy po kolejnych oddziałach opisując jakie gatunki
drzew posiadają dziuple. Zima to zresztą korzystna pora kiedy taką
inwentaryzację można robić dosyć łatwo i skutecznie – nie ma liści i dużo więcej
widać. (Kiedyś pokutował stereotyp mówiący, że leśniczy to liczy drzewa w
lesie, a teraz proszę, liczy dziuple.)
Na razie znalazłem
37 dziupli, z których większość była mi znana od dawna. Znajdują się – jak
można się było spodziewać - w starych lipach rosnących w pobliżu ruin dawnych leśniczówek,
w starych osikach, sosnach i dębach.
P.S. Zasłyszany
ostatnio od jednego z kolegów po fachu dowcip: „Co robi
leśniczy kiedy wybuchnie pożar w leśniczówce? Walczy jak lew, żeby uratować ...
sufit, bo tam przechowywane jest najwięcej danych.”
Kiedy w trakcie
ostatniego weekendu jechałem przez las – dodam że nie mój – moją uwagę przyciągnął
stos drewna. Nie jednak swoim kształtem czy zasobnością, ale ... dekoracją.
Otóż widniał na
nim umieszczony sprayem od strony drogi napis „VII – nie kradnij”. Pomyślałem
sobie, że jest to dosyć oryginalny sposób na odstraszanie złodziei, ale być
może chociaż częściowo skuteczny. Czasami bowiem zdesperowany leśniczy może
jedynie odwołać się do boskiego autorytetu.
Kradzieże drewna
zdarzają się o każdej porze roku, aczkolwiek jesienią i zimą przybierają na
sile. Większość tych przypadków generują jak ich nazywamy „złodzieje opałowi”.
Tutaj uszczkną trochę gałęzi, tam z jednego stosu zginą trzy wałki, z drugiego
jeden. Najwyraźniej uważają że wyrabianie latem gałęzi – co robi wielu
okolicznych mieszkańców, pozyskując tym samym opał legalnie i minimalnym
kosztem - jest poniżej ich godności. Ale ciepło w domu chcą mieć, najlepiej oczywiście
za darmo.
Dobrze, że
tartacznicy nie mają podobnego podejścia do tematu...
Oprócz
leśniczego surowca pilnuje straż leśna. Jest powołana do zwalczania szkodnictwa
leśnego. Mimo często dużego zaangażowania i długich godzin spędzonych na
„zasadzkach” opałowi złodzieje często bywają nieuchwytni. Mimo tego, że „wieść
gminna” często pozwala zidentyfikować ich tożsamość pozostają czasem bezkarni i
zawsze potrafią wyskubać kilka piórek z koguciego ogona.
W moim
leśnictwie jak pamiętam zdarzyła się tylko jedna poważna kradzież. Było to
niecałe dziesięć lat temu. Przykra to była interwencja, ponieważ sprawcą okazał
się gość który dorywczo pracował przy sadzeniu lasu. Skradzione drewno
spieniężył i przeznaczył na alkohol. Ale sadzonki na zrębie sadził dobrze.
Robota rozkręca
się powoli, umowy z usługowcami już wprawdzie podpisane, pilarze w lesie
pracują, ale ponieważ nie ma zbyt wielu kupców na drewno nie ma też dużego
ruchu w interesie, mam trochę czasu na pracę kancelaryjną.
Pojechałem też
razem z kilkoma kolegami po mundurówkę. (Pracownicy Służby Leśnej mają co roku
przydzielaną pulę tzw. punktów za które w sklepie który wygrał przetarg na
obsługę nadleśnictwa mogą pobierać sorty mundurowe. Nie jest to tylko mundur
galowy – w nim chodzi się na narady i oficjalne uroczystości i mało się on
zużywa – ale też inne ubrania do codziennej pracy, czyli buty, polary, spodnie,
swetry.)
Jest to moim
zdaniem dobre rozwiązanie, bo porządne buty w zalewie chińskich towarów trudno
kupić, a dla kogoś kto spędza dużo czasu w terenie w bardzo zróżnicowanych
warunkach jest to najważniejszy chyba element ubioru.
Czytałem
niedawno w prasie fachowej (Las Polski 1/2009) że trwają prace nad opracowaniem
nowego munduru leśnika. Według zleconych przez Lasy Państwowe a wykonanych
przez CBOS badań wizerunkowych, obecny nasz mundur terenowy kojarzy się
bardziej z wojskiem niż Służbą Leśną. Jaki będzie nowy mundur jeszcze nie
wiadomo. Ale moim skromnym zdaniem na okazje oficjalne powinien pozostać mundur
galowy, natomiast do pracy terenowej powinien być on raczej luźniejszym w
formie ubrania korporacyjnego. Pisząc „ubranie korporacyjne” mam na myśli takie,
które umożliwiałoby bez wątpliwości identyfikację nas jako pracowników LP (co
jest niezbędne, gdy np. jesteśmy zmuszeni kogoś pouczyć lub wypisać mandat) ale
byłoby wygodne i nie wymagało wkładania krawata do odbiórki drewna (obecny
mundur terenowy taki wymóg zawiera ...).
Śniegu nasypało
fest, i bardzo dobrze. Liczę że wymrozi wszystkie zarazki, a przy okazji trochę
komarów ... Zrobiłem większe zakupy, żona upiekła chleb, ogrzewanie działa, więc
zima mi niestraszna.
W nadleśnictwie
odbyła się narada otwierająca nowy rok gospodarczy. Nadleśniczy mówił o
polityce Lasów Państwowych na cały najbliższy rok oraz o tym jak wygląda
perspektywa sprzedaży drewna w naszym Nadleśnictwie a w związku z tym
perspektywa naszych działań przy pozyskaniu surowca.
Szef
podsumowywał również rok miniony – dziękował nam za zaangażowanie i dobrą pracę
dzięki czemu osiągnęliśmy zamierzony wynik finansowy. Każdemu zrobiło się miło,
bo każdy lubi być doceniany. W dobrej atmosferze po prostu pracuje się lepiej,
a nawet takie proste „dziękuję Panom” jest dobrze od czasu do czasu usłyszeć –
tym bardziej że nie każdego szefa na to stać.
Kiedy właśnie wybierałem
się na naradę, pod leśniczówkę zajechali się pilarze (w mróz minus 25 stopni)
którzy bardzo chcieli żeby dać im jakąś robotę, bo przecież wcale tak zimno nie
jest. Są twardsi niż sądziłem. W takiej temperaturze naprawdę trudno cokolwiek
w lesie robić. Pracy żadnej dać im nie mogłem, bo nadleśnictwo jeszcze nie
podpisało umów z usługowcami, a dopóki to nie zostanie zrobione, nie można
wystawiać żadnych zleceń. Tak naprawdę robota ruszy dopiero od przyszłego
tygodnia.
Koźlak, którego
zaraz po urodzeniu zabraliśmy do domu obawiając się, że zamarznie przetrwał
kryzysowy pierwszy dzień i wrócił już do swojej mamy. Umie już sam trafić do
mleka, zrobił się bardzo puchaty i wygląda na to że nic mu nie dolega. Stare
kozy traktują go wyniośle ale nie prześladują za bardzo. Jeszcze tydzień i
zrobi się z niego niezły nicpoń i psotnik.
U siebie w lesie
udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u
mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało
sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że
trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które
trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa
w określonym kierunku.
To naprawdę
dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i
zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa
(obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew
zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem
rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na
szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go
przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.
Kiedy
dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest
tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak
zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się
razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak
mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z
przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał
rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w
organizmie jakieś ślady.
Chodzę po leśnictwie
i wyszukuję stanowisk roślin chronionych. Wyszukuję je z własnej ciekawości,
ale także tworzę dokumentuję z potrzeby urzędu. Miejsca gdzie rosną rośliny
chronione powinny być zinwentaryzowane, łatwiej wtedy planować prace w taki
sposób żeby omijać te miejsca. Wiadomo również że te informacje przydadzą się w
trakcie terenowej części audytu związanego z certyfikacją. Ponieważ na przyszłe
lata mam zaplanowanych do uruchomienia dużo zrębów, postanowiłem wykonać część
roboty już teraz i zająć się fotozielnikami na tych działkach.
Moje leśnictwo
to przede wszystkim siedliska borowe z bardzo kwaśną glebą gdzie w drzewostanie
jest duży udział świerka dającego odpowiednie ocienienie - są to warunki
idealne do występowania widłaków.
Najczęściej spotykam
widłak jałowcowaty i widłak spłaszczony. Jest również widłak goździsty. Żaden z
nich nie jest jeszcze gatunkiem zagrożonym wyginięciem, ale wszystkie trzy są
roślinami znajdującymi się pod ochroną. Bezpośrednim zagrożeniem dla tych roślin
są melioracje i innego rodzaju przekształcenia obecnych siedlisk, a także
gospodarcze użytkowanie lasu. Jednak dzięki inwentaryzacji ich stanowisk można
temu przeciwdziałać a jednocześnie próbować prowadzić normalną gospodarkę
leśną. (Widłaki pozyskuje się do celów dekoracyjnych (nielegalnie) oraz
leczniczych (za zgodą konserwatora przyrody)).
Widłaki najłatwiej
inwentaryzować właśnie o tej porze roku, kiedy borówki nie mają już liści a na
dnie lasu pozostaje jedynie warstwa mszysta. O innej porze trochę trudno się ich
doszukać pomiędzy mnóstwem innych roślin. Dopiero teraz widać, że miejscami
występują one niemal łanowo, a niektóre stanowiska mają powierzchnię około pół
hektara.
Nie mam czasu za
bardzo na pisanie ani na robotę bo w nadleśnictwie szykuje się wielkie
polowanie. Samych zaproszonych gości ma być około trzydziestu osób. Ale żeby
wszystko się udało, zostałem wyznaczony razem z kilkoma kolegami do przygotowania
tych łowów. Chodzi głównie o to, żeby wyśledzić szlaki którymi porusza się
zwierzyna po lesie. Przez kilka poprzednich dni leżał śnieg, więc wszystkie
ślady były widoczne jak na dłoni. Teraz już niestety stopniał, ale mniej więcej
zdążyliśmy się zorientować co i jak.
Polowanie musi
być odpowiednio przygotowane – nie polega ono na tym, że zbiera się grupa
myśliwych i jedzie sobie do lasu. Wcześniej jest dokładne planowanie, w jakie
rejony pojedziemy i w jakiej kolejności, jak będą ustawieni myśliwi, którędy
pójdą naganiacze. Ma to ogromne znaczenie również ze względów bezpieczeństwa –
ten kto prowadzi polowanie musi wziąć pod uwagę wiele rzeczy, ale przede
wszystkim właśnie bezpieczeństwo. Na odprawie przed polowaniem za każdym razem
przypomina się jeszcze myśliwym o podstawowych zasadach – np. że nie należy
strzelać w kierunku nagonki do zwierzyny płowej (jelenie, sarny), nie wolno
strzelać kulą dalej niż na 40
metrów w miot do zwierzyny czarnej (dziki), nie wolno
strzelać po linii na której stoją rozstawieni myśliwi.
To co teraz
napiszę będzie zupełnie niepoprawne politycznie, ale moim zdaniem takie
polowanie jest potrzebne. Jeleni na naszym terenie jest już tyle, że szkody w
uprawach są bardzo poważne. Potrafią naprawdę dać się we znaki. Dziki w samym
lesie są niegroźne, ale za to dają się we znaki właścicielom przylegających do
lasu pól, gdzie niszczą uprawy a za wyrządzone szkody płaci nadleśnictwo.
Łowy zostaną
zakończone wielkim ogniskiem u mnie pod leśniczówką. Muszę jeszcze przygotować
drewno i wyrychtować swoją nową strzelbę.
W ubiegłym tygodniu w moim Nadleśnictwie ruszyliśmy walnie do jesiennego poszukiwania pierwotnych szkodników sosny zimujących w ściółce. Nie była to impreza z ogniskiem i kiełbasą... Tak jak w poprzednim roku poszukiwania prowadziliśmy według nowego schematu, który opisałem krótko mniej więcej rok temu (październik 2007). Pokrótce tylko przypomnę, że owadów szuka się pod kilkoma drzewami, w wyznaczonych fragmentach ściółki oraz pod korą, a na podstawie wyników tych działań określa się stopień zagrożenia od szkodników na rok przyszły i planuje ewentualne dodatkowe działania ochronne, np. opryski z samolotów.
Termin jesiennych poszukiwań udało się ustalić dość celnie, jako że wczesne przymrozki już mamy za sobą, a nawet pierwszy śnieg. (Wszystko są to okoliczności które dają większą precyzję prognozy.) Do oceny skuteczności prognozowania ja wprowadzam jeszcze jedną dodatkową zmienną. Mianowicie doświadczenie osób, które bezpośrednio przeszukują ściółkę. (Jeżeli ktoś bierze udział w poszukiwaniach po raz pierwszy to z reguły ma wyniki gorsze od kogoś kto szuka szkodników już kolejny rok. Moim zdaniem najlepiej przy tego rodzaju pracach zatrudniać kobiety – są dużo dokładniejsze niż faceci i mają lepsze wyniki.) Biorąc pod uwagę nawet tę ostatnią zmienną muszę przyznać, że dziwnie mało wyszukaliśmy zimujących szkodników. Wysłano wyniki poszukiwań do ZOL-u (Zakładu Ochrony Lasu). Ciekawe jak sprawy z poprochem, barczatką, borecznikami i innymi wyglądają globalnie. Zadzwonię chyba do jakiegoś sąsiada.
Jesienne poszukiwania to też okazja, żeby pomyszkować po lesie w sposób nierutynowy. Na kilku powierzchniach kontrolnych znalazłem stanowiska widłaka spłaszczonego i jałowcowatego. To bardzo istotna rzecz przy wykonywaniu zabiegów trzebieżowych. Stanowiska roślin chronionych nie mogą ulec degradacji, więc szlaki zrywkowe muszą je ominąć.
Zjawisko znane w psychologii jako dysonans poznawczy dopada od czasu do czasu każdego. Mnie dopadło ostatnio pod wpływem zdarzeń związanych z certyfikacją w naszym nadleśnictwie. (Certyfikacja = audyt zewnętrznej niezależnej instytucji.)
Otóż na co dzień, w cyklach dziesięcioletnich, działania każdego leśniczego są dyktowane czynnościami wynikającymi z operatu przygotowywanego przez Biuro Urządzania Lasu. Plan urządzania dla nadleśnictwa i poszczególnych leśnictw jest podpisywany przez ministra środowiska. Pozostałe nasze działania określają różne akty prawne – ustawy i rozporządzenia – oraz zarządzenia dyrektora generalnego, dyrekcji regionalnych oraz nadleśniczych.
Tymczasem niektóre z zaleceń firmy nadającej certyfikaty poszczególnym regionalnym dyrekcjom Lasów Państwowych – z którymi ostatnio wieczorami dogłębnie się zapoznaję – wydają się stać w jawnej sprzeczności z polskim prawem. (Zasady Hodowli Lasu, Instrukcja Urządzania Lasu – dokumenty, które zostały wprowadzone do praktyki mocą ustawy, i wciąż podobno obowiązują.)
Powstaje dylemat – co ważniejsze? Firma certyfikująca rozwiązuje go stwierdzając, że w przypadku gdy jej wytyczne są sprzeczne z prawem danego kraju, należy uznać, że te właśnie wytyczne są dokumentem nadrzędnym.
Weźmy np. kwestię pozostawiania starych drzew, do naturalnej ich śmierci i rozpadu. Na terenie rezerwatów pozostawia się przewrócone drzewa tak jak padną. W lasach gdzie prowadzona jest normalna gospodarka również pozostawia się obumierające drzewa do ich naturalnej śmierci. Jest to praktyka znana i stosowana. Firma certyfikująca zaleca zwiększenie ilości martwego drewna pozostawianego w lesie i nie ma tu żadnej sprzeczności. Nie ma, dopóki nie trzeba wypłacić odszkodowania komuś, komu w trakcie grzybobrania spróchniała gałąź spadła na głowę. Oczywiście nadleśnictwo może się na taką ewentualność ubezpieczyć, ale firmy ubezpieczeniowe podnoszą stawki nawet kilkakrotnie powołując się na rosnącą świadomość społeczeństwa (grzybiarz coraz lepiej wykształcony i wie że odszkodowanie mu się należy).
Od Lasów z jednej strony żąda się dostarczania coraz większych ilości drewna dla przemysłu, z drugiej chronienia wszystkiego co rośnie a najlepiej nie-wycinania-niczego. Jednocześnie stosowania prawa i dostosowania się do wszystkich oczekiwań społecznych będących często względem niego w sprzeczności.
Zakończono
pozyskanie surowca na ostatniej w tym roku powierzchni trzebieżowej w moim leśnictwie.
Był to zabieg w sześćdziesięcioletnim lesie, na siedlisku lasu mieszanego
bagiennego. Dla niewtajemniczonych w siedliskoznawstwo dodam, że jest to teren
podmokły i na przeważającej powierzchni występuje gruba warstwa torfu.
Mineralne wywyższenia zajmuje świerk z sosną a dolinki porasta brzoza.
