dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Wiosna za pasem
2010-03-31
Marzec zakończony. W tym miesiącu pozyskałem dużo surowca drzewnego, ponieważ zakończyłem jeden z przewidzianych na ten rok zrębów. (Od początku roku pozyskałem około 2000 metrów sześciennych.) Jestem z tego powodu bardzo zadowolony – były to bardzo cenne sortymenty, które udało się wyciąć i sprzedać w optymalnym okresie, gdy surowiec był zakonserwowany przez niskie temperatury. Została mi jeszcze jedna pozycja zrębowa, ale w porównaniu z tym co już wyciąłem to już pikuś.



Zdarza się bowiem, że ścięte drewno leży w lesie i czeka na klienta. Im jest cieplej, tym szybciej ulega deprecjacji (sinieje). Takie zasiniałe nadaje się co najwyżej na wałki do papierni - papierówkę. Na szczęście to co już wyciąłem i wywiozłem to były najlepszej jakości kłody tartaczne. Teraz będzie grana papierówka z trzebieży.

Wiosna za pasem. Przyleciały bociany, cietrzewie na poligonie odbywają tokowisko. Mam wrażenie, że nastąpiło to wszystko bardzo szybko i jak na razie bez powrotów zimy. W lesie w zasadzie już nie ma śniegu, tylko w jakichś ocienionych miejscach albo na bagiennych siedliskach gdzie rosną wierzby a w runie jest dużo mchów można by jeszcze znaleźć śnieg i lód. (Fakt, że lód jest też u mnie pod stodołą to nic nadzwyczajnego, zawsze leży tam do maja. Taki mam podwórkowy mikroklimat). Niestety ruszyły też kleszcze, jest ich zatrzęsienie.

Może u Was coś fajnego dzieje się tej wiosny? Może ktoś już widział żaby moczarowe w godowych barwach? Może macie ich foty?

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 3 | Średnia ocena: 7.67
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
2010-01-26

Dzisiaj porządkowałem w kancelarii dokumenty. Żeby zrobić sobie przerwę, wyszedłem na łąkę. A tam – ruch jak wiosną (chwilowo było tylko minus dwanaście). Na zdjęciach widać rodzinę łosi – klempa wyprowadziła łoszaki na żer pędowy. Zauważyłem też żerowisko zająca, który też coś sobie spod śniegu wykopał …


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kto spotyka w lesie dzika …
2010-01-21

Historia jest taka, że zepsuł mi się samochód. Nie pierwszy raz, ale wygląda na to, że tym razem to nie żarty. Mam nadzieję – odpukać – że się mylę i skończy się jak zawsze, na jakiejś drobnej naprawie którą będę w stanie wykonać sam. Oczywiście jak zmobilizuję najpierw pilarzy z traktorem, którzy przyciągną mi mojego „szerszenia” na podwórko.

Że samochód się zepsuł, to jeden pech. Konsekwencja awarii była też taka, że trzeba było z buta ruszać do domu, a to kawałek drogi. Szedłem więc raźno przez las, a pies myszkował po okolicy. W pewnym momencie zobaczyłem, jak pies pędzi w moim kierunku, a jakieś dwa metry za nim równie szybko porusza się tęgi dzik … Kaban miał z osiemdziesiąt kilogramów.

Było to, przyznaje, trochę zaskakujące … Oczywiście dzik, kiedy mnie tylko zauważył, skręcił do lasu i tyle go widziałem. Oglądałem zresztą potem znajdujące się w pobliżu miejsca świeżo pobuchtowane przez dziki – musiały tam niedawno szukać pod śniegiem pokarmu, pies je spłoszył, a jeden postanowił dać burkowi nauczkę. W głębokim, kopnym śniegu miał naprawdę spore szanse.

Przyznam, że zanim dzik skręcił do lasu, przez chwilę zupełnie na serio pomyślałem o jakimś drzewie na które dałoby się szybko wejść. Stałem przecież w lesie, więc wiedziałem, że jest ich w okolicy trochę… Nie rozglądałem się wprawdzie nerwowo, ale adrenalina jakaś się jednak pojawiła.

Słyszałem też inną historię - ktoś opowiadał, że był w podobnej sytuacji, tyle, że zamiast dzika za psem podążał… wilk. Wilk również po zobaczeniu człowieka zrezygnował z potencjalnej kolacji, ale adrenalina niewątpliwie była dużo wyższa.


Oceń wpis | Ilość głosów: 3 | Średnia ocena: 6
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nowe terytoria
2010-01-17

Tak więc od pierwszego stycznia w ramach reorganizacji w Lasach Państwowych moje leśnictwo automatycznie się powiększyło. Na początku miesiąca protokolarnie przejąłem oddziały z sąsiedniego leśnictwa co daje mi teraz w sumie 1300 ha powierzchni. Nie jest to jeszcze być może docelowa wielkość obszaru, bo według dyrekcji średnia powierzchnia powinna wynosić około 1600 ha przy dwuosobowej obsadzie – leśniczy plus podleśniczy – w zależności od prognozowanego rozmiaru prac. No właśnie. Kiedy przyjrzałem się dokumentacji Biura Urządzania Lasu (aktualnie obowiązujący mnie plan urządzania lasu na lata 2010-2019) to okazuje się, że rozmiar pozyskania wykracza daleko poza „normę”, ustaloną na 6-7 tysięcy metrów w leśnictwie o 1600 ha powierzchni. Wychodzi na to, że w przeciągu najbliższych dziesięciu lat ze wszystkich zrębów mam do pozyskania ponad 70 tysięcy metrów sześciennych drewna. Jak można łatwo obliczyć, na jeden rok przypada siedem tysięcy metrów na dwudziestu hektarach zrębu (czyli normę w pozyskaniu surowca wyrobię na pewno). Ale trzeba dodać jeszcze zabiegi pielęgnacyjne (trzebieże wczesne i późne) na kolejnych sześciuset hektarach, gdzie moim zdaniem wyjdzie około 2500-3000 metrów rocznie. Czyli na dziesięć lat mam około stu tysięcy metrów do zrobienia – naprawdę dużo.

(Kiedy przyszedłem do pracy, leśnictwa były o wiele większe – ja dostałem na początek powierzchnię 2200 ha. Muszę przyznać, że gospodarka na takim terenie była trudna, a zakres prac ogromny, co przyznawali wszyscy leśnicy. Później powierzchnie leśnictw znacznie zmniejszono, a teraz się znów powiększa – każda władza ma swoją koncepcję rozwoju firmy.)

Przy pozyskaniu rzędu 10 tysięcy metrów rocznie sama ewidencja drewna i logistyka jego dystrybucji oraz „papierologia” z tym związana to sporo pracy. Obawiam się, że na obserwację przyrody oraz pracę koncepcyjną np. nad odnowieniami naturalnymi może być krótko z czasem. Wtedy zaczyna się wszystko robić sztampowo według schematów. Mam nadzieję, że zdrowie leśniczemu będzie dopisywało.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 7.5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Zmiana klimatu
2009-12-17

No, zima przyszła na całego. Mróz rano i wieczorem dochodzi do minus szesnastu stopni, w dzień spada do jakichś dziesięciu. Dzisiaj jeszcze sakramencko wiało, więc wrażenia były jakby było dużo zimniej. Mnie to nie zaskoczyło, zima jak zima – ma prawo być chłodno. Mam nadzieję, że przy okazji wymrozi wszystkie grypy.

Przewoźnicy nie mają teraz łatwo – w borze trudne warunki, a na wszystko potrzeba więcej czasu niż normalnie. Wczoraj kilka samochodów nocowało w lesie – kierowcy czekali na dodatkowe przyczepy które spóźniały się z powodu zimowej aury. Ponieważ ładować się mieli u mnie, powiedziałem że spać mogą w leśniczówce, ale uznali, że są twardzi – wiadomo, górale. Tylko ich szef stwierdził, że woli spać w normalnych warunkach i przyjął zaproszenie. Patrząc rano na termometr za oknem wiedzieliśmy, że chłopaki w samochodach mieli raczej ciężką nockę. No ale cóż – wybór był.

Pomimo tego, że z pieca centralnego ogrzewania bucha żar, w domu raczej rześko. W ramach zimowego wyposażenia mieszkanka w jednym pokoju zakleiłem grubą folią „bąbelkową” okna. Jakież było zdziwienie, gdy po przyklejeniu folii do futryny folia wydęła się jak żagiel …i poodrywało się „mocowanie” na plastry (trochę widać na zdjęciu.) Mam nadzieję, że patent po modyfikacji okaże się skuteczny. Ma pewne estetyczne braki, ale cóż, w tej temperaturze nawet żona przestała się upierać.

Za tydzień wigilia Bożego Narodzenia. Dzisiaj w Nadleśnictwie było z tej okazji uroczyste spotkanie wszystkich pracowników. Pewnie było fajnie. Mnie się nie udało dotrzeć, ale tak to już jest jak się pozyskuje tysiąc metrów surowca w ciągu miesiąca i wywóz idzie pełną parą.

Za kilka dni, jeżeli mróz będzie trzymał, już go nie będziemy tak intensywnie odczuwać – po prostu się przyzwyczaimy. Najgorsze pierwsze dni. Ale dobrze, że wreszcie jest normalna zima. Tak jak powinno być.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Idę na rekord
2009-12-13

Wygląda na to, że w tym miesiącu pobiję tegoroczny rekord pozyskania surowca. Ponad tysiąc metrów wyjdzie na pewno. Uda się to częściowo dzięki urzycia maszyny, czyli harwestera – a dokładniej zespołu ścinkowo-zrywkowego harwester plus forwarder. (Harwester ścina, a forwarder zrywa ścięte drewno, wywozi do głównej drogi i układa w stosy.) Jak już kiedyś pisałem, wydajność takich urządzeń jest ogromna. Niestety pomimo bardzo fajnej opcji w harwesterze - pomiar wyciętego drewna - to i tak jeszcze trzeba wszystko pomierzyć „ręcznie”. Taka procedura.

Zima to świetny okres do wycinki drzew – nie ma sinizny, surowiec nie ulega deprecjacji (nie pogarsza się jego jakość) a drogi zamarznięte i twarde, więc ich stanu żaden, najcięższy nawet sprzęt nie pogorszy. Wygląda zresztą na to, że zima zaczęła się na dobre – od kilku dni w nocy mróz, dzisiaj jeszcze spadło trochę śniegu. Górale, którzy wożą ode mnie z lasu drewno świerkowe (tak, tak, kupują na Mazurach drewno i gdzieś wiozą dalej) mówią że zima idzie, hej.

Cały rok zamyka się bilansem zaskakującym – nie spodziewałem się, że te ogromne masy drewna które miałem zaplanowane na ten kryzysowy rok do wycięcia uda się zrealizować. Poza kiepskimi pierwszymi trzema miesiącami popyt stale się utrzymywał, a gdyby do wycięcia było jeszcze więcej, to też by się dało sprzedać.


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jak zostałem kapralem
2009-11-26
Rano wyruszyłem odbierać drewno. Co prawda padało gęsto, ale na szczęście z przerwami i miałem dobrą, naprawdę nieprzemakalną kurtkę. Razem z podleśniczym, robota jakoś szła. Odebrałem telefon, nadciągał umówiony przewoźnik. Wciąż lało, wozak nie mógł albo nie chciał zrozumieć jak znaleźć te stosy które miał ładować, tak więc zażądał asysty. Podleśniczy pojechał, a ja dalej odbierałem drewno. Teraz pojawił się traktor z przyczepą. Kierowca oświadczył, że jechali tu we dwóch z szefem ładować drewno ale szef drugim traktorem z dźwigiem i szef się zgubił. I czy ja nie wiem jak go znaleźć. Po dłuższej konwersacji ustaliłem z nim, że szef musi się tu niebawem pojawić, gdyż każda z okolicznych dróg tak go wyprowadzi. Kierowca jednak uznał inaczej i pomknął w nieznane. Oczywiście chwilę później pojawił się jego szef i pytał czy nie wiem gdzie ten drugi z przyczepą. Jak się okazuje synchronizacja wywozu jest tylko pozornie prosta.

Cały czas w tle nadawał poligon – latały śmigłowce, słychać było czołgi, armaty, wybuchy. Nie widziałem tylko żołnierzy i nie słyszałem bitewnych okrzyków...

Wciąż lało i wciąż odbierałem drewno. Odebrałem kolejny telefon od przewoźnika który rozbawił mnie pytaniem czy wyjedzie z lasu załadowanym samochodem, bo on nie wie, ale ma łyse opony ... Powiedziałem mu, że śmiało może nacierać – oczywiście żartem, bo drogi tak rozmiękły że było spore ryzyko że będziemy musieli dzwonić po traktor żeby samochód z drewnem wyciągał. Na szczęście obyło się bez tego.

Potem jeszcze dzwonił pierwszy przewoźnik (ten, który pojechał z podleśniczym) i twierdził, że przygotowanego drewna ładować nie będzie, bo to za drogi surowiec. Tłumaczyłem, że surowiec jest taki jak w umowie i że jest to co miało być, ale strasznie się gorączkował. Wreszcie po długich konsultacjach ze swoim szefem i tamtego z moim szefem zaczął ładować.

Stojąc tak cały dzień „na stanowisku” – w jednym miejscu, bo cały czas odbierałem drewno, a było go naprawdę sporo – odbierając mnóstwo telefonów i koordynując wjeżdżające i wyjeżdżające samochody (oraz zaginione w akcji traktory) oraz nasłuchując odgłosów poligonu czułem się trochę jak kapral na froncie. I stąd tytuł.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 8
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hodowla lasu
2009-11-24
Na zdjęciu widać fragment powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego” drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu. Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).

To co zrobiłem w tym roku – usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.

Na zdjęciu widać też ślady po traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 0
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Naturalnie i sztucznie
2009-11-16

Kiedy z pierwszymi przymrozkami skończyły się już chwasty, postanowiłem obejrzeć uprawę z naturalnego odnowienia. Ponieważ jedyne co zostało tam zielone, to siewki, można dokładnie określić stopień pokrycia. Wszystko jest ok., jedynie tam gdzie chwasty tworzyły wyjątkowo gęsty kobierzec, siewek nie ma. W pozostałych miejscach rosną bardzo gęsto. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ich system korzeniowy i kilka wyrwałem. Okazało się, że jeżeli się dobrze nie chwyci, to można drzewko urwać, ale nie wyciągnąć z korzeniem. Bardzo mocny system korzeniowy, dłuższy niż zewnętrzna część rośliny (siewki mają teraz około 20-30 cm wysokości, a korzenie około 40 cm jak sądzę).

Wniosek jest jeden i oczywisty – są to bardzo mocne rośliny, rosnące w dobrych warunkach. Moim zdaniem są w dużo lepszej kondycji niż gdyby zostały posadzone sztucznie. Drzewka pochodzące ze szkółki również mają rozległy system korzeniowy, ale niestety tracą go w trakcie sadzenia – nikt nie jest w stanie idealnie posadzić 10-centymetrowej sadzonki w taki sposób, aby nie uszkodzić ani nie pozawijać „miotłowatego” korzenia mającego 20-30 cm. Dlatego system korzeniowy przed posadzeniem jest redukowany za pomocą ostrego szpadla. Tak więc powierzchnie ze sztucznym sadzeniem siłą rzeczy są o wiele bardziej podatne na foliofagi (np. szeliniaka) – mają mniejszy i słabszy korzeń a przez to mniej siły żeby się bronić. Z kolei siewki z odnowienia naturalnego rosną wciąż w jednym miejscu więc korzeń rozwija się bez przeszkód i roślina ma o wiele większą zdolność regeneracji (np. w przypadku zgryzania przez zwierzynę), jest też odporniejsza. Jednym słowem jestem z siebie zadowolony.

Tym bardziej, że dokładnie taką samą teorię jak moja przeczytałem niedawno w prasie leśnej (Las Polski 20/2009). Jest tam artykuł o odnowieniach powierzchni pohuraganowych na Mazurach w okolicach Pisza. Pozostawiono tam powierzchnie eksperymentalne – część odnawiano naturalnie, a część sztucznie. Okazało się, że najlepszej jakości sadzonki (z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowane, czyli wzbogacane o specjalne grzyby chroniące system korzeniowy) mają dwukrotnie mniejszą żywotność niż sadzonki z obsiewu naturalnego. Również w przypadku szkodników i grzybów okazało się, że odnowienie naturalne miało dużo większą odporność.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 1
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dąb – postępowanie hodowlane cz. 2
2009-10-30
Z dębem można zrobić jeszcze inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.

Jeżeli na uprawie posadzimy sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza, sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej – pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której rosną sadzonki dębu.

Inaczej jednak wygląda sprawa ze świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2 lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym kierunku.

Świerk jest również dla dębu gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna, ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dąb - postępowanie hodowlane cz. 1
2009-10-28
Na zdjęciu widać gniazdo z odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż bór mieszany świeży.

Na tym gnieździe posadziłem 4 lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.

Na zdjęciu w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata, kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy. (Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)

Dąb rósł w kożuchu różnych chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich, żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Bóbr meliorant
2009-10-21
Jak widać na załączonym zdjęciu, bobry nie zajmują się tylko spiętrzaniem wody, ale również osuszaniem terenu. Na dnie wyschniętego latem stawu bóbr wykopał rów w celu zgromadzenia wody. Rów ten jest dla zwierzaka korytarzem transportowym, są tam również pozatapiane zapasy na zimę – pędy wierzby, brzozy i inne przysmaki. Widać, że bóbr często tu przychodzi – wykopał też kilka podziemnych korytarzy i wydeptał szeroką już ścieżkę pomiędzy starym rowem melioracyjnym (którym tu przypływa) a stawem.

Muszę przyznać, że jak na jedną bobrzą rodzinę, zakres zrealizowanych prac ziemnych jest naprawdę imponujący. Mają też spory zasięg terytorialny. W dzikim stawie za leśniczówką mają tylko spiżarnię – ale dosyć sporą. Tak naprawdę mieszkają mniej więcej pół kilometra dalej, przy płocie ogradzającym uprawę kolegi leśniczego K.. Jakieś dwa lata temu zauważyłem powstające żeremie bobrowe, ale dosyć nietypowe – budowane właśnie na siatkowym płocie. Obejrzałem je sobie dokładnie – precyzyjna robota. Niemniej nie sądziłem, że bóbr utrzyma się w tym miejscu, myślałem, że nie znajdzie w okolicy wystarczającej ilości jedzenia, tylko skonsumuje krzaki rosnące wzdłuż rowu. Ale najwyraźniej mu się podoba i potrafi na tyle rozsądnie gospodarować okoliczną roślinnością, że wciąż ma co jeść. Nie widziałem go nigdy, ale nie raz słyszałem spłoszony plusk ogona o wodę gdy zbliżałem się do stawu ...

Były pierwsze poważniejsze przymrozki dzisiejszego ranka. Zdaje się, że razem z mrozem pojawiły się wilki. Niedaleko leśniczówki na łące leżą resztki jelenia byka...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Przybyli górale ...
2009-10-18

Wydawałem niedawno drewno. Z samego rana „przybyli górale pod okienko” leśniczówki – tak jak się zresztą wcześniej ze mną umawiali. Koledzy przejechali ponad 600 km, z okolic Suchej Beskidzkiej. Co oczywiste, nie wiedzieli ani gdzie jest las z którego mieli zabrać drewno, ani tym bardziej gdzie leżą stosy.

Przyjechali po tartaczny surowiec świerkowy – wydawało mi się to bez sensu – sądziłem, że czego jak czego ale świerka to w górach nie brakuje. Okazało się jednak, że klęski żywiołowe z ostatnich lat tak przetrzebiły tamtejsze drzewostany, że zaczyna to być problem. Moim zdaniem częste klęski jakie zdarzają się ostatnio zakłócają gospodarkę leśną do tego stopnia, że zaczyna brakować surowca. Po huraganie trzeba nagle zagospodarowywać dużą ilość drewna, mimo wysiłków leśników dużo się marnuje, dużo też idzie w opał, bo jakość jest nie najlepsza – a później nie ma już skąd pozyskiwać, bo te drzewostany które pozostały nie mają jeszcze wieku rębnego.

Górale będą ten świerk przerabiać gdzieś u siebie – byłem zdziwiony, że ta operacja jednak się opłaca (sam transport surowca na taką odległość to ogromne pieniądze). Byli też przekonani, że gdzieś w okolicy jest jezioro Śniardwy i nawet pytali jak tam dotrzeć. Kiedy się okazało, że do tego konkretnego jeziora jest ze 30 kilometrów, chłopy się zasępili – chyba chcieli wykorzystać krajoznawczo pobyt na Mazurach, ale niestety było za daleko a ich czekała jeszcze długa trasa.

No właśnie. Kiedy ładowaliśmy drewno (dwa samochody, więc trochę trwało), kierowca pokazał mi zdjęcia ze swojego telefonu przedstawiające atak zimy. Nie sądziłem, że to tak może w górach w październiku wyglądać – normalnie metrowe zaspy przy drogach. Przez radio jakoś obraz katastrofy nie był tak dramatyczny, a ponieważ wciąż bojkotuję telewizję, nie widziałem tego w żadnym „dzienniku”. Zawsze zresztą wydawało mi się, że zima najdłuższa i najcięższa jest na Mazurach, ale tu w porównaniu z Suchą Beskidzką mamy normalnie złotą jesień ...

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jesienny atak zimy
2009-10-15

Rano obudziło mnie gwizdanie wiatru we wszystkich szczelinach domostwa. Za oknami las kołysał się groźnie, ale do etapu huraganu jeszcze trochę brakowało. Aura była taka, że zadzwoniłem do pilarzy i powiedziałem im, żeby nie jechali dzisiaj do lasu; dzień wcześniej zresztą ich upominałem, że trzeba spieszyć się z robotą, bo na surowiec czeka odbiorca – musiałem więc chłopakom przypomnieć, że BHP przede wszystkim (obalanie-ścinanie drzew przy porywistym wietrze jest śmiertelnie niebezpieczne ponieważ to co się dzieje ze ścinanym drzewem jest poza kontrolą pilarza).

 Za oknem śnieg padał już poziomo, a ja wciąż zastanawiałem się jakim cudem w leśniczówce jeszcze jest prąd. Z reguły przy takich wichurach „przerwy w dostawach zasilania” zdarzały się u mnie często i na długo. Tym razem jednak radio podawało kolejne komunikaty o katastrofalnych skutkach śniegowej nawałnicy w innych rejonach kraju. Nas szczęśliwie ominęło, choć nie do końca.

Moje rozmyślania przerwał telefon od jednego z odbiorców który poinformował, że stoi niedaleko, tam gdzie miał dojechać nie dojedzie, bo droga rozmiękła, więc może spróbuje wziąć drewno ode mnie z lasu zamiast od sąsiada. Ruszyłem do lasu, gdzie wspomniany przewoźnik natychmiast utknął pod górką na drodze grząskiej jak wszędzie indziej, do drewna oczywiście nie dojechał. Wezwałem duży traktor który za pomocą bardzo grubej liny wyciągnął ponad-dwudziesto-tonowy samochód z błota. (Co oczywiście trochę trwało.) Przewoźnik jednak nie poddał się, dojechał w końcu do mygły i załadował się, po czym wziął ode mnie kwity i pomknął do tartaku. Dodam tylko że cała operacja trwała w szalejącej śnieżycy, przy silnym północnym wietrze. Ale dobrze się skończyło, prąd wciąż jest, kaloryfery grzeją, a w maju znów będzie wiosna.

 Na zdjęciu widać katastrofę jaka wydarzyła się w pasiece koło domu – nawałnica przewróciła martwą suchą sosnę, która padając uszkodziła kilka zabezpieczonych już na zimę uli.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Tajemnicza wizyta
2009-10-09
Spiesząc się żeby zdążyć przed zmierzchem kończyłem remontować starą ręczną pompę przed domem. Dokręcałem ostatnie śruby, kiedy usłyszałem dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Niby normalne, bo w skrzynce na płocie leśniczówki leżą książki ewidencji polowań i często podjeżdżają wpisywać się myśliwi – z reguły terenówkami.

Ale miałem jakieś zwierzęce przeczucie, że to co innego. Ruszyłem w stronę płotu, a kierowca busa kiedy tylko mnie zobaczył, zawrócił niemal z piskiem opon i odjechał najszybciej jak się dało. Nie udało mi się dostrzec numerów rejestracyjnych. Jestem przekonany, że to miała być wizyta osób, które liczyły na to, iż nie zastaną w domu lokatorów i będą mogły wynieść co się da. Piątek wieczór, po zmroku, dom w lesie, daleko od szosy. Warunki idealne. Mogliśmy przecież wyjechać na weekend – co się przecież zdarza. Ba, mogliśmy wybrać się do znajomych na herbatkę. Jak sądzę po powrocie zastalibyśmy puste ściany.

Zdarzają się od czasu do czasu głuche telefony. Widać też kilka razy w roku samochody dobrych marek podjeżdżające pod dom i od razu zawracające. Nikt nie wysiada, oczywiście. Ewidentnie jestem pilnowany – i nie myślcie, że popadam w paranoję.

Już kilka razy w leśniczówce było włamanie. Ostatni raz chyba ok. 2004 roku, właśnie jesienią, kiedy wyjechałem gdzieś na weekend. To było chyba trzecie z kolei odkąd tu mieszkam. Oczywiście wezwałem policję, postępowanie umorzono jakiś czas potem z powodu niewykrycia sprawców. Wybitą szybę po jakimś czasie wstawiłem sam.

Kiedyś rodzina, która przyjechała na weekend, nie mogąc się mnie doczekać (spóźniałem się jakoś), otworzyła drzwi wejściowe przysłowiową spinką do włosów. (Jeżeli myślicie, że leśniczówka ma jakieś zabezpieczenia antywłamaniowe to się mylicie. Kiedyś wnioskowałem o lepsze zabezpieczenie budynku to usłyszałem, że nie ma stuprocentowych zabezpieczeń więc podejmowanie jakichkolwiek działań jest bez sensu.) W sumie dokumenty w kancelarii leśniczego to dla mojej pracy ważne papiery, ale jak sądzę nikt kto podjeżdża busem nie zamierza wywozić zawartości moich segregatorów. Poprzednio ginęły zawsze wiertarki i aparaty fotograficzne, raz rejestrator który złodziej musiał pomylić z kalkulatorem. Na szczęście rzadko ruszamy się z domu, a nawet jak wypuszczamy się gdzieś na dłużej, to zawsze zostawiamy ekipę zmienników. Jak widać ma to ogromne znaczenie.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Opał też drewno
2009-10-06

To co widać na pierwszym planie to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów (bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.

Oprócz takiej grubizny jak widać na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”. Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia (trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami, według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji, a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów, jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
W czasie suszy bóbr ma sucho
2009-09-23
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę pyłu.  W okolicznych niewielkich zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.

Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym – drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia), bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.

Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.

O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania – zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne. Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Rykowisko czas zacząć
2009-09-19
Już prawie od tygodnia byki jeleni ryczą na potęgę. Raz głośniej, raz ciszej, w zależności od pogody, ale nocą słyszę je dobrze nawet przez zamknięte okno.

Na łąkach za domem pojawiają się co najmniej dwa, ale bardzo trudno je zobaczyć przy dobrym świetle. Raczej wiedzą, że jest sezon łowiecki w pełni a myśliwi krążą po okolicy. Jelenie więc za dnia korzystają z naturalnych osłon (np. gęste łozowisko), dają się prowokować różnego rodzaju wabieniem – można nawet nawiązać z nimi „rozmowę” – ale trudno je zobaczyć. Przekonał się o tym znajomy fotografik, który przez kilka ostatnich dni próbował zrobić zdjęcie pod hasłem: „Jeleń na rykowisku”. Pomimo sporych wysiłków wyjechał ode mnie bez upragnionej foty.

Trzeba jednak przyznać, że fotografia przyrodnicza to bardzo trudna sprawa, a czasami na jedno ujęcie pracuje się latami. Czytałem kiedyś artykuł napisany przez bardzo znanych fotografów przyrody, rodzonych braci. Każde zdjęcie które publikują podpisywane jest inicjałami ich obu. Tłumaczą to tak, że nieważne jest który akurat nacisnął migawkę – bo w przygotowanych starannie ukryciach spędzają na zmianę długie godziny, a każde zdjęcie jest wynikiem ich wspólnej, ciężkiej, czasami kilkudniowej a czasami wieloletniej pracy.

Bo nie chodzi o to, żeby zrobić zwierzakowi zdjęcie, ale zrobić mu zdjęcie w jego naturalnym środowisku portretując jego naturalne, niezakłócone niczym zachowanie. Najpierw trzeba znaleźć miejsce – norę, gniazdo, miejsce żerowania lub bytowania. Poznać dokładnie okolicę, a także zwyczaje danego gatunku, bo im większa wiedza tym lepiej można się dopasować do warunków. Później zbudować ukrycie, jak najlepiej wtapiające się w otoczenie – budkę. Potem trzeba odczekać, aż zwierzyna przyzwyczai się do nowego elementu otoczenia i je w pełni zaakceptuje. A dopiero kolejny etap to żmudne czuwanie w budce z aparatem, przychodzenie tam wczesnym świtem lub późną nocą, o najdziwniejszych porach, żeby być gotowym w odpowiednim momencie. A budka fotografa to nie namiot na kempingu, tylko schronienie gdzie z trudem wciska się dorosły facet z aparatem i statywem, o położeniu się mowy nie ma, a wygód też nie uświadczysz żadnych.

Zdarzają się oczywiście przypadki, że wychodzi się na łąkę za domem i bach – widać jak na dłoni stado jeleni, jest czas na ustawienie statywu, robię zdjęcia jakie chcę (ogranicza mnie tylko obiektyw i jego przybliżenie) a zwierzaki mnie nie widzą lub nie chcą widzieć. Przyznam, że czasami sobie tylko patrzę i nawet nie chce mi się iść po aparat – ale przewagę mam taką, że mieszkam w miejscu, gdzie dom stoi od prawie stu lat i żadnej budki nie muszę stawiać. Zarówno budynki jak i ich otoczenie stanowią element krajobrazu taki jak łąki i las, a że czasem po podwórku przejdzie człowiek czy nawet pies zwierzętom najwyraźniej nie przeszkadza. Znam dobrze okolicę i w zależności od kierunku wiatru wiem którędy podejść na łąkę żeby jak najdłużej pozostać niezauważonym. Niemniej gdybym chciał zrobić dobre zdjęcie, to wiem, że musiałbym się bardzo przyłożyć.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 8
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Drugie życie
2009-09-11
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie. Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.

Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna, elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości (standardowo2,50 m)

Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak – która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę. Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało, obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.

Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić, że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Inwentaryzacja zakończona
2009-09-06
W tym roku na początku września w moim nadleśnictwie prowadzona była inwentaryzacja. Trwała prawie cały tydzień. (Dla przypomnienia jest to spis „na gruncie” surowca drzewnego znajdującego się w danym leśnictwie. Innymi słowy jest to remanent stanów drewna i materiałów magazynowych. Materiały magazynowe to np. gwoździe które pobieramy z magazynu do naprawy płotów na uprawach oraz wszystkie inne „ruchomości” które wpisane są „na stan” danego leśnictwa. Spis prowadzony jest siłami własnymi, czyli leśniczy z jednego leśnictwa jedzie sprawdzać inne leśnictwo. U nas najczęściej „komisję” tworzą dwie osoby plus trzecia – kontrolowana. Oczywiście w komisji może się również znaleźć inżynier nadzoru lub nadleśniczy, ale rzadko się to robi.)

Ciekawie się złożyło, bo jedenaście lat temu rozpoczynałem na stażu pracę akurat w tym leśnictwie które w tym roku kontrolowałem. Inwentaryzacja nie była jakimś wielkim wyzwaniem, bo w całym kontrolowanym leśnictwie były raptem cztery stosy drewna do pomierzenia – dwadzieścia kilka metrów. Czyli czysta formalność. Kiedy natomiast komisja przyjechała do mnie, sprawa wyglądała trochę inaczej. U mnie było sto dwadzieścia metrów sześciennych (w sumie nie tak wcale dużo, bo mogło by być tysiąc, a pomierzenie tego dałoby komisji zajęcie na jakieś dwa- trzy dni.) Przyjęło się, że na inwentaryzację każdy leśniczy stara się mieć jak najniższy stan magazynowy. Ale oczywiście nie zawsze jest to możliwe.

P.S. Zdjęcie które zamieszczam nie ma za bardzo związku z tekstem, ale przysłał mi je kolega i bardzo mi się spodobało. Na zdjęciu las bukowy gdzie leśniczym jest z kolei mój inny kolega, absolwent wydziału leśnego. I na pewno też miał inwentaryzację...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kaczy sezon rozpoczęty
2009-08-18
Sezon polowań na kaczki już rozpoczęty. Otwarcie odbyło się na uroczystym zbiorowym polowaniu organizowanym w moim nadleśnictwie. Teraz zresztą w wielu kołach i nadleśnictwach organizowane są tego rodzaju polowania. Byli leśnicy oraz zaproszeni goście – w sumie kilkanaście strzelb.

Ku mojej radości było także kilka psów. Ja oczywiście zabrałem też swojego, który z braku ruchu zaczynał przypominać zapasionego foksteriera. W sumie było sześć czworonogów. Moja suka dobrze aportowała – wyciągnęła z bagna około dziesięciu kaczek. Miałem też okazję obserwować jaka jest różnica w pracy różnych psów. Ten który nie miał wyćwiczonego apelu (czyli absolutnych podstaw takich jak przychodzenie do nogi na gwizdek, siadanie i warowanie na rozkaz oraz pozostawanie w miejscu i marsz przy nodze ) dużo lepiej bobrował w bagnie niż mój, który jest dobrze ułożony w tym zakresie, ale wciąż ogląda się na pana – a ja muszę iść za nim i go zachęcać, a przecież nie po to mam psa na kaczki żeby spacerować po bagnie. Jak widać, psa nie można za bardzo temperować, żeby nie ograniczać jego pasji. Takie działanie musi mieć swoje granice i trzeba sporo doświadczenia żeby dobrze poprowadzić psa który ma być psem polującym a nie tylko podwórzowym czy kanapowym.

Mój pies pasję niewątpliwie ma, o czym się niejednokrotnie przekonałem, ale ponieważ go nie rozpieszczam, cały czas sprawdza moją minę żeby uzyskać potwierdzenie, że robi dobrze. Jestem jednak z niego zadowolony – teren był trudny, kaczek sporo i wszystkie (nawet nie przeze mnie strzelone) aportował do mnie w takim stanie w jakim je znalazł lub złapał. Wszystko to jest oczywiście kwestią treningu – gdyby chodzić na takie polowanie w sezonie co tydzień, na pewno suka by pracowała jeszcze lepiej, bo bez oglądania się na mnie wiedziałaby czego od niej oczekuję. Nie wiem jak to możliwe ale brakuje mi czasu na łowy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Śmieciarz
2009-08-13
Przy okazji prowadzonych w lesie prac zajrzałem do starego dołu po sadzonkach. Z dużym zdziwieniem odkryłem, że jest wypełniony śmieciami. Były tam nie tylko worki z rozmaitościami ale i deski, szmaty – jednym słowem całe mnóstwo badziewia którego miejsce jest jak najbardziej na śmietniku – ale ktoś uznał, że bliżej mu będzie wywieźć to do lasu. Dlaczego – nie wiem.

Wielokrotnie już pisałem o tym, że nie jestem w stanie zrozumieć osobników, którzy wywożą do lasu śmieci, zarówno takie codzienne jak i stare wersalki, pralki, lodówki itp. Nawet poza dużymi miastami można naprawdę znaleźć miejsca gdzie bez problemu oddamy „elektrośmieci” czyli właśnie stary i niepotrzebny sprzęt agd - w tym także komputery. Wysypisk jest sporo, a w coraz większej liczbie wsi (w przeciwieństwie do np. Warszawy) prowadzona jest selektywna zbiórka śmieci – posegregowane oddzielnie szkło, papier i plastiki firma śmieciowa odbiera za darmo. Ktoś te śmieci przetwarza, i musi być to dobry biznes, bo inaczej nikt by się za to nie brał.

Mój śmieciarz jednak nie był zbytnio inteligentny – kiedy robotnicy ładowali śmieci na przyczepę żeby wywieźć je z lasu z jednego z worków wypadło zdjęcie rentgenowskie. Z datą, imieniem i nazwiskiem. Nie mogłem uwierzyć. Zadzwoniłem po straż leśną – strażnicy przyjechali bardzo szybko, obejrzeli śmieci i rentgena, a jakieś pół godziny później zajechali do mnie żeby powiedzieć że znaleźli winnego. Zapłaci mandat i oczywiście będzie musiał posprzątać w lesie. Naprawdę akcja była szybka i skuteczna.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Piorun w drzewo
2009-08-11
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny. Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który mógłby przewodzić taki prąd...

Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę w moich drzewostanach  położonych malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z czasem.

Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na miejscu jako posusz ekologiczny.

 

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Harwester
2009-08-10
W moim leśnictwie pojawił się harwester i forwarder (zestaw ścinkowo-zrywkowy). Była to absolutna premiera. W dodatku nie był to zrąb tylko powierzchnia trzebieżowa. Technologia pozyskania jest w zasadzie taka sama jak przy pozyskaniu ręcznym, ale szlaki zrywkowe które należy wyznaczyć przy okazji zestawu muszą być szersze niż normalnie, tzn. muszą mieć najmniej cztery metry szerokości. Przy zwykłej zrywce półpodwieszonej (czyli wyciąganiu traktorem ściętych drzew do drogi która może być już drogą wywozową) szlaki zrywkowe (czyli trasy dla traktora, żeby nie jechał za każdym razem gdzie indziej i tym samym nie niszczył więcej podszytu niż to jest absolutnie niezbędne żeby drzewo wyciągnąć) są szerokości trzech metrów.  Wydaje się, że to tylko jeden metr, ale w rzeczywistości robi to sporą różnicę. Sprzęt typu harwester to naprawdę ogromna maszyna i ślady jej bytności w lesie są dużo większe niż w przypadku zwykłego traktora.

Moim zdaniem harwester i forwarder jest mało ekologiczny – w trakcie dnia pracy spala około trzystu (300!) litrów ropy. Dla porównania - pilarze żeby pozyskać taką samą masę i zerwać ją małym ciągnikiem zużywają około 10 litrów benzyny (do pilarek) i około 50 litrów ropy (do traktora). Harwester zostawia też jak zauważyłem sporo odpadów eksploatacyjnych, czyli rozmaitych małych pieńków o długości 20 czy 30 centymetrów. Wszystko dlatego, że naprawdę wyrabianie sortymentów ze ściętego drzewa dobrze wychodzi jeżeli strzała jest prosta. Być może wynika to jeszcze z braku doświadczenia operatorów tych maszyn, bo harwester pracuje u nas od niedawna. A być może również z mojego konserwatywnego podejścia do sprawy. Muszę przyznać że przez dziesięć lat pracy przyzwyczaiłem się do „klasycznej” pracy robotników leśnych i u nich nie tolerowałbym pozostawiania takiego bałaganu. Ba, pilarze mają obowiązek ścinać drzewa dużo niżej niż maszyna, ustawiać regularne stosy o jednakowej wysokości odpowiednio zabezpieczone z obu stron i okrzesywać surowiec (obcinać gałęzie) naprawdę bardzo dokładnie – dla pozyskania maszynowego nie stawia się takich wymagań. Ale cóż, należy przyswajać nowe technologie, bo nawet praca w lesie się zmienia.

 Zakończę może tak: jest to doskonały sprzęt na duże powierzchnie zrębowe, możliwe jest naprawdę pozyskanie ogromnej ilości surowca w krótkim czasie i dostarczenie go na rynek. Jeżeli ktoś z was w przyszłości będzie przedsiębiorcą leśnym to z pewnością doceni maszynowe pozyskanie drewna :)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Poszukiwanie sklejki
2009-07-31

Byłem dzisiaj w lesie z inżynierem nadzoru. Umówiliśmy się z rana na wspólną pracę - mieliśmy przejrzeć wybrane powierzchnie zrębowe przewidziane w najbliższym czasie do uprzątnięcia. Robiliśmy wstępny - wzrokowy - szacunek. Chcieliśmy określić jakość drzewostanów, a przede wszystkim chodziło o wyszukanie na określonych powierzchniach sortymentów nadających się do produkcji sklejki brzozowej i sosnowej. Zajęło nam to sporo czasu (od rana do południa), powierzchni było kilkanaście. Mimo tego, że uważałem że
na moich potencjalnych zrębach jest bardzo dużo cennego drewna, to przy bliższym oglądzie okazało się, że surowca nadającego się na sklejkę są raptem dwie działki zrębowe.

W ostatnim tygodniu pojawił się w dużej ilości posusz świerkowy.
Musiałem dopilnować usługowców żeby wycięli wszystkie drzewa trocinkowe jakie wcześniej wyznaczyłem. Codziennie zresztą pojawiają się nowe. Tak jak przypuszczałem, kornik drukarz
przeczekał trudny okres deszczowego i chłodnego czerwca i połowy lipca, a teraz kiedy pogoda się poprawiła zaczął dynamicznie się rozwijać. Sierpień zapowiada się wesoło, a sądząc po ilości
pozyskania i intensywności prac w lesie kryzysu nie widać.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hodowla lasu CD
2009-07-21
A ta łączka to trzyletnia uprawa leśna powstała naturalnie. Odnowił się na niej świerk z sosną. Pisałem kiedyś już o niej kiedy trzcinnik dopiero rozprzestrzeniał się.  Teraz radośnie pokrywa z siedemdziesiąt procent uprawy i wciąż dąży do doskonałości, która ma polegać na stworzeniu bardzo gęstego kobierca, który będzie w stanie wypić każdą kroplę wody i zagłuszyć inną roślinność. W tym wypadku sztuka "hodowli lasu" polegała na tym żeby bezwzględnie uzyskać obsiew w pierwszym roku po założeniu zrębu. Nie można było sobie pozwolić na najmniejszy poślizg tak jak na opisywanej poprzednio powierzchni. Tutaj dno lasu było dobrze naświetlone i pokryło się trawami - tzw. pokrywa zdziczała. Nie był to błąd w sztuce prowadzenia tego drzewostanu tylko ostatni "pasek zrębowy w ostępie". Najprościej rzecz ujmując był to kawałek starego lasu wokół którego rósł dużo młodszy las. Ilość światła jaka w związku z tym dostała się do dna lasu spowodowała rozwój roślinności która mogłaby bardzo utrudnić odnowienie takiej powierzchni.
Wynika to wszystko z zasad zachowania ładu przestrzennego w całym lesie. Jest to bardzo stara szkoła urządzania lasu ale do tej pory nie wymyślono niczego lepszego.
Ryzyko było, mogło się nie udać. Dzisiaj mam już nową koncepcję jak prowadzić odnowienie w takich przypadkach. Nie mam jeszcze żadnego przykładu więc powstrzymam się od trucia du...szy.
Mimo ekspansji trzcinnika uprawa nie jest zagrożona przepadnięciem. Pielęgnacja polegająca na wykoszeniu chwastów w zupełności wystarczyła. W przyszłym roku siewki będą miały co najmniej pół metra i raczej żadna konkurencja im nie będzie straszna.
Spotkałem niedawno starego kumpla ze studiów. Pracuje również w Lasach. W trakcie rozmowy spytał mnie czy wciąż mam jeszcze jakąś radochę z tego co robię: - "Cieszy cię twoja uprawa, która dobrze rośnie?" Powiedział to nieco zblazowanym tonem, który sam dobrze znam. Może to dziwne ale wciąż mimo obłędu podsycanego przez różnej maści gryzipiórków, raduje mnie kolejna uprawa która wychodzi z pod mojej ręki. Gdyby było inaczej zostałbym ....kolarzem, wszak lubię  jeździć rowerem.   

Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hodowla lasu
2009-07-21
Chciałbym Wam pokazać, czym może być ten dział gospodarki leśnej.
Jest w moim leśnictwie powierzchnia na której w ubiegłym roku wykonano zrąb zupełny, o zgrozo prawie czterohektarowy (działanie było legalne bo zaplanowane w operacie urządzania lasu, który jak już kiedyś wspominałem zatwierdza minister ochrony środowiska). Na dzień dzisiejszy uważa się, że powierzchnia zrębu nie może przekroczyć trzech hektarów. Dlaczego akurat tak? Nie wiem.
Niemniej jednak postanowiłem dalej realizować swoją wizję "hodowlaną", która skrystalizowała się w mojej głowie jak na powierzchni rosły jeszcze dorodne sosny. Po zakończeniu prac przy pozyskaniu surowca, już jesienią zeszłego roku, wykonano na moje zlecenie orkę "w pasy" na całej powierzchni. Było to tak zwane wyprzedzające przygotowanie gleby ale nie pod sadzenie wiosenne a pod wiosenny obsiew nasion. Nasiennikami były w przeważającej mierze drzewa sąsiadujące bezpośrednio ze zrębem, który kształtem jest zblizony do prostokąta o wymiarach około 300m na 120m. Mimo roku o słabym urodzaju nasion uzyskałem bardzo dobry obsiew czyli tak zwane pełne pokrycie. Nasiona skiełkowały bardzo późno (jak na moje oko) bo dopiero w lipcu. Oczywistą sprawą jest, że sztuka cała by się nie udała gdyby powierzchnia zachwaściłaby się zanim skiełkowały nasiona sosny. Tak się oczywista nie stało ponieważ tzw. dno lasu w usuniętym drzewostanie było sprawne. A znaczy to mniej więciej tyle, że nie było tam żadnych uciążliwych roślin, które po usunięciu drzew opanowałyby całą powierzchnię tworząc fantastyczną łączkę. Taki stan rzeczy w dużym stopniu zawdzięczamy wszystkim pokoleniom leśników, którzy prowadzili ten drzewostan hodujac go przez ponad 100 lat.
Szczególnym momentem w życiu lasu jest jednak ten początkowy impuls. Jak widać jest to kilka prostych czynności bez których las odnawiałby się zdecydowanie dłużej a jego zasobność i skład gatunkowy pozostawiałyby wiele do życzenia. Przynajmniej w pierwszym plus minus pięćdziesięcioleciu.
Rzecz się na tym nie kończy. Hodowla to także dalsze pielęgnowanie uprawy. Samosiewów to dotyczty także.CDN.

Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wielosił błękitny czyli o zmianach w przyrodzie
2009-06-29

W nadleśnictwie odbyło się niedawno szkolenie na temat różnorodności biologicznej i wykonywanych cięć pielęgnacyjnych. Na szkoleniu obecni byli przedstawiciele regionalnej dyrekcji LP oraz Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej.

Tak się złożyło, że całe szkolenie odbywało się w moim leśnictwie. Temat szkolenia był omawiany na czterech powierzchniach przykładowych które różniły się między sobą siedliskami, wiekiem drzewostanu, składem gatunkowym oraz innymi elementami taksacyjnymi.

Na szkoleniu obecne były grupy leśników z których każda patrzy na las innymi oczami – co innego na tej samej powierzchni widzi leśniczy, co innego „urządzeniowiec” a jeszcze co innego specjalista pracujący w dyrekcji. Było to ciekawe doświadczenie, bo dyskusje jakie toczyliśmy na poszczególnych powierzchniach były bardzo merytoryczne i na serio wartościowe.

Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna powierzchnia. Dwa lata temu wykonałem tam rębnię polegającą na stworzeniu kilkunastoarowych luk gdzie pod osłoną drzewostanu posadziłem dąb. Zebrane „konsylium” miało ustalić jak prowadzić dalej w tym terenie cięcia aby odnowić stopniowo obumierający z powodu wieku (ok. 100 lat) olchowy drzewostan. Tam właśnie kolega z Biura Urządzania Lasu, specjalista od botaniki, pokazał mi bardzo rzadką roślinę (chronioną) na którą wcześniej nie zwróciłem jakoś uwagi.

Ta roślina to wielosił błękitny, roślina z tzw. Czerwonej Księgi (gatunki zagrożone wyginięciem). Na Mazurach jednak wciąż dość popularna. Najbardziej zdziwiła mnie rzecz jedna – wielosił bujnie rozwinął się w miejscu, gdzie po pierwsze wycięto zrąb, po drugie pozostałości pozrębowe zostały rozdrobnione specjalną maszyną, a po trzecie przygotowano glebę poprzez orkę. Czyli cały teren dokładnie zmieniono. I nagle właśnie na takim sztucznie utworzonym przez człowieka stanowisku pojawił się gatunek, który ledwo zipał. Dopiero dostarczenie mu dużej ilości światła i przestrzeni spowodowało że pojawiły się warunki dla niego optymalne.

Pojawia się więc pytanie, czy chronienie czegoś zarzucając działania gospodarcze nie jest przypadkiem robieniem przyrodzie niedźwiedziej przysługi? Być może właśnie zmiany jakich dokonujemy (oczywiście w trakcie gospodarki leśnej, a nie np. w postaci zatruwania wody czy innych działań szkodliwych dla środowiska) są impulsem niezbędnym w przyrodzie dla pojawiania się tych czy innych gatunków. Jeżeli będziemy się upierać przy ochronie jakiegoś obszaru poprzez całkowitą nieingerencję może się okazać, że właśnie bez niej zmieni się on nie do poznania, a wszystkie organizmy które chcieliśmy tam chronić znajdą sobie inne miejsce, takie jak mój zrąb, które dostarczy im to, czego potrzebują.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Bóbr magister
2009-06-23
Las zamiera na dużej przestrzeni – kilkanaście hektarów. Bezpośrednią przyczyną jest podnoszenie się poziomu wody w kanałku, na którym bobry zrobiły spiętrzenie wody. Drzewostany (obumierające) były zawsze niedostępne i nie prowadziło się w nich żadnej gospodarki. Teraz zamierają pozornie.

Wystarczy minimalny skrawek suchszego terenu i widać tam samosiew olchy czarnej. Nasiona niesione leniwym nurtem kanału meandrują wraz z wodą i kiedy jej poziom okresowo opada część z nich trafia na dogodny grunt i kiełkuje.

Ciężko byłoby to lepiej wykombinować. Na zdjęciu widać odnowienie olchy na korzeniach obumierających starych brzóz i świerków. Zdaje się, że w ten sposób drzewostany brzozowe i świerkowe wzdłuż kanału bobry „przebudowują” na olsy. Olsza jest w stanie stworzyć drzewostan nawet na bardzo podmokłym terenie. Kiedyś widziałem taki ols w Puszczy Białowieskiej. Między drzewami można było pływać kajakiem. Może i w tym roku zdarzy się kawałek ciepłego lata i da się popłynąć kajakiem w jakieś ładne miejsce...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Żółciak siarkowy
2009-06-18

Jechałem dębową aleją w moim leśnictwie i zauważyłem tam całkiem nowy kolor – żółtopomarańczowy. Aż się zatrzymałem, a właściwie kazała mi się zatrzymać żona którą ten kolor na tle ciemnych omszałych pni zahipnotyzował.

Na starym zwalonym dębie, pozostawionym specjalnie w lesie jako obiekt zwiększający bioróżnorodność rosły okazałe owocniki grzyba – żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus (Bull.) Murrill).

Z tym dębem zresztą wiąże się pewna historia. Był to stary dziuplasty osobnik, którego pewnego dnia zwalił na ziemię wiatr. Postanowiłem go tam zostawić (było to kilka lat wcześniej zanim firmy zajmujące się certyfikacją w lasach sformułowały taki wymóg) żeby uległ naturalnemu rozkładowi. Musiałem jednak używać całej siły perswazji żeby uchronić dąb przed zakusami pilarzy – nie mogli (a raczej nie chcieli) zrozumieć dlaczego każę im zostawić taką kłodę żeby zgniła zamiast pociąć ją normalnie na opał – który oni oczywiście chętnie wykupią. Na szczęście pień miał rozległą  zgniliznę i się ostał.

Ale wracając do grzyba – jest to jeden z gatunków formujących największe owocniki (osiągają szerokość 100-500mm) w formie „półek” (stąd jego angielska nazwa – sulphur shelf). Pojawiają się one co roku na zasiedlonych drzewach. Jeżeli są to drzewa żywe, w ciągu kilku lat prowadzą do ich obumarcia. Najczęściej rośnie na dębach, topolach, robiniach. Rzadko na drzewach iglastych.

Owocniki pojawiają się wiosną i wczesnym latem – i są jadalne. Jeść można żółciaka pod warunkiem że jest młody oraz że zostanie obgotowany (powyżej 15 minut) a woda odlana. Później można smażyć, panierować, marynować – co kto lubi. Żółciaka rosnącego na dębach można ponoć spożywać zupełnie bezpiecznie. Ja jednak nie byłem głodny.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Pożar teoretycznie pod kontrolą
2009-05-28

Wczoraj rano, zaraz po siódmej, zadzwonił telefon i okazało się, że do mojego leśnictwa jedzie właśnie Straż Leśna na kontrolę pni. W naszym nadleśnictwie wytypowano dwa leśnictwa do kontroli i ja się również załapałem. Założenia kontroli były takie, żeby sprawdzić czy ilość drewna jaką pozyskiwałem na pozycjach trzebieżowych i którą zaewidencjonowałem będzie się równać masie drewna jaka się oszacuje na podstawie pni pozostałych na tej powierzchni. Wydaje się to dość karkołomne ale taki szacunek możliwy jest do przeprowadzenia. (Akcja taka jest prowadzona w wielu nadleśnictwach, ponieważ kilka miesięcy temu wykryto w jednym z leśnictw regionu północno-wschodniej Polski poważne nadużycia.)

Tyraliśmy cały dzień – ja musiałem być obecny podczas tych prac. Przeszliśmy na piechotę szesnaście hektarów powierzchni oglądając każdy pień po ściętym drzewie, mierząc go i notując w raptularzu. Oprócz mnie będącego jedynie świadkiem kontrolę przeprowadzało sześć osób. W związku z tym, że wynik takiej kontroli dla leśniczego odpowiedzialnego materialnie za cały powierzony mu majątek, ma znaczenie kluczowe, musiałem być na miejscu.

Prace przerwał telefon mojej żony, która powiedziała, że z podwórka widzi słup dymu nad poligonem. Alarm okazał się jak najbardziej uzasadniony, gdyż pomimo zagrożenia pożarowego wojsko przeprowadzało detonację jakichś pocisków. Na szczęście pożar był niewielki i zaraz został ugaszony. Najpierw zawiadomiliśmy wieżę obserwacyjną podając przybliżoną lokalizację ognia, obserwator wysłał na to miejsce leśniczego który dokładne już informacje przekazał do wozu strażackiego. Według wojska wszystko było oczywiście pod kontrolą ... (Kiedy jakieś dwa lata temu też meldowali, że mają wszystko pod kontrolą, trzeba było wezwać dwa samoloty gaśnicze, więc teraz w nadleśnictwie dmuchamy na zimne.)

Po tym incydencie powróciliśmy do liczenia i mierzenia pni. Dane zebrane w terenie zostały opracowane później w biurze, a ja dzisiaj dowiedziałem się, że wszystko się zgadza. Niby byłem pewien swego, ale dreszczyk emocji był.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Sóweczka, czyli Buboborów ciąg dalszy
2009-05-21

W związku z inwentaryzacją sów jaka odbyła się pod koniec zimy w naszym nadleśnictwie, oraz identyfikacją stanowisk sóweczki u mnie w leśnictwie pojawiła się właśnie kolejna grupa ornitologów celem weryfikacji wcześniejszych obserwacji.

Pojechałem z nimi tam gdzie poprzednio słyszeliśmy wyraźnie sóweczkę. Próbowaliśmy sprowokować ją dźwiękiem (głos w formacie MP3 odtwarzany z telefonu – proszę do czego przydaje się w terenie nowa technologia :) ale to się nie udało. Przeszliśmy wszyscy razem kawał lasu gdzie potencjalnie sóweczka może gniazdować, bo ornitologom bardzo zależało na zlokalizowaniu dziupli z gniazdem. Wszystko się zgadzało (w kwestii warunków „terenowych” ulubionych przez ten gatunek sowy) ale żadnych śladów bytowania (żerowania) ani gniazdowania nie znaleźliśmy.

Głos sóweczki zwykle powoduje reakcję strachu u małych ptaków będących potencjalnym pokarmem tego drapieżnika. Ptaki zmieniają ton na wyraźnie zaniepokojony, czasami milkną zupełnie. Jednak ta czereda która nas otaczała gdzieś w gałęziach nie reagowała zupełnie na odtwarzane dźwięki.

Wnioski ogólne były więc takie, że fakt iż słyszeliśmy tu sóweczki pod koniec zimy nie oznacza wcale że jest to ich teren lęgowy.

Przeprowadziłem wiele rozmów z ornitologami dotyczących sposobów prowadzenia obserwacji sóweczki – koledzy zachęcali mnie żebym sam spróbował ją znaleźć, co byłoby bardzo cenną obserwacją. Miejsc lęgowych tego gatunku zlokalizowanych jest w Polsce zaledwie około trzystu - czterystu. Dla porównania – zinwentaryzowanych stanowisk lęgowych puszczyka jest siedemdziesiąt tysięcy.

Ornitolodzy sugerowali mi też nieusuwanie posuszu świerkowego jałowego (czyli obumarłych, suchych drzew) gdyż jest to potencjalne miejsce gdzie dzięcioł może założyć dziuplę, która z kolei później może zostać zasiedlona przez sóweczkę. No proszę – wszystko się zmienia. Kiedyś nie do pomyślenia było zostawianie jakiegokolwiek posuszu świerkowego. Dziś myślenie często bierze górę nad ślepym stosowaniem instrukcjami. Tak przynajmniej chcę myśleć. Tymczasem sezon kornikowy już się zaczął.....


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Traszka i inni
2009-04-27

Przyjechali znajomi, zapaleni przyrodnicy. Takie spotkania zawsze są bardzo ciekawe, bo ja dowiaduję się czegoś nowego, a oni z kolei z wielką radością badają czasem niepozorne rzeczy choćby rowy melioracyjne.

Okazało się więc, że w starym rowie melioracyjnym będącym obecnie częścią systemu małej retencji żyją prawdopodobnie traszki grzebieniaste. Nie sądziłem, że mógłbym je tam spotkać, chociaż się nad tym kiedyś zastanawiałem. Znajomi pokazali mi jaja – składane pod wodą na liściach różnych roślin, a później zawijane w tych liściach w charakterystyczny sposób. (Jaja są jednolitej, kremowej barwy – na zdjęciu.) Przyznam, że mi zaimponowali, bo wyszukiwanie pod wodą takiej formy rozwojowej traszki nie przyszło mi do głowy – po pierwsze, a po drugie wymaga ogromnej cierpliwości i po prostu pasji.

Wieczorem zabrałem przyrodników na krótki rekonesans okolicy. Najpierw pojechaliśmy obejrzeć zbiorniki małej retencji w lesie. Kiedy wyszliśmy z samochodu i stanęliśmy na grobli wokół nas rozbrzmiewał chór płazów. Kilkanaście różnych dźwięków. Największy hałas robiły rzekotki. To niewielkie zielone „żabki” (pomijam tu niuanse współczesnej systematyki) których cechą charakterystyczną są przylgi na wszystkich palcach kończyn. Biorąc pod uwagę sam głos jaki wydają można go przypisać do zwierzęcia kilka lub kilkanaście razy większego. Wyodrębniały się też głosy kumaków. Ja ich głosy znam od dzieciństwa, ale niektórzy z naszej wycieczki słyszeli kumaka w takim natężeniu po raz pierwszy. Był słoneczny ciepły wieczór.

Wracając o zachodzie słońca przez pobliski poligon do leśniczówki zatrzymaliśmy się na chwilę żeby popodziwiać widoki. Ku zaskoczeniu naszych przyrodników tuż przy rozjeżdżonej czołgowej drodze rosły sasanki - rośliny chronione i bardzo rzadkie...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nudny dzień za biurkiem
2009-04-20

Ponieważ od jakiegoś czasu już piszę tego bloga i Czytelnicy mieli szansę zorientować się z grubsza na czym polega praca leśniczego, postanowiłem opisać zwykły dzień w lesie „na żywca”.

Dzisiejszy, poniedziałkowy dzień zaczął się już wczoraj wieczorem. Zadzwoniłem do kilku przewoźników przypominając, że się ze mną umawiali ale nie ustalili jeszcze godziny przyjazdu. Panowie stękali, ale się zgodzili, że skoro się już umówili to przyjadą... (Ale z rozmów wynikało że mieli już inne plany.)

Poranek był mroźny, jakieś minus pięć stopni. Wyjeżdżając z domu po siódmej wiedziałem już, że przewoźnik stoi w umówionym miejscu i ładuje surowiec na samochód. Jak dojechałem do niego okazało się, że już prawie kończy. Wypisałem kwit wywozowy i zanim zdążył go podpisać i odebrać pojawiła się straż leśna. Strażnicy wzięli ode mnie wszystkie kwity i sprawdzili czy jest w nich to samo co na samochodzie. (Sprawdzali numery stosów, sortymenty i ilość surowca.) Wszystko się zgadzało i nie było żadnych niejasności, co chłopaki skrupulatnie odnotowali w swoich dokumentach. Na koniec zażartowali jeszcze, że straszny u mnie w leśnictwie kurz na drodze i cały samochód im się ubrudził ...

Zanim kierowca odjechał dzwonił już następny przewoźnik z którym byłem umówiony na drugim końcu leśnictwa. Ruszyłem więc na miejsce. Wypisałem przewoźnikowi kwit na surowiec, który wręczyłem podleśniczemu (odrywając go wcześniej od wyznaczania trzebieży na 2010 rok). Podleśniczy z kwitem pilnował załadunku i kiedy już wszystko było na samochodzie dał przewoźnikowi dokumenty. Była godzina jakaś dziesiąta.

Wiedziałem, że ma przyjechać jeszcze jeden przewoźnik, ale żeby nie czekać na niego bez sensu postanowiłem sprawdzić czy czyszczenia późne które pilarze robili w tym miesiącu są zrobione dobrze. Ta powierzchnia znajdowała się jeszcze gdzie indziej i sam dojazd zajął mi jakieś pół godziny. Wziąłem ze sobą farbę do znakowania drzew bo domyślałem się, że będą poprawki. Na powierzchni spędziłem sporo czasu wyznaczając kolejne drzewa do wycięcia. Czyszczenia nie były zrobione źle, ale trzeba było jeszcze je poprawić. Ta powierzchnia jest trudna, bo pochodzi z odnowienia naturalnego i zmieszanie gatunków oraz panujący tam gąszcz ma duże znaczenie. Wyznaczając kolejne drzewa przypomniałem sobie kolokwium z hodowli lasu na którym pytano mnie właśnie o zabiegi hodowlane w drzewostanach liściastych. Na pytanie odpowiedziałem dobrze ale chciałem jeszcze błysnąć i dodałem, że najlepiej prowadzić taki zabieg w porze kiedy drzewa są w pełni ulistnione bo widać całe korony. Profesor nie zanegował ale się skrzywił. Gdybym robotę którą wykonywałem dzisiaj przeprowadzał tak jak chciałem dziesięć lat temu w pełnym ulistnieniu miałbym przed oczami wyłącznie zieloną ścianę. Tak właśnie nieraz teoria rozmija się z praktyką. Kiedy rozmyślałem o hodowli siedząc na kupie gałęzi zauważyłem idącego po mojej nodze kleszcza. Rozgniatając go zastanawiałem się czy był nosicielem boreliozy, kleszczowego zapalenia opon mózgowych czy innej może choroby zawodowej.

Z zadumy wyrwał mnie telefon przewoźnika który zapytał dokąd ma jechać. Wytłumaczyłem mu dojazd i ruszyłem żeby dopełnić formalności. Podpisałem dokumenty i pokazałem panu które stosy ma zabrać – wierząc mu, że właśnie tak postąpi. Nie mogłem z nim czekać aż się załaduje do końca bo chciałem skończyć wyznaczanie czyszczeń. Nie jest to do końca zgodne z instrukcjami, ale co tam .

Później pojechałem jeszcze odebrać zerwane drewno przygotowane do wywozu. Przy okazji sprawdziłem czy pracujący na trzebieży pilarze są ubrani w odpowiednie stroje BHP (kaski, buty, osłony itp.) i powiedziałem im, że muszą do końca tygodnia poprawić czyszczenia jeżeli chcą je w tym miesiącu mieć na wypłacie.

To był już prawie koniec, bo reszta drobnych zajęć wypadała i tak po drodze do domu. Kiedy parkowałem pod leśniczówką po piętnastej usłyszałem głośny wybuch od którego zadrżała ziemia. Wojsko znowu ćwiczy na poligonie. Będą pożary jak dwa razy dwa.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Działania przeciwpożarowe
2009-04-15

Nadleśnictwo prowadzi w tym tygodniu inwentaryzację obiektów przeciwpożarowych. Każdy z leśniczych na swoim terenie sprawdza stan tych obiektów i składa sprawozdanie.

W praktyce polega to na tym że sprawdzamy bezpośrednio:

- czy drogi oznaczone jako drogi przeciwpożarowe są przejezdne (np. czy nie leżą na nich zwalone drzewa i ich stan techniczny umożliwia przejazd ciężkim sprzętem),

- czy punkty czerpania wody są odpowiednio oznakowane (oznaczenia mogły przez zimę ulec dewastacji, wiadomo, że licho nie śpi),

- czy na pasach przeciwpożarowych gleba jest zmineralizowana (czytaj: zaorana) i czy nie leżą na nich gałęzie.

Specyfiką terenu naszego nadleśnictwa są szerokie na trzydzieści metrów pasy przeciwpożarowe otaczające płytę roboczą poligonu. Stanowią one bezpośrednie zabezpieczenie kompleksu leśnego przed przedostaniem się ognia z pól poligonu gdzie prowadzone są ćwiczenia z bronią ostrą oraz silnymi ładunkami wybuchowymi. Wojsko w porozumieniu z nadleśnictwem prowadzi konserwację tych pasów, czyli orze je dwa razy do roku, wiosną i jesienią. W sumie na terenie nadleśnictwa znajduje się kilkadziesiąt kilometrów pasów przeciwpożarowych.

Robota jest odpowiedzialna - te obiekty są naprawdę niezwykle ważne w sytuacjach awaryjnych kiedy wybucha pożar, co się czasami zdarza. Straż pożarna musi mieć nie tylko oznakowany dobry dojazd ale również gwarancję że w miejscu gdzie będzie pobierać wodę z jeziora nie ma jakiegoś bagna gdzie ciężki wóz może zakopać się po osie ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Zakończenie Buboborów
2009-03-28

W piątek w siedzibie nadleśnictwa odbyło się oficjalne podsumowanie i zakończenie działań związanych z Buboborami. Wyniki nie były może spektakularne, ale przyzwoite. Pogoda niestety była wyjątkowo niekorzystna – przez cały tydzień panował niż, a zdaniem ornitologów przy niskim ciśnieniu sowy nie lubią się odzywać.

Ale głównym sukcesem było stwierdzenie stuprocentowej obecności kilku osobników sóweczki i również kilku sowy włochatki. Mimo kiepskich warunków zlokalizowano kilkanaście puszczyków. Ornitolodzy twierdzili, że uzyskane wyniki ze względu na pogodę są wynikami minimalnymi na których podstawie można wnioskować, że populacje wszystkich zlokalizowanych ptaków są o wiele większe niż wykazały to nasłuchy i obserwacje. Czyli sów mamy na terenie naprawdę sporo.

Puchacza nie udało się usłyszeć żadnemu z zespołów, ale jeden z kolegów leśniczych jest pewien, że słyszy go od czasu do czasu na terenie swojego leśnictwa.

P.S. Dzisiaj ciśnienie poszło w górę co stwierdziłem na barometrze (1000 hPa) i od razu podwórkowy puszczyk dał o sobie znać. A kiedy wcześniej razem z całą ekipą próbowałem go wołać, ani razu się skubany nie odezwał.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 8
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Bubobory 2009
2009-03-26

Pojechałem w końcu na Bubobory. Wystartowaliśmy o siedemnastej żeby spróbować jeszcze usłyszeć sóweczkę. Spytałem ornitologów z którymi jechałem jakie partie drzewostanów - na jakim siedlisku i o jakiej charakterystyce – są dla nich interesujące ze względu na występowanie poszukiwanych gatunków.