Pozornie niczym
się ta trzebież nie wyróżniała ale ...
Zabieg miał na
celu przygotowanie powierzchni do użytkowania rębnego. Tzn. wychwycone zostały
całe fragmenty z odnowieniem naturalnym (przede wszystkim świerka). Szlaki
zrywkowe przebiegają w tym drzewostanie tak, aby przy zrywce drewna nie
uszkodzić siewek. Druga ważna rzecz to dopuszczenie do dna lasu wystarczającej
ilości światła niezbędnego do rozwoju młodego pokolenia. Osiąga się to przez
usunięcie - wycięcie drzew z pierwszego piętra drzewostanu (najwyższe drzewa o
rozbudowanej koronie). Oczywiście ilość usuniętych drzew z pierwszego piętra
nie może być zbyt duża ponieważ trzebież łatwo może przejść w zrąb. Nie chwaląc
się myślę, że wyszło nieźle. Reszta to standardowe działanie mające na celu
rozluźnienie zwarcia w koronach starego lasu. Wszystko to po to, żeby za
dwadzieścia lub trzydzieści lat nie trzeba było wycinać tam zrębu w celu
zastąpienia starodrzewiu młodym pokoleniem lasu. Ten proces rozpocząłem już
teraz. Ktoś kto w przyszłości mnie zastąpi w tym leśnictwie będzie miał jeden
kłopot z głowy.
Jesień na
całego, wszystko w lesie i na łące przybrało wiadomo-jakie-kolory. Ale pośród
brązów, zgaszonych zieleni, żółci, czerwieni i tym podobnych odcieni nagle
przyciągnął moją uwagę ostry róż i pomarańcz. I to w miejscu które mijam
codziennie kilka razy, czyli przy końskim pastwisku. Niesamowite kolory rzucają
się w oczy, tym bardziej że dookoła głównie szarawa zieleń. To trzmielina –
dosyć pospolity krzew, jak najbardziej rodzimego gatunku, a o tej porze roku
wygląda jak egzotyczny ptak. (Euonymus
europaeus L. – trzmielina pospolita.) A to za przyczyną dojrzewających
właśnie teraz owoców – na zdjęciu widać jaskraworóżowe torebki owocowe oraz
pomarańczową osnówkę wewnątrz której znajdują się nasiona. Zachęcam do wyprawy
w las – ale może nie wyłącznie w poszukiwaniu „barw jesieni” bo to już trochę
banalne. Mnie najbardziej cieszą właśnie takie nietypowe znaleziska, jak ostry
różowy kolor na jesiennie już burej łące.
Ale żeby nie
było tak nudno i melancholijnie, na poligonie koło leśniczówki zaczęły się
jakieś ostre manewry. Jeżdżą czołgi i inne wojskowe pojazdy, ruch i poruszenie.
Na szczęście zagrożenie pożarowe dawno minęło, więc nie obawiam się już o
sąsiadujący z poligonem las (w trakcie największego zagrożenia poligon jest raczej
nie używany).
Kończy się
pozyskanie na terenie leśnictwa. Mimo słabej sprzedaży drewna udało się wykonać
zaplanowane trzebieże i sprzedać surowiec. Jedno z drugim idzie w parze, bo
pozyskane drewno musi mieć swojego nabywcę. Zbyt jest na tyle słaby, że nie ma
mowy o cięciu „na zapas” – prace można zaczynać jeżeli jest umówiony kupiec. Do
wycięcia został mi jeszcze jeden zrąb – sosnowy - oraz wycięcie tartacznej
brzozy ze wszystkich rozpoczętych w tym roku pozycji trzebieżowych. Podyktowane
to jest również rynkiem. Kupiec pojawił się dopiero teraz.
Od kilku tygodni
w moim leśnictwie „urządzeniowcy” (czyli pracownicy Biura Urządzania Lasu)
prowadzili taksację drzewostanów. Kiedy skończyli, spotkaliśmy się i
dokonaliśmy wspólnych ustaleń dotyczących dalszych sposobów użytkowania lasu w
moim leśnictwie.
Co to jest
taksacja? To spisywanie cech drzewostanu „z natury” czyli na gruncie. Stosując
określone metody pracownik wykonujący urządzanie opisuje drzewostan na danym
terenie bezpośrednio tak jak go widzi, czyli chodzi po leśnictwie i spisuje
skład gatunkowy kolejnych fragmentów lasu, czyli wydzieleń. Dodatkowo określa
podstawowe cechy taksacyjne – zapas, przeciętną wysokość, wiek, pierśnicę
(grubość) drzew w kolejnych wydzieleniach. Urządzanie to ciężka robota – na
piechotę trzeba przejść leśnictwo po leśnictwie i spisać co się widzi.
Niezależnie od stosowanych w tej pracy nowych technologii wciąż niezbędny jest
bezpośredni ogląd człowieka.
Plan
urządzeniowy sporządza się dla każdego leśnictwa na kolejne dziesięć lat i po
upływie tego okresu wykonuje się go znów. W ten sposób aktualizuje się dane na
podstawie których prowadzona jest cała gospodarka leśna. Od wyników taksacji
zależy cała reszta – rozmiar pozyskania, potrzeby hodowlane, planowanie
kosztów........
U mnie w
leśnictwie konsultacje sprowadzały się do tego, żeby ustalić sposoby
użytkowania rębnego poszczególnych powierzchni, czyli rodzaj cięć na zrębach i czasokres
tych prac. Dotyczy to szczególnie drzewostanów trudnych do odnowienia na borze
mieszanym wilgotnym (BMw) i lesie mieszanym bagiennym (LMb). Zwykłe użytkowanie
rębnią wielkopowierzchniową nie wchodzi w rachubę bo nie daje ona perspektywy na
łatwe odnowienie lasu ( po wycięciu drzewostanu na LMb teren się zabagnia i
odnowienie takiej powierzchni zaczyna być problemem). Więc musieliśmy
wypracować rozwiązanie gwarantujące sukces. Muszę jeszcze sprawdzić jedną
powierzchnię i ustalić czy da się działać na niej tak, jak sobie urządzeniowcy
wymyślili ... Ogólnie byli pod wrażeniem zasobności „moich” drzewostanów, bo
taksując stwierdzili, że w niektórych starych drzewostanach masa drzew w
metrach sześciennych dochodzi do 500 na jednym hektarze. Na siedliskach
borowych to całkiem przyzwoicie. W jakimś stopniu przyczynił się do tego
Krystian Kirschner, którego szczątki spoczywają w jednym z wydzieleń.
Kilka dni temu
byłem na delegacji w Nadleśnictwie Żednia. Wyjazd był zorganizowany w celu
szkoleniowym – na miejscu odbyło się szkolenie z zakresu pozyskiwania drewna
przy pomocy harwestera. Wszystko dlatego, że nasze nadleśnictwo zakupiło taką
maszynę i już niebawem rozpocznie się „nowa era”.
Harwester to
maszyna wielofunkcyjna która ścina, okrzesuje i manipuluje drzewo na wyrzynki
odpowiedniej długości. Jest to bardzo nowoczesny sprzęt.
Ale praca z
harwesterem wygląda zupełnie inaczej niż z brygadą pilarzy. Przede wszystkim pojawia
się drewno pocięte w kłody. Odbiorcy surowca muszą się precyzyjnie zdeklarować jakiej
długości życzą sobie kłodę. Do tej pory dostawali całą „świecę” i manipulowali
ją dowolnie na placu, Ogromne znaczenie ma doświadczenie operatora harwestera –
niezbędne jest bardzo dobre wyszkolenie, bo inaczej może dojść do grubego
nieporozumienia a w efekcie do strat finansowych (Operatorzy szkoleni są w
specjalistycznym ośrodku Lasów Państwowych.)
Ogromnym ograniczeniem
takiej maszyny jest to, że sprzęt nie powinien dojeżdżać daleko na miejsce
pracy – prędkość harwestera to 8
km na godzinę, więc najlepiej jakby parkował w lesie i
tylko przejeżdżał z powierzchni na powierzchnię. Najbardziej zużywa się właśnie
przy „zwykłej” jeździe po drodze, a nie w trakcie pracy. Pojawia się więc kolejny
problem – żeby móc pozostawić go w lesie na noc, należałoby chyba pomyśleć o
wynajęciu stróża ... Maszyna jest bardzo wydajna, ale ekologiczna średnio - dziennie
może zużyć do 400 litrów
ropy. Ma też swoje ograniczenia – np. największa średnica pnia jaki można ściąć
to 70 cm,
a u mnie w leśnictwie drzewa bardzo często są grubsze.
Ale najważniejsze
- rachunek ekonomiczny mówi wprost, że wydajność harwestera na powierzchniach
zrębowych jest tak duża, że nawet przy wysokich kosztach eksploatacji jego
praca jest opłacalna.
Kiedy
powiedziałem moim robotnikom że niebawem na części zrębów będzie pracował
harwester, mieli nietęgie miny – najwięcej przecież zarabiają na zrębach.
Pojechałem ze
znajomymi nad jezioro. Niedziela wieczór, miałem nadzieję że nie będzie tam
ludzi i będziemy mogli bez problemu poćwiczyć z psem aport z wody – przecież
właśnie rozpoczął się sezon na kaczki. Ale ponieważ wakacje w pełni, ludzi było
w bród. Nie mówię już o namiotach i samochodach biwakowiczów oraz śladach o
ognisku ale przede wszystkim o górze śmieci. Nie jest to teren mojego
leśnictwa, ale takie jezioro w lesie to naprawdę duży problem.
Usiedliśmy obok
grupki nastoletnich młodzieńców – mieli może po piętnaście lat. Brązowi od
słońca, każdy ze słuchawkami na uszach i odtwarzaczem MP3 w kieszeni
kąpielowych spodenek. W ręku obowiązkowo cola. W miarę upływu czasu kolejne
puste butelki rzucali po prostu za siebie. Zastanawiałem się dlaczego. Może to
jest tak, że wypada na plaży mieć w ręku napój. Natomiast stanowczo nie wypada
mieć pustej po nim butelki. A już najmniej „trendy” jest zabieranie ze sobą tej
butelki z powrotem ...
Nie wiem czy
jest to kwestia edukacji bardziej w domu czy bardziej w szkole. W trakcie
urlopu też chodziłem na plażę ale nie widziałem tyle śmieci co nad leśnym
jeziorem, choć ludzi było tam wielokrotnie więcej. Nad morze jakoś edukacja
śmieciowa dotarła skuteczniej niż na Mazury. Tam w żadnym sklepie oprócz
rybnego nie można było dostać plastikowej torebki – trzeba było za nią
zapłacić, chyba 30 groszy, co jak się okazało stanowiło dla rzeszy wczasowiczów
barierę istotną. W połączeniu z dużą liczbą osób zatrudnionych do sprzątania
plaż i nadmorskich miejscowości (było ich widać, ale także było widać efekty
ich pracy) sprawiało to, że naprawdę było czysto, a przynajmniej moim zdaniem
czyściej niż w „krainie tysiąca jezior”.
To nie jest tak,
że Lasy Państwowe nie dbają o swój teren. Każdego roku każdy leśniczy planuje
godziny na sprzątanie. W skali regionu i kraju są to naprawdę tony śmieci i
olbrzymie sumy pieniędzy przeznaczane dla zakładów usług leśnych jako
wynagrodzenie za sprzątanie. Ale nie da się wysprzątać wszędzie jeżeli ludzie
wciąż będą się zachowywali jak świnie i tak potwornie zaśmiecali lasy. Po
prostu nie da się nadążyć choćby zwiększyć te nakłady dwukrotnie – tu kartonik,
tam papierek po batoniku czy kubeczek po jogurcie albo puszka po piwie. Wakacje
się kończą, ale sezon grzybowy za pasem ...
Wróciłem właśnie
z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć
do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz
nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.
Zwiedzaliśmy tam
znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale
przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami,
szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie
zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej
dokonują kormorany.
Kormorany są na
niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie
dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym –
starych wysokich drzew liczących około 100 lat.
Ten ptak zjada
dziennie 2-3 kg
ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa
nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych
ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.
Widać, że tamtejsi
leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można
zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja
to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie
był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie
utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni
korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku
przemysłowego.
Na terenie
rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się
prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują
się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli
gospodarza.
Zakład usług
leśnych który wygrał przetarg na poszerzenie pasa przeciwpożarowego poprosił o
pozwolenie parkowania traktorów przy leśniczówce do czasu zakończenia prac.
Zgodziłem się oczywiście, widząc jaki mają przed sobą front robót. Cały pas
przeciwpożarowy (piaszczysty pas zaoranej ziemi oddzielający teren poligonu od
terenu leśnego) jest poszerzany o kilkanaście metrów. W sumie będzie miał około
trzydziestu metrów szerokości, co zdecydowanie zwiększy bezpieczeństwo przeciwpożarowe
lasu. W przypadku pożaru na poligonie ogień nie przekroczy linii pasa, spłoną
tylko zadrzewienia i zakrzaczenia, a drzewostan nie ucierpi (teoretycznie).
Poszerzanie pasa
polega na wyrywaniu z korzeniami drzew które trzeba usunąć żeby osiągnąć
ustaloną szerokość. Widziałem robotników przy pracy i mogę powiedzieć że robota
trudna i ciężka.
Z mojego punktu
widzenia poszerzanie pasa ma jeszcze jeden pozytywny aspekt- świetnie się tam
jeździ konno, a kiedy prace zostaną zakończone będzie już na tyle szeroko, że
będzie można jechać w kilkanaście koni obok siebie. Jak sądzę będzie to kolejna
atrakcja przebiegającego przez leśniczówkę szlaku konnego. Niedawno gościliśmy
kolejny rajd konny, wprawdzie miniaturowy, bo jeźdźców była tylko dwójka, ale
sterali się setnie i kiedy dotarli wreszcie do celu byli gotowi spać w stajni
razem z końmi...
Cieszę się że w
okolicy turystyka konna się rozwija. Ale idzie to wolno, ponieważ organizacja
takich „imprez w siodle” nie jest łatwa, gdyż zadowolenie klientów to jedno, a
zdrowie koni drugie, i trzeba bardzo umiejętnie dobierać zarówno ludzi jak i
zwierzęta, bo w przypadku długich tras wszystko nabiera znaczenia.
Przez ostatnie
kilka dni znów było zagrożenie pożarowe, ale na szczęście przeszło kilka
potężnych burz i sytuacja się poprawiła. Zanim jednak spadł deszcz było
naprawdę groźnie. Tym bardziej, że zaczęły się wakacje a w lesie pojawiło się w
związku z tym zauważalnie więcej ludzi. Niektórzy zbierają pierwsze jagody,
inni jadą nad jezioro. Wystarczyłby niedbale rzucony jeden niedopałek papierosa
i pożar gotowy. Nadleśnictwo prowadzi stały monitoring przeciwpożarowy, ale od
czasu do czasu na patrol wyrusza również samolot – właśnie ten który widać na
zdjęciu. Nie jest to może maszyna super nowoczesna, ale za to jak na razie
niezawodna. Myślę sobie, że byłoby fajnie polecieć kiedyś na taki patrol – może
mi się uda.
W tym tygodniu w
moim leśnictwie była inwentaryzacja magazynu drewna. Taka inwentaryzacja odbywa
się w każdym leśnictwie raz do roku. Oznacza to, że tzw. grupa spisowa złożona
z dwóch innych leśników przyjechała do kancelarii leśnictwa z protokołami na
których były podane masy drewna obecnie znajdujące się na stanie mojego
leśnictwa. Po uzupełnieniu protokołów grupa rusza w teren żeby zweryfikować
zgodność protokołu ze stanem faktycznym. Ewentualne różnice stanowią „manko”
które obciąża leśniczego, który materialnie odpowiada za drewno w swoim
leśnictwie.
W przyszłym
tygodniu ja będę również w składzie takiej grupy w innym leśnictwie.
Po dokonaniu
inwentaryzacji w leśnictwie protokoły są weryfikowane w nadleśnictwie przez
komisję inwentaryzacyjną – w jej skład wchodzi zastępca nadleśniczego i wybrani
pracownicy biura.
Jak do tej pory
raz zdarzyło się że komisja u mnie w leśnictwie stwierdziła brak sortymentu –
na miejscu brakowało części stosu brzozowego. Za brakujące drewno musiałem
zapłacić. Ktoś je ukradł tuż przed inwentaryzacją – kilka dni wcześniej stos
odebrałem i spokojnie czekałem na inwentaryzację...
Kwestia deszczu
i tego czy będzie padał czy nie jest dla mnie wciąż istotna. Wprawdzie siano
zebrałem, ale w lesie wciąż intensywnie działa kornik drukarz. Gdyby się
ochłodziło i popadało (tak, wiem że na wakacje to nie najlepsze życzenia) to
chociaż trochę przyhamowałoby jego rozwój.
Słucham więc
codziennie prognoz pogody. Ale również obserwuję niebo, bo zdarza się spora
rozbieżność między tym słyszę a tym co widzę. (Są nawet skrajne sytuacje kiedy
słyszę „na Mazurach zimno i pada” a ja w krótkich spodniach patrzę na
termometr, widzę 30 stopni i ani śladu deszczu – albo odwrotnie: „w
północno-wschodniej Polsce piękna pogoda” a u mnie leje drugi dzień.)
Wczoraj
obserwowałem super chmury. Typowe cirrusy – wysokie, rozmyte białe smugi,
niektóre „pozaginane” na końcach. (Sprawdziłem w literaturze, haczykowate
cirrusy to chmury o nazwie cirrus uncinus.)
W radiu zapowiadali upał i słońce. Tymczasem w nocy obudziła mnie intensywna
ulewa. Na tyle intensywna, że pobiegłem zamknąć okno w samochodzie ... Do
prognozowania jednak pogody z wyglądu i kształtu chmur potrzebna jest jednak
konkretna wiedza, dość rozległa, poparta obserwacją urządzeń innych niż tylko
barometr.
Ale można
obserwować też przyrodę „ożywioną” w najbliższym otoczeniu. Zauważyłem
prawidłowość, po której ze stuprocentową pewnością można poznać, że będzie
padało. W normalny dzień aktywność owadów jest umiarkowana. Ale zdarzają się
takie dni, kiedy gzy na łące i w lesie gryzą jak wściekłe, a w domu nawet
„domowe” muchy stają się tak dokuczliwe i gryzące, że trudno wytrzymać. W ciągu
ostatniego tygodnia miałem okazję się kilkakrotnie przekonać. Zawsze oznaczało
to deszcz – nawet jeżeli na niebie nie było żadnych chmur mogących sygnalizować
zmianę pogody, a w radiu wciąż zapowiadali upał ...
Zdarzyło się
tak, że musiałem wyjechać do pracy o czwartej rano. Pilarze codziennie
zaczynają o tej godzinie – później robi się już nieznośnie gorąco. A ponieważ
musiałem się z nimi spotkać i pokazać im drzewa trocinkowe do wycięcia –
również musiałem pojawić się w lesie o świcie, żeby chłopy nie musieli na mnie
czekać tylko mogli ruszyć z najpilniejszą robotą. (Z kornikiem nie ma żartów.)
Polecam każdemu
taki poranny wyjazd do lasu – niepowtarzalne zapachy i widoki, mgły i światło
pierwszych promieni słońca przeświecających przez drzewa ... Naprawdę warto
czasem wstać bardzo wcześnie, bo takie „magiczne” chwile trwają bardzo krótko a
później las wygląda już zupełnie normalnie.
***
Przez weekend
miałem gości „z miasta”. Spragnieni kąpieli marzyli o wycieczce na plażę. Z
niedowierzaniem patrzyłem jak kąpią się w lodowatej wodzie. Ja poprzestałem na
zamoczeniu nóg, żona popatrzyła z kocyka i nawet do jeziora nie podeszła. Ale
„mieszczuchom” to zupełnie nie przeszkadzało, ba, twierdzili nawet, że gdyby
była woda cieplejsza, to już by nie było takiego komfortu kąpieli ... (Dodam,
że to moi serdeczni znajomi, i nie piszę o tym z ironią, ale ze szczerym
podziwem – ja na bohaterstwo wejścia do wody tego dnia bym się nie zdobył, ale będę
mógł się kąpać codziennie jak woda się ogrzeje; oni natomiast kąpią się w
jeziorze jak uda im się wyrwać z miasta, niezależnie od pogody.)
Namówiłem
również kolegę do pomocy przy budowie wędzarni. W mojej starej beczce wkopanej
do ziemi służącej do tej pory celom wędzarniczym mrówki zrobiły mrowisko, a
poza tym chciałem zbudować nową wędzarnię dokładnie według wymyślonego
wcześniej planu – tak żeby można było wędzić w niej kozie sery zimnym dymem.
Pełen sukces! Pierwsza partia serów które uwędziliśmy, kontrolując dokładnie
temperaturę dymu w różnych miejscach nowej wędzarni, udała się znakomicie.
Polecam wszystkim wędzone kozie oscypki!
Nareszcie zaczął
padać deszcz więc zagrożenie drzewostanów świerkowych od kornika drukarza ma
szansę zmaleć. Dwa tygodnie suszy stworzyły idealne warunki do rozwoju tego
owada, czego bezpośrednią konsekwencją było znaczne zwiększenie się ilości
czynnego posuszu w drzewostanach świerkowych. Czynny posusz to takie drzewa,
które już obumierają z powodu zasiedlenia przez kornika, a jednocześnie są
wylęgarnią kolejnego pokolenia owadów. To pokolenie w ciągu dwóch – trzech
tygodni (przy sprzyjającej, czyli upalnej pogodzie jaka panowała ostatnio) od
złożenia jajeczek może już wylecieć jako forma dorosła – imago – i zacząć
zasiedlać kolejne drzewa. W jednym sezonie wegetacyjnym taki cykl może
powtórzyć się nawet czterokrotnie czego skutki można obserwować na Słowacji w
drzewostanach górskich, gdzie szkody od kornika są większe niż od huraganów
jakie nawiedziły tamte tereny. (Pisałem o tym jakiś czas temu.)
U siebie w
leśnictwie mam dużo drzewostanów świerkowych i spore zagrożenie kornikiem. Prowadzę
od kilku już lat „zeszyt trocinkarza” gdzie wpisuję wszystkie drzewa zasiedlone
przez kornika w kolejnych latach. Mogę powiedzieć, że w tym roku sezon „na
kornika” zaczął się nieco później niż zwykle, ale dynamika rozwoju populacji (którą
mogę ocenić na podstawie sumy wszystkich odnotowanych drzew) jest znaczna.
Można więc spodziewać się gwałtownego rozwoju populacji tego owada, czyli
gradacji.
Może to mój
pesymizm, ale po dwóch tygodniach takich upałów jakie były, każdy leśniczy zdaje
sobie sprawę z zagrożenia stwarzanego przez kornika. Wszelkie stosowane przez
nas zabiegi mogą tylko spowolnić proces jego rozwoju, ale nie da się go
całkowicie powstrzymać ani wyeliminować owadów żadnym sposobem. (Zdarzają się
też teoretycy, którzy siedząc za biurkiem uważają, że leśniczy jest w stanie
wyłapać wszystkie korniki w lesie, ale chciałbym ich zobaczyć w akcji.) Jedyne
co można robić to hamować rozwój owadów i czekać na zmianę pogody; Jeżeli
przyroda nie przyjdzie z pomocą, żadna siła kornika nie powstrzyma.
W niedzielne
słoneczne popołudnie wybrałem się z rodziną do lasu (ha,ha). Właściwie to
wybraliśmy się na łąki, gdzie upał okazał się nie do zniesienia. Pojechaliśmy
więc nad jezioro, a po drodze oglądaliśmy wykonane w poprzednich latach przez
nadleśnictwo zbiorniki małej retencji.
Małą retencją
nazywa się tworzenie nowych lub przywracanie starych zbiorników wodnych. Z reguły
są to małe jeziorka, spiętrzenia wody w rowach melioracyjnych – wszelkie
zabiegi hydrotechniczne dzięki którym można zatrzymać w przyrodzie więcej wody.
Ich ilość jest
imponująca. Jadąc główną drogą widać największe budowle. Brzegi porosły już
tatarakiem i trzciną, i dają wrażenie naturalnego zbiornika wodnego. Kiedy
podchodzi się do brzegu, żeby np. sfotografować łabędzia na gnieździe, setki
żab wyskakuje z trawy i ląduje w wodzie. Nie ma wątpliwości, że takie sztuczne
zbiorniki pełnią funkcje środowiskotwórcze.
Ostatecznie
dotarliśmy nad jezioro, żeby wymoczyć nogi. Brzeg jeziora był pełen chętnych
kąpieli wodnych i słonecznych. Sielanka, ojcowie z napojami chłodzącymi w ręku,
mamy pilnują dzieci, żeby się nie potopiły, piski dzieciarni. Nikt mi nie
uwierzy, ale lubię takie niedzielne popołudnia.
Byłem dziś na
zrębie. Cały czas muszę monitorować czy nie zagraża mu szeliniak, więc bywam
tam często. Pułapki jakie wykonano – zadziałały. Pogoda też na szczęście jest
nierówna; niedawno około 20 godzin bez przerwy padał deszcz; W nocy temperatura
spada do około 8 stopni, więc rozwój szeliniaka nie jest zbyt pomyślny. Poza
tym siewki sosny i świerka pięknie rosną. Jest to odnowienie naturalne –
nasiona wysiały się ze specjalnie pozostawionych na zrębie drzew, czyli
nasienników. Na razie siewki
są malutkie, ale na większości powierzchni rosną jak zielona szczotka.
Odbyłem też długą
marszrutę w celu skontrolowania drzewostanów zagrożonych przez kornika
drukarza. Sprawdziłem miejsca w których co roku wydziela się posusz, tzw.
gniazda kornikowe. Była to kontrola efektywności pracy podleśniczego, który do
września będzie miał w swoich obowiązkach służbowych wyszukiwanie i oznaczanie
posuszu świerkowego. Często tę czynność wykonują robotnicy – trocinkarze – ale
u mnie ta robota przypada podleśniczemu, ponieważ nie widzę wśród usługowców
kompetentnego i pewnego fachowca. Kontrola wypadła pozytywnie, nie znalazłem
więcej drzew zasiedlonych od podleśniczego.
Jeżeli chodzi o
rozrywki ostatnimi czasy, miałem przygodę z borsukiem. Jechałem konno i
wypłoszyłem go z trawy. Uciekał po łące w stronę kępy drzew. Był tak
przestraszony, że nie wykombinował, że wystarczy się zatrzymać... Biegł dłuższą
chwilę równolegle do konia, co obydwa zwierzaki dodatkowo stresowało. Czasami
zdarza się, że zwierzę w sytuacji zaskoczenia głupieje – np. zając oświetlony
reflektorami samochodu nie umie skoczyć na bok, tylko oślepiony ucieka na
wprost, doskonale widoczny. (Jedynym sposobem jest zwolnić i skrócić światła,
albo zatrzymać się i na chwilę je wyłączyć, żeby pozwolić mu uciec.) Ten borsuk
najwyraźniej też nie umiał poradzić sobie z sytuacją. Na szczęście dotarł do
swoich upatrzonych krzaków i tam przepadł. Ale sobie chłopak troszkę pobiegał
...
Taka teraz pora
roku, kiedy uprawom i siewkom iglastym zaczyna zagrażać szeliniak sosnowiec (chylobius abietis L.). Jest to
chrząszcz, w naszych polskich lasach gdzie dominuje sosna jeden z groźniejszych
szkodników. Po przezimowaniu w ściółce zaczyna uaktywniać się pod koniec
kwietnia – w początku maja. Dorosłe chrząszcze wychodzą żerować (naukowo nazywa
się to żerem regeneracyjnym lub uzupełniającym), żeby potem móc złożyć jaja.
Żywią się iglakami i stanowią dla upraw sosnowych i świerkowych potężne
zagrożenie.
Ich ilość – a
tym samym ocenę zagrożenia – określa się na podstawie pułapek kontrolnych. Wykłada
się je przez całą wiosnę i lato. Ja zacząłem używać pułapek kontrolnych pod
koniec kwietnia. Z praktyki już wiem, jaka musi być aura, żeby chrząszcze się
uaktywniły. Pułapkę wykłada się na uprawie, między sadzonkami lub siewkami.
Stanowi ją wiązka cetyny (drobnych gałązek), którą umieszcza się w wykopanym
dołku. Zapach (monoterpenów i estrów kwasów tłuszczowych) zwabia poszukujące
pokarmu chrząszcze które żerują na korze i łyku młodych drzewek. Do pułapek
zaglądam codziennie żeby policzyć ile ich tam wpadło. Jeżeli się to zaniedba,
to przy masowym wystąpieniu tych owadów (co najmniej 10 sztuk na pułapkę) w
dwie noce może zniknąć cała uprawa.
Jeżeli w
pułapkach znajduję po kilka sztuk, a na powierzchni uprawy widać uszkodzenia
sadzonek lub siewek, przystępuję do zwalczania. Polega to na tym, że robię bardzo
dużo pułapek – nawet do stu sztuk na hektar – w których wykładam gałązki
zanurzone wcześniej w silnym środku owadobójczym. Jeżeli i to nie pomoże, bo
chrząszczy jest dużo i wciąż widać uszkodzenia uprawy, konieczne są kroki
radykalne, czyli oprysk sadzonek na całej powierzchni. (Decyzję o konieczności
zastosowania takiego oprysku podejmuje nadleśniczy.)
Jutro właśnie
jadę zrealizować wariant pierwszy, czyli założenie dużej liczby pułapek. Mam
nadzieję że to wystarczy i opryski nie będą konieczne ...
W tym roku
jeżeli chodzi o kornika drukarza wiosna jest wręcz „podręcznikowa” i wszystko
wskazuje na to, że będzie on w moim leśnictwie poważnym problemem. Jedynym
wyjściem byłoby zimne i mokre lato. Ale jeżeli będzie suche i upalne, jakiego
życzy sobie większość obywateli, to będzie ostra jazda.
Wtedy drzewa są
osłabione, a kornik ma ułatwione zadanie. Najgorszy z możliwych scenariuszy to
tzw. gradacja, czyli „fazowe narastanie liczebności kolejnych generacji”. Wtedy
walka z nim staje się bardzo trudna. Nie tylko atakuje i eliminuje drzewa
osłabione i ścięte, ale zasiedla również drzewa zdrowe. Przy maksymalnej
gradacji zasiedla również sosnę i modrzew – gatunki, które normalnie nie są dla
niego atrakcyjne, gdyż owad ten jest monofagiem – żywi się jednym gatunkiem
drzewa.
Moja uwaga
ogniskuje się na tym jednym gatunku kornika, bo tylko on jest w stanie
wyrządzić w moim leśnictwie ogromne szkody, których skutki są porównywalne ze
skutkami największych huraganów. (W zeszłym tygodniu był w „Polityce” artykuł o
tym, jak kornik niszczy drzewostany w słowackich Tatrach.)
Przez cały rok
prowadzę monitoring powierzchni świerkowych. Tuż po 15 kwietnia wieszam tzw.
pułapki kontrolne. Pułapki na kornika to specjalne plastikowe konstrukcje, do
których wkłada się feromon wabiący owady. W zależności od ilości znalezionych w
kontrolnych pułapkach chrząszczy oraz temperatury (powyżej 15°C) wykłada się odpowiednią
ilość dodatkowych pułapek. Każdą z nich trzeba sprawdzać co najmniej raz w tygodniu
– więc leśniczy może mieć ich tyle, ile da radę sprawdzić sam i z pomocą
podleśniczego.
Drzewo
zasiedlone przez korniki poznajemy po rdzawej mączce wysypującej się na
zewnątrz. Widać ją na korze, przy gałęziach, na pajęczynach, na roślinach
rosnących blisko drzewa. Takie drzewa leśnicy nazywają trocinkowymi, starają
się je wszystkie zlokalizować i wyciąć. Obumierają one nawet po trzech tygodniach
od zasiedlenia i powinny być w tym czasie wywiezione z lasu, żeby zapobiec
dorośnięciu nowego pokolenia szkodników, które zasiedli kolejne drzewa. Larwy
kornika żerują pod korą, w miazdze, warstwie przewodzącej substancje pokarmowe.
Kiedy miazga zostanie zjedzona, a korniki wylecą, kora odpada, a drzewo umiera.
Na początku
czerwca będę wiedział na 80% co czeka moje drzewostany świerkowe i jaka robota
się kroi na całe lato.
Pojechałem na jedną z powierzchni zrębowych, gdzie jest odnowienie naturalne sosny. (Nie sadziłem tam sadzonek – sosna wysiała się sama z pozostawionych specjalnie w tym celu kilku starych drzew.) Siewki na razie są malutkie – mają około pięciu centymetrów.
Zauważyłem, że tej uprawie zagraża trzcinnik. Trzcinnik to bylina, która tworząc zwartą darń wysusza glebę - zabiera wodę z gleby, a na borach świeżych, gdzie wody jest i tak mało, jest to bardzo istotne. Trzcinnik po pierwsze zagłusza siewki (rośnie bardzo wysoko, do około metra), a po drugie kiedy jesienią usycha, a zimą spada śnieg, często przygniata sadzonki które nie mają wtedy szans przeżycia.
Ta trawa możezdominować zupełnie sadzonki (lub siewki jak w tym przypadku) i wtedy zamiast udanej uprawy będzie plantacja trzcinnika. Oczywiście zachwaszczanie się odnawianych zrębów jest rzeczą zwyczajną i można sobie z tym poradzić.
W tej chwili wiem, że trzeba w tym miejscu zaplanować na przyszły rok intensywne zabiegi pielęgnacyjne, a w tym roku trzeba tam będzie często zaglądać. Wiadomo, że będzie to trudna do prowadzenia uprawa, ale jak najbardziej do wyprowadzenia.
Zastanawiam się też nad chemicznym zwalczaniem chwasta, ale jest to bardzo radykalny krok. Jeżeli siewki będą dawały dobre przyrosty to nawet gęsty kobierzec korzeni trzcinnika nie zagrozi sosnom i chemia będzie zbędna.