Najpierw pojechaliśmy więc do lasu świerkowego na podłożu torfowym leżącego w pobliżu większych odkrytych przestrzeni. Sóweczkę udało się usłyszeć. Dla mnie był to jeden z miliona ogólno-leśnych wieczornych dźwięków (słychać było m.in. żurawie, kosy, drozdy). Sóweczka odezwała się sprowokowana nagraniem które odtworzyliśmy z telefonu (ach, ten sprzęt). Głos jaki usłyszeliśmy w odpowiedzi moim zdaniem nie przypominał tego co odtwarzaliśmy, ale zespół ornitologiczny był pewien, że właśnie słyszymy sóweczkę. Postanowiliśmy przenieść się w inne miejsce żeby móc dokładniej zlokalizować ptaka. Udało nam się znaleźć dużo bliżej, sóweczka odzywała się wyraźniej i teraz jak najbardziej przypominało to dźwięk znany mi z nagrania. Udało się precyzyjnie ustalić rejon gdzie owa sóweczka poluje. W ten sam sposób udało nam się zlokalizować jeszcze jeden rejon łowiecki kolejnego osobnika. Sukces niby drobny, ale cieszył. Bubobory wszak nastawione są głównie na poszukiwania stanowisk puchacza, ale sóweczka również jest rzadkim gatunkiem, a do tego poluje w dzień.

Kiedy zapadł zmrok ruszyliśmy w inne rejony drzewostanów żeby spróbować zlokalizować włochatkę i puszczyka. Najaktywniejsze są one dwie godziny po zmierzchu i przed świtem. Udało się zanotować kolejny sukces, ale nie tak spektakularny – sprowokowana nagraniem włochatka odezwała się tylko raz. Z czterech nasłuchujących osób usłyszały ją trzy, ale nie wszyscy z tego samego kierunku. Echo w lesie rozchodzi się bardzo różnie. No ale grunt że słyszeliśmy.

Później pojechaliśmy jeszcze nad brzeg leśnego jeziora leżącego w sąsiedztwie bagien żeby nasłuchiwać puchacza ale nie raczył się odezwać (tego gatunku sowy nie prowokuje się nagranym głosem bo można tylko nastraszyć wszystkie ptaki w lesie). Być może to wina pogody (idealne okoliczności to pełnia księżyca i bezchmurna, bezwietrzna noc). Pomimo prowokacji nie odezwał się nawet pospolity gatunek jakim jest puszczyk, którego obecność w okolicy jest stuprocentowo pewna. Ale prowadzący nasłuchy ornitolog stwierdził, że sowy to stworzenia dość chimeryczne i nie zawsze się odzywają – nawet kiedy w pobliżu odtwarza im się najlepsze sowie kawałki z MP3.

P.S. Nagrania sowich głosów, zdjęcia oraz wiele ciekawych informacji można znaleźć na stronie WWW.cepl.sggw.pl/bubobory


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
W marcu jak w garncu
2009-03-24

Nadeszła jak wiadomo wiosna przynajmniej kalendarzowa. Zbliża się więc również sezon kornikowy. Wprawdzie nic jeszcze nie można o tym powiedzieć na pewno, ale patrząc na pogodę to jeżeli utrzyma się taka jak jest jeszcze w kwietniu – czyli śnieg, deszcz i dość gruba pokrywa śniegu w lesie, to szkodniki owadzie a przynajmniej kornik drukarz którego znam osobiście nie zaliczą tego sezonu do udanego. Taka właśnie pogoda, a przede wszystkim długo utrzymujący się w lesie śnieg hamuje rozwój szkodników owadzich skracając im wydatnie okres w którym mogą się rozmnażać.

Dla mnie byłoby to wyjątkowo korzystne, jako że kornik już nie raz przysporzył mi dodatkowych zajęć z racji tego, że na terenie mojego leśnictwa znajduje się dużo świerka.

Tymczasem rozpoczęło się liczenie sów (BUBOBORY). Jutro o 17 ruszam w teren razem z ornitologiem. O wynikach dam znać.

P.S. Na zdjęciu kwitnąca leszczyna dziś o poranku.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Puchacze i kolejny atak zimy
2009-03-19

Trzeci dzień pada śnieg. Na zmianę zawieja albo zawieja. Na szczęście w miarę ciepło, więc wiadomo, że nawet jeżeli wygląda to jak śnieżyca to sprawa jest chwilowa.

Zastanawiałem się gdzie podziały się żurawie, skowronki, szpaki i cała ta wiosenna hałastra która już przyleciała – sam widziałem i słyszałem. Żona coś wspominała o zmianie opon na letnie. Dobrze że nie dałem się namówić!

W przyszłym tygodniu wszyscy pracownicy nadleśnictwa, także „biuro”, wezmą udział w szkoleniu a potem w inwentaryzacji sów na naszym terenie. Wszystko to będzie odbywało się w ramach akcji „Bubobory”. Jest to już siódma edycja tego programu – ale po raz pierwszy będzie w niej brało udział nasze nadleśnictwo. Do prawie każdego z nadleśnictw w których wykazano w trakcie przeprowadzanej w 2006 roku inwentaryzacji obecność puchacza (łac. Bubo bubo) przyjadą specjaliści ornitolodzy. U nas warsztaty szkoleniowe i nasłuchy będą prowadzone przez cały przyszły tydzień.

Celem „Buboborów” ma być nie tylko inwentaryzacja stanowisk puchacza, który jest najrzadszą sową występującą w Polsce ale również edukacja leśników w zakresie sowich zwyczajów, sposobów lokalizacji stanowisk oraz czynnej ochrony tego gatunku. Oczywiście niejako przy okazji uzyskuje się dane dotyczące innych gatunków sów gniazdujących w okolicy (w naszym kraju występuje jeszcze między innymi sóweczka, włochatka, puszczyk i uszatka).

Ja bez specjalnych nasłuchów wiem, że tuż koło leśniczówki, prawdopodobnie w starym opuszczonym kościele, mieszka puszczyk. Zaczął się odzywać w lutym, kiedy noce stawały się cieplejsze ale o wiośnie nikt jeszcze poważnie nie myślał. Słychać go było przez kilka dni, potem przyszły mrozy i zamilkł, teraz słychać go znowu. Lubię się z nim przekomarzać i drażnię go gwizdaniem przypominającym jego głos – można nawiązać całkiem długą „rozmowę”. Gadamy tak już któryś rok.

Puchacza nigdy nie słyszałem, ale może uda mi się to w tym roku w trakcie „Buboborów”.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dziczy spryt
2009-02-13

Najwyraźniej zbliża się wiosna. Samice dzików – lochy – odłączyły się już od watah i budują barłogi (gniazda) gdzie w najbliższych tygodniach przyjdą na świat małe pasiaste „świnki”.

Te barłogi które ja widziałem robione były najczęściej z trzciny albo wysokich suchych traw. Jest to niejednokrotnie imponujące gniazdo ze słomy – ma przecież zapewnić schronienie noworodkom. Bardzo często znajduje się ono pod okapem świerku posiadającego gałęzie od samej ziemi. Pozostawianie takich pojedynczych drzew – przerostów świerkowych różniących się wiekiem od pozostałych drzew w okolicy – ma jednak sens, gdyż są to miejsca dające schronienie zwierzynie.

Barłóg który sfotografowałem znalazłem całkiem przypadkiem. Pokazywałem pracownikom powierzchnię do czyszczeń i przypadkiem zajrzałem pod rosnący tam duży świerk. Zobaczyłem prawie gotowe już gniazdo i zdecydowałem, że czyszczenia będziemy wykonywać teraz gdzie indziej, żeby dzików nie niepokoić. Poza tym ma tu znaczenie kwestia bezpieczeństwa – locha z warchlakami może być naprawdę groźna jeżeli uzna że coś zagraża jej małym.

Wczoraj idąc przez las zauważyłem przeskakujące przez drogę „przelatki” czyli młode, jednoroczne dziki. Sądziłem, że skoro są bez lochy która już myśli o kolejnym miocie to mogą stanowić łatwy łup dla myśliwego. Wróciłem do domu po broń i postanowiłem pójść ich tropem. Szedłem prosto ich śladem i byłem przekonany że nie wyjdą z dużej kępy lasu – był środek dnia. Dziki jednak śmiało poszły w odkryte pole. Teraz już szedłem za nimi z ciekawości bo zaskoczyły mnie tym ruchem i nie wiedziałem dokąd się skierują. Szły długo wzdłuż wysokiej miedzy która dawała im osłonę i dotarły do kolejnego kompleksu leśnego gdzie niezawodnie znalazły schronienie. Iść dalej nie było sensu – leniwy drapieżnik musiał zrezygnować, gdyż zwierzyna okazała się zbyt mądra i zbyt silna. Drapieżnictwo polega przecież na wykorzystywaniu słabych stron ofiary.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szkolenie brakarskie
2009-02-11

Dzisiaj odbyło się u mnie w leśnictwie szkolenie dla wszystkich leśniczych naszego nadleśnictwa które miało nam wszystkim przypomnieć zasady wykonywania szacunków brakarskich;

W pewnym stopniu spowodowane było ono faktem że podsumowano poprzedni rok i okazało się że zdarzają się spore błędy jeżeli chodzi zarówno o szacowanie masy jak i szacowanie sortymentów na poszczególnych powierzchniach trzebieżowych. Z błędów ci, którzy je popełnili ostro się w swoim czasie tłumaczyli, niemniej szef uznał, że nie zaszkodzi nam taka powtórka. Nie omieszkał przypomnieć, że dokładność wykonywania szacunków brakarskich przenosi się bezpośrednio na możliwości prowadzenia racjonalnej sprzedaży surowca.

Mówiąc kolokwialnie, straszył nas że żarty się kończą, a dokładność musi być większa bo będą wyciągane konsekwencje służbowe.

Zbiórka była rano u mnie pod leśniczówką. Jako prowadzącego szkolenie zaproszono doświadczonego brakarza, specjalistę z Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych. Wszyscy zjawili się punktualnie, rejwach był co najmniej jak przy dużym polowaniu zbiorowym. Ruszyliśmy na powierzchnię gdzie leżał surowiec przygotowany wcześniej jako materiał szkoleniowy do nauki klasyfikacji. Specjalnie drewno nie było manipulowane w lesie tylko w całości ze wszystkimi wadami zerwane i ułożone na mygłach przy drodze wywozowej. Grube osiki ze zgnilizną wewnętrzną, krzywiznami, że ho ho i sękami wielkimi jak talerze. Brzoza prezentowała się dużo lepiej i może dlatego chętnie szkolono się na jej przykładzie. Iglasty surowiec też znajdował się na powierzchni ale mamy jak pokazują statystyki większą wprawę w obchodzeniu się z sosną i świerkiem więc prowadzący szkolenie nie przeczołgał nas po tych mygłach.

Obok znajdowała się również powierzchnia gdzie szkoliliśmy się z wykonywania szacunków brakarskich (klasyfikowanie surowca, wybór metody szacowania masy i pomiar). Szkolenie trwało dobrych kilka godzin.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Zaraza, mapa i sikorki
2009-02-06
Od kilku dni dręczy nas jakaś zaraza. W domu nazywamy ją „hiszpanką”. Objawia się wysoką gorączką, uporczywym kaszlem i katarem oraz ogólnym osłabieniem organizmu. Jak zwykle najgorzej taka choroba przebiega u dziecka, ale w wersji dorosłej też jest bardzo nieprzyjemna. Podobno w całym województwie warmińsko-mazurskim choruje dwadzieścia tysięcy ludzi. Sądzę że tyle zgłosiło się do lekarza, a takich co się nie zgłosili i leczą na własną rękę jak my jest drugie tyle. W aptece w najbliższym miasteczku obroty musiały wzrosnąć kilka razy, bo zamiast jednej pani za ladą jak zwykle od tygodnia pracują trzy ...

Ponieważ dzisiaj czuję się już lepiej, postanowiłem przewietrzyć trochę wirusa i pojechałem do lasu. Przez gorączkę i inne przypadłości najwyraźniej mózg mi się jakoś zresetował i spojrzałem na pewien oddział z nowej perspektywy. Ze zdumieniem odkryłem, że kształt tegoż oddziału na mapie różni się istotnie od kształtu w rzeczywistości. Czasami takie rzeczy się zdarzają. Przy kolejnym urządzaniu lasu będę musiał przypilnować, żeby mapy zostały poprawione, bo po co powielać błędy ... A wyszło wszystko przy okazji robienia szkiców ze szlakami zrywkowymi na powierzchni na której niebawem ma się rozpocząć trzebież.

Przez ostatnie kilka dni żona (też chora) prowadziła pilną obserwację sikorek, które na drzewie przy oknie mają wywieszoną karmę. Odkryła, że częstymi gośćmi są nie tylko sikorki bogatki, ale również ubogie, czarnogłówki (na pierwszy rzut oka trudno odróżnić jedne od drugich, ale drugiego dnia obserwacji już jest łatwiej) oraz modraszki (z niebieskim łepkiem). Zaglądają też sójki, dzięcioły, a nawet grubodziób. Jak widać wirus sprzyja znacznemu spowolnieniu tempa życia i wtedy można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o najbliższym otoczeniu ......


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Ile dziupli mieści się w lesie
2009-01-31

W związku ze staraniami naszej Dyrekcji Regionalnej o uzyskanie certyfikatu FSC doszło nam trochę pracy nie tylko na papierze ale i w terenie. Musimy bowiem wykazać odpowiedni poziom bioróżnorodności i tym samym udowodnić certyfikatorom, że w naszym nadleśnictwie wszystko jest zgodne ze standardami europejskimi. Wprawdzie daty audytu jeszcze nie znamy, ale przygotowania idą pełną parą. Nie jest to wcale takie złe – dobrze będzie wiedzieć, że wszystko działa tak, aby satysfakcjonować nie tylko nasze władze ale i zewnętrznych urzędników, a w szerokiej perspektywie również i społeczeństwo.

Niedawno w związku z tym razem z podleśniczym liczyliśmy dziuple w drzewach. Firma certyfikująca najwyraźniej wychodzi z założenia, że dziupli nie ma – chociaż wiadomo, że jeżeli występują na danym terenie drzewostany starsze niż osiemdziesiąt lat, a do tego występują dzięcioły, to również występują dziuple, i jest to dla każdego leśniczego „oczywista oczywistość”. Ale wszystko musi być na papierze, czarno na białym, więc musimy wykazać jednoznacznie, że dziuple są, a do tego podać, ile ich jest dokładnie. To trochę tak jak udowadniać, że woda jest mokra, ale skoro jest taka potrzeba – proszę bardzo.

Zresztą nie było to wcale takie złe – chodziliśmy po kolejnych oddziałach opisując jakie gatunki drzew posiadają dziuple. Zima to zresztą korzystna pora kiedy taką inwentaryzację można robić dosyć łatwo i skutecznie – nie ma liści i dużo więcej widać. (Kiedyś pokutował stereotyp mówiący, że leśniczy to liczy drzewa w lesie, a teraz proszę, liczy dziuple.)

Na razie znalazłem 37 dziupli, z których większość była mi znana od dawna. Znajdują się – jak można się było spodziewać - w starych lipach rosnących w pobliżu ruin dawnych leśniczówek, w starych osikach, sosnach i dębach.

 
P.S. Zasłyszany ostatnio od jednego z kolegów po fachu dowcip:
„Co robi leśniczy kiedy wybuchnie pożar w leśniczówce? Walczy jak lew, żeby uratować ... sufit, bo tam przechowywane jest najwięcej danych.”


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Siódme nie kradnij
2009-01-26

Kiedy w trakcie ostatniego weekendu jechałem przez las – dodam że nie mój – moją uwagę przyciągnął stos drewna. Nie jednak swoim kształtem czy zasobnością, ale ... dekoracją.

Otóż widniał na nim umieszczony sprayem od strony drogi napis „VII – nie kradnij”. Pomyślałem sobie, że jest to dosyć oryginalny sposób na odstraszanie złodziei, ale być może chociaż częściowo skuteczny. Czasami bowiem zdesperowany leśniczy może jedynie odwołać się do boskiego autorytetu.

Kradzieże drewna zdarzają się o każdej porze roku, aczkolwiek jesienią i zimą przybierają na sile. Większość tych przypadków generują jak ich nazywamy „złodzieje opałowi”. Tutaj uszczkną trochę gałęzi, tam z jednego stosu zginą trzy wałki, z drugiego jeden. Najwyraźniej uważają że wyrabianie latem gałęzi – co robi wielu okolicznych mieszkańców, pozyskując tym samym opał legalnie i minimalnym kosztem - jest poniżej ich godności.  Ale ciepło w domu chcą mieć, najlepiej oczywiście za darmo.

Dobrze, że tartacznicy nie mają podobnego podejścia do tematu...

Oprócz leśniczego surowca pilnuje straż leśna. Jest powołana do zwalczania szkodnictwa leśnego. Mimo często dużego zaangażowania i długich godzin spędzonych na „zasadzkach” opałowi złodzieje często bywają nieuchwytni. Mimo tego, że „wieść gminna” często pozwala zidentyfikować ich tożsamość pozostają czasem bezkarni i zawsze potrafią wyskubać kilka piórek z koguciego ogona.

W moim leśnictwie jak pamiętam zdarzyła się tylko jedna poważna kradzież. Było to niecałe dziesięć lat temu. Przykra to była interwencja, ponieważ sprawcą okazał się gość który dorywczo pracował przy sadzeniu lasu. Skradzione drewno spieniężył i przeznaczył na alkohol. Ale sadzonki na zrębie sadził dobrze.

Aby do wiosny....


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Mundurowe rozważania
2009-01-19

Robota rozkręca się powoli, umowy z usługowcami już wprawdzie podpisane, pilarze w lesie pracują, ale ponieważ nie ma zbyt wielu kupców na drewno nie ma też dużego ruchu w interesie, mam trochę czasu na pracę kancelaryjną.

Pojechałem też razem z kilkoma kolegami po mundurówkę. (Pracownicy Służby Leśnej mają co roku przydzielaną pulę tzw. punktów za które w sklepie który wygrał przetarg na obsługę nadleśnictwa mogą pobierać sorty mundurowe. Nie jest to tylko mundur galowy – w nim chodzi się na narady i oficjalne uroczystości i mało się on zużywa – ale też inne ubrania do codziennej pracy, czyli buty, polary, spodnie, swetry.)

Jest to moim zdaniem dobre rozwiązanie, bo porządne buty w zalewie chińskich towarów trudno kupić, a dla kogoś kto spędza dużo czasu w terenie w bardzo zróżnicowanych warunkach jest to najważniejszy chyba element ubioru.

Czytałem niedawno w prasie fachowej (Las Polski 1/2009) że trwają prace nad opracowaniem nowego munduru leśnika. Według zleconych przez Lasy Państwowe a wykonanych przez CBOS badań wizerunkowych, obecny nasz mundur terenowy kojarzy się bardziej z wojskiem niż Służbą Leśną. Jaki będzie nowy mundur jeszcze nie wiadomo. Ale moim skromnym zdaniem na okazje oficjalne powinien pozostać mundur galowy, natomiast do pracy terenowej powinien być on raczej luźniejszym w formie ubrania korporacyjnego. Pisząc „ubranie korporacyjne” mam na myśli takie, które umożliwiałoby bez wątpliwości identyfikację nas jako pracowników LP (co jest niezbędne, gdy np. jesteśmy zmuszeni kogoś pouczyć lub wypisać mandat) ale byłoby wygodne i nie wymagało wkładania krawata do odbiórki drewna (obecny mundur terenowy taki wymóg zawiera ...).


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Narada
2009-01-07

Śniegu nasypało fest, i bardzo dobrze. Liczę że wymrozi wszystkie zarazki, a przy okazji trochę komarów ... Zrobiłem większe zakupy, żona upiekła chleb, ogrzewanie działa, więc zima mi niestraszna.

W nadleśnictwie odbyła się narada otwierająca nowy rok gospodarczy. Nadleśniczy mówił o polityce Lasów Państwowych na cały najbliższy rok oraz o tym jak wygląda perspektywa sprzedaży drewna w naszym Nadleśnictwie a w związku z tym perspektywa naszych działań przy pozyskaniu surowca.

Szef podsumowywał również rok miniony – dziękował nam za zaangażowanie i dobrą pracę dzięki czemu osiągnęliśmy zamierzony wynik finansowy. Każdemu zrobiło się miło, bo każdy lubi być doceniany. W dobrej atmosferze po prostu pracuje się lepiej, a nawet takie proste „dziękuję Panom” jest dobrze od czasu do czasu usłyszeć – tym bardziej że nie każdego szefa na to stać.

Kiedy właśnie wybierałem się na naradę, pod leśniczówkę zajechali się pilarze (w mróz minus 25 stopni) którzy bardzo chcieli żeby dać im jakąś robotę, bo przecież wcale tak zimno nie jest. Są twardsi niż sądziłem. W takiej temperaturze naprawdę trudno cokolwiek w lesie robić. Pracy żadnej dać im nie mogłem, bo nadleśnictwo jeszcze nie podpisało umów z usługowcami, a dopóki to nie zostanie zrobione, nie można wystawiać żadnych zleceń. Tak naprawdę robota ruszy dopiero od przyszłego tygodnia.

Koźlak, którego zaraz po urodzeniu zabraliśmy do domu obawiając się, że zamarznie przetrwał kryzysowy pierwszy dzień i wrócił już do swojej mamy. Umie już sam trafić do mleka, zrobił się bardzo puchaty i wygląda na to że nic mu nie dolega. Stare kozy traktują go wyniośle ale nie prześladują za bardzo. Jeszcze tydzień i zrobi się z niego niezły nicpoń i psotnik.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wypadek na powierzchni
2008-12-10

U siebie w lesie udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa w określonym kierunku.

To naprawdę dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa (obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.

Kiedy dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w organizmie jakieś ślady.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Widłaki
2008-11-28

Chodzę po leśnictwie i wyszukuję stanowisk roślin chronionych. Wyszukuję je z własnej ciekawości, ale także tworzę dokumentuję z potrzeby urzędu. Miejsca gdzie rosną rośliny chronione powinny być zinwentaryzowane, łatwiej wtedy planować prace w taki sposób żeby omijać te miejsca. Wiadomo również że te informacje przydadzą się w trakcie terenowej części audytu związanego z certyfikacją. Ponieważ na przyszłe lata mam zaplanowanych do uruchomienia dużo zrębów, postanowiłem wykonać część roboty już teraz i zająć się fotozielnikami na tych działkach.

Moje leśnictwo to przede wszystkim siedliska borowe z bardzo kwaśną glebą gdzie w drzewostanie jest duży udział świerka dającego odpowiednie ocienienie - są to warunki idealne do występowania widłaków.