Rzecz się działa nie u mnie, ale w sąsiednim leśnictwie. Kolega kontroluje swój teren regularnie, bo zdarzają się tam przypadki kłusownictwa. Raz na jakiś czas razem z podleśniczym szukają wnyków i zbierają je. W trakcie takiej rutynowej kontroli w jednym z wnyków znaleźli żywego jeszcze kozła – samca sarny. Pętla wnyku zacisnęła mu się na szyi, ale miał szczęście. Zwierzę próbowało się uwolnić i zaplątało wnyk o parostki, w rezultacie pętla nie pozbawiła go życia. Kozioł musiał się długo szamotać, bo zdarł sobie z parostków cały scypuł. I tak by go sobie niebawem wytarł, ale w mniej gwałtowny sposób.
(Scypuł to żywa, unerwiona i ukrwiona tkanka pokrywająca poroże i rosnąca razem z nim. Wygląda jak skóra brzoskwini (plus minus) z charakterystycznym meszkiem. W kwietniu-marcu kozły wycierają swoje parostki, a tym samym ścierają scypuł – czemchają wtedy porożem np. o sadzonki modrzewiowe, przyprawiając o ból zębów leśniczych posiadających modrzewiowe uprawy.)
Najważniejsze w tej historii, że kozioł przeżył. Wyplątany przez leśniczego z drutu wrócił do lasu. Zdjęcie wygląda dość drastycznie, ale skończyło się tylko szokiem.
Kilka lat temu w okolicy we wnyku znaleziono wilka. Też znalazł go leśniczy. Wilk był żywy i również udało się go uratować.
Nie wszystkie przypadki znalezienia dzikiego zwierzęcia we wnyku dobrze się kończą, pomimo wysiłków leśników. Kiedyś pojechałem ze znajomymi nad jezioro, kilkadziesiąt kilometrów od domu. Idąc brzegiem znaleźliśmy wnyk, a w nim jelenia. Był bez łba. Najwyraźniej ten kto wnyk zastawił zadowolił się samym porożem. Sprawę zgłosiliśmy leśniczemu zarządzającemu tym terenem, ale winnego nie znaleziono.
W latach sześćdziesiątych w naszym nadleśnictwie kłusował facet który stawiał sidła. Leśniczy który mieszkał w tej leśniczówce gdzie ja mieszkam dzisiaj postanowił go złapać na gorącym uczynku. Nie było to proste, bo gość znał las jak własną kieszeń i był bardzo ostrożny. Ale leśniczy się uparł, i na zmianę z podleśniczym obserwował wnyki przez całą dobę (dodajmy, że była wtedy zima, a mróz jakieś minus dwadzieścia), kilka dni z rzędu. W końcu go złapali, związali wnykami, i grożąc dubeltówką poprowadzili kilkanaście kilometrów do nadleśnictwa. Myślę, że dzisiaj za taką akcję (związane ręce drutem, dubeltówka przystawiona do pleców!) poszedłbym do więzienia razem z tym kłusownikiem.
W moim nadleśnictwie na szczęście kłusowników nie ma wielu, zdarzają się sporadyczne przypadki.
Powoli można powiedzieć, że wiosna. W lesie kwitną przylaszczki, szpaki chyba już siedzą na jajkach. Tydzień temu podleśniczy znalazł w lesie (na ziemi) gniazdo słonki, z jajkami oczywiście. Jak na słonkę to wczesny lęg, ale w tym roku słonki wcześnie przyleciały. Literatura podaje, że przystępują do lęgów zaraz po przylocie, który ma miejsce od trzeciej dekady marca do pierwszej dekady kwietnia. Później toki słonek trwają nawet do końca lipca. Od razu przerwał wyznaczanie trzebieży w tym rejonie, żeby słonki nie płoszyć. Ale takie gniazdo pozostawione nawet na niedługi czas ma małe szanse pozostania nienaruszonym - znajdą je drapieżniki, np. wszędobylskie sójki. (Gdyby ktoś w trakcie leśnego spaceru zauważył kaczkę, nawet w okolicy odległej od wody jakieś kilka kilometrów, najlepiej się oddalić. Kaczki gniazdują również w takich miejscach, ale jeżeli zostaną wypłoszone z gniazda, mogą stracić lęg.)
Na łące za leśniczówką prawie codziennie widać parę żurawi. Przyleciały, gdy jeszcze leżał śnieg. Raczej nie gniazdują tu blisko, ale przylatują żerować.
Skończyłem już odnawianie zrębu. W tym roku to moje jedyne sadzenie, ale niektórzy koledzy mają dużo większe powierzchnie, liczące kilkanaście hektarów. Zresztą w porównaniu z zalesieniami jakie robiliśmy w miejscach gdzie wyrządził szkody huragan, to nawet kilkanaście hektarów, stanowiące w sumie dużą powierzchnię, nie wydaje się niczym trudnym. Zresztą w ogromnej mierze tempo pracy zależy od brygady z którą się pracuje. Jeżeli są nimi doświadczeni pracownicy, wszystko idzie sprawnie i szybko, ale zdarzają się tacy, że robota się ciągnie jak flaki z olejem.
Od kilku dni wiosnę widać nie tylko w kalendarzu. Właśnie przyleciały pliszki i toczą zaciekłe boje o miejsca na gniazda. Pliszki są bardzo charakterystyczne – małe, czarno-biało-szare ptaszki nieustająco poruszające długimi ogonkami.
Dziś cały dzień nadzorowałem sadzenie lasu. Ekipa posadziła około trzech tysięcy sztuk sadzonek dębu na wyciętym w poprzednim roku zrębie.
Ten zrąb nie ma formy regularnej powierzchni w kształcie np. prostokąta, tylko jest to wiele gniazd, czyli małych powierzchni zrębowych pozwalających na wychwycenie mikrosiedlisk. Dzięki takiej metodzie wykonywania zrębu sadzone tam później sadzonki lepiej rosną – powstały mikroklimat jest bardzo korzystny dla ich rozwoju – mają osłonę boczną drzewostanu, tzn. są chronione przed późnymi przymrozkami i słońcem oraz przed patogenami.
Klasycznym przykładem patogenu może być np. mączniak dębu, grzyb rozwijający się w liściach dębowych. Nie zabija rośliny, ale znacząco osłabia jej wzrost, niszcząc liście a tym samym aparat asymilacyjny.
Jeżeli przyjrzeć się sadzonce, łatwo można odróżnić część nadziemną i podziemną. Kiedy chcemy, żeby posadzone drzewko się przyjęło, trzeba część podziemną, czyli cały system korzeniowy umieścić w ziemi tak, żeby mógł się prawidłowo rozwijać. Korzeń nie może być poskręcany ani zawinięty do góry, grudki ziemi muszą szczelnie przylegać do korzenia – tak żeby nie było dostępu powietrza. Ważne jest również żeby sadząc nie nasypać na korzeń mchu ani butwiny (zbutwiałych, nierozłożonych jeszcze organicznych szczątków roślin, np. liści, igliwia), bo wtedy blisko korzenia tworzą się przestrzenie powietrzne które są niekorzystne dla sadzonki, i nie pomoże nawet najlepsze dociskanie. Oczywiście żeby sadzenie było skuteczne, trzeba najpierw odpowiednio przygotować glebę. W lesie po prostu orze się traktorem planowane do odnowienia powierzchnie. Sadzenie wykonuje się w parach – jedna osoba wykopuje szpadlem jamkę (ta technika dotyczy sadzonek 2-3 letnich, przy jednorocznych robi się to inaczej), druga osoba wkłada do dołka sadzonkę, zwraca uwagę na prawidłowe ułożenie systemu korzeniowego i przytrzymuje ją, a pierwsza osoba zasypuje sadzonkę ziemią. Żeby zlikwidować wszelkie przestrzenie powietrza wokół korzenia, osoba trzymająca sadzonkę dokładnie udeptuje ziemię. Bardzo sprawna para „sadzaczy” jest w stanie posadzić dziennie tysiąc sztuk wieloletnich (czyli starszych niż jeden rok) sadzonek.
Pogoda iście marcowa. Dzisiaj co najmniej trzy razy padał śnieg, była niemalże zamieć, a w międzyczasie piękne słońce i cudowna wiosenna aura. W ogrodzie i okolicznych zaroślach pojawia się coraz więcej ptaków. W zeszłym tygodniu przyleciały szpaki.
Jak wam idzie poszukiwanie zrzutów? Ja dziś znalazłem dwa należące do pięknego dziesiątaka. (Wieniec – czyli poroże jelenia - składa się z dwóch tyk z odgałęzieniami. Jeleń w pełni sił może mieć trzy odgałęzienia – oczniak, nadoczniak i opierak oraz na szczycie tyki koronę. Korona to miejsce z którego wyrasta kilka dalszych odnóg.) Moje zrzuty to na pewno para od tego samego osobnika – leżały dosyć blisko siebie i są prawie identyczne.
Kiedy znalazłem pierwszy, dałem go obwąchać psu i powiedziałem „Szukaj”. Sam byłem ciekaw jak zareaguje. Chwilę potem, idąc dalej przez młodnik, zauważyłem że pies stoi przy drugim zrzucie. Nie wiem czy to przypadek, czy nie. Zrzuty znalazłem w sumie przy okazji – wypędzałem jelenie z ogrodzonej uprawy.
Oglądając zrzut można sporo powiedzieć o byku do którego należy. (Mówiąc ogólnie, stan poroża świadczy o kondycji osobnika oraz dobrych warunkach żywieniowych – im okazalsze poroże tym lepiej świadczy o danym byku.) Zrzuty które dzisiaj znalazłem pochodzą od młodego, zdrowego osobnika. Świadczy o tym m.in. rozłożenie masy kostnej na tyce, brak nadoczniaka, róże niezbyt masywne, zaokrąglone zakończenia grotów. (Róże to zaokrąglone zgrubienie, porowaty pierścień u nasady tyki, a groty to końcówki odgałęzień.)
Środek ciężkości tyki jest przesunięty ku górze, czyli jest ona grubsza w górze niż u nasady. Brak nadoczniaka można interpretować dwojako – albo jest to tzw. druga głowa, czyli trzyletni byk, u którego w następnych latach wyrośnie jeszcze nadoczniak i całe poroże rozwinie się imponująco, albo też ten akurat osobnik nigdy nie będzie miał wyraźnego nadoczniaka a jego poroże będzie rozwijało się w sposób przeciętny. Wielkość i kształt róży moim zdaniem również świadczą o tym, że jest to osobnik młody, najwyżej pięcioletni. Groty są tępo zakończone, a poza tym słabo wytarte (nie są białe) – to kolejny dowód na to, że osobnik jest młody.
Natomiast masa poroża – spora – sugeruje, że jest to bardzo mocny osobnik, czyli bardzo wartościowy dla populacji ze względu na swoją pulę genową. Jest to regularny „dziesiątak”, dwustronnie koronny (dziesiątak regularny to taki byk, którego obie tyki mają tyle samo odgałęzień, a na każdej z nich jest ich pięć).
Byłem dzisiaj u kolegi w sąsiednim leśnictwie. Oglądaliśmy tereny porolne przeznaczone pod tegoroczne zalesienia. Trochę pojechałem towarzysko, ale chciałem też skonsultować z nim jedną sprawę.
Staliśmy i gadaliśmy przy krzakach głogu. Nagle dostrzegłem na cierniach coś dziwnego. Okazało się, że jest to ... żaba. Oczywiście sama się tam nie znalazła. Cierniste krzaki głogu często służą za spiżarnię ptakom, a dokładniej – srokoszom. Ponieważ przystępują one do lęgów już w kwietniu (a niewykluczone, że w tym roku wcześniej, ponieważ zima była lekka, a teraz jest dosyć ciepło), a nie zawsze jest pod dostatkiem owadów, łapią myszy, żaby, jaszczurki i nadziewają na ciernie, robiąc zapasy „na później”. Widok może nie jest sympatyczny, ale z ornitologicznego punktu widzenia ciekawy, bo świadczy o tym, że w pobliżu znajduje się gniazdo srokosza. (Co do gatunku żaby na zdjęciu – niech to będzie minizagdka - jeżeli ktoś wie, proszę o podanie informacji na forum.)
Zaczyna się już kampania odnowieniowo-zalesieniowa. Rzecz dotyczy odnowień powierzchni zrębowych oraz zalesień gruntów porolnych. (Odnawia się miejsca, gdzie drzewa zostały wycięte, a zalesia te, gdzie wcześniej nie było lasu, tylko np. rola.) W związku z tym wszystkie pracujące u nas zakłady usług leśnych mają określony front robót. Najpierw przygotowują doły na sadzonki, potem przywożą sadzonki ze szkółek i je „dołują”. (Gęsto upakowanym w rzędach sadzonkom przysypuje się system korzeniowy i w ten sposób w dole 2x3m i głębokim na pół metra można przechowywać kilka tysięcy sadzonek – jeżeli nad dołem jest jeszcze daszek z żerdzi i gałęzi świerkowych, mogą tam leżeć nawet 2-3 tygodnie. Ale oczywiście im krócej leżą tym lepiej.) Gleba pod zalesienie jest przygotowywana jesienią poprzedniego roku, a sadzonki sadzi się w wyoranych bruzdach. Doły są niezbędne dlatego, że nie ma możliwości wysadzenia wszystkich przywiezionych na dużą powierzchnię sadzonek „na raz”. Jeżeli powierzchnia ma powiedzmy, 10 hektarów, sadzenie trwa dwa tygodnie – zależy to jeszcze od liczby osób które to robią.
Dzisiaj w nadleśnictwie była narada. Poruszano jak zwykle sprawy bieżące – na razie zatrzymane zostało pozyskanie surowca – oraz inne. Między innymi przestawiono nam prezentację kolejnego modelu rejestratora (innego niż ten który mam do testów). Z filmu jaki pokazali nam przedstawiciele produkującej go firmy wynikało, że jest bardzo odporny na uszkodzenia mechaniczne (widać było jak z określoną siłą uderza w niego specjalny doświadczalny „młotek” i nic się nie dzieje – rejestrator pozostaje cały), a jego ekran został zbudowany w jednej z najnowszych technologii – widać na nim tak samo dobrze w cieniu jak i na słońcu. (Nie jest to takie oczywiste – spróbujcie oglądać telewizję w słoneczny dzień, kiedy telewizor jest ustawiony naprzeciwko okna.) Ten rejestrator również ma wbudowany system operacyjny Windows. Zapytałem, czy nie dałoby się zamiast „okienek” zastosować w rejestratorze innego systemu typu Unix lub Linux. Oczywiście, że by się dało ... Podobno nawet mogłoby to działać kilka razy szybciej ... Ale większość klientów woli Windowsy. Najwyraźniej jestem w mniejszości i nie jestem klientem typowym.
Przy okazji spotkania w nadleśnictwie zostałem również zmilitaryzowany – razem z ponad pięćdziesięcioma innymi kolegami. Zmilitaryzowano wszystkich leśniczych i podleśniczych oprócz tych, którzy mają na wypadek mobilizacji wyznaczone przydziały do konkretnych jednostek. Wyglądało to tak, że podpisałem dany mi przez komendanta Straży Leśnej dokument i zostałem poinformowany o następstwach z jakimi się to wiąże.
Chodzi o to, że w przypadku wojny i ogłoszenia powszechnej mobilizacji nie dostanę przydziału do żadnej jednostki, tylko pozostanę na swoim stanowisku pracy i w ten sposób będę bronił kraju. Natomiast opuszczenie miejsca pracy będzie równoznaczne z dezercją. Na czas mobilizacji moim wodzem będzie nadleśniczy, również zmilitaryzowany.
(Militaryzacja jest wynikiem uzgodnień między Dyrekcją Generalną Lasów Państwowych a Ministerstwem Obrony Narodowej.)
Dostałem nowy
rejestrator. Byłem też na dwudniowym szkoleniu z jego obsługi. Ale zacznijmy od
początku.
Rejestrator
leśniczego jest to palmtop. Dzięki specjalnemu oprogramowaniu służy do
rejestrowania odbieranego surowca, ewidencji robót z zakresu zagospodarowania
lasu, sporządzania szacunków brakarskich, drukowania powstających w nim
dokumentów (np. kwitów wywozowych) oraz do łączenia się z serwerem w
nadleśnictwie w celu transmisji tych wszystkich danych. Rejestratory jakimi
posługiwaliśmy się do tej pory pracują już ósmy rok. Zużyły się już potężnie,
psują się, coraz trudniej je serwisować, brakuje części, i przyszedł czas na
wymianę sprzętu. To jest normalna kolej rzeczy.
W starym
rejestratorze, który miał bardzo ograniczoną pojemność pamięci i
monochromatyczny wyświetlacz, miałem tylko „leśne” programy – bo jest to
urządzenie służące leśniczemu do codziennej pracy, bez którego dzisiaj nie może
funkcjonować ani kancelaria leśnictwa, ani biuro nadleśnictwa. (Początkowo były
tam też inne programy, ale je odinstalowałem, zostawiając sobie jedyny używany
– kalkulator.)
Nowy rejestrator
jest zdecydowanie inny. Ma większy i kolorowy wyświetlacz, po bokach dwa
klawisze skanera, klawisze alfanumeryczne są mniejsze, inny system zasilania
dwoma akumulatorami i zdecydowanie jest cięższy. Oprócz programów leśnych
(rozszerzonych o aplikację zawierającą mapę numeryczną (e-las) której nie było
w poprzedniej wersji) ma również system operacyjny Windows, możliwość
odbierania poczty elektronicznej, używania go jako telefonu komórkowego,
podłączenia odbiornika GPS. Jest to urządzenie w pełni multimedialne i
multifunkcjonalne. Pytanie tylko, czy te wszystkie dodatkowe „bajery” w rodzaju
odtwarzacza plików wideo, przeglądarki do zdjęć, pasjansa i Internet Explorera
są mi do pracy potrzebne? Tak naprawdę posługuję się tylko leśnym
oprogramowaniem, i do tego jest mi niezbędny rejestrator. Filmy oglądam w
telewizorze. Telefon komórkowy mam służbowy – jest narzędziem mojej pracy tak
samo jak rejestrator, taśma miernicza, wysokościomierz czy klupa.
Ale pomyślałem,
że skoro już dostałem takie „wypasione” urządzenie, to spróbuję przetestować
wszystkie jego funkcje. Robię to od kilku dni. O postępach będę donosił na
bieżąco.
Zacznijmy od
tego, że ukazuje się kilka czasopism o tematyce leśnej. Większość z nich
prenumeruje nasze nadleśnictwo dla swoich pracowników, więc dostaję wszystkie
kolejne numery czterech pism. A ponieważ czytam tę prasę, mogę powiedzieć, że jestem
„na bieżąco” nie tylko w kwestiach dotyczących mojego leśnictwa.
Ostatnio
przeczytałem artykuł, który zbulwersował mnie bardzo. (Las Polski nr.3/2008,
s.8-10.) Dotyczył leśniczego, który w trakcie zagrożenia pożarowego trzeciego,
najwyższego stopnia, i przy obowiązującym zakazie wstępu do lasu, napotkał parę
palącą w lesie ognisko – w poblizu miejsca gdzie kilka dni wcześniej był pożar.
Poinformował, że za to wykroczenie obowiązuje mandat w maksymalnej wysokości
500 zł, którego przyjęcia winowajcy odmówili. Zadzwonił więc po policję i straż
leśną. Funkcjonariusze przyjechali, wszyscy pojechali na komisariat, winowajca
przyjął mandat 150 zł wystawiony przez policję. Obiecał jednak leśniczemu, że
go „załatwi”. Kilka tygodni później oskarżył go o domaganie się łapówki w
wysokości 500 zł. Koniec końców (artykuł opisuje liczne niedociągnięcia
procesowe) sąd rejonowy uznał leśniczego za winnego i skazał na rok więzienia w
zawieszeniu, a sąd okręgowy rozpatrując apelację podtrzymał ten wyrok.
Nie wdając się w
zawiłości prawnicze i patrząc na to z boku – dostał wyrok za wykonywanie
obowiązków służbowych, co jest co najmniej dziwne, i mam nadzieję, że kolejna
instancja – Sąd Najwyższy – okaże więcej rozsądku od poprzednich.
Zbliża się
wiosna, a wraz z nią okres zwiększonej palności traw – dopóki nie są zielone,
tylko żółte i zeschłe, palą się szybko i łatwo. Każdy kto rozpala w lesie ogień
niech ma świadomość, że stwarza potężne zagrożenie, bo to nie jest tak, że
spali się najwyżej kawałek – z dymem może pójść cała puszcza, Białowieska,
Piska czy inna. Nie należy też się dziwić, widząc ubranego na zielono gościa
pędzącego z reprymendą – przy trzecim stopniu zagrożenia pożarowego wilgotność
ściółki jest bliska wilgotności kartki papieru, wystarczy więc jedna iskra.
Leśniczy ów lub strażnik leśny może nie przebierać w słowach – choć będąc na
służbie nie powinien – i można o tym borsukowi przypomnieć, jeżeli się
zagalopuje, ale paląc ogień jesteśmy sprawcami potężnego zagrożenia – również
dla samych siebie. Bo ogień łatwo się rozprzestrzenia w suchym lesie i można
nie zdążyc z niego wyjść. (W USA spłonęło kilkadziesiąt tysięcy ha lasu, bo
pewna pani podgrzewała parówki na ognisku …)
Wiosenny nastrój, który pobudza leśniczego do żartów
2008-02-17
Zleciłem w piątek brygadzie pilarzy rozpoczęcie pracy na powierzchni trzebieżowej. Odbywa się to według standardowej procedury: najpierw wskazuje się całą powierzchnię, potem przypomina zasady BHP dotyczące pracy pilarką.
Następnie wskazuję miejsca do zrywki drewna no i określam sortymenty jakie należy pozyskiwać. (Czyli długości wałków w stosach lub inne parametry.)
Bałamutnie zacytowałem pilarzom specyfikację na surowiec jaki mają pozyskiwać tym razem są to tzw. słupy teletechniczne. Odbiorca, czyli klient, czyli zamawiający, przysłał taką specyfikację do nadleśnictwa. Oczywiście dotarła do mnie. Byłem bardzo rad, bo dawno się tak nie obśmiałem.
Słupy teletechniczne to surowiec wykorzystywany później do prowadzenia np. linii telefonicznych w wysokich górach, gdzie zwykły "betoniak" nie wytrzymuje warunków atmosferycznych. Tak więc firma X sugeruje w specyfikacji, że przy manipulacji słupa należy posłużyć się ośmiometrowym sznurem (przypomnę, że pozyskiwanie drewna odbywa się w lesie, często bardzo gęstym), a opis jednej z niedopuszczalnych wad brzmi następująco: „jednostronna krzywizna, która występuje poza sznur położony z jednej strony w połowie grubości wierzchołka oraz z drugiej strony w połowie grubości podstawy”.
Ujrzałem bladość na twarzach pilarzy, jak usłyszeli o sznurze, więc zaordynowałem wesoło: „Chłopy, mają być proste jak struna!”. Usłyszałem głośne westchnienie ulgi …
Wiosenny nastrój, który pobudza wszystkich do działania
2008-02-15
Ekipa pana Antoniego (robotnika, który niegdyś jeszcze z moim
dziadkiem pracował w lesie, ale w innych stronach), żąda poszerzenia zlecenia na
luty - generalnie palą się do roboty.
Pogawędziłem sobie z nimi chwilę, zademonstrowałem świetnie nadający się do
robienia czyszczeń tasak firmy … nie powiem jakiej (skandynawskiej) a przy
okazji usłyszałem ciekawą historię o dziku. Syn pana Antoniego, Piotrek,
opowiedział mi ze szczegółami o swoim spotkaniu z potężnym odyńcem.
Otóż podczas rozbierania starego ogrodzenia,
zabezpieczającego młodnik sosnowy, Piotrek zauważył leniwie poruszający się
ciemny kształt. Odległość była znaczna, a i młodnik ograniczał widoczność.
Dłuższa obserwacja dała jednak pewność, że jest to dzik, a właściwie duży
odyniec, który zalegając w tymże młodniku smacznie sobie chrapał.
Ale najciekawsze było dla mnie to, jak Piotrek opisał „rozmiar” zwierza:
„Taki był w sam raz, jak by szynki uwędzić, to by było wędliny, że ho ho”. („Ma
chłopak jakieś doświadczenie” -odnotowałem.)
Z ogromną satysfakcją stwierdziłem, że zaplanowane przeze mnie działania przyniosły wyjątkowo dobry efekt. Ale po kolei.
W zeszłym roku przesunąłem czyszczenia późne w sośnie na ostatni kwartał 2007, i były one robione w grudniu. Jak wiadomo, w czyszczeniach późnych nie pozyskuje się drewna, tylko pozostawia wszystkie ścięte drzewka na powierzchni. Teraz, w pierwszym kwartale nowego roku, zacząłem od czyszczeń późnych i również pozostawienia drobnicy na powierzchni. Oprócz tego na trzebieżach sosnowych pozyskałem kilkaset metrów drewna sosnowego, które leży w stosach i mygłach.
Ta cała masa plus wszystkie gałęzie pozyskane razem z tym surowcem stworzyły bogatą bazę pokarmową dla jeleni. Jelenie chętnie spałują korę sosnową w miejscach, gdzie jest ona cienka i delikatna. Pogoda tej zimy stwarza im też idealne warunki do pobierania tego rodzaju pokarmu – nie ma mrozu, a śnieg nie zalega dłużej niż kilka dni. Jeżeli jest silny mróz, poniżej –15 stopni, jelenie przestają obgryzać korę i szukają innego pokarmu.
Korzyść wynikająca z takiej obfitości sosny do spałowania jest taka, że jelenie nie wchodzą na uprawy, nie niszczą płotów i nie zgryzają rosnących w ogrodzeniach drzewek – mają wystarczającą ilość jedzenia dookoła.
Różnica jest bardzo wyraźna – mam porównanie z poprzednimi latami. Nie zawsze zima była mroźna i śnieżna, ale zawsze był problem z jeleniami i uprawami leśnymi.
Zbliża się koniec miesiąca, więc udałem się do biura, żeby zrobić wypłatę. Chodzi o wypłatę dla pracowników, którzy wykonują w lesie różne prace. Nie są to pracownicy nadleśnictwa, ale osoby zatrudnione przez zakłady usług leśnych (tzw. ZUL-e). Co miesiąc każdy leśniczy wykonuje podsumowanie zrealizowanych w jego leśnictwie prac. Na podstawie tego zestawienia oraz zawartej na początku roku umowy nadleśnictwo wypłaca wynagrodzenie ZUL-owi, który potem rozlicza się ze swoimi pracownikami.
Na wszystko, od ścinki drzew przez zrywkę do konserwacji płotów, są oficjalne stawki, ustalone w drodze przetargu, więc wiadomo, ile co kosztuje. Na koniec każdego miesiąca robię podsumowanie dwóch działów: „pozyskanie” i „zagospodarowanie”.
W „pozyskaniu” podaję zestawienie mas drewna pozyskanych w cięciach planowych i przygodnych. (Cięcia przygodne wykonuje się niejako „poza kolejnością” – jest to usuwanie np. drzew połamanych przez wiatr czy śnieżną okiść, a także zasiedlonych przez szkodniki owadzie.)
Dział „zagospodarowanie” obejmuje wszystkie prace pielęgnacyjne i ochroniarskie, jakie wykonywane są w lesie. Rozlicza się je albo w hektarach (np. chemiczne zwalczanie szkodników leśnych, jak szeliniak, przez opryskiwanie), albo w sztukach (np. wieszanie budek lęgowych dla ptaków), albo w metrach (np. grodzenie upraw i remonty starych płotów).
Z gotowym zestawieniem jadę do biura. Tam dział techniczny sprawdza, czy wykonane prace zgodne są z wcześniejszymi planami. Potem inżynier nadzoru sprawdza jeszcze, czy faktycznie te czynności, które wpisałem, zostały wykonane i zostały wykonane dobrze. (Ponieważ jego zadaniem jest prowadzenie bieżącej kontroli w terenie, wie, czy faktycznie dany płot został postawiony, czy nie, i czy robota została zrobiona solidnie.) Kiedy on podpisze dokument wypłaty, idę do nadleśniczego, który formalnie zatwierdza dokument. Na koniec wypłata jest księgowana, a pieniądze płyną na konto ZUL-a.
(W różnych nadleśnictwach droga tego dokumentu może wyglądać trochę inaczej.)
Pogoda taka, że można się wykończyć. Jeszcze dwa dni temu był kolejny dzień deszczu, pluchy i mgły. O śniegu zdążyłbym zapomnieć, gdyby nie to, że w kałużach pod wodą była jeszcze spora warstwa lodu. Od wczoraj rana znów jest biało – i od razu można zauważyć większe zainteresowanie ptaków wywieszanymi w ogrodzie kulkami ze specjalną karmą. Wywieszam je również w lesie. Wystarczy dłuższą chwilę postać w pobliżu nich nieruchomo, żeby zauważyć, kto jest głównym klientem stołówki. U mnie na podwórku poza kulami z karmą wisi na płocie również skóra upolowanego dzika. Był wyjątkowo tłusty, a taka tłusta skóra to dla okolicznych ptaków zapas na całą zimę.
Przede wszystkim widać sikorki, głównie bogatki (te z żółtymi brzuszkami), ale zdarzają się też czarnogłówki lub sikory ubogie (czarna czapeczka i biało-beżowy brzuszek, mniejsze od bogatek; czarnogłówki różnią się od ubogich kilkoma drobnymi piórkami, a odróżnienie ich nawet dla zawodowego ornitologa jest trudne) i inne.
Sikorki nie mają zimą łatwo – kiedy wszystko przykryje śnieg, muszą w ciągu dnia zjeść tyle, żeby przetrwać noc. A potem rano – od nowa. Taki mają rytm przemiany materii. Najtrudniejszy dla sikorek jest grudzień, kiedy dzień jest najkrótszy. Mają naprawdę mało czasu, żeby znaleźć i zjeść wystarczającą ilość pożywienia – i w grudniu dokarmianie ptaków jest najważniejsze. Oczywiście później też jest ważne, najbardziej wtedy, kiedy pada śnieg i nie mają zbyt wielu możliwości pozyskania pokarmu gdzie indziej.
Oprócz sikorek zauważyłem również kowalika. Znam go dobrze z widzenia – to ptak, który w bardzo charakterystyczny sposób porusza się w górę i w dół po drzewie (ale i ścianie, i framudze). Ma charakterystyczny, cienki i długi dziób (na zdjęciu).
W wielu nadleśnictwach zamawiany jest na zimę specjalny pokarm dla ptaków w postaci kul z tłuszczu i ziaren. Leśnicy rozwieszają te kule w lesie, w miejscach gdzie wiedzą, że przebywa sporo drobnych ptaków. (Te większe, jak np. sójki i dzięcioły, radzą sobie znacznie lepiej, a poza tym są silniejsze, i dlatego jest im łatwiej. Ale jak zima wyjątkowo śnieżna i długa, to również widzę je u siebie na płocie na dziczej skórze.) Leśnicy dokarmiają sikorki nie tylko z czystej sympatii, ale również dlatego, że mają one znaczenie dla ochrony lasu – zjadają gąsienice i larwy leśnych szkodników.
„Uff. Dobrze, że udało nam się przed świtem zalogować do tego młodnika. Ogrodzony, nie za bardzo zwarty, zapewnia spokojny chillout na cały dzień. Wilki tu nie dotrą, a gdyby się pojawiły, na pewno nie wejdą do środka. Nie będzie też im się chciało obstawiać nas cały dzień. Po prostu pełen wypas. Sezon polowań na łanie też się skończył, więc nawet jak nas znajdzie ten leśniczy, co jeździ niebieskim huczącym pudłem z tym swoim durnym psem, to najwyżej przegoni, strzelać nie będzie… A my tu tymczasem… Mniam, mniam, mniam… Chrrr … Chrrrrrrrr … Chrrrrrrrrrrrrrrrrr …
Ooo, co to, jak to… zaczyna ciemnieć i zimnieć… ale można już stąd iść, iść jeść, iść jeść, jeść… Ooo, trzebież, mniam. Trzebież jak wyprzedaż, mniam. Pościnane okazyjne młode sosenki, mniam mniam, pyszniutka delikatna kora w promocji, mniam, wprowadzać, konsumować, uczta roślinożerców!
A teraz dalej, dalej, w poszukiwaniu okazji i małmazji oraz specjalnych megapromocji! O, jest, tu chodźcie, tu leży, piękny złom, wiatr przewrócił, wiatr przecenił to drzewo na tym dziale w tym oddziale i teraz można skubać, spałować, mlaskać…
Dalej, dalej, kłusikiem, truchcikiem, cichym ruchem, raz szybciej raz wolniej, ucho do góry, teraz stójcie, stójcie, ucho do góry… droga wolna, przez las, przez noc, cały czas, skubiemy po drodze co się da, jakieś runo, może być i wrzos…
O, a tu opcja nowa – czyszczenie raciczek, piękny dół z piaseczkiem, wybieramy, wybieramy, oczywiście, takiej okazji przepuścić nie można; czyścić, deptać, dreptać, szurać, szorować… piękne raciczki, czyściutkie buciczki…
Nareszcie łąka, łąka pachnie, mokrą trawą, mokrym księżycem, tu szept, tam szelest, tu trawki mniej, tam więcej, tu listek, tam krzaczek, jeść jeść jeść… Mniam, mniam, mniam …
Co, co, co to znaczy? Co to za hałas? Kto wysyła takie impulsy? Dlaczego alarm? Uwaga wszyscy! Ewakuacja! Powtarzam! Ewakuacja! Szybko do wyjścia, biegniemy za zielonymi strzałkami ewakuacyjnej drogi! Uwaga na nogi! Zmieniamy obiekt!”
* Postanowiłem wyobrazić sobie, jak wygląda rzeczywistość z prespektywy jelenia, a dokładniej łani, łani licówki – bo u jeleni to wcale nie samiec jest przewodnikiem stada, tylko łania, najczujniejsza i najbardziej spostrzegawcza (licówka).