Najczęściej spotykam widłak jałowcowaty i widłak spłaszczony. Jest również widłak goździsty. Żaden z nich nie jest jeszcze gatunkiem zagrożonym wyginięciem, ale wszystkie trzy są roślinami znajdującymi się pod ochroną. Bezpośrednim zagrożeniem dla tych roślin są melioracje i innego rodzaju przekształcenia obecnych siedlisk, a także gospodarcze użytkowanie lasu. Jednak dzięki inwentaryzacji ich stanowisk można temu przeciwdziałać a jednocześnie próbować prowadzić normalną gospodarkę leśną. (Widłaki pozyskuje się do celów dekoracyjnych (nielegalnie) oraz leczniczych (za zgodą konserwatora przyrody)).

Widłaki najłatwiej inwentaryzować właśnie o tej porze roku, kiedy borówki nie mają już liści a na dnie lasu pozostaje jedynie warstwa mszysta. O innej porze trochę trudno się ich doszukać pomiędzy mnóstwem innych roślin. Dopiero teraz widać, że miejscami występują one niemal łanowo, a niektóre stanowiska mają powierzchnię około pół hektara.

Na zdjęciu widłak jałowcowaty.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wielkie przygotowania
2008-11-27

Nie mam czasu za bardzo na pisanie ani na robotę bo w nadleśnictwie szykuje się wielkie polowanie. Samych zaproszonych gości ma być około trzydziestu osób. Ale żeby wszystko się udało, zostałem wyznaczony razem z kilkoma kolegami do przygotowania tych łowów. Chodzi głównie o to, żeby wyśledzić szlaki którymi porusza się zwierzyna po lesie. Przez kilka poprzednich dni leżał śnieg, więc wszystkie ślady były widoczne jak na dłoni. Teraz już niestety stopniał, ale mniej więcej zdążyliśmy się zorientować co i jak.

Polowanie musi być odpowiednio przygotowane – nie polega ono na tym, że zbiera się grupa myśliwych i jedzie sobie do lasu. Wcześniej jest dokładne planowanie, w jakie rejony pojedziemy i w jakiej kolejności, jak będą ustawieni myśliwi, którędy pójdą naganiacze. Ma to ogromne znaczenie również ze względów bezpieczeństwa – ten kto prowadzi polowanie musi wziąć pod uwagę wiele rzeczy, ale przede wszystkim właśnie bezpieczeństwo. Na odprawie przed polowaniem za każdym razem przypomina się jeszcze myśliwym o podstawowych zasadach – np. że nie należy strzelać w kierunku nagonki do zwierzyny płowej (jelenie, sarny), nie wolno strzelać kulą dalej niż na 40 metrów w miot do zwierzyny czarnej (dziki), nie wolno strzelać po linii na której stoją rozstawieni myśliwi.

To co teraz napiszę będzie zupełnie niepoprawne politycznie, ale moim zdaniem takie polowanie jest potrzebne. Jeleni na naszym terenie jest już tyle, że szkody w uprawach są bardzo poważne. Potrafią naprawdę dać się we znaki. Dziki w samym lesie są niegroźne, ale za to dają się we znaki właścicielom przylegających do lasu pól, gdzie niszczą uprawy a za wyrządzone szkody płaci nadleśnictwo.

Łowy zostaną zakończone wielkim ogniskiem u mnie pod leśniczówką. Muszę jeszcze przygotować drewno i wyrychtować swoją nową strzelbę.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Czas jesiennych poszukiwań szkodników
2008-11-23

W ubiegłym tygodniu w moim Nadleśnictwie ruszyliśmy walnie do jesiennego poszukiwania pierwotnych szkodników sosny zimujących w ściółce. Nie była to impreza z ogniskiem i kiełbasą... Tak jak w poprzednim roku poszukiwania prowadziliśmy według nowego schematu, który opisałem krótko mniej więcej rok temu (październik 2007). Pokrótce tylko przypomnę, że owadów szuka się pod kilkoma drzewami, w wyznaczonych fragmentach ściółki oraz pod korą, a na podstawie wyników tych działań określa się stopień zagrożenia od szkodników na rok przyszły i planuje ewentualne dodatkowe działania ochronne, np. opryski z samolotów.

Termin jesiennych poszukiwań udało się ustalić dość celnie, jako że wczesne przymrozki już mamy za sobą, a nawet pierwszy śnieg. (Wszystko są to okoliczności które dają większą precyzję prognozy.) Do oceny skuteczności prognozowania ja wprowadzam jeszcze jedną dodatkową zmienną. Mianowicie doświadczenie osób, które bezpośrednio przeszukują ściółkę. (Jeżeli ktoś bierze udział w poszukiwaniach po raz pierwszy to z reguły ma wyniki gorsze od kogoś kto szuka szkodników już kolejny rok. Moim zdaniem najlepiej przy tego rodzaju pracach zatrudniać kobiety – są dużo dokładniejsze niż faceci i mają lepsze wyniki.) Biorąc pod uwagę nawet tę ostatnią zmienną muszę przyznać, że dziwnie mało wyszukaliśmy zimujących szkodników. Wysłano wyniki poszukiwań do ZOL-u (Zakładu Ochrony Lasu). Ciekawe jak sprawy z poprochem, barczatką, borecznikami i innymi wyglądają globalnie. Zadzwonię chyba do jakiegoś sąsiada.

Jesienne poszukiwania to też okazja, żeby pomyszkować po lesie w sposób nierutynowy. Na kilku powierzchniach kontrolnych znalazłem stanowiska widłaka spłaszczonego i jałowcowatego. To bardzo istotna rzecz przy wykonywaniu zabiegów trzebieżowych. Stanowiska roślin chronionych nie mogą ulec degradacji, więc szlaki zrywkowe muszą je ominąć.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dysonans poznawczy
2008-11-19

Zjawisko znane w psychologii jako dysonans poznawczy dopada od czasu do czasu każdego. Mnie dopadło ostatnio pod wpływem zdarzeń związanych z certyfikacją w naszym nadleśnictwie. (Certyfikacja = audyt zewnętrznej niezależnej instytucji.)

Otóż na co dzień, w cyklach dziesięcioletnich, działania każdego leśniczego są dyktowane czynnościami wynikającymi z operatu przygotowywanego przez Biuro Urządzania Lasu. Plan urządzania dla nadleśnictwa i poszczególnych leśnictw jest podpisywany przez ministra środowiska. Pozostałe nasze działania określają różne akty prawne – ustawy i rozporządzenia – oraz zarządzenia dyrektora generalnego, dyrekcji regionalnych oraz nadleśniczych.

Tymczasem niektóre z zaleceń firmy nadającej certyfikaty poszczególnym regionalnym dyrekcjom Lasów Państwowych – z którymi ostatnio wieczorami dogłębnie się zapoznaję – wydają się stać w jawnej sprzeczności z polskim prawem. (Zasady Hodowli Lasu, Instrukcja Urządzania Lasu – dokumenty, które zostały wprowadzone do praktyki mocą ustawy, i wciąż podobno obowiązują.)

Powstaje dylemat – co ważniejsze? Firma certyfikująca rozwiązuje go stwierdzając, że w przypadku gdy jej wytyczne są sprzeczne z prawem danego kraju, należy uznać, że te właśnie wytyczne są dokumentem nadrzędnym.

Weźmy np. kwestię pozostawiania starych drzew, do naturalnej ich śmierci i rozpadu. Na terenie rezerwatów pozostawia się przewrócone drzewa tak jak padną. W lasach gdzie prowadzona jest normalna gospodarka również pozostawia się obumierające drzewa do ich naturalnej śmierci. Jest to praktyka znana i stosowana. Firma certyfikująca zaleca zwiększenie ilości martwego drewna pozostawianego w lesie i nie ma tu żadnej sprzeczności. Nie ma, dopóki nie trzeba wypłacić odszkodowania komuś, komu w trakcie grzybobrania spróchniała gałąź spadła na głowę. Oczywiście nadleśnictwo może się na taką ewentualność ubezpieczyć, ale firmy ubezpieczeniowe podnoszą stawki nawet kilkakrotnie powołując się na rosnącą świadomość społeczeństwa (grzybiarz coraz lepiej wykształcony i wie że odszkodowanie mu się należy).

Od Lasów z jednej strony żąda się dostarczania coraz większych ilości drewna dla przemysłu, z drugiej chronienia wszystkiego co rośnie a najlepiej nie-wycinania-niczego. Jednocześnie stosowania prawa i dostosowania się do wszystkich oczekiwań społecznych będących często względem niego w sprzeczności.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Trzebież rzecz ważna
2008-11-13

Zakończono pozyskanie surowca na ostatniej w tym roku powierzchni trzebieżowej w moim leśnictwie. Był to zabieg w sześćdziesięcioletnim lesie, na siedlisku lasu mieszanego bagiennego. Dla niewtajemniczonych w siedliskoznawstwo dodam, że jest to teren podmokły i na przeważającej powierzchni występuje gruba warstwa torfu. Mineralne wywyższenia zajmuje świerk z sosną a dolinki porasta brzoza.

Pozornie niczym się ta trzebież nie wyróżniała ale ...

Zabieg miał na celu przygotowanie powierzchni do użytkowania rębnego. Tzn. wychwycone zostały całe fragmenty z odnowieniem naturalnym (przede wszystkim świerka). Szlaki zrywkowe przebiegają w tym drzewostanie tak, aby przy zrywce drewna nie uszkodzić siewek. Druga ważna rzecz to dopuszczenie do dna lasu wystarczającej ilości światła niezbędnego do rozwoju młodego pokolenia. Osiąga się to przez usunięcie - wycięcie drzew z pierwszego piętra drzewostanu (najwyższe drzewa o rozbudowanej koronie). Oczywiście ilość usuniętych drzew z pierwszego piętra nie może być zbyt duża ponieważ trzebież łatwo może przejść w zrąb. Nie chwaląc się myślę, że wyszło nieźle. Reszta to standardowe działanie mające na celu rozluźnienie zwarcia w koronach starego lasu. Wszystko to po to, żeby za dwadzieścia lub trzydzieści lat nie trzeba było wycinać tam zrębu w celu zastąpienia starodrzewiu młodym pokoleniem lasu. Ten proces rozpocząłem już teraz. Ktoś kto w przyszłości mnie zastąpi w tym leśnictwie będzie miał jeden kłopot z głowy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Czołgi i jesienny pejzaż
2008-10-25

Jesień na całego, wszystko w lesie i na łące przybrało wiadomo-jakie-kolory. Ale pośród brązów, zgaszonych zieleni, żółci, czerwieni i tym podobnych odcieni nagle przyciągnął moją uwagę ostry róż i pomarańcz. I to w miejscu które mijam codziennie kilka razy, czyli przy końskim pastwisku. Niesamowite kolory rzucają się w oczy, tym bardziej że dookoła głównie szarawa zieleń. To trzmielina – dosyć pospolity krzew, jak najbardziej rodzimego gatunku, a o tej porze roku wygląda jak egzotyczny ptak. (Euonymus europaeus L. – trzmielina pospolita.) A to za przyczyną dojrzewających właśnie teraz owoców – na zdjęciu widać jaskraworóżowe torebki owocowe oraz pomarańczową osnówkę wewnątrz której znajdują się nasiona. Zachęcam do wyprawy w las – ale może nie wyłącznie w poszukiwaniu „barw jesieni” bo to już trochę banalne. Mnie najbardziej cieszą właśnie takie nietypowe znaleziska, jak ostry różowy kolor na jesiennie już burej łące.

Ale żeby nie było tak nudno i melancholijnie, na poligonie koło leśniczówki zaczęły się jakieś ostre manewry. Jeżdżą czołgi i inne wojskowe pojazdy, ruch i poruszenie. Na szczęście zagrożenie pożarowe dawno minęło, więc nie obawiam się już o sąsiadujący z poligonem las (w trakcie największego zagrożenia poligon jest raczej nie używany).

Kończy się pozyskanie na terenie leśnictwa. Mimo słabej sprzedaży drewna udało się wykonać zaplanowane trzebieże i sprzedać surowiec. Jedno z drugim idzie w parze, bo pozyskane drewno musi mieć swojego nabywcę. Zbyt jest na tyle słaby, że nie ma mowy o cięciu „na zapas” – prace można zaczynać jeżeli jest umówiony kupiec. Do wycięcia został mi jeszcze jeden zrąb – sosnowy - oraz wycięcie tartacznej brzozy ze wszystkich rozpoczętych w tym roku pozycji trzebieżowych. Podyktowane to jest również rynkiem. Kupiec pojawił się dopiero teraz.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nowy operat
2008-09-22

Od kilku tygodni w moim leśnictwie „urządzeniowcy” (czyli pracownicy Biura Urządzania Lasu) prowadzili taksację drzewostanów. Kiedy skończyli, spotkaliśmy się i dokonaliśmy wspólnych ustaleń dotyczących dalszych sposobów użytkowania lasu w moim leśnictwie.

Co to jest taksacja? To spisywanie cech drzewostanu „z natury” czyli na gruncie. Stosując określone metody pracownik wykonujący urządzanie opisuje drzewostan na danym terenie bezpośrednio tak jak go widzi, czyli chodzi po leśnictwie i spisuje skład gatunkowy kolejnych fragmentów lasu, czyli wydzieleń. Dodatkowo określa podstawowe cechy taksacyjne – zapas, przeciętną wysokość, wiek, pierśnicę (grubość) drzew w kolejnych wydzieleniach. Urządzanie to ciężka robota – na piechotę trzeba przejść leśnictwo po leśnictwie i spisać co się widzi. Niezależnie od stosowanych w tej pracy nowych technologii wciąż niezbędny jest bezpośredni ogląd człowieka.

Plan urządzeniowy sporządza się dla każdego leśnictwa na kolejne dziesięć lat i po upływie tego okresu wykonuje się go znów. W ten sposób aktualizuje się dane na podstawie których prowadzona jest cała gospodarka leśna. Od wyników taksacji zależy cała reszta – rozmiar pozyskania, potrzeby hodowlane, planowanie kosztów........

U mnie w leśnictwie konsultacje sprowadzały się do tego, żeby ustalić sposoby użytkowania rębnego poszczególnych powierzchni, czyli rodzaj cięć na zrębach i czasokres tych prac. Dotyczy to szczególnie drzewostanów trudnych do odnowienia na borze mieszanym wilgotnym (BMw) i lesie mieszanym bagiennym (LMb). Zwykłe użytkowanie rębnią wielkopowierzchniową nie wchodzi w rachubę bo nie daje ona perspektywy na łatwe odnowienie lasu ( po wycięciu drzewostanu na LMb teren się zabagnia i odnowienie takiej powierzchni zaczyna być problemem). Więc musieliśmy wypracować rozwiązanie gwarantujące sukces. Muszę jeszcze sprawdzić jedną powierzchnię i ustalić czy da się działać na niej tak, jak sobie urządzeniowcy wymyślili ... Ogólnie byli pod wrażeniem zasobności „moich” drzewostanów, bo taksując stwierdzili, że w niektórych starych drzewostanach masa drzew w metrach sześciennych dochodzi do 500 na jednym hektarze. Na siedliskach borowych to całkiem przyzwoicie. W jakimś stopniu przyczynił się do tego Krystian Kirschner, którego szczątki spoczywają w jednym z wydzieleń.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Mechaniczne pozyskanie drewna
2008-08-28

Kilka dni temu byłem na delegacji w Nadleśnictwie Żednia. Wyjazd był zorganizowany w celu szkoleniowym – na miejscu odbyło się szkolenie z zakresu pozyskiwania drewna przy pomocy harwestera. Wszystko dlatego, że nasze nadleśnictwo zakupiło taką maszynę i już niebawem rozpocznie się „nowa era”.

Harwester to maszyna wielofunkcyjna która ścina, okrzesuje i manipuluje drzewo na wyrzynki odpowiedniej długości. Jest to bardzo nowoczesny sprzęt.

Ale praca z harwesterem wygląda zupełnie inaczej niż z brygadą pilarzy. Przede wszystkim pojawia się drewno pocięte w kłody. Odbiorcy surowca muszą się precyzyjnie zdeklarować jakiej długości życzą sobie kłodę. Do tej pory dostawali całą „świecę” i manipulowali ją dowolnie na placu, Ogromne znaczenie ma doświadczenie operatora harwestera – niezbędne jest bardzo dobre wyszkolenie, bo inaczej może dojść do grubego nieporozumienia a w efekcie do strat finansowych (Operatorzy szkoleni są w specjalistycznym ośrodku Lasów Państwowych.)

Ogromnym ograniczeniem takiej maszyny jest to, że sprzęt nie powinien dojeżdżać daleko na miejsce pracy – prędkość harwestera to 8 km na godzinę, więc najlepiej jakby parkował w lesie i tylko przejeżdżał z powierzchni na powierzchnię. Najbardziej zużywa się właśnie przy „zwykłej” jeździe po drodze, a nie w trakcie pracy. Pojawia się więc kolejny problem – żeby móc pozostawić go w lesie na noc, należałoby chyba pomyśleć o wynajęciu stróża ... Maszyna jest bardzo wydajna, ale ekologiczna średnio - dziennie może zużyć do 400 litrów ropy. Ma też swoje ograniczenia – np. największa średnica pnia jaki można ściąć to 70 cm, a u mnie w leśnictwie drzewa bardzo często są grubsze.

Ale najważniejsze - rachunek ekonomiczny mówi wprost, że wydajność harwestera na powierzchniach zrębowych jest tak duża, że nawet przy wysokich kosztach eksploatacji jego praca jest opłacalna.

Kiedy powiedziałem moim robotnikom że niebawem na części zrębów będzie pracował harwester, mieli nietęgie miny – najwięcej przecież zarabiają na zrębach.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Czy pusta butelka jest „trendy”?
2008-08-18

Pojechałem ze znajomymi nad jezioro. Niedziela wieczór, miałem nadzieję że nie będzie tam ludzi i będziemy mogli bez problemu poćwiczyć z psem aport z wody – przecież właśnie rozpoczął się sezon na kaczki. Ale ponieważ wakacje w pełni, ludzi było w bród. Nie mówię już o namiotach i samochodach biwakowiczów oraz śladach o ognisku ale przede wszystkim o górze śmieci. Nie jest to teren mojego leśnictwa, ale takie jezioro w lesie to naprawdę duży problem.

Usiedliśmy obok grupki nastoletnich młodzieńców – mieli może po piętnaście lat. Brązowi od słońca, każdy ze słuchawkami na uszach i odtwarzaczem MP3 w kieszeni kąpielowych spodenek. W ręku obowiązkowo cola. W miarę upływu czasu kolejne puste butelki rzucali po prostu za siebie. Zastanawiałem się dlaczego. Może to jest tak, że wypada na plaży mieć w ręku napój. Natomiast stanowczo nie wypada mieć pustej po nim butelki. A już najmniej „trendy” jest zabieranie ze sobą tej butelki z powrotem ...

Nie wiem czy jest to kwestia edukacji bardziej w domu czy bardziej w szkole. W trakcie urlopu też chodziłem na plażę ale nie widziałem tyle śmieci co nad leśnym jeziorem, choć ludzi było tam wielokrotnie więcej. Nad morze jakoś edukacja śmieciowa dotarła skuteczniej niż na Mazury. Tam w żadnym sklepie oprócz rybnego nie można było dostać plastikowej torebki – trzeba było za nią zapłacić, chyba 30 groszy, co jak się okazało stanowiło dla rzeszy wczasowiczów barierę istotną. W połączeniu z dużą liczbą osób zatrudnionych do sprzątania plaż i nadmorskich miejscowości (było ich widać, ale także było widać efekty ich pracy) sprawiało to, że naprawdę było czysto, a przynajmniej moim zdaniem czyściej niż w „krainie tysiąca jezior”.

To nie jest tak, że Lasy Państwowe nie dbają o swój teren. Każdego roku każdy leśniczy planuje godziny na sprzątanie. W skali regionu i kraju są to naprawdę tony śmieci i olbrzymie sumy pieniędzy przeznaczane dla zakładów usług leśnych jako wynagrodzenie za sprzątanie. Ale nie da się wysprzątać wszędzie jeżeli ludzie wciąż będą się zachowywali jak świnie i tak potwornie zaśmiecali lasy. Po prostu nie da się nadążyć choćby zwiększyć te nakłady dwukrotnie – tu kartonik, tam papierek po batoniku czy kubeczek po jogurcie albo puszka po piwie. Wakacje się kończą, ale sezon grzybowy za pasem ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kormorany na Mierzei
2008-07-27

Wróciłem właśnie z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.

Zwiedzaliśmy tam znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami, szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej dokonują kormorany.

Kormorany są na niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym – starych wysokich drzew liczących około 100 lat.

Ten ptak zjada dziennie 2-3 kg ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.

Widać, że tamtejsi leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku przemysłowego.

Na terenie rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli gospodarza.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Traktory i konie
2008-07-26

Zakład usług leśnych który wygrał przetarg na poszerzenie pasa przeciwpożarowego poprosił o pozwolenie parkowania traktorów przy leśniczówce do czasu zakończenia prac. Zgodziłem się oczywiście, widząc jaki mają przed sobą front robót. Cały pas przeciwpożarowy (piaszczysty pas zaoranej ziemi oddzielający teren poligonu od terenu leśnego) jest poszerzany o kilkanaście metrów. W sumie będzie miał około trzydziestu metrów szerokości, co zdecydowanie zwiększy bezpieczeństwo przeciwpożarowe lasu. W przypadku pożaru na poligonie ogień nie przekroczy linii pasa, spłoną tylko zadrzewienia i zakrzaczenia, a drzewostan nie ucierpi (teoretycznie).

Poszerzanie pasa polega na wyrywaniu z korzeniami drzew które trzeba usunąć żeby osiągnąć ustaloną szerokość. Widziałem robotników przy pracy i mogę powiedzieć że robota trudna i ciężka.

Z mojego punktu widzenia poszerzanie pasa ma jeszcze jeden pozytywny aspekt- świetnie się tam jeździ konno, a kiedy prace zostaną zakończone będzie już na tyle szeroko, że będzie można jechać w kilkanaście koni obok siebie. Jak sądzę będzie to kolejna atrakcja przebiegającego przez leśniczówkę szlaku konnego. Niedawno gościliśmy kolejny rajd konny, wprawdzie miniaturowy, bo jeźdźców była tylko dwójka, ale sterali się setnie i kiedy dotarli wreszcie do celu byli gotowi spać w stajni razem z końmi...

Cieszę się że w okolicy turystyka konna się rozwija. Ale idzie to wolno, ponieważ organizacja takich „imprez w siodle” nie jest łatwa, gdyż zadowolenie klientów to jedno, a zdrowie koni drugie, i trzeba bardzo umiejętnie dobierać zarówno ludzi jak i zwierzęta, bo w przypadku długich tras wszystko nabiera znaczenia.