Na zdjęciu: ospałowane, czyli obgryzione przez jelenie wałki pozyskanego drewna.
Oczywiście Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe współpracuje z Polskim Związkiem Łowieckim, m.in. w zakresie ochrony środowiska, zachowania i rozwoju populacji zwierząt łownych i innych zwierząt dziko żyjących. Na terenach LP – tak samo jak na innych – znajdują się obwody łowieckie, gdzie prowadzona jest gospodarka łowiecka.
Niewielu leśników jest myśliwymi, i jest to ich prywatna decyzja, niezwiązana z wykonywanym zawodem. Tak samo są leśnicy-rzeźbiarze czy posiadający licencję pilota. Leśnicy-myśliwi są członkami kół łowieckich, tak samo jak przedstwiciele innych zawodów, np. weterynarze czy księża.
W każdym obwodzie łowieckim, w którym prowadzona jest racjonalna, zgodna z prawem gospodarka łowiecka, ma ona na celu dbałość o równowagę tamtejszego ekosystemu. Wiadomo, że jeżeli liczebność jakiegoś gatunku się zwiększy i będzie sztucznie utrzymywana na wysokim poziomie, może to doporowadzić do destabilizacji całego ekosystemu. Najlepiej to widać na przykładzie lisów – nadmierna ich ochrona poprzez szczepienia przeciwko wściekliźnie doprowadziła do nadmiernego wzrostu tej populacji i wyginięcia w niektórych rejonach drobnej zwierzyny – saren, zajęcy, bażantów, kuropatw…. (Lisy były i są szczepione po to, żeby zapobiec epidemii wścieklizny.) Teraz bardzo dużym wysiłkiem zarówno kół łowieckich, jak i leśników prowadzone są prace nad reintrodukcją, czyli ponownym wprowadzeniem na dany teren zajęcy i kuropatw.
Ale równie dobrze ogromnych szkód w prowadzonych przez leśników uprawach może dokonać nadmiernie liczna populacja łosi czy jeleni.
Mróz się skończył. Teraz przy temperaturze około zera chodzę po podwórku w swetrze, bo wydaje mi się, że jest naprawdę bardzo ciepło. Śniegu za dużo nie ma, tak do kostek. Szczeniaki harcują całymi dniami – też się cieszą z bardziej przyjaznych temperatur. Wczoraj wyjechał kolejny. Zostało ich pięć, a mam wrażenie, jakby naprawdę na podwórku zrobiło się pustawo.
Dziś z podleśniczym robiliśmy szacunki brakarskie na rok 2009 (na ten już dawno zrobiliśmy). Nie wiem, czy pisałem wcześniej, że w moim leśnictwie obsada jest dwuosobowa, czyli pracuję nie tylko ja, ale i podleśniczy. (Służbowo jestem jego przełożonym.) Niektóre prace podleśniczy robi sam, niektóre robimy razem, niektóre ja robię sam.
Szacunki brakarskie robi się w drzewostanach, w których zaplanowana jest trzebież albo zrąb. Mają one na celu przede wszystkim określenie w metrach sześciennych masy, jaką można pozyskać. W przypadku zrębu sprawa jest prosta – mierzy się wszystkie drzewa, jakie rosną na powierzchni działki zrębowej. Pomiar polega na zmierzeniu za pomocą średnicomierza średnicy drzewa na wysokości 1,3 m nad ziemią (czyli w tzw. pierśnicy, przeciętnie na wysokości piersi człowieka). Pomierzone średnice zapisuje się w specjalnym formularzu (tzw. raptularzu). Do tej roboty potrzebne są dwie osoby – jedna mierzy drzewa, a druga zapisuje, co jej pierwsza dyktuje. Robienie tego w pojedynkę to koszmar, bo trzeba mieć przy sobie i siekierę, i raptularze, i klupę, i wysokościomierz, i farbę do znaczenia drzew…
Razem ze średnicą mierzy się również wysokości drzew – wykonuje się co najmniej 30 pomiarów dla różnych średnic. Uzyskuje się w ten sposób krzywą wysokości, co pozwala na odczytanie później wysokości dla drzewa o dowolnej pierśnicy.
Pomiary wysokości i pierśnic robi się dla każdego gatunku oddzielnie na oddzielnym raptularzu. Różne gatunki różnie przyrastają, ale przede wszystkim potrzebna jest wiedza, ile drzew jakiego gatunku znajduje się na danej powierzchni, i jaka masa jest do pozyskania z każdego gatunku.
Szacunki brakarskie to metoda znana od wielu lat – była stosowana już w czasach przedwojennych, także w lasach prywatnych. (Po wykonaniu pomiarów pierśnic i wysokości masę wyznaczonego zrębu określano na podstawie odczytów ze specjalnych tabel – tablic miąższości. Dziś robi to system komputerowy.)
Dzisiaj na podstawie szacunków nie prowadzi się sprzedaży jak kiedyś, ale jedynie planuje się pozyskanie.
Anglosasi robią świąteczne dekoracje z liści ostrokrzewu, bluszczu czy wawrzynu. Jemioła, również związana ze świąteczną symboliką, to ślad kultury celtyckiej. Pomimo coraz większej globalizacji i unifikacji obyczajów, myśląc o choince, najczęściej mamy na myśli zielone, iglaste drzewko. Drzewko oczywiście będące rośliną, a nie plastikowym towarem choinkopodobnym, który wprawdzie przez wiele lat zachowa kolor, ale raz wyprodukowany, pozostanie na tym świecie przez kilkaset lat. Mam nadzieję, że wraz ze wzrostem ogólnej świadomości ekologicznej liczba sprzedawanych co roku sztucznych choinek będzie malała.
Jak poznać, że choinka jest świeża? Musi mieć igły dobrze trzymające się gałązki. Ich kolor powinien być zielony – jasny lub ciemny, w zależności od tego, gdzie drzewko rosło – w żadnym razie żółtawy czy brązowy.
Jeżeli chcemy, żeby drzewko stało w naszym domu do Trzech Króli lub dłużej, powinniśmy zapewnić mu jak najlepsze warunki. Na świeżym powietrzu mogłoby przetrwać do wiosny, ale w ogrzewanym pomieszczeniu to się nie uda. Warto jednak zakręcić znajdujący się najbliżej choinki kaloryfer i wstawić ją do wody. Mimo że drzewo jest martwe, w dalszym ciągu będzie pobierało wodę, więc będzie znacznie wolniej wysychać. Warto również rozważyć kupno choinki w doniczce, którą można będzie wiosną posadzić w ogrodzie lub na działce.
Jeżeli poszukujemy odmiany w ramach tradycji i zamiast świerczka chcemy czegoś innego – można pomysleć o daglezji, jodle bądź cyprysie. Każda z tych roślin ma zapach inny niż świerk. Jeżeli chcemy pójść jeszcze dalej w poszukiwaniu choinki „alternatywnej”, można ją upleść samemu z gałęzi wikliny, a następnie pomalować np. złotą farbą. Można też spróbować udekorować dom sosną – na pewno będzie inaczej, a równie ładnie.
Choinka w formie stojącego w pokoju drzewka ozdobionego świecidełkami to tradycja w naszym kraju dosyć nowa, bo XIX-wieczna. Ale wcześniej również funkcjonowały różnego rodzaju „choinki” – na Pomorzu dawano dzieciom przystrojone rózgi, w innych rejonach (m.in. na łemkowszczyźnie) wieszano małe drzewko lub przystrojoną gałazkę pod powałą izby.
Współcześnie „choinką” bywa z reguły świerk, ale również nie zawsze i nie wszędzie. Na przedświątecznych kiermaszach obok świerków (najczęściej sprzedawane gatunki to świerk zwyczajny i świerk kłujący) spotykamy również jodłę (w odmianie pospolitej i kaukaskiej), daglezję i cyprys. (Nie można wykluczyć, że w tym roku zobaczymy również choinki sprowadzane z Chin, ale co to będą za drzewka, to się dopiero okaże.)
Coraz częściej o wyborze choinki decyduje moda, niejednokrotnie w pewien sposób zakorzeniona w tradycji. Np. niektórzy górale twierdzą, że świerkowa choinka to oznaka wyjątkowej biedy i po prostu takiej mieć nie wypada – musi być jodła. Wiele osób decyduje się na kupno jodłowego drzewka, przeznaczając na nie sumę większą, niż kosztowałby świerk podobnych rozmiarów, z powodów właśnie „prestiżowych”. Ale chyba niewiele z tych osób wie, że to nie nowy obyczaj, ale stara góralska tradycja.
Świerki trafiające do naszych domów przed świętami już raczej nie pochodzą z lasu. Wprawdzie niektóre nadleśnictwa – jak moje – przed świętami organizują sprzedaż świerkowych choinek, ale raczej na małą, lokalną skalę. Większość drzewek dostępnych w sprzedaży ogólnej pochodzi z plantacji, polskich bądź zagranicznych. Takie plantacyjne drzewka, którym przez cały czas wzrostu (6-8 lat) zapewniano optymalne warunki pod względem miejsca, światła oraz nawozów, są bardziej rozłożyste i mają ciemny zielony kolor. (Choinki typowo leśne będą miały kolor jaśniejszy – rosną nie na otwartej przestrzeni, ale pod osłoną innych drzew, które zabierają im część światła.)
Na zdjęciu – zima wyglądająca tak, jak może wyglądać, a nie jak wygląda w tym roku.
Dziś pracownicy wycinali choinki do sprzedaży. Robili to na ogrodzonej uprawie w ramach czyszczeń. Gdyby nie święta, świerczki zostałyby w lesie – przy czyszczeniach wycięte drzewa po prostu się zostawia na ziemi. A ponieważ święta za pasem i rusza sprzedaż choinek, wybrałem kilkanaście najładniejszych i zawiozłem do leśniczówki, w której jest prowadzona sprzedaż.
Na uprawę z choinkami nie wszedłem wcale – jak można by się domyślać – przez bramę, tylko przez zdewastowane przęsło płotu. Sposób, w jaki zostało ono zniszczone, budzi respekt do zwierzęcia, które to zrobiło. Przęsło zostało rozbite w drobny mak – niewielkie fragmenty (świerkowych żerdzi) rozrzucone były jakies sześć metrów dalej. Sądząc z rodzaju szkód wewnątrz płotu, musiał to być łoś – jelenie przede wszystkim spałują drzewka (ogryzają z kory), a łosie raczej zgryzają pączki boczne i szczytowe. Jeżeli drzewko jest za wysokie i łoś nie może dosięgnąć do pączka szczytowego, łamie je. Nietrudno więc stwierdzić, kto jest sprawcą szkód w uprawie… Wszystko wskazuje na to, że sprawca szkód pędził jak burza, kiedy trafił na płot.
Ludzie z okolicznych wsi coraz częściej zgłaszają do nadleśnictwa przypadki zagryzienia przez wilki wiejskich psów. Z reguły niewiele z nich zostaje. To wprawdzie dość daleko ode mnie, ale dla watahy wilków 20 km to nie jest żadna odległość – taki dystans nawet mój pies bez problemu przebiega za rowerem i traktuje jako dobry spacer. Coraz bardziej się dziwię, że moje kozy do dziś dnia dożyły w komplecie – przecież od wczesnej wiosny do później jesieni pasą się na leśnej łące. Teraz stoją zamknięte w swojej stajni.
Szczeniaki są już samodzielne i całą dobę harcują po podwórzu. Ponieważ znalazły już wszystkie dziury w płocie, nawet te, o których ja nic nie wiedziałem, wyłażą przez nie i nie sposób ich upilnować.
Mnie się nie kojarzą z tłustym kotletem, ale wilkowi…
Oglądałem dziś swoją uprawę pochodną. Jest to uprawa założona z sadzonek wyhodowanych z nasion pochodzących z wyselekcjonowanych drzew doborowych, na których zbiera się szyszki, nie ścinając drzew. Reszta nasion sosny jest pozyskiwana przy okazji zrębów i innych cięć – kiedy drzewo leży, zrywane są szyszki. Drzewa doborowe to drzewa o cechach wyjątkowych z punktu widzenia leśnej gospodarki (zdrowotność, wielkość, jakość surowca który można uzyskać itp.).
Zastanawiałem się, czy w przypadku małych, pięcioletnich sadzonek widać już te wyjątkowe cechy. Zauważyłem pewne oznaki – np. drobne ugałęzienie – które rzeczywiście odróżniają sadzonki tej uprawy od sadzonek na innych, niepochodnych uprawach.
Sosna to gatunek najbardziej pospolity w Polsce i w Europie. Nie występuje jedynie tam, gdzie klimat jest wybitnie oceaniczny, oraz na obszarach najbardziej wysuniętych na południe. Na wschodzie dociera do Morza Ochockiego, a cała Skandynawia i Syberia to właśnie sosna. Na obszarze Polski wyodrębić można kilka „ras” sosny – pruska, ryska, hercyńska, karpacka i polska.
Sosna, która rośnie w moich drzewostanach, nazywana jest sosną mazurską i jest zaliczana do rasy ryskiej. Jeżeli chodzi o jakość drewna, to ta właśnie, mazurska sosna zawsze była najlepszym surowcem w całej Europie i Azji. W epoce żaglowców drzewa na maszty – wysokie i proste – pozyskiwano właśnie tu.
Przez tysiące lat ukształtował się na tych terenach konkretny genotyp sosny, dający takie, a nie inne osobniki właśnie w tych konkretnych warunkach klimatycznych. Dlatego nie jest wszystko jedno, z jakich nasion hoduje się uprawę – powinny one pochodzić z tych samych terenów co okoliczne lasy, żeby nie wprowadzać innych cech genetycznych. Oczywiście nasiona np. z Syberii wyrosłyby i tu, ale mogłyby zamierać i nie dałyby tak dobrego surowca, jak drzewa z nasion pozyskanych na miejscu, a szczególnie z drzew doborowych.
Sadzonki na moją uprawę pochodną przyjechały z Puszczy Piskiej, z okolic Guzianki. Rosną nieźle.
Grudzień to bardzo miły okres, kiedy na luzie można robić „świąteczne porządki” w lesie, wyciąć choinki, które będą sprzedawane okolicznej ludności, pomyśleć o przyszłym roku i zadaniach, które już czekają… Można więcej czasu poświęcić pracy w kancelarii – uzupełnić operat urządzania lasu, wpisać tam wykonane zadania dotyczące poszczególnych powierzchni i pozyskane masy.
W moim nadleśnictwie kończy się już pozyskanie, tzn. wykonany został plan trzebieży i zrębów. Na wszystkich zaplanowanych powierzchniach wykonano przecinkę lub usunięto stare rębne drzewostany. Całe drewno sprzedano, z lasu wyjeżdżają ostatnie samochody z ładunkami. Dobrze, że ostatnie, bo po śniegach przyszedł deszcz, i jeżeli popada dłużej, to wszystkie drogi tak rozmiękną, że jakikolwiek wywóz będzie niemożliwy.
Pogoda zdaje się sprzyjać refleksji i zwolnieniu tempa – leje trzeci dzień. Rzeczka wypływająca z jeziora Wydra rozlała się potężnie, podtapiając łęgi. Przyczynił się do tego śnieg, który rozpuścił się już całkiem. Prawdziwej zimy miałem z tydzień. Starzy Mazurzy twierdzą, że mrozu tej zimy wielkiego nie będzie, ale śniegu nie zabraknie. Warto dodać, co mają na myśli, mówiąc „wielkiego” – w dzień temperatura nie powinna spaść poniżej minus 20 stopni…
Dzisiaj idąc przez las, widziałem pod rozłożystym świerkiem legowisko jeleni. Było tam pięć miejsc dobrze wyleżanych w mchu. Dookoła śnieg, a pod okapem świerku sucho. Wyglądało na to, że je spłoszyłem, bo ślady były świeże. Szedłem potem jakiś czas ich tropem i widziałem tę chmarę kilka razy.
Jelenie na otwarte przestrzenie, jak pola i łąki, najczęściej wychodzą o zmierzchu. Dzisiaj koło domu widziałem je około szesnastej, na łące za leśniczówką. Ale były to inne jelenie niż te, które tropiłem w dzień.
Na łąkach i polach szukają traw i ozimych zbóż. Jeżeli żerują nocą w lesie, to np. na skrajach dróg, małych polankach, w młodnikach. Zgryzają pędy krzewów, sadzonki na uprawach, spałują (ogryzają) ścięte kłody drewna. Zimą specjalnie dla nich ścina się osiki, z których chętnie ogryzają korę.
Z reguły również pod koniec czwartego kwartału, czyli w grudniu, wykonuje się czyszczenia późne w sosnowych młodnikach (jeżeli w danym leśnictwie są one akurat w odpowiednim wieku). Zwykle nie pozyskuje się wtedy drewna, tylko przerzedza drzewka, a ścięte pozostawia na ziemi. To dla jeleni cenna baza pokarmowa. Normalnie młodnik, który nie jest już chroniony płotem, jest poza zasięgiem pyska – młoda, miękka kora stanowiąca przysmak jest za wysoko, a ta niżej jest już za twarda. Dlatego ścięte drzewka cieszą się dużym powodzeniem, i jeżeli jest ich sporo, jelenie nie szukają innego pokarmu i nie szturmują płotów, gdzie rosną o wiele niższe sadzonki.
Piszę o zimie i śniegu, bo u mnie od czterech dni pogoda już grudniowa. Śniegu jest ok. 10 cm. Kiedy rano jestem w lesie, widzę mnóstwo świeżych śladów. Tak naprawdę to najłatwiej właśnie chodząc zimą po lesie, zobaczyć, ile żyje tu zwierząt.
Sporo jest w lesie starych grobów. W okolicy leśniczówki były kiedyś dwie duże wsie – każda licząca po około 50 domów, co wiem ze starych niemieckich map. Pozostały po nich ruiny przy drodze, a w lesie cmentarze, które kiedyś były położone po prostu za wsią. Na większości grobów nie można już odczytać żadnych napisów.
U siebie w leśnictwie mam jeden ciekawy. Mówię o nim „Wiśniewski”. Jest to grób królewskiego strzelca Kristiana Kirschnera. Znalazłem go przypadkiem, kamienna tablica była całkiem porośnięta mchem. Kiedyś postanowiliśmy go z żoną wyczyścić, i wtedy okazało się, że grób pana Wiśniewskiego to jeden z najstarszych w okolicy – Kirschner urodził się 1 stycznia 1787 r., a zmarł 3 kwietnia 1853. Dziś grób jest w środku młodego, 40-letniego lasu. Ale w kwietniu 1853 był tam niechybnie stary las, w którym Wiśniewski chciał, żeby pochowano go pod jakimś starym drzewem...
Ostatnio przypadkiem natrafiłem na kolejne dwa groby, ogrodzone niskim drewnianym płotkiem. Niestety nie ma przy nich żadnej tablicy, brakuje też krzyża, po którym został tylko postument. Nie wiem więc, kto tam leży. Ale wiem, że kiedyś odwiedzał te groby pewien starszy pan z Niemiec – dawny mieszkaniec pobliskiej, nieistniejącej już wioski.
Wszystkie leśne groby na terenie naszego nadleśnictwa są zinwentaryzowane i będą ogrodzone, żeby nie przepadły. W końcu to historia tych terenów.
Wczoraj byłem na regionalnej naradzie gospodarczej w Białymstoku. Była to
jedna z cyklu narad, które mają przygotować Lasy Państwowe do uczestnictwa w
systemie redukcji efektu cieplarnianego. System ten powinien
zacząć działać na początku roku 2008, pod warunkiem że nowy Sejm szybko uchwali
odpowiednią ustawę.
Na naradzie było ok. 1400 leśników – nadleśniczowie, ich zastępcy i
leśniczowie z dwóch dyrekcji regionalnych. Wszyscy przybyli autokarami. Podobno
z niektórych nadleśnictw autokary wyruszały o drugiej w nocy, żeby zdążyć na
dziesiątą. My na szczęście wyruszaliśmy o siódmej rano.
Były wystąpienia ministra środowiska i głównego analityka Lasów Państwowych,
którzy mówili o projekcie ustawy, dzięki której Lasy Państwowe mogą zyskać
dodatkowe fundusze. Związane jest to z handlem tzw. jednostkami emisyjnymi.
Według tzw. protokołu z Kioto każdy kraj, który podpisał ten
protokół zobowiązał się do wyprodukowania nie więcej niż określonej liczby ton
dwutlenku węgla rocznie. Niektóre kraje, posiadające bardzo rozbudowaną
infrastrukturę przemysłową, przekraczają te normy. Mogą jednak odkupić
jednostki emisyjne od państw, które ze względu np. na dużą ilość lasów i małą
emisję CO2 (jak Polska), posiadają „nadwyżkę”, czyli nie
wykorzystują całej swojej puli. Dzięki sprzedaży wolnych jednostek emisyjnych
Lasy Państwowe zyskają dodatkowe pieniądze, które mają zostać przeznaczone na
wszelkie projekty, które jeszcze bardziej zwiększą stopień pochłaniania
dwutlenku węgla z atmosfery.
Narada miała jeszcze aspekt towarzyski. Spotkałem tam wielu
swoich kolegów ze studiów. Były opowieści o dzieciach, o dawnych przewagach, o
łowach, samochodach terenowych i oczywiście o polityce. Było wesoło, trochę
śmiesznie – niektórym zarysował się wydatny brzuch, niektórzy wyłysieli…
Ostatecznie tuż przed trzecią autokary rozpoczęły intensywną emisję CO2
i pomknęliśmy do domu.
Dzisiaj byłem w biurze na naradzie. Narady w naszym nadleśnictwie są organizowane mniej więcej co miesiąc. Zwykle na naradach podsumowuje się miesiąc, kwartał, rok czy półrocze. Nadleśniczy zapoznaje nas wtedy ze statystykami, jakie wypracowaliśmy. Informuje nas również, z czyjej pracy jest najbardziej, a z czyjej najmniej zadowolony. Dodatkowo ustalamy, które zadania są bardziej, a które mniej ważne. Jeżeli w jakimś leśnictwie występuje problem i z jakiegoś powodu leśniczy nie radzi sobie z bieżącymi zadaniami, musi to uzasadnić (np. brakiem pracowników) i wówczas wspólnie szuka się jakiegoś rozwiązania (np. przesunięcie czasowe pracowników z innego leśnictwa, w którym już zakończyli bieżące zadania.)
Ustalane są również ogólne wytyczne dotyczące np. polityki bieżącej wobec ćwiczących wojsk. Na terenie naszego nadleśnictwa jest dużo poligonów i wojsko w trakcie manewrów korzysta z niektórych dróg. Ale jeżeli armia zaczyna przekraczać swoje uprawnienia i za bardzo ją widać w lesie, musimy wszyscy wiedzieć, jak w takich przypadkach postępować.
Na naradzie jest zawsze nadleśniczy, jego zastępca, czasami jakiś gość specjalny, czasami pracownicy techniczni. Oczywiście jest to również okazja do spotkania całej załogi. Chociaż pracujemy w tym samym nadleśnictwie, spotykamy się rzadko. Mieszkamy dość daleko od siebie, część w małych miejscowościach, a część w leśnych enklawach, więc życie towarzyskie na szerszą skalę raczej nie istnieje.
Dziś oprócz statystyki na naradzie był prezentowany film szkoleniowy o nowej metodzie poszukiwania pierwotnych szkodników sosny.
Co roku prowadzone są tzw. poszukiwania jesienne. Są to działania mające na celu ocenianie zagrożenia sosen przez tzw. szkodniki pierwotne, takie jak np. barczatka sosnówka, strzygonia choinówka, poproch cetyniak. Do tej pory szukało się tych owadów po pierwszych przymrozkach, przed nastaniem mrozu i śniegu, pod jednym drzewem i w jego korze. Od tego roku będziemy prowadzić monitoring sosen nową metodą. Też będziemy szukać owadów o tej samej porze roku, ale nie pod jednym drzewem, tylko pod kilkoma, za to w wyznaczonych fragmentach ściółki oraz pod korą. Moim zdaniem stara metoda była łatwiejsza. Z nową muszę się jeszcze dokładnie zapoznać, dostałem grubą instrukcję …
Dzięki monitoringowi można określić zagrożenie drzew. Jeżeli na powierzchniach próbnych ktoś znajdzie gąsienice i poczwarki danych owadów, wysyła się je do Zakładu Ochrony Lasu (ZOL) właściwego dla siedziby danego nadleśnictwa. Tam określa się dokładnie gatunki znalezionych owadów oraz próbuje ocenić, czy biorąc pod uwagę ilość występowania wszystkich znalezionych na danym terenie poczwarek i gąsienic, będą w przyszłym roku konieczne dodatkowe działania ochronne, np. opryski z samolotów.
Zaczął się ostatni kwartał roku. To znaczy, że wszystkie zadania z hodowli lasu w zasadzie są już wykonane. Wszystkie pielęgnacje i czyszczenia zrobione. Zostały rozpoczęte ostatnie powierzchnie trzebieżowe, które kończą pozyskanie w moim leśnictwie. W sumie w tym roku wyniesie ono około 6 tys. m3.
Pod względem pozyskania ten rok był bardzo dobry do prowadzenia. Wiele osób chciało kupować drewno, więc nie było żadnych trudności i wszystko szło zgodnie z planem. W poprzednich latach bywało, że wycięte drewno czekało na chętnych. W tym roku sprzedawało się właściwie na bieżąco. Sprzedaje się zresztą wciąż – dzisiaj cały dzień spędziłem, wydając drewno przewoźnikom. Wywóz polega na tym, że jadę z przewoźnikiem w jego samochodzie i po kolei mówię mu, gdzie leży drewno, które może zabrać. Potem on je ładuje, ja wypisuję mu kwit wywozowy i może już wyjechać z lasu.
Oczywiście jeżdżę też własnym samochodem, wtedy samochód wywozowy jedzie za mną. Ale mój samochód znowu się zepsuł, tym razem pękł resor. Okazało się przy okazji, że nie ma gdzie go w pobliżu kupić ani dorobić, tylko trzeba jechać do tzw. dużego mista, czyli 150 km ode mnie. To oczywiście niedużo, ale przy obecnym stanie dróg, kiedy dosłownie każda droga w okolicy jest rozkopana, a większość prac wygląda jak odkrywkowe kopalnie węgla kamiennego, nawet krótkapodróż przeradza się w całodzienną wyprawę. Na szczęście pan w warsztacie nie powiedział mi „jutro, kochany, jutro” tylko „za dwie godziny”. Tak więc resor już mam. Muszę go jeszcze zamontować, ale zbliża się weekend, więc liczę na to, że znajdę chwilę czasu.
Jeden z przewoźników opowiadał mi o tym, że ma rosyjski holownik, którym kiedyś pracował na bindudze przy spławie drewna. O tym, że ma żaglówkę, że lubi łowić ryby, że Śniardwy zna jak własne pięć palców… Czasami można się dowiedzieć o ludziach bardzo różnych rzeczy.
Dzień zacząłem
od naprawiania samochodu. Bo wcale nie jest tak, że leśniczy ma samochód
służbowy. Przysługuje on tylko straży leśnej. Pozostali muszą sami zapewnić
sobie środek transportu, bo na piechotę ani rowerem nie da się pracować w
leśnictwie mającym powierzchnię około 2 tysięcy hektarów. Poza tym każdy
samochód użytkowany w lesie dosyć szybko ulega degradacji – żaden samochód nie
lubi być rozbijany po dziurach i bagnach. No i żaden tego długo nie wytrzyma.
Najlepszy jest samochód taki, który w najbardziej podstawowym zakresie można
samemu naprawić. Ja dzisiaj postanowiłem zrobić porządek z drzwiami – już
prawie żadne się normalnie nie zamykały. Podczas radosnego remontu myślałem ile
kosztowałby mnie nowy samochód, oczywiście w sensie „inny”, bo ten najwyraźniej
się już kończy i dni jego są policzone. Niemniej chciałbym moment zezłomowania
mojego niebieskiego szerszenia odwlec jak najbardziej – mam nadzieję że jeszcze
nim trochę pojeżdżę.
Zaraz potem
pojechałem do lasu. Po drodze zauważyłem, że wojsko, które u nas w lesie ma
swoje drogi, jeździ również „naszymi” – a duży ruch podczas manewrów na
poligonie bardzo je niszczy. Potem zajrzałem na powierzchnię, gdzie pilarze
robią trzebież wczesną. Niedawno zaczęli, więc skończą dopiero w przyszłym
miesiącu. Ale ponieważ dobrze wiedzą co robią, nie muszę ich sprawdzać
codziennie – wiem że nie wytną ani za dużo ani za mało, tylko dokładnie tyle
ile wyznaczył podleśniczy.
Potem odbierałem
drewno stosowe. Pomierzyłem jego ilość (za pomocą taśmy mierzę szerokość i
długość stosu), sprawdziłem długość wałków. Potem wprowadziłem wszystkie dane
do rejestratora i pojechałem dalej.
Obejrzałem
powierzchnię gdzie pan Kazimierz robił czyszczenia. (Czyszczenia to zabieg
pielęgnacyjny polegający na zmniejszeniu liczby sadzonek na powierzchni w taki
sposób, żeby stworzyć korzystne warunki świetlne dla najlepszych drzewek.
Selekcja taka jest niezbędna, ponieważ początkowo sadzi się bardzo dużo
sadzonek, a potem stopniowo wybiera najlepsze.) Powierzchnia duża, około 5 hektarów.
Rośnie tam bardzo dużo różnych gatunków – dąb, brzoza brodawkowata, jabłoń,
grusza, świerk, klon jawor, sosna, lipa, olcha. Musiałem sprawdzić jakość
wykonania pracy. Okazało się że większość jest zrobiona dobrze, ale są jeszcze
miejsca w których trzeba będzie wprowadzić poprawki.
Dodatkowo zmierzyłem
długość wyremontowanego w tym miesiącu płotu. Rozwaliły go jelenie byki – i to
już po raz kolejny tej jesieni. Trwa rykowisko jeleni, a moja uprawa
najwyraźniej stoi im na jakiejś trasie – często włamują się do środka, za nic
mając siatkę. Kiedy już wejdą, walczą ze sobą, przy okazji depcząc moje
sadzonki. A przez połamany płot do środka dostała się również klempa z
łoszakiem, którą robotnicy zauważyli i wygonili - całe szczęście, że przed
remontem!. (Taka samica łosia w płocie to dla uprawy leśnej i leśniczego
prawdziwe nieszczęście, bo w ciągu jednej nocy potrafi połamać i ponadgryzać
bardzo dużo drzewek.)
Potem jeszcze
pognałem do biura, gdzie musiałem oddać meldunek dotyczący pozyskania surowca w
leśnictwie. W biurze wszyscy zakatarzeni, każdy siedzi przy komputerze z dużym
zapasem chusteczek do nosa. Mam nadzieję że się nie zaraziłem. Na wszelki
wypadek łyknąłem herbaty z sokiem z czarnego bzu…
Urlop się
właśnie skończył. Niby dwa tygodnie ale jakoś szybko zleciało. Jutro znowu do
pracy. Nie udało mi się wyjechać na dłużej niż kilka dni, bo żeby się ruszyć z
domu musiałem poprosić znajomych żeby pomieszkali kilka dni w leśniczówce i
zajęli się moimi zwierzakami, które tu zostały. Miałem ambitny plan, że po powrocie
zabiorę się do zaległych drobnych prac domowych (ponaprawiam niektóre rzeczy
itp.), że zrobię budę dla psa … ale jakoś niegdy jeszcze nie udało mi się
wykonać całego planu. Zawsze urlop mija i okazuje się że był co najmniej o
połowę za krótki. Moim leśnictwem w międzyczasie opiekował się podleśniczy. Ale
od jutra to on idzie na urlop …
Coraz bardziej
widać jesień. Odleciały już wszystkie letnie ptaki – zniknęły z ogrodu pliszki
i jaskółki. Codziennie słychać przelatujące gęsi i żurawie. Nocą z okna słychać
jak ryczą jelenie. Jak się wyjdzie przed dom to jeszcze bardziej słychać.
Codziennie rano na łące i w ogrodzie mgła gęsta jak mleko, która koło ósmej
znika. Potem wychodzi słońce i cały dzień jest ciepło, ale jak tylko zajdzie robi
się zimno.
W domu nastąpiła
inwazja myszy – ciągną paskudy z pola i podwórka. Jedną nawet przyniosłem na
ramieniu ze stajni kiedy niosłem do domu siodło żeby je naprawić. Brrr….
Zastawiam więc pułapki, bo inaczej zjedzą mi i mąkę, i makaron, i nawet
plastikowe worki na śmieci ponadgryzają. W zeszłym roku chciały zrobic gniazdo
w kuchennej szufladzie – tej najmniej używanej. Ale teraz postanowiłem się nie
dać. Na razie stawiam tradycyjne pułapki – z umiarkowanym sukcesem (udało mi
się złapać 2 sztuki). Ale zamówiłem przez internet urządzenie które ma
odstraszać gryzonie – nie tylko myszy ale i kuny i łasice. Działa ono na
ultradźwięki niesłyszalne dla człowieka – podobno. Zobaczymy. Myszy mają się
wyprowadzić – tak twierdzi sprzedawca urządzeń. A kolega opowiedział mi o
sposobie w jaki jego babcia łapała myszy – stawiała na blacie szklankę, pod
szklankę wkładała kawałek serka czy inną przynetę, podpierała szklankę monetą. Kiedy
mysz przeciskała się pod szklanką po smakołyk, potrącała monetę, a sama
znajdowała się w szklanej pułapce. (Pozostawało wyjąć mysz ze szklanki …). Na
razie liczę dni do nadejścia paczki z odstraszaczem. O efektach dam znać!