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 0
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Inwentura
2008-07-05

Przez ostatnie kilka dni znów było zagrożenie pożarowe, ale na szczęście przeszło kilka potężnych burz i sytuacja się poprawiła. Zanim jednak spadł deszcz było naprawdę groźnie. Tym bardziej, że zaczęły się wakacje a w lesie pojawiło się w związku z tym zauważalnie więcej ludzi. Niektórzy zbierają pierwsze jagody, inni jadą nad jezioro. Wystarczyłby niedbale rzucony jeden niedopałek papierosa i pożar gotowy. Nadleśnictwo prowadzi stały monitoring przeciwpożarowy, ale od czasu do czasu na patrol wyrusza również samolot – właśnie ten który widać na zdjęciu. Nie jest to może maszyna super nowoczesna, ale za to jak na razie niezawodna. Myślę sobie, że byłoby fajnie polecieć kiedyś na taki patrol – może mi się uda.

W tym tygodniu w moim leśnictwie była inwentaryzacja magazynu drewna. Taka inwentaryzacja odbywa się w każdym leśnictwie raz do roku. Oznacza to, że tzw. grupa spisowa złożona z dwóch innych leśników przyjechała do kancelarii leśnictwa z protokołami na których były podane masy drewna obecnie znajdujące się na stanie mojego leśnictwa. Po uzupełnieniu protokołów grupa rusza w teren żeby zweryfikować zgodność protokołu ze stanem faktycznym. Ewentualne różnice stanowią „manko” które obciąża leśniczego, który materialnie odpowiada za drewno w swoim leśnictwie.

W przyszłym tygodniu ja będę również w składzie takiej grupy w innym leśnictwie.

Po dokonaniu inwentaryzacji w leśnictwie protokoły są weryfikowane w nadleśnictwie przez komisję inwentaryzacyjną – w jej skład wchodzi zastępca nadleśniczego i wybrani pracownicy biura.

Jak do tej pory raz zdarzyło się że komisja u mnie w leśnictwie stwierdziła brak sortymentu – na miejscu brakowało części stosu brzozowego. Za brakujące drewno musiałem zapłacić. Ktoś je ukradł tuż przed inwentaryzacją – kilka dni wcześniej stos odebrałem i spokojnie czekałem na inwentaryzację...

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jak to z prognozami bywa
2008-06-26

Kwestia deszczu i tego czy będzie padał czy nie jest dla mnie wciąż istotna. Wprawdzie siano zebrałem, ale w lesie wciąż intensywnie działa kornik drukarz. Gdyby się ochłodziło i popadało (tak, wiem że na wakacje to nie najlepsze życzenia) to chociaż trochę przyhamowałoby jego rozwój.

Słucham więc codziennie prognoz pogody. Ale również obserwuję niebo, bo zdarza się spora rozbieżność między tym słyszę a tym co widzę. (Są nawet skrajne sytuacje kiedy słyszę „na Mazurach zimno i pada” a ja w krótkich spodniach patrzę na termometr, widzę 30 stopni i ani śladu deszczu – albo odwrotnie: „w północno-wschodniej Polsce piękna pogoda” a u mnie leje drugi dzień.)

Wczoraj obserwowałem super chmury. Typowe cirrusy – wysokie, rozmyte białe smugi, niektóre „pozaginane” na końcach. (Sprawdziłem w literaturze, haczykowate cirrusy to chmury o nazwie cirrus uncinus.) W radiu zapowiadali upał i słońce. Tymczasem w nocy obudziła mnie intensywna ulewa. Na tyle intensywna, że pobiegłem zamknąć okno w samochodzie ... Do prognozowania jednak pogody z wyglądu i kształtu chmur potrzebna jest jednak konkretna wiedza, dość rozległa, poparta obserwacją urządzeń innych niż tylko barometr.

Ale można obserwować też przyrodę „ożywioną” w najbliższym otoczeniu. Zauważyłem prawidłowość, po której ze stuprocentową pewnością można poznać, że będzie padało. W normalny dzień aktywność owadów jest umiarkowana. Ale zdarzają się takie dni, kiedy gzy na łące i w lesie gryzą jak wściekłe, a w domu nawet „domowe” muchy stają się tak dokuczliwe i gryzące, że trudno wytrzymać. W ciągu ostatniego tygodnia miałem okazję się kilkakrotnie przekonać. Zawsze oznaczało to deszcz – nawet jeżeli na niebie nie było żadnych chmur mogących sygnalizować zmianę pogody, a w radiu wciąż zapowiadali upał ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Las o poranku
2008-06-23

Zdarzyło się tak, że musiałem wyjechać do pracy o czwartej rano. Pilarze codziennie zaczynają o tej godzinie – później robi się już nieznośnie gorąco. A ponieważ musiałem się z nimi spotkać i pokazać im drzewa trocinkowe do wycięcia – również musiałem pojawić się w lesie o świcie, żeby chłopy nie musieli na mnie czekać tylko mogli ruszyć z najpilniejszą robotą. (Z kornikiem nie ma żartów.)

Polecam każdemu taki poranny wyjazd do lasu – niepowtarzalne zapachy i widoki, mgły i światło pierwszych promieni słońca przeświecających przez drzewa ... Naprawdę warto czasem wstać bardzo wcześnie, bo takie „magiczne” chwile trwają bardzo krótko a później las wygląda już zupełnie normalnie.

***

Przez weekend miałem gości „z miasta”. Spragnieni kąpieli marzyli o wycieczce na plażę. Z niedowierzaniem patrzyłem jak kąpią się w lodowatej wodzie. Ja poprzestałem na zamoczeniu nóg, żona popatrzyła z kocyka i nawet do jeziora nie podeszła. Ale „mieszczuchom” to zupełnie nie przeszkadzało, ba, twierdzili nawet, że gdyby była woda cieplejsza, to już by nie było takiego komfortu kąpieli ... (Dodam, że to moi serdeczni znajomi, i nie piszę o tym z ironią, ale ze szczerym podziwem – ja na bohaterstwo wejścia do wody tego dnia bym się nie zdobył, ale będę mógł się kąpać codziennie jak woda się ogrzeje; oni natomiast kąpią się w jeziorze jak uda im się wyrwać z miasta, niezależnie od pogody.)

Namówiłem również kolegę do pomocy przy budowie wędzarni. W mojej starej beczce wkopanej do ziemi służącej do tej pory celom wędzarniczym mrówki zrobiły mrowisko, a poza tym chciałem zbudować nową wędzarnię dokładnie według wymyślonego wcześniej planu – tak żeby można było wędzić w niej kozie sery zimnym dymem. Pełen sukces! Pierwsza partia serów które uwędziliśmy, kontrolując dokładnie temperaturę dymu w różnych miejscach nowej wędzarni, udała się znakomicie. Polecam wszystkim wędzone kozie oscypki!


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kornika coraz więcej
2008-06-14

Nareszcie zaczął padać deszcz więc zagrożenie drzewostanów świerkowych od kornika drukarza ma szansę zmaleć. Dwa tygodnie suszy stworzyły idealne warunki do rozwoju tego owada, czego bezpośrednią konsekwencją było znaczne zwiększenie się ilości czynnego posuszu w drzewostanach świerkowych. Czynny posusz to takie drzewa, które już obumierają z powodu zasiedlenia przez kornika, a jednocześnie są wylęgarnią kolejnego pokolenia owadów. To pokolenie w ciągu dwóch – trzech tygodni (przy sprzyjającej, czyli upalnej pogodzie jaka panowała ostatnio) od złożenia jajeczek może już wylecieć jako forma dorosła – imago – i zacząć zasiedlać kolejne drzewa. W jednym sezonie wegetacyjnym taki cykl może powtórzyć się nawet czterokrotnie czego skutki można obserwować na Słowacji w drzewostanach górskich, gdzie szkody od kornika są większe niż od huraganów jakie nawiedziły tamte tereny. (Pisałem o tym jakiś czas temu.)

U siebie w leśnictwie mam dużo drzewostanów świerkowych i spore zagrożenie kornikiem. Prowadzę od kilku już lat „zeszyt trocinkarza” gdzie wpisuję wszystkie drzewa zasiedlone przez kornika w kolejnych latach. Mogę powiedzieć, że w tym roku sezon „na kornika” zaczął się nieco później niż zwykle, ale dynamika rozwoju populacji (którą mogę ocenić na podstawie sumy wszystkich odnotowanych drzew) jest znaczna. Można więc spodziewać się gwałtownego rozwoju populacji tego owada, czyli gradacji.

Może to mój pesymizm, ale po dwóch tygodniach takich upałów jakie były, każdy leśniczy zdaje sobie sprawę z zagrożenia stwarzanego przez kornika. Wszelkie stosowane przez nas zabiegi mogą tylko spowolnić proces jego rozwoju, ale nie da się go całkowicie powstrzymać ani wyeliminować owadów żadnym sposobem. (Zdarzają się też teoretycy, którzy siedząc za biurkiem uważają, że leśniczy jest w stanie wyłapać wszystkie korniki w lesie, ale chciałbym ich zobaczyć w akcji.) Jedyne co można robić to hamować rozwój owadów i czekać na zmianę pogody; Jeżeli przyroda nie przyjdzie z pomocą, żadna siła kornika nie powstrzyma.

Na szczęście od rana pada ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
2008-06-09

W niedzielne słoneczne popołudnie wybrałem się z rodziną do lasu (ha,ha). Właściwie to wybraliśmy się na łąki, gdzie upał okazał się nie do zniesienia. Pojechaliśmy więc nad jezioro, a po drodze oglądaliśmy wykonane w poprzednich latach przez nadleśnictwo zbiorniki małej retencji.

Małą retencją nazywa się tworzenie nowych lub przywracanie starych zbiorników wodnych. Z reguły są to małe jeziorka, spiętrzenia wody w rowach melioracyjnych – wszelkie zabiegi hydrotechniczne dzięki którym można zatrzymać w przyrodzie więcej wody.

Ich ilość jest imponująca. Jadąc główną drogą widać największe budowle. Brzegi porosły już tatarakiem i trzciną, i dają wrażenie naturalnego zbiornika wodnego. Kiedy podchodzi się do brzegu, żeby np. sfotografować łabędzia na gnieździe, setki żab wyskakuje z trawy i ląduje w wodzie. Nie ma wątpliwości, że takie sztuczne zbiorniki pełnią funkcje środowiskotwórcze.

Ostatecznie dotarliśmy nad jezioro, żeby wymoczyć nogi. Brzeg jeziora był pełen chętnych kąpieli wodnych i słonecznych. Sielanka, ojcowie z napojami chłodzącymi w ręku, mamy pilnują dzieci, żeby się nie potopiły, piski dzieciarni. Nikt mi nie uwierzy, ale lubię takie niedzielne popołudnia.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Borsuk, szeliniak i kornik
2008-06-05

Byłem dziś na zrębie. Cały czas muszę monitorować czy nie zagraża mu szeliniak, więc bywam tam często. Pułapki jakie wykonano – zadziałały. Pogoda też na szczęście jest nierówna; niedawno około 20 godzin bez przerwy padał deszcz; W nocy temperatura spada do około 8 stopni, więc rozwój szeliniaka nie jest zbyt pomyślny. Poza tym siewki sosny i świerka pięknie rosną. Jest to odnowienie naturalne – nasiona wysiały się ze specjalnie pozostawionych na zrębie drzew, czyli nasienników.
Na razie siewki są malutkie, ale na większości powierzchni rosną jak zielona szczotka.

Odbyłem też długą marszrutę w celu skontrolowania drzewostanów zagrożonych przez kornika drukarza. Sprawdziłem miejsca w których co roku wydziela się posusz, tzw. gniazda kornikowe. Była to kontrola efektywności pracy podleśniczego, który do września będzie miał w swoich obowiązkach służbowych wyszukiwanie i oznaczanie posuszu świerkowego. Często tę czynność wykonują robotnicy – trocinkarze – ale u mnie ta robota przypada podleśniczemu, ponieważ nie widzę wśród usługowców kompetentnego i pewnego fachowca. Kontrola wypadła pozytywnie, nie znalazłem więcej drzew zasiedlonych od podleśniczego.

Jeżeli chodzi o rozrywki ostatnimi czasy, miałem przygodę z borsukiem. Jechałem konno i wypłoszyłem go z trawy. Uciekał po łące w stronę kępy drzew. Był tak przestraszony, że nie wykombinował, że wystarczy się zatrzymać... Biegł dłuższą chwilę równolegle do konia, co obydwa zwierzaki dodatkowo stresowało. Czasami zdarza się, że zwierzę w sytuacji zaskoczenia głupieje – np. zając oświetlony reflektorami samochodu nie umie skoczyć na bok, tylko oślepiony ucieka na wprost, doskonale widoczny. (Jedynym sposobem jest zwolnić i skrócić światła, albo zatrzymać się i na chwilę je wyłączyć, żeby pozwolić mu uciec.) Ten borsuk najwyraźniej też nie umiał poradzić sobie z sytuacją. Na szczęście dotarł do swoich upatrzonych krzaków i tam przepadł. Ale sobie chłopak troszkę pobiegał ...

                                           

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Pułapka na szeliniaka sosnowca
2008-05-07

Taka teraz pora roku, kiedy uprawom i siewkom iglastym zaczyna zagrażać szeliniak sosnowiec (chylobius abietis L.). Jest to chrząszcz, w naszych polskich lasach gdzie dominuje sosna jeden z groźniejszych szkodników. Po przezimowaniu w ściółce zaczyna uaktywniać się pod koniec kwietnia – w początku maja. Dorosłe chrząszcze wychodzą żerować (naukowo nazywa się to żerem regeneracyjnym lub uzupełniającym), żeby potem móc złożyć jaja. Żywią się iglakami i stanowią dla upraw sosnowych i świerkowych potężne zagrożenie.

Ich ilość – a tym samym ocenę zagrożenia – określa się na podstawie pułapek kontrolnych. Wykłada się je przez całą wiosnę i lato. Ja zacząłem używać pułapek kontrolnych pod koniec kwietnia. Z praktyki już wiem, jaka musi być aura, żeby chrząszcze się uaktywniły. Pułapkę wykłada się na uprawie, między sadzonkami lub siewkami. Stanowi ją wiązka cetyny (drobnych gałązek), którą umieszcza się w wykopanym dołku. Zapach (monoterpenów i estrów kwasów tłuszczowych) zwabia poszukujące pokarmu chrząszcze które żerują na korze i łyku młodych drzewek. Do pułapek zaglądam codziennie żeby policzyć ile ich tam wpadło. Jeżeli się to zaniedba, to przy masowym wystąpieniu tych owadów (co najmniej 10 sztuk na pułapkę) w dwie noce może zniknąć cała uprawa.

Jeżeli w pułapkach znajduję po kilka sztuk, a na powierzchni uprawy widać uszkodzenia sadzonek lub siewek, przystępuję do zwalczania. Polega to na tym, że robię bardzo dużo pułapek – nawet do stu sztuk na hektar – w których wykładam gałązki zanurzone wcześniej w silnym środku owadobójczym. Jeżeli i to nie pomoże, bo chrząszczy jest dużo i wciąż widać uszkodzenia uprawy, konieczne są kroki radykalne, czyli oprysk sadzonek na całej powierzchni. (Decyzję o konieczności zastosowania takiego oprysku podejmuje nadleśniczy.)

Jutro właśnie jadę zrealizować wariant pierwszy, czyli założenie dużej liczby pułapek. Mam nadzieję że to wystarczy i opryski nie będą konieczne ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kornik drukarz – zły sen leśnika
2008-04-23

W tym roku jeżeli chodzi o kornika drukarza wiosna jest wręcz „podręcznikowa” i wszystko wskazuje na to, że będzie on w moim leśnictwie poważnym problemem. Jedynym wyjściem byłoby zimne i mokre lato. Ale jeżeli będzie suche i upalne, jakiego życzy sobie większość obywateli, to będzie ostra jazda.

Wtedy drzewa są osłabione, a kornik ma ułatwione zadanie. Najgorszy z możliwych scenariuszy to tzw. gradacja, czyli „fazowe narastanie liczebności kolejnych generacji”. Wtedy walka z nim staje się bardzo trudna. Nie tylko atakuje i eliminuje drzewa osłabione i ścięte, ale zasiedla również drzewa zdrowe. Przy maksymalnej gradacji zasiedla również sosnę i modrzew – gatunki, które normalnie nie są dla niego atrakcyjne, gdyż owad ten jest monofagiem – żywi się jednym gatunkiem drzewa.

Moja uwaga ogniskuje się na tym jednym gatunku kornika, bo tylko on jest w stanie wyrządzić w moim leśnictwie ogromne szkody, których skutki są porównywalne ze skutkami największych huraganów. (W zeszłym tygodniu był w „Polityce” artykuł o tym, jak kornik niszczy drzewostany w słowackich Tatrach.)

Przez cały rok prowadzę monitoring powierzchni świerkowych. Tuż po 15 kwietnia wieszam tzw. pułapki kontrolne. Pułapki na kornika to specjalne plastikowe konstrukcje, do których wkłada się feromon wabiący owady. W zależności od ilości znalezionych w kontrolnych pułapkach chrząszczy oraz temperatury (powyżej 15°C) wykłada się odpowiednią ilość dodatkowych pułapek. Każdą z nich trzeba sprawdzać co najmniej raz w tygodniu – więc leśniczy może mieć ich tyle, ile da radę sprawdzić sam i z pomocą podleśniczego.

Drzewo zasiedlone przez korniki poznajemy po rdzawej mączce wysypującej się na zewnątrz. Widać ją na korze, przy gałęziach, na pajęczynach, na roślinach rosnących blisko drzewa. Takie drzewa leśnicy nazywają trocinkowymi, starają się je wszystkie zlokalizować i wyciąć. Obumierają one nawet po trzech tygodniach od zasiedlenia i powinny być w tym czasie wywiezione z lasu, żeby zapobiec dorośnięciu nowego pokolenia szkodników, które zasiedli kolejne drzewa. Larwy kornika żerują pod korą, w miazdze, warstwie przewodzącej substancje pokarmowe. Kiedy miazga zostanie zjedzona, a korniki wylecą, kora odpada, a drzewo umiera.

Na początku czerwca będę wiedział na 80% co czeka moje drzewostany świerkowe i jaka robota się kroi na całe lato.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hodowla lasu - zwalczanie trzcinnika
2008-04-17

Pojechałem na jedną z powierzchni zrębowych, gdzie jest odnowienie naturalne sosny. (Nie sadziłem tam sadzonek – sosna wysiała się sama z pozostawionych specjalnie w tym celu kilku starych drzew.) Siewki na razie są malutkie – mają około pięciu centymetrów.

Zauważyłem, że tej uprawie zagraża trzcinnik. Trzcinnik to bylina, która tworząc zwartą darń wysusza glebę - zabiera wodę z gleby, a na borach świeżych, gdzie wody jest i tak mało, jest to bardzo istotne. Trzcinnik po pierwsze zagłusza siewki (rośnie bardzo wysoko, do około metra), a po drugie kiedy jesienią usycha, a zimą spada śnieg, często przygniata sadzonki które nie mają wtedy szans przeżycia.

Ta trawa może zdominować zupełnie sadzonki (lub siewki jak w tym przypadku) i wtedy zamiast udanej uprawy będzie plantacja trzcinnika.
Oczywiście zachwaszczanie się odnawianych zrębów jest rzeczą zwyczajną i można sobie z tym poradzić.

W tej chwili wiem, że trzeba w tym miejscu zaplanować na przyszły rok intensywne zabiegi pielęgnacyjne, a w tym roku trzeba tam będzie często zaglądać. Wiadomo, że będzie to trudna do prowadzenia uprawa, ale jak najbardziej do wyprowadzenia.

Zastanawiam się też nad chemicznym zwalczaniem chwasta, ale jest to bardzo radykalny krok. Jeżeli siewki będą dawały dobre przyrosty to nawet gęsty kobierzec korzeni trzcinnika nie zagrozi sosnom i chemia będzie zbędna.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kozioł we wnyku
2008-04-15

Rzecz się działa nie u mnie, ale w sąsiednim leśnictwie. Kolega kontroluje swój teren regularnie, bo zdarzają się tam przypadki kłusownictwa. Raz na jakiś czas razem z podleśniczym szukają wnyków i zbierają je. W trakcie takiej rutynowej kontroli w jednym z wnyków znaleźli żywego jeszcze kozła – samca sarny. Pętla wnyku zacisnęła mu się na szyi, ale miał szczęście. Zwierzę próbowało się uwolnić i zaplątało wnyk o parostki, w rezultacie pętla nie pozbawiła go życia. Kozioł musiał się długo szamotać, bo zdarł sobie z parostków cały scypuł. I tak by go sobie niebawem wytarł, ale w mniej gwałtowny sposób.

(Scypuł to żywa, unerwiona i ukrwiona tkanka pokrywająca poroże i rosnąca razem z nim. Wygląda jak skóra brzoskwini (plus minus) z charakterystycznym meszkiem. W kwietniu-marcu kozły wycierają swoje parostki, a tym samym ścierają scypuł – czemchają wtedy porożem np. o sadzonki modrzewiowe, przyprawiając o ból zębów leśniczych posiadających modrzewiowe uprawy.)

Najważniejsze w tej historii, że kozioł przeżył. Wyplątany przez leśniczego z drutu wrócił do lasu. Zdjęcie wygląda dość drastycznie, ale skończyło się tylko szokiem.

Kilka lat temu w okolicy we wnyku znaleziono wilka. Też znalazł go leśniczy. Wilk był żywy i również udało się go uratować.

Nie wszystkie przypadki znalezienia dzikiego zwierzęcia we wnyku dobrze się kończą, pomimo wysiłków leśników. Kiedyś pojechałem ze znajomymi nad jezioro, kilkadziesiąt kilometrów od domu. Idąc brzegiem znaleźliśmy wnyk, a w nim jelenia. Był bez łba. Najwyraźniej ten kto wnyk zastawił zadowolił się samym porożem. Sprawę zgłosiliśmy leśniczemu zarządzającemu tym terenem, ale winnego nie znaleziono.

W latach sześćdziesiątych w naszym nadleśnictwie kłusował facet który stawiał sidła. Leśniczy który mieszkał w tej leśniczówce gdzie ja mieszkam dzisiaj postanowił go złapać na gorącym uczynku. Nie było to proste, bo gość znał las jak własną kieszeń i był bardzo ostrożny. Ale leśniczy się uparł, i na zmianę z podleśniczym obserwował wnyki przez całą dobę (dodajmy, że była wtedy zima, a mróz jakieś minus dwadzieścia), kilka dni z rzędu. W końcu go złapali, związali wnykami, i grożąc dubeltówką poprowadzili kilkanaście kilometrów do nadleśnictwa. Myślę, że dzisiaj za taką akcję (związane ręce drutem, dubeltówka przystawiona do pleców!) poszedłbym do więzienia razem z tym kłusownikiem.

W moim nadleśnictwie na szczęście kłusowników nie ma wielu, zdarzają się sporadyczne przypadki.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Coraz cieplej
2008-04-05

Powoli można powiedzieć, że wiosna. W lesie kwitną przylaszczki, szpaki chyba już siedzą na jajkach. Tydzień temu podleśniczy znalazł w lesie (na ziemi) gniazdo słonki, z jajkami oczywiście. Jak na słonkę to wczesny lęg, ale w tym roku słonki wcześnie przyleciały. Literatura podaje, że przystępują do lęgów zaraz po przylocie, który ma miejsce od trzeciej dekady marca do pierwszej dekady kwietnia. Później toki słonek trwają nawet do końca lipca. Od razu przerwał wyznaczanie trzebieży w tym rejonie, żeby słonki nie płoszyć. Ale takie gniazdo pozostawione nawet na niedługi czas ma małe szanse pozostania nienaruszonym - znajdą je drapieżniki, np. wszędobylskie sójki. (Gdyby ktoś w trakcie leśnego spaceru zauważył kaczkę, nawet w okolicy odległej od wody jakieś kilka kilometrów, najlepiej się oddalić. Kaczki gniazdują również w takich miejscach, ale jeżeli zostaną wypłoszone z gniazda, mogą stracić lęg.)

Na łące za leśniczówką prawie codziennie widać parę żurawi. Przyleciały, gdy jeszcze leżał śnieg. Raczej nie gniazdują tu blisko, ale przylatują żerować.

Skończyłem już odnawianie zrębu. W tym roku to moje jedyne sadzenie, ale niektórzy koledzy mają dużo większe powierzchnie, liczące kilkanaście hektarów. Zresztą w porównaniu z zalesieniami jakie robiliśmy w miejscach gdzie wyrządził szkody huragan, to nawet kilkanaście hektarów, stanowiące w sumie dużą powierzchnię, nie wydaje się niczym trudnym. Zresztą w ogromnej mierze tempo pracy zależy od brygady z którą się pracuje. Jeżeli są nimi doświadczeni pracownicy, wszystko idzie sprawnie i szybko, ale zdarzają się tacy, że robota się ciągnie jak flaki z olejem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wiosna i odnowienia
2008-03-31

Od kilku dni wiosnę widać nie tylko w kalendarzu. Właśnie przyleciały pliszki i toczą zaciekłe boje o miejsca na gniazda. Pliszki są bardzo charakterystyczne – małe, czarno-biało-szare ptaszki nieustająco poruszające długimi ogonkami.

Dziś cały dzień nadzorowałem sadzenie lasu. Ekipa posadziła około trzech tysięcy sztuk sadzonek dębu na wyciętym w poprzednim roku zrębie.

Ten zrąb nie ma formy regularnej powierzchni w kształcie np. prostokąta, tylko jest to wiele gniazd, czyli małych powierzchni zrębowych pozwalających na wychwycenie mikrosiedlisk. Dzięki takiej metodzie wykonywania zrębu sadzone tam później sadzonki lepiej rosną – powstały mikroklimat jest bardzo korzystny dla ich rozwoju – mają osłonę boczną drzewostanu, tzn. są chronione przed późnymi przymrozkami i słońcem oraz przed patogenami.

Klasycznym przykładem patogenu może być np. mączniak dębu, grzyb rozwijający się w liściach dębowych. Nie zabija rośliny, ale znacząco osłabia jej wzrost, niszcząc liście a tym samym aparat asymilacyjny.

Jeżeli przyjrzeć się sadzonce, łatwo można odróżnić część nadziemną i podziemną. Kiedy chcemy, żeby posadzone drzewko się przyjęło, trzeba część podziemną, czyli cały system korzeniowy umieścić w ziemi tak, żeby mógł się prawidłowo rozwijać. Korzeń nie może być poskręcany ani zawinięty do góry, grudki ziemi muszą szczelnie przylegać do korzenia – tak żeby nie było dostępu powietrza. Ważne jest również żeby sadząc nie nasypać na korzeń mchu ani butwiny (zbutwiałych, nierozłożonych jeszcze organicznych szczątków roślin, np. liści, igliwia), bo wtedy blisko korzenia tworzą się przestrzenie powietrzne które są niekorzystne dla sadzonki, i nie pomoże nawet najlepsze dociskanie. Oczywiście żeby sadzenie było skuteczne, trzeba najpierw odpowiednio przygotować glebę. W lesie po prostu orze się traktorem planowane do odnowienia powierzchnie. Sadzenie wykonuje się w parach – jedna osoba wykopuje szpadlem jamkę (ta technika dotyczy sadzonek 2-3 letnich, przy jednorocznych robi się to inaczej), druga osoba wkłada do dołka sadzonkę, zwraca uwagę na prawidłowe ułożenie systemu korzeniowego i przytrzymuje ją, a pierwsza osoba zasypuje sadzonkę ziemią. Żeby zlikwidować wszelkie przestrzenie powietrza wokół korzenia, osoba trzymająca sadzonkę dokładnie udeptuje ziemię. Bardzo sprawna para „sadzaczy” jest w stanie posadzić dziennie tysiąc sztuk wieloletnich (czyli starszych niż jeden rok) sadzonek.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dziesiątak dwustronnie koronny
2008-03-18

Pogoda iście marcowa. Dzisiaj co najmniej trzy razy padał śnieg, była niemalże zamieć, a w międzyczasie piękne słońce i cudowna wiosenna aura. W ogrodzie i okolicznych zaroślach pojawia się coraz więcej ptaków. W zeszłym tygodniu przyleciały szpaki.

Jak wam idzie poszukiwanie zrzutów? Ja dziś znalazłem dwa należące do pięknego dziesiątaka. (Wieniec – czyli poroże jelenia - składa się z dwóch tyk z odgałęzieniami. Jeleń w pełni sił może mieć trzy odgałęzienia – oczniak, nadoczniak i opierak oraz na szczycie tyki koronę. Korona to miejsce z którego wyrasta kilka dalszych odnóg.) Moje zrzuty to na pewno para od tego samego osobnika – leżały dosyć blisko siebie i są prawie identyczne.

Kiedy znalazłem pierwszy, dałem go obwąchać psu i powiedziałem „Szukaj”. Sam byłem ciekaw jak zareaguje. Chwilę potem, idąc dalej przez młodnik, zauważyłem że pies stoi przy drugim zrzucie. Nie wiem czy to przypadek, czy nie. Zrzuty znalazłem w sumie przy okazji – wypędzałem jelenie z ogrodzonej uprawy.

Oglądając zrzut można sporo powiedzieć o byku do którego należy. (Mówiąc ogólnie, stan poroża świadczy o kondycji osobnika oraz dobrych warunkach żywieniowych – im okazalsze poroże tym lepiej świadczy o danym byku.) Zrzuty które dzisiaj znalazłem pochodzą od młodego, zdrowego osobnika. Świadczy o tym m.in. rozłożenie masy kostnej na tyce, brak nadoczniaka, róże niezbyt masywne, zaokrąglone zakończenia grotów. (Róże to zaokrąglone zgrubienie, porowaty pierścień u nasady tyki, a groty to końcówki odgałęzień.)

Środek ciężkości tyki jest przesunięty ku górze, czyli jest ona grubsza w górze niż u nasady. Brak nadoczniaka można interpretować dwojako – albo jest to tzw. druga głowa, czyli trzyletni byk, u którego w następnych latach wyrośnie jeszcze nadoczniak i całe poroże rozwinie się imponująco, albo też ten akurat osobnik nigdy nie będzie miał wyraźnego nadoczniaka a jego poroże będzie rozwijało się w sposób przeciętny. Wielkość i kształt róży moim zdaniem również świadczą o tym, że jest to osobnik młody, najwyżej pięcioletni. Groty są tępo zakończone, a poza tym słabo wytarte (nie są białe) – to kolejny dowód na to, że osobnik jest młody.

Natomiast masa poroża – spora – sugeruje, że jest to bardzo mocny osobnik, czyli bardzo wartościowy dla populacji ze względu na swoją pulę genową. Jest to regularny „dziesiątak”, dwustronnie koronny (dziesiątak regularny to taki byk, którego obie tyki mają tyle samo odgałęzień, a na każdej z nich jest ich pięć).


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 0
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Zalesienia i żaba na krzaku głogu
2008-03-14

Byłem dzisiaj u kolegi w sąsiednim leśnictwie. Oglądaliśmy tereny porolne przeznaczone pod tegoroczne zalesienia. Trochę pojechałem towarzysko, ale chciałem też skonsultować z nim jedną sprawę.

Staliśmy i gadaliśmy przy krzakach głogu. Nagle dostrzegłem na cierniach coś dziwnego. Okazało się, że jest to ... żaba. Oczywiście sama się tam nie znalazła. Cierniste krzaki głogu często służą za spiżarnię ptakom, a dokładniej – srokoszom. Ponieważ przystępują one do lęgów już w kwietniu (a niewykluczone, że w tym roku wcześniej, ponieważ zima była lekka, a teraz jest dosyć ciepło), a nie zawsze jest pod dostatkiem owadów, łapią myszy, żaby, jaszczurki i nadziewają na ciernie, robiąc zapasy „na później”. Widok może nie jest sympatyczny, ale z ornitologicznego punktu widzenia ciekawy, bo świadczy o tym, że w pobliżu znajduje się gniazdo srokosza. (Co do gatunku żaby na zdjęciu – niech to będzie minizagdka - jeżeli ktoś wie, proszę o podanie informacji na forum.)

Zaczyna się już kampania odnowieniowo-zalesieniowa. Rzecz dotyczy odnowień powierzchni zrębowych oraz zalesień gruntów porolnych. (Odnawia się miejsca, gdzie drzewa zostały wycięte, a zalesia te, gdzie wcześniej nie było lasu, tylko np. rola.) W związku z tym wszystkie pracujące u nas zakłady usług leśnych mają określony front robót. Najpierw przygotowują doły na sadzonki, potem przywożą sadzonki ze szkółek i je „dołują”. (Gęsto upakowanym w rzędach sadzonkom przysypuje się system korzeniowy i w ten sposób w dole 2x3m i głębokim na pół metra można przechowywać kilka tysięcy sadzonek – jeżeli nad dołem jest jeszcze daszek z żerdzi i gałęzi świerkowych, mogą tam leżeć nawet 2-3 tygodnie. Ale oczywiście im krócej leżą tym lepiej.) Gleba pod zalesienie jest przygotowywana jesienią poprzedniego roku, a sadzonki sadzi się w wyoranych bruzdach. Doły są niezbędne dlatego, że nie ma możliwości wysadzenia wszystkich przywiezionych na dużą powierzchnię sadzonek „na raz”. Jeżeli powierzchnia ma powiedzmy, 10 hektarów, sadzenie trwa dwa tygodnie – zależy to jeszcze od liczby osób które to robią.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jak zostałem zmilitaryzowany
2008-03-06

Dzisiaj w nadleśnictwie była narada. Poruszano jak zwykle sprawy bieżące – na razie zatrzymane zostało pozyskanie surowca – oraz inne. Między innymi przestawiono nam prezentację kolejnego modelu rejestratora (innego niż ten który mam do testów). Z filmu jaki pokazali nam przedstawiciele produkującej go firmy wynikało, że jest bardzo odporny na uszkodzenia mechaniczne (widać było jak z określoną siłą uderza w niego specjalny doświadczalny „młotek” i nic się nie dzieje – rejestrator pozostaje cały), a jego ekran został zbudowany w jednej z najnowszych technologii – widać na nim tak samo dobrze w cieniu jak i na słońcu. (Nie jest to takie oczywiste – spróbujcie oglądać telewizję w słoneczny dzień, kiedy telewizor jest ustawiony naprzeciwko okna.) Ten rejestrator również ma wbudowany system operacyjny Windows. Zapytałem, czy nie dałoby się zamiast „okienek” zastosować w rejestratorze innego systemu typu Unix lub Linux. Oczywiście, że by się dało ... Podobno nawet mogłoby to działać kilka razy szybciej ... Ale większość klientów woli Windowsy. Najwyraźniej jestem w mniejszości i nie jestem klientem typowym.

Przy okazji spotkania w nadleśnictwie zostałem również zmilitaryzowany – razem z ponad pięćdziesięcioma innymi kolegami. Zmilitaryzowano wszystkich leśniczych i podleśniczych oprócz tych, którzy mają na wypadek mobilizacji wyznaczone przydziały do konkretnych jednostek. Wyglądało to tak, że podpisałem dany mi przez komendanta Straży Leśnej dokument i zostałem poinformowany o następstwach z jakimi się to wiąże.

Chodzi o to, że w przypadku wojny i ogłoszenia powszechnej mobilizacji nie dostanę przydziału do żadnej jednostki, tylko pozostanę na swoim stanowisku pracy i w ten sposób będę bronił kraju. Natomiast opuszczenie miejsca pracy będzie równoznaczne z dezercją. Na czas mobilizacji moim wodzem będzie nadleśniczy, również zmilitaryzowany.

(Militaryzacja jest wynikiem uzgodnień między Dyrekcją Generalną Lasów Państwowych a Ministerstwem Obrony Narodowej.)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Rejestrator
2008-02-23
Dostałem nowy rejestrator. Byłem też na dwudniowym szkoleniu z jego obsługi. Ale zacznijmy od początku.

Rejestrator leśniczego jest to palmtop. Dzięki specjalnemu oprogramowaniu służy do rejestrowania odbieranego surowca, ewidencji robót z zakresu zagospodarowania lasu, sporządzania szacunków brakarskich, drukowania powstających w nim dokumentów (np. kwitów wywozowych) oraz do łączenia się z serwerem w nadleśnictwie w celu transmisji tych wszystkich danych. Rejestratory jakimi posługiwaliśmy się do tej pory pracują już ósmy rok. Zużyły się już potężnie, psują się, coraz trudniej je serwisować, brakuje części, i przyszedł czas na wymianę sprzętu. To jest normalna kolej rzeczy.

W starym rejestratorze, który miał bardzo ograniczoną pojemność pamięci i monochromatyczny wyświetlacz, miałem tylko „leśne” programy – bo jest to urządzenie służące leśniczemu do codziennej pracy, bez którego dzisiaj nie może funkcjonować ani kancelaria leśnictwa, ani biuro nadleśnictwa. (Początkowo były tam też inne programy, ale je odinstalowałem, zostawiając sobie jedyny używany – kalkulator.)

Nowy rejestrator jest zdecydowanie inny. Ma większy i kolorowy wyświetlacz, po bokach dwa klawisze skanera, klawisze alfanumeryczne są mniejsze, inny system zasilania dwoma akumulatorami i zdecydowanie jest cięższy. Oprócz programów leśnych (rozszerzonych o aplikację zawierającą mapę numeryczną (e-las) której nie było w poprzedniej wersji) ma również system operacyjny Windows, możliwość odbierania poczty elektronicznej, używania go jako telefonu komórkowego, podłączenia odbiornika GPS. Jest to urządzenie w pełni multimedialne i multifunkcjonalne. Pytanie tylko, czy te wszystkie dodatkowe „bajery” w rodzaju odtwarzacza plików wideo, przeglądarki do zdjęć, pasjansa i Internet Explorera są mi do pracy potrzebne? Tak naprawdę posługuję się tylko leśnym oprogramowaniem, i do tego jest mi niezbędny rejestrator. Filmy oglądam w telewizorze. Telefon komórkowy mam służbowy – jest narzędziem mojej pracy tak samo jak rejestrator, taśma miernicza, wysokościomierz czy klupa.

Ale pomyślałem, że skoro już dostałem takie „wypasione” urządzenie, to spróbuję przetestować wszystkie jego funkcje. Robię to od kilku dni. O postępach będę donosił na bieżąco.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Prasa leśna
2008-02-21

Zacznijmy od tego, że ukazuje się kilka czasopism o tematyce leśnej. Większość z nich prenumeruje nasze nadleśnictwo dla swoich pracowników, więc dostaję wszystkie kolejne numery czterech pism. A ponieważ czytam tę prasę, mogę powiedzieć, że jestem „na bieżąco” nie tylko w kwestiach dotyczących mojego leśnictwa.

Ostatnio przeczytałem artykuł, który zbulwersował mnie bardzo. (Las Polski nr.3/2008, s.8-10.) Dotyczył leśniczego, który w trakcie zagrożenia pożarowego trzeciego, najwyższego stopnia, i przy obowiązującym zakazie wstępu do lasu, napotkał parę palącą w lesie ognisko – w poblizu miejsca gdzie kilka dni wcześniej był pożar. Poinformował, że za to wykroczenie obowiązuje mandat w maksymalnej wysokości 500 zł, którego przyjęcia winowajcy odmówili. Zadzwonił więc po policję i straż leśną. Funkcjonariusze przyjechali, wszyscy pojechali na komisariat, winowajca przyjął mandat 150 zł wystawiony przez policję. Obiecał jednak leśniczemu, że go „załatwi”. Kilka tygodni później oskarżył go o domaganie się łapówki w wysokości 500 zł. Koniec końców (artykuł opisuje liczne niedociągnięcia procesowe) sąd rejonowy uznał leśniczego za winnego i skazał na rok więzienia w zawieszeniu, a sąd okręgowy rozpatrując apelację podtrzymał ten wyrok.

Nie wdając się w zawiłości prawnicze i patrząc na to z boku – dostał wyrok za wykonywanie obowiązków służbowych, co jest co najmniej dziwne, i mam nadzieję, że kolejna instancja – Sąd Najwyższy – okaże więcej rozsądku od poprzednich.

Zbliża się wiosna, a wraz z nią okres zwiększonej palności traw – dopóki nie są zielone, tylko żółte i zeschłe, palą się szybko i łatwo. Każdy kto rozpala w lesie ogień niech ma świadomość, że stwarza potężne zagrożenie, bo to nie jest tak, że spali się najwyżej kawałek – z dymem może pójść cała puszcza, Białowieska, Piska czy inna. Nie należy też się dziwić, widząc ubranego na zielono gościa pędzącego z reprymendą – przy trzecim stopniu zagrożenia pożarowego wilgotność ściółki jest bliska wilgotności kartki papieru, wystarczy więc jedna iskra. Leśniczy ów lub strażnik leśny może nie przebierać w słowach – choć będąc na służbie nie powinien – i można o tym borsukowi przypomnieć, jeżeli się zagalopuje, ale paląc ogień jesteśmy sprawcami potężnego zagrożenia – również dla samych siebie. Bo ogień łatwo się rozprzestrzenia w suchym lesie i można nie zdążyc z niego wyjść. (W USA spłonęło kilkadziesiąt tysięcy ha lasu, bo pewna pani podgrzewała parówki na ognisku …)

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wiosenny nastrój, który pobudza leśniczego do żartów
2008-02-17

Zleciłem w piątek brygadzie pilarzy rozpoczęcie pracy na powierzchni trzebieżowej. Odbywa się to według standardowej procedury: najpierw wskazuje się całą powierzchnię, potem przypomina zasady BHP dotyczące pracy pilarką.

Następnie wskazuję miejsca do zrywki drewna no i określam sortymenty jakie należy pozyskiwać. (Czyli długości wałków w stosach lub inne parametry.)

Bałamutnie zacytowałem pilarzom specyfikację na surowiec jaki mają pozyskiwać tym razem są to tzw. słupy teletechniczne. Odbiorca, czyli klient, czyli zamawiający, przysłał taką specyfikację do nadleśnictwa. Oczywiście dotarła do mnie. Byłem bardzo rad, bo dawno się tak nie obśmiałem.

Słupy teletechniczne to surowiec wykorzystywany później do prowadzenia np. linii telefonicznych w wysokich górach, gdzie zwykły "betoniak" nie wytrzymuje warunków atmosferycznych. Tak więc firma X sugeruje w specyfikacji, że przy manipulacji słupa należy posłużyć się ośmiometrowym sznurem (przypomnę, że pozyskiwanie drewna odbywa się w lesie, często bardzo gęstym), a opis jednej z niedopuszczalnych wad brzmi następująco: „jednostronna krzywizna, która występuje poza sznur położony z jednej strony w połowie grubości wierzchołka oraz z drugiej strony w połowie grubości podstawy”.

Ujrzałem bladość na twarzach pilarzy, jak usłyszeli o sznurze, więc zaordynowałem wesoło: „Chłopy, mają być proste jak struna!”. Usłyszałem głośne westchnienie ulgi …


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wiosenny nastrój, który pobudza wszystkich do działania
2008-02-15

Ekipa pana Antoniego (robotnika, który niegdyś jeszcze z moim dziadkiem pracował w lesie, ale w innych stronach), żąda poszerzenia zlecenia na luty - generalnie palą się do roboty.
Pogawędziłem sobie z nimi chwilę, zademonstrowałem świetnie nadający się do robienia czyszczeń tasak firmy … nie powiem jakiej (skandynawskiej) a przy okazji usłyszałem ciekawą historię o dziku. Syn pana Antoniego, Piotrek, opowiedział mi ze szczegółami o swoim spotkaniu z potężnym odyńcem.

Otóż podczas rozbierania starego ogrodzenia, zabezpieczającego młodnik sosnowy, Piotrek zauważył leniwie poruszający się ciemny kształt. Odległość była znaczna, a i młodnik ograniczał widoczność. Dłuższa obserwacja dała jednak pewność, że jest to dzik, a właściwie duży odyniec, który zalegając w tymże młodniku smacznie sobie chrapał.

Ale najciekawsze było dla mnie to, jak Piotrek opisał „rozmiar” zwierza: „Taki był w sam raz, jak by szynki uwędzić, to by było wędliny, że ho ho”. („Ma chłopak jakieś doświadczenie” -odnotowałem.)

Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Satisfaction
2008-02-06

Z ogromną satysfakcją stwierdziłem, że zaplanowane przeze mnie działania przyniosły wyjątkowo dobry efekt. Ale po kolei.

W zeszłym roku przesunąłem czyszczenia późne w sośnie na ostatni kwartał 2007, i były one robione w grudniu. Jak wiadomo, w czyszczeniach późnych nie pozyskuje się drewna, tylko pozostawia wszystkie ścięte drzewka na powierzchni. Teraz, w pierwszym kwartale nowego roku, zacząłem od czyszczeń późnych i również pozostawienia drobnicy na powierzchni. Oprócz tego na trzebieżach sosnowych pozyskałem kilkaset metrów drewna sosnowego, które leży w stosach i mygłach.

Ta cała masa plus wszystkie gałęzie pozyskane razem z tym surowcem stworzyły bogatą bazę pokarmową dla jeleni. Jelenie chętnie spałują korę sosnową w miejscach, gdzie jest ona cienka i delikatna. Pogoda tej zimy stwarza im też idealne warunki do pobierania tego rodzaju pokarmu – nie ma mrozu, a śnieg nie zalega dłużej niż kilka dni. Jeżeli jest silny mróz, poniżej –15 stopni, jelenie przestają obgryzać korę i szukają innego pokarmu.

Korzyść wynikająca z takiej obfitości sosny do spałowania jest taka, że jelenie nie wchodzą na uprawy, nie niszczą płotów i nie zgryzają rosnących w ogrodzeniach drzewek – mają wystarczającą ilość jedzenia dookoła.

Różnica jest bardzo wyraźna – mam porównanie z poprzednimi latami. Nie zawsze zima była mroźna i śnieżna, ale zawsze był problem z jeleniami i uprawami leśnymi.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wypłata
2008-01-29

Zbliża się koniec miesiąca, więc udałem się do biura, żeby zrobić wypłatę. Chodzi o wypłatę dla pracowników, którzy wykonują w lesie różne prace. Nie są to pracownicy nadleśnictwa, ale osoby zatrudnione przez zakłady usług leśnych (tzw. ZUL-e). Co miesiąc każdy leśniczy wykonuje podsumowanie zrealizowanych w jego leśnictwie prac. Na podstawie tego zestawienia oraz zawartej na początku roku umowy nadleśnictwo wypłaca wynagrodzenie ZUL-owi, który potem rozlicza się ze swoimi pracownikami.

Na wszystko, od ścinki drzew przez zrywkę do konserwacji płotów, są oficjalne stawki, ustalone w drodze przetargu, więc wiadomo, ile co kosztuje. Na koniec każdego miesiąca robię podsumowanie dwóch działów: „pozyskanie” i „zagospodarowanie”.

W „pozyskaniu” podaję zestawienie mas drewna pozyskanych w cięciach planowych i przygodnych. (Cięcia przygodne wykonuje się niejako „poza kolejnością” – jest to usuwanie np. drzew połamanych przez wiatr czy śnieżną okiść, a także zasiedlonych przez szkodniki owadzie.)

Dział „zagospodarowanie” obejmuje wszystkie prace pielęgnacyjne i ochroniarskie, jakie wykonywane są w lesie. Rozlicza się je albo w hektarach (np. chemiczne zwalczanie szkodników leśnych, jak szeliniak, przez opryskiwanie), albo w sztukach (np. wieszanie budek lęgowych dla ptaków), albo w metrach (np. grodzenie upraw i remonty starych płotów).

Z gotowym zestawieniem jadę do biura. Tam dział techniczny sprawdza, czy wykonane prace zgodne są z wcześniejszymi planami. Potem inżynier nadzoru sprawdza jeszcze, czy faktycznie te czynności, które wpisałem, zostały wykonane i zostały wykonane dobrze. (Ponieważ jego zadaniem jest prowadzenie bieżącej kontroli w terenie, wie, czy faktycznie dany płot został postawiony, czy nie, i czy robota została zrobiona solidnie.) Kiedy on podpisze dokument wypłaty, idę do nadleśniczego, który formalnie zatwierdza dokument. Na koniec wypłata jest księgowana, a pieniądze płyną na konto ZUL-a.

(W różnych nadleśnictwach droga tego dokumentu może wyglądać trochę inaczej.)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Sikorki i inne
2008-01-24

Pogoda taka, że można się wykończyć. Jeszcze dwa dni temu był kolejny dzień deszczu, pluchy i mgły. O śniegu zdążyłbym zapomnieć, gdyby nie to, że w kałużach pod wodą była jeszcze spora warstwa lodu. Od wczoraj rana znów jest biało – i od razu można zauważyć większe zainteresowanie ptaków wywieszanymi w ogrodzie kulkami ze specjalną karmą. Wywieszam je również w lesie. Wystarczy dłuższą chwilę postać w pobliżu nich nieruchomo, żeby zauważyć, kto jest głównym klientem stołówki. U mnie na podwórku poza kulami z karmą wisi na płocie również skóra upolowanego dzika. Był wyjątkowo tłusty, a taka tłusta skóra to dla okolicznych ptaków zapas na całą zimę.

Przede wszystkim widać sikorki, głównie bogatki (te z żółtymi brzuszkami), ale zdarzają się też czarnogłówki lub sikory ubogie (czarna czapeczka i biało-beżowy brzuszek, mniejsze od bogatek; czarnogłówki różnią się od ubogich kilkoma drobnymi piórkami, a odróżnienie ich nawet dla zawodowego ornitologa jest trudne) i inne.

Sikorki nie mają zimą łatwo – kiedy wszystko przykryje śnieg, muszą w ciągu dnia zjeść tyle, żeby przetrwać noc. A potem rano – od nowa. Taki mają rytm przemiany materii. Najtrudniejszy dla sikorek jest grudzień, kiedy dzień jest najkrótszy. Mają naprawdę mało czasu, żeby znaleźć i zjeść wystarczającą ilość pożywienia – i w grudniu dokarmianie ptaków jest najważniejsze. Oczywiście później też jest ważne, najbardziej wtedy, kiedy pada śnieg i nie mają zbyt wielu możliwości pozyskania pokarmu gdzie indziej.

Oprócz sikorek zauważyłem również kowalika. Znam go dobrze z widzenia – to ptak, który w bardzo charakterystyczny sposób porusza się w górę i w dół po drzewie (ale i ścianie, i framudze). Ma charakterystyczny, cienki i długi dziób (na zdjęciu).

W wielu nadleśnictwach zamawiany jest na zimę specjalny pokarm dla ptaków w postaci kul z tłuszczu i ziaren. Leśnicy rozwieszają te kule w lesie, w miejscach gdzie wiedzą, że przebywa sporo drobnych ptaków. (Te większe, jak np. sójki i dzięcioły, radzą sobie znacznie lepiej, a poza tym są silniejsze, i dlatego jest im łatwiej. Ale jak zima wyjątkowo śnieżna i długa, to również widzę je u siebie na płocie na dziczej skórze.) Leśnicy dokarmiają sikorki nie tylko z czystej sympatii, ale również dlatego, że mają one znaczenie dla ochrony lasu – zjadają gąsienice i larwy leśnych szkodników.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Z pamiętnika łani licówki*
2008-01-21

„Uff. Dobrze, że udało nam się przed świtem zalogować do tego młodnika. Ogrodzony, nie za bardzo zwarty, zapewnia spokojny chillout na cały dzień. Wilki tu nie dotrą, a gdyby się pojawiły, na pewno nie wejdą do środka. Nie będzie też im się chciało obstawiać nas cały dzień. Po prostu pełen wypas. Sezon polowań na łanie też się skończył, więc nawet jak nas znajdzie ten leśniczy, co jeździ niebieskim huczącym pudłem z tym swoim durnym psem, to najwyżej przegoni, strzelać nie będzie… A my tu tymczasem… Mniam, mniam, mniam… Chrrr … Chrrrrrrrr … Chrrrrrrrrrrrrrrrrr …

Ooo, co to, jak to… zaczyna ciemnieć i zimnieć… ale można już stąd iść, iść jeść, iść jeść, jeść… Ooo, trzebież, mniam. Trzebież jak wyprzedaż, mniam. Pościnane okazyjne młode sosenki, mniam mniam, pyszniutka delikatna kora w promocji, mniam, wprowadzać, konsumować, uczta roślinożerców!

A teraz dalej, dalej, w poszukiwaniu okazji i małmazji oraz specjalnych megapromocji! O, jest, tu chodźcie, tu leży, piękny złom, wiatr przewrócił, wiatr przecenił to drzewo na tym dziale w tym oddziale i teraz można skubać, spałować, mlaskać…

Dalej, dalej, kłusikiem, truchcikiem, cichym ruchem, raz szybciej raz wolniej, ucho do góry, teraz stójcie, stójcie, ucho do góry… droga wolna, przez las, przez noc, cały czas, skubiemy po drodze co się da, jakieś runo, może być i wrzos…

O, a tu opcja nowa – czyszczenie raciczek, piękny dół z piaseczkiem, wybieramy, wybieramy, oczywiście, takiej okazji przepuścić nie można; czyścić, deptać, dreptać, szurać, szorować… piękne raciczki, czyściutkie buciczki…

Nareszcie łąka, łąka pachnie, mokrą trawą, mokrym księżycem, tu szept, tam szelest, tu trawki mniej, tam więcej, tu listek, tam krzaczek, jeść jeść jeść… Mniam, mniam, mniam …

Co, co, co to znaczy? Co to za hałas? Kto wysyła takie impulsy? Dlaczego alarm? Uwaga wszyscy! Ewakuacja! Powtarzam! Ewakuacja! Szybko do wyjścia, biegniemy za zielonymi strzałkami ewakuacyjnej drogi! Uwaga na nogi! Zmieniamy obiekt!”


* Postanowiłem wyobrazić sobie, jak wygląda rzeczywistość z prespektywy jelenia, a dokładniej łani, łani licówki – bo u jeleni to wcale nie samiec jest przewodnikiem stada, tylko łania, najczujniejsza i najbardziej spostrzegawcza (licówka).

Na zdjęciu: ospałowane, czyli obgryzione przez jelenie wałki pozyskanego drewna.


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Łowiectwo a leśnictwo
2008-01-15

Oczywiście Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe współpracuje z Polskim Związkiem Łowieckim, m.in. w zakresie ochrony środowiska, zachowania i rozwoju populacji zwierząt łownych i innych zwierząt dziko żyjących. Na terenach LP – tak samo jak na innych – znajdują się obwody łowieckie, gdzie prowadzona jest gospodarka łowiecka.

Niewielu leśników jest myśliwymi, i jest to ich prywatna decyzja, niezwiązana z wykonywanym zawodem. Tak samo są leśnicy-rzeźbiarze czy posiadający licencję pilota. Leśnicy-myśliwi są członkami kół łowieckich, tak samo jak przedstwiciele innych zawodów, np. weterynarze czy księża.

W każdym obwodzie łowieckim, w którym prowadzona jest racjonalna, zgodna z prawem gospodarka łowiecka, ma ona na celu dbałość o równowagę tamtejszego ekosystemu. Wiadomo, że jeżeli liczebność jakiegoś gatunku się zwiększy i będzie sztucznie utrzymywana na wysokim poziomie, może to doporowadzić do destabilizacji całego ekosystemu. Najlepiej to widać na przykładzie lisów – nadmierna ich ochrona poprzez szczepienia przeciwko wściekliźnie doprowadziła do nadmiernego wzrostu tej populacji i wyginięcia w niektórych rejonach drobnej zwierzyny – saren, zajęcy, bażantów, kuropatw…. (Lisy były i są szczepione po to, żeby zapobiec epidemii wścieklizny.) Teraz bardzo dużym wysiłkiem zarówno kół łowieckich, jak i leśników prowadzone są prace nad reintrodukcją, czyli ponownym wprowadzeniem na dany teren zajęcy i kuropatw.

Ale równie dobrze ogromnych szkód w prowadzonych przez leśników uprawach może dokonać nadmiernie liczna populacja łosi czy jeleni.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szacunki brakarskie
2008-01-08

Mróz się skończył. Teraz przy temperaturze około zera chodzę po podwórku w swetrze, bo wydaje mi się, że jest naprawdę bardzo ciepło. Śniegu za dużo nie ma, tak do kostek. Szczeniaki harcują całymi dniami – też się cieszą z bardziej przyjaznych temperatur. Wczoraj wyjechał kolejny. Zostało ich pięć, a mam wrażenie, jakby naprawdę na podwórku zrobiło się pustawo.

Dziś z podleśniczym robiliśmy szacunki brakarskie na rok 2009 (na ten już dawno zrobiliśmy). Nie wiem, czy pisałem wcześniej, że w moim leśnictwie obsada jest dwuosobowa, czyli pracuję nie tylko ja, ale i podleśniczy. (Służbowo jestem jego przełożonym.) Niektóre prace podleśniczy robi sam, niektóre robimy razem, niektóre ja robię sam.

Szacunki brakarskie robi się w drzewostanach, w których zaplanowana jest trzebież albo zrąb. Mają one na celu przede wszystkim określenie w metrach sześciennych masy, jaką można pozyskać. W przypadku zrębu sprawa jest prosta – mierzy się wszystkie drzewa, jakie rosną na powierzchni działki zrębowej. Pomiar polega na zmierzeniu za pomocą średnicomierza średnicy drzewa na wysokości 1,3 m nad ziemią (czyli w tzw. pierśnicy, przeciętnie na wysokości piersi człowieka). Pomierzone średnice zapisuje się w specjalnym formularzu (tzw. raptularzu). Do tej roboty potrzebne są dwie osoby – jedna mierzy drzewa, a druga zapisuje, co jej pierwsza dyktuje. Robienie tego w pojedynkę to koszmar, bo trzeba mieć przy sobie i siekierę, i raptularze, i klupę, i wysokościomierz, i farbę do znaczenia drzew…

Razem ze średnicą mierzy się również wysokości drzew – wykonuje się co najmniej 30 pomiarów dla różnych średnic. Uzyskuje się w ten sposób krzywą wysokości, co pozwala na odczytanie później wysokości dla drzewa o dowolnej pierśnicy.

Pomiary wysokości i pierśnic robi się dla każdego gatunku oddzielnie na oddzielnym raptularzu. Różne gatunki różnie przyrastają, ale przede wszystkim potrzebna jest wiedza, ile drzew jakiego gatunku znajduje się na danej powierzchni, i jaka masa jest do pozyskania z każdego gatunku.

Szacunki brakarskie to metoda znana od wielu lat – była stosowana już w czasach przedwojennych, także w lasach prywatnych. (Po wykonaniu pomiarów pierśnic i wysokości masę wyznaczonego zrębu określano na podstawie odczytów ze specjalnych tabel – tablic miąższości. Dziś robi to system komputerowy.)

Dzisiaj na podstawie szacunków nie prowadzi się sprzedaży jak kiedyś, ale jedynie planuje się pozyskanie.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Choinka alternatywna
2007-12-23

Anglosasi robią świąteczne dekoracje z liści ostrokrzewu, bluszczu czy wawrzynu. Jemioła, również związana ze świąteczną symboliką, to ślad kultury celtyckiej. Pomimo coraz większej globalizacji i unifikacji obyczajów, myśląc o choince, najczęściej mamy na myśli zielone, iglaste drzewko. Drzewko oczywiście będące rośliną, a nie plastikowym towarem choinkopodobnym, który wprawdzie przez wiele lat zachowa kolor, ale raz wyprodukowany, pozostanie na tym świecie przez kilkaset lat. Mam nadzieję, że wraz ze wzrostem ogólnej świadomości ekologicznej liczba sprzedawanych co roku sztucznych choinek będzie malała.

Jak poznać, że choinka jest świeża? Musi mieć igły dobrze trzymające się gałązki. Ich kolor powinien być zielony – jasny lub ciemny, w zależności od tego, gdzie drzewko rosło – w żadnym razie żółtawy czy brązowy.

Jeżeli chcemy, żeby drzewko stało w naszym domu do Trzech Króli lub dłużej, powinniśmy zapewnić mu jak najlepsze warunki. Na świeżym powietrzu mogłoby przetrwać do wiosny, ale w ogrzewanym pomieszczeniu to się nie uda. Warto jednak zakręcić znajdujący się najbliżej choinki kaloryfer i wstawić ją do wody. Mimo że drzewo jest martwe, w dalszym ciągu będzie pobierało wodę, więc będzie znacznie wolniej wysychać. Warto również rozważyć kupno choinki w doniczce, którą można będzie wiosną posadzić w ogrodzie lub na działce.

Jeżeli poszukujemy odmiany w ramach tradycji i zamiast świerczka chcemy czegoś innego – można pomysleć o daglezji, jodle bądź cyprysie. Każda z tych roślin ma zapach inny niż świerk. Jeżeli chcemy pójść jeszcze dalej w poszukiwaniu choinki „alternatywnej”, można ją upleść samemu z gałęzi wikliny, a następnie pomalować np. złotą farbą. Można też spróbować udekorować dom sosną – na pewno będzie inaczej, a równie ładnie.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Choinka, czyli co?
2007-12-20

Choinka w formie stojącego w pokoju drzewka ozdobionego świecidełkami to tradycja w naszym kraju dosyć nowa, bo XIX-wieczna. Ale wcześniej również funkcjonowały różnego rodzaju „choinki” – na Pomorzu dawano dzieciom przystrojone rózgi, w innych rejonach (m.in. na łemkowszczyźnie) wieszano małe drzewko lub przystrojoną gałazkę pod powałą izby.

Współcześnie „choinką” bywa z reguły świerk, ale również nie zawsze i nie wszędzie. Na przedświątecznych kiermaszach obok świerków (najczęściej sprzedawane gatunki to świerk zwyczajny i świerk kłujący) spotykamy również jodłę (w odmianie pospolitej i kaukaskiej), daglezję i cyprys. (Nie można wykluczyć, że w tym roku zobaczymy również choinki sprowadzane z Chin, ale co to będą za drzewka, to się dopiero okaże.)

Coraz częściej o wyborze choinki decyduje moda, niejednokrotnie w pewien sposób zakorzeniona w tradycji. Np. niektórzy górale twierdzą, że świerkowa choinka to oznaka wyjątkowej biedy i po prostu takiej mieć nie wypada – musi być jodła. Wiele osób decyduje się na kupno jodłowego drzewka, przeznaczając na nie sumę większą, niż kosztowałby świerk podobnych rozmiarów, z powodów właśnie „prestiżowych”. Ale chyba niewiele z tych osób wie, że to nie nowy obyczaj, ale stara góralska tradycja.

Świerki trafiające do naszych domów przed świętami już raczej nie pochodzą z lasu. Wprawdzie niektóre nadleśnictwa – jak moje – przed świętami organizują sprzedaż świerkowych choinek, ale raczej na małą, lokalną skalę. Większość drzewek dostępnych w sprzedaży ogólnej pochodzi z plantacji, polskich bądź zagranicznych. Takie plantacyjne drzewka, którym przez cały czas wzrostu (6-8 lat) zapewniano optymalne warunki pod względem miejsca, światła oraz nawozów, są bardziej rozłożyste i mają ciemny zielony kolor. (Choinki typowo leśne będą miały kolor jaśniejszy – rosną nie na otwartej przestrzeni, ale pod osłoną innych drzew, które zabierają im część światła.)

Na zdjęciu – zima wyglądająca tak, jak może wyglądać, a nie jak wygląda w tym roku.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Łoś i choinki
2007-12-17

Dziś pracownicy wycinali choinki do sprzedaży. Robili to na ogrodzonej uprawie w ramach czyszczeń. Gdyby nie święta, świerczki zostałyby w lesie – przy czyszczeniach wycięte drzewa po prostu się zostawia na ziemi. A ponieważ święta za pasem i rusza sprzedaż choinek, wybrałem kilkanaście najładniejszych i zawiozłem do leśniczówki, w której jest prowadzona sprzedaż.

Na uprawę z choinkami nie wszedłem wcale – jak można by się domyślać – przez bramę, tylko przez zdewastowane przęsło płotu. Sposób, w jaki zostało ono zniszczone, budzi respekt do zwierzęcia, które to zrobiło. Przęsło zostało rozbite w drobny mak – niewielkie fragmenty (świerkowych żerdzi) rozrzucone były jakies sześć metrów dalej. Sądząc z rodzaju szkód wewnątrz płotu, musiał to być łoś – jelenie przede wszystkim spałują drzewka (ogryzają z kory), a łosie raczej zgryzają pączki boczne i szczytowe. Jeżeli drzewko jest za wysokie i łoś nie może dosięgnąć do pączka szczytowego, łamie je. Nietrudno więc stwierdzić, kto jest sprawcą szkód w uprawie… Wszystko wskazuje na to, że sprawca szkód pędził jak burza, kiedy trafił na płot.

Ludzie z okolicznych wsi coraz częściej zgłaszają do nadleśnictwa przypadki zagryzienia przez wilki wiejskich psów. Z reguły niewiele z nich zostaje. To wprawdzie dość daleko ode mnie, ale dla watahy wilków 20 km to nie jest żadna odległość – taki dystans nawet mój pies bez problemu przebiega za rowerem i traktuje jako dobry spacer. Coraz bardziej się dziwię, że moje kozy do dziś dnia dożyły w komplecie – przecież od wczesnej wiosny do później jesieni pasą się na leśnej łące. Teraz stoją zamknięte w swojej stajni.

Szczeniaki są już samodzielne i całą dobę harcują po podwórzu. Ponieważ znalazły już wszystkie dziury w płocie, nawet te, o których ja nic nie wiedziałem, wyłażą przez nie i nie sposób ich upilnować.

Mnie się nie kojarzą z tłustym kotletem, ale wilkowi…


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Sosna pospolita i sosna mazurska
2007-12-14

Oglądałem dziś swoją uprawę pochodną. Jest to uprawa założona z sadzonek wyhodowanych z nasion pochodzących z wyselekcjonowanych drzew doborowych, na których zbiera się szyszki, nie ścinając drzew. Reszta nasion sosny jest pozyskiwana przy okazji zrębów i innych cięć – kiedy drzewo leży, zrywane są szyszki. Drzewa doborowe to drzewa o cechach wyjątkowych z punktu widzenia leśnej gospodarki (zdrowotność, wielkość, jakość surowca który można uzyskać itp.).

Zastanawiałem się, czy w przypadku małych, pięcioletnich sadzonek widać już te wyjątkowe cechy. Zauważyłem pewne oznaki – np. drobne ugałęzienie – które rzeczywiście odróżniają sadzonki tej uprawy od sadzonek na innych, niepochodnych uprawach.

Sosna to gatunek najbardziej pospolity w Polsce i w Europie. Nie występuje jedynie tam, gdzie klimat jest wybitnie oceaniczny, oraz na obszarach najbardziej wysuniętych na południe. Na wschodzie dociera do Morza Ochockiego, a cała Skandynawia i Syberia to właśnie sosna. Na obszarze Polski wyodrębić można kilka „ras” sosny – pruska, ryska, hercyńska, karpacka i polska.

Sosna, która rośnie w moich drzewostanach, nazywana jest sosną mazurską i jest zaliczana do rasy ryskiej. Jeżeli chodzi o jakość drewna, to ta właśnie, mazurska sosna zawsze była najlepszym surowcem w całej Europie i Azji. W epoce żaglowców drzewa na maszty – wysokie i proste – pozyskiwano właśnie tu.

Przez tysiące lat ukształtował się na tych terenach konkretny genotyp sosny, dający takie, a nie inne osobniki właśnie w tych konkretnych warunkach klimatycznych. Dlatego nie jest wszystko jedno, z jakich nasion hoduje się uprawę – powinny one pochodzić z tych samych terenów co okoliczne lasy, żeby nie wprowadzać innych cech genetycznych. Oczywiście nasiona np. z Syberii wyrosłyby i tu, ale mogłyby zamierać i nie dałyby tak dobrego surowca, jak drzewa z nasion pozyskanych na miejscu, a szczególnie z drzew doborowych.

Sadzonki na moją uprawę pochodną przyjechały z Puszczy Piskiej, z okolic Guzianki. Rosną