Jechałem na urlop. Specjalnie chciałem ominąć remontowany odcinek drogi i ruszyłem objazdem. Już pomijam fakt, że objazd ten został chyba wytyczony co najmniej dziwnie – trzeba nadłożyć jakieś 40 kilometrów. Lepiej i taniej więc czekać na zielone światło w miejscu gdzie remontują główną trasę – no ale tego nie mogłem wiedzieć wcześniej. Jadę więc wąską drogą między polami. Dopuszczalna prędkość 90 km/h, ale jadę dużo wolniej, bo droga kręta, w samochodzie małe dziecko. Widzę z daleka cmentarz i ludzi wychodzących z niego. Również wyjeżdżających samochodami. Zwalniam jeszcze bardziej. Nagle samochód wyjeżdża z drogi z cmentarza wprost na drogę przede mną – chociaż nie powinien! Hamuję do oporu. Słychać uderzenie. Myślę sobie, że to już koniec mojego właśnie rozpoczętego urlopu. W myślach liczę koszty. Widzę wgniecione tylnie drzwi w samochodzie w który uderzyłem. Samochód ten krąży obecnie po leżącej przy drodze łące i próbuje wyjechać. Wysiadam.
Okazuje się, że „u mnie” nic się nie stało. Nawet zderzak cały. Światła działają, maska otwiera się i zamyka. Z łąki wyjeżdża tamten samochód, kierowca wysiada. Ku mojemu zdumieniu oświadcza, że to ja powinienem zapłacić za uszkodzone drzwi w jego samochodzie. (On wyjechał z drogi podporządkowanej na główną i jego obowiązkiem było upewnić się, że jest ona wolna i może na nią wyjechać. Ja jechałem zgodnie z przepisami, na całe szczęście dużo wolniej niż mogłem. Do całkowitego wytracenia prędkości zabrakło mi około dwóch metrów.) Nie ma sposobu żeby go przekonać. Dzwonię na policję – ale zanim udaje się uzyskać połączenie, widać nadjeżdżający drogą policyjny polonez.
Policjant zatrzymał się i wysłuchał wersji obu stron. (Moją wersję opisałem powyżej – druga brzmiała mniej więcej tak, że pojawiłem się znikąd i jechałem na pewno sto dwadzieścia i że chciałem go zabić. (Gdybym jechał faktycznie 120, to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej i nie wiem czy napisałbym jeszcze cokolwiek na tej stronie) Policjant ocenił sytuację i od razu oświadczył, że według przepisów poszkodowanym jestem ja a sprawcą drugi kierowca. Ponieważ wydawało się że on zupełnie tego nie rozumie, uświadomił mu jeszcze, że może ukarać go mandatem i dołożyć punkty karne. W międzyczasie lunął deszcz i musieliśmy ukryć się w samochodzie policyjnym (polonez ze skórzaną tapicerką – wow!!!). Tu udało się uzyskać salomonowe rozwiązanie całej sytuacji – policjant sporządził notatkę służbową, ja mogłem jechać dalej, a drugi kierowca pogodził się z faktem że wina była po jego stronie i to on musi z własnej kieszeni zapłacić za naprawę drzwi.
Przez resztę trasy zastanawiałem się jak w trakcie wypadku zachowuje się fotelik dziecięcy. Na szczęście uderzenie było na tyle lekkie, że nikomu z nas nic się nie stało, a maluch nawet chyba nie zauważył że działo się coś złego...
Co roku robię plan na rok przyszły – oczywiście opierając się na operacie. Czyli planuję wykonanie zrębów i trzebieży na określonych powierzchniach (na których to wynika z operatu). Oprócz tego muszę przewidzieć tzw. użytki przygodne, czyli np. uporządkowanie lasu po wichurze czy usuwanie posuszu. Planuję też zabiegi z zakresu ochrony lasu oraz hodowli. Ochrona lasu to np. zabezpieczanie młodych upraw przed zgryzaniem przez zwierzynę (np. stawianie płotów ogradzających uprawy, smarowaniem sadzonek repelentami), wywieszanie budek lęgowych, prowadzenie poszukiwań szkodników na powierzchniach próbnych i prognozowanie na tej podstawie ilości szkodników... Hodowla lasu to z kolei pielęgnacja upraw (koszenie chwastów i samosiewów brzozy czy osiki zarastających małe sadzonki), pielęgnacja młodników (przerzedzanie ich w określony dla każdego gatunku sposób, tak aby zostawić jak najlepsze jednostki), odnawianie powierzchni zrębowych (sadzenie lasu tam, gdzie uprzednio został wycięty) itp.
W 2007 mam zaplanowane 17 hektarów pielęgnacji młodników. Do tej pory nie uporałem się z tym zadaniem, ponieważ zabrakło rąk do pracy… Prace w lesie wykonują ludzie zatrudnieni w Zakładzie Usług Leśnych, który podpisuje stosowną umowę z nadleśnictwem. Wyraźnie widać, że ludzi do pracy jest coraz mniej. Tym, którzy są na zasiłkach, „nie opłaca się” pracować za stawkę oferowaną przez ZUL. Ci, którzy byli operatywni, wyjechali do Anglii, Holandii, Hiszpanii, Włoch czy Niemiec. Tak więc znalezienie pracownika do prostych prac leśnych stanowi coraz większy problem – i dopóki stawki nie wzrosną, będzie on coraz większy. (Problem dotyczy nie tego, że Lasy Państwowe płacą mało - kwota za poszczególne usługi jest ustalana w drodze przetargu – ale że pośrednicy, czyli właściciele ZUL, przynajmniej tu w okolicy, bardzo mało płacą swoim pracownikom.)
Niedawno usługowiec stanął na wysokości zadania i przysłał do pracy człowieka. Razem pojechaliśmy na powierzchnię, żeby omówić zakres pracy, sposób wykonania zadania i takie tam….Wszystko oczywiście było dla niego jasne. Mimo to trochę miałem stracha zostawić samego robotnika z siekierą w młodniku, więc jakieś pół godziny razem z panem od siekiery wycinaliśmy drzewka prowadząc „selekcję pozytywną”. Dlaczego? Ponieważ w parę godzin hodowany przez kilkanaście lat młodnik mógłby zostać unicestwiony (w najgorszym przypadku – gdyby pan pomimo zapewnień nie zrozumiał mojego instruktażu). Następnego dnia oczywiście zajrzałem tam z samego rana. Szkolenie okazało się skuteczne. Pan Kazimierz napierał dalej robiąc wszystko zgodnie z zaleceniami. No, prawie wszystko...
(Na zdjęciu widnieje całkiem inny pracownik, który pracuje u mnie w lesie od lat i jak na razie nie zamierza chyba wyjeżdżać.)
Wszystko co się robi w lesie ma swoje odniesienie w tworzonej równolegle dokumentacji. Leśniczy każdą czynność dokumentuje i potwierdza na specjalnych formularzach. Z tych wszystkich papierów najważniejsze dotyczą pieniędzy oraz ilości drewna jakie jest w lesie wycięte, pomierzone i czekające na wywóz. Leśniczy odpowiada finansowo za stan swojego magazynu – czyli za drewno jakie przyjął na stan do momentu kiedy zostanie ono sprzedane i wyjedzie z lasu. Tak naprawdę to bardzo duża część mojej pracy polega na prowadzeniu magazynu drewna. Kiedy zostanie ono ścięte – według przyjętego wcześniej planu – pracownicy układają je w stosy (drewno średnio- i małowymiarowe) oraz mygły (drewno tartaczne, czyli całe pnie).
Ta technologia już niedługo zostanie zmieniona, bo coraz więcej jest nowoczesnych fabryk, które wymagają surowca o określonej specyfikacji, więc wszystko, nawet drewno tartaczne, będzie cięte w określone długości i układane w stosy. Będą robić to specjalne leśne maszyny, forwardery i harvestery, których pracuje w Polsce już coraz więcej. Jednak koszt takiej maszyny to około 3 miliony PLN, więc nie wszystkie zakłady usług leśnych są w stanie udźwignąć taką inwestycję.
Ale wróćmy do magazynu drewna jaki prowadzi leśniczy. Każdy stos i każdą mygłę ułożoną przez pracowników musi on „odebrać” czyli nabić numer oraz oznakować logiem Lasów Państwowych. Następnie wprowadza do swojego przenośnego komputera – rejestratora – dane dotyczące ilości oraz rodzaju surowca. Od tego momentu przejmuje odpowiedzialność materialną za ten surowiec... A ceny drewna są coraz wyższe!
Następnie kontaktuje się z ustalonymi przez nadleśnictwo odbiorcami i organizuje wywóz surowca z lasu, czyli ustala kto i kiedy po „swoje” drewno przyjedzie. Kiedy wydrukowany zostanie kwit wywozowy, a drewno załadowane na samochód, odpowiedzialność się kończy. Uff...
A żaden samochód z drewnem nie może poruszać się po drogach bez dowodu legalności posiadanego surowca. Jeżeli nie ma dokumentu, oznacza to że drewno jest kradzione. Prawo do skontrolowania takiego samochodu (ale również i fury z gałęziami) ma zarówno policja jak i straż leśna.
Ponieważ ostatnio dużo się w okolicy działo, nie bardzo miałem czas żeby pisać o rzeczach zawodowych. Ale powoli będę to nadrabiał. Co leśniczy tak naprawdę robi w lesie?
Można powiedzieć, że zależy to od specyfiki leśnictwa. A ona z kolei zależy od struktury wiekowej, składu gatunkowego drzewostanu i powierzchni, czyli lasu w jakim się pracuje. (Oddzielną sprawą są specjalne leśnictwa szkółkowe, gdzie leśniczy zajmuje się tylko produkcją sadzonek i pozyskiwaniem nasion z których dopiero będą sadzonki.)
Ale zacznijmy od początku. Wszystkie tereny leśne, należące do skarbu państwa, są podzielone pomiędzy nadleśnictwami. Każde nadleśnictwo podzielone jest na leśnictwa. Każdym leśnictwem administruje jeden pracownik Służby Leśnej – leśniczy z pomoćą podleśniczego. Oprócz pracowników terenowych w nadleśnictwach są zatrudnieni pracownicy biura i oczywiście kierownictwo tzn nadleśniczy i jego zastępca (oczywiście na poziomie powyżej nadleśnictwa jest jeszcze dyrekcja regionalna oraz dyrekcja generalna.)
Każde leśnictwo z kolei dzieli się na oddziały – wprowadza to do lasu ład przestrzenny –prace są ograniczone do konkretnego miejsca (które łatwo wskazać na mapie). Hamuje to gospodarkę rabunkową (nie biega się po całym lesie i szuka np. sosen na maszty do żaglowców, tylko realizuje się zadania gospodarcze na określonej powierzchni i w ustalonym zakresie) i pozwala działać według wcześniej wyznaczonego planu.
Taki podział pozwala również na wyodrębnienie całkiem małych powierzchni leśnych (wydzieleń), które są określane w terenie zasadniczo na podstawie wieku i gatunków drzew. Dla tych właśnie wydzieleń ustalane są zadania gospodarcze (np. przerzedzanie kilkunastoletnich zasadzeń – młodników, pielęgnacja upraw – pielenie młodych sadzonek, trzebieże – czyli przerzedzenia drzew w co najmniej dwudziestoletnim lesie, wycinanie zrębów – czyli ścinanie drzew które osiągnęły odpowiedni wiek). Zadania te określane są na każde kolejne 10 lat. Ustalaniem planu zajmuje się tzw. Biuro Urządzania Lasu, a całość zatwierdza Minister Środowiska.
Jak widać rzecz jest prosta. Z góry wszystko jest ustalone i przeliczone. Leśniczy – posiadając niezbędną wiedzę pilnuje realizacji planu urządzeniowego lasu (tzw. operatu).
*** Dziś rano zdarzyła mi się rzecz bardzo ciekawa. Pilnowałem załadunku drewna na samochód wywozowy. Godzina – szósta rano. Wtem – drogą jedzie pan rowerkiem. Na bagażniku – worek. Dodam, że nie widziałem go nigdy jeszcze na oczy, a mieszkam w okolicy już dziesięć lat. Pan z daleka krzyczy „Dzień dobry!”. (On również jak sądzę widział mnie pierwszy raz.) Następnie zaczął pytać, czy on może sobie nazbierać tych gałęzi, co to w zeszłym tygodniu tam skończyli ciąć i na pewno gałęzie leżą. Powiedziałem mu, że i owszem, może sobie wykupić gałęzie – 5 zł za metr przestrzenny (do worka wejdzie ok. ćwierć metra) – dostanie dowód zakupu, czyli asygnatę, i wtedy może je zabierać. Pan twardo mówił, że on jednak nazbiera, bo on tylko dzisiaj i tylko żeby rozpalić w piecu... Mówiąc wprost, miał zamiar po prostu to drewno z lasu ukraść, ale niestety spotkał leśniczego, który mu przeszkodził.
W zeszłym tygodniu nad Mazurami przeszła burza. Ta, której ofiar wciąż szukają nurkowie na dnach niektórych jezior. Nie potrafię powiedzieć, jak wyglądała ta burza nad wodą. U mnie w lesie kotłowało się już od samego rana – czuć było, że będzie jakaś większa sprawa. Ale wiatr i deszcz nie przyszły nagle. Najpierw niebo ciemniało stopniowo. Potem zrobiło się już tak ciemno jak późnym wieczorem – normalnie w południe trzeba było zapalić światło, żeby widzieć, co się ma na talerzu. Potem drzewa zaczęły się chwiać prawie do ziemi – przyszedł wielki wiatr, a zaraz za nim ściana deszczu i gradu.
Ponieważ instalacja elektryczna w mojej leśniczówce jest bardzo wiekowa, wolałem powyłączać wszelkie urządzenia. Oprócz katastrofy elektrycznej każda burza grozi również odcięciem telefonu – w sumie spaliło mi już ze 3 aparaty telefoniczne.
Siedząc przy świeczkach obserwowałem żywioł za oknem. Oczywiście prąd wyłączyli prawie zaraz po tym jak zaczęła się burza. Telefon ocalał, więc po burzy zadzwoniłem do znajomych w Piszu i Kętrzynie. Ani w jednej ani w drugiej miejscowości nie było wciąż światła – pomyślałem że przy takiej awarii może powtórzyć się sytuacja z 2002 roku, kiedy po huraganie prądu nie miałem przez tydzień i jeździłem się myć do jeziora. Trochę bałem się pomyśleć, co się dzieje w lesie.
Teraz trwa sprzątanie – czyli po pierwsze uprzątnięcie wywrotów (drzew wywalonych z korzeniem) i złomów (drzew złamanych) ze wszystkich dróg pożarowych. Często zdarza się że po burzy jest pożar, więc cały las musi być jak najszybciej po burzy dostępny dla straży pożarnej. Drugi etap to usuwanie wywrotów i złomów z całej reszty dróg, dzięki czemu las zostanie udostępniony w całości. Kolejny etap to kontrola wszystkich ogrodzeń na terenie leśnictwa, naprawa uszkodzonych przez padające drzewa płotów i zabezpieczenie upraw (czyli miejsc, gdzie rośnie młody jeszcze las – taki do 15 lat). Następnie trzeba zabrać się za usunięcie wszystkich drzew (i złomów i wywrotów) które mogą zostać zasiedlone (zamieszkane) przez różnego rodzaju szkodniki wtórne drewna – w sprzyjających warunkach, np. przy suchym i gorącym lecie – mogą one tak się namnożyć, że szkody przez nie spowodowane będą równie duże jak te spowodowane przez huragan. Szczególnie chodzi tu o świerk i kornika drukarza. Kiedy już uda się to zrobić, trzeba zrobić przegląd poszczególnych oddziałów (części na które podzielone jest każde leśnictwo) i pozyskać z nich najcenniejszy surowiec ze zniszczonych drzew. (Największą wartość ma drewno tartaczne, grube i długie. Latem nie może leżeć zbyt długo, bo w wyniku wysokiej temperatury i wilgotności zaczyna w ciągu dwóch tygodni sinieć. Tym samym traci na wartości i nikt już takiego nie chce kupić.) po uprzątnięciu surowca najcenniejszego zaczyna się sprzątanie szkód powstałych w drągowinach (czyli na powierzchniach gdzie przeciętna średnica drzew na wysokości piersi człowieka nie przekracza kilkunastu cm). Konkretne działania zależą jednak od struktury każdego leśnictwa, od wielkości szkód, od gatunku drzew – ogólny schemat ulega modyfikacjom w zależności od sytuacji. Dlatego dobrze, jeżeli leśniczy długo pracuje w „swoim” lesie – wtedy zna go naprawdę jak przysłowiową własną kieszeń i wie dokładnie co robić i w jakiej kolejności żeby jak najszybciej usunąć szkody.
Każdy leśniczy przygotowując plan pozyskania na cały rok z góry musi uwzględniać takie nieprzewidziane zdarzenia – ale oczywiście nikt nie potrafi przewidzieć kaprysów natury.
Prąd po burzy włączono dość szybko. Telefon za to zanikł przy kolejnej, i włączyli go dopiero po tygodniu. Ale jak się okazało nie dlatego, że zadziałał czynnik przyrodniczy, ale ludzki – ktoś próbował ukraść prowadzące do leśniczówki kable (biegną pod ziemią!). W końcu się poddał, ale kable przeciął. Zanim telefoniarze znaleźli to miejsce i usunęli awarię, upłynęło trochę czasu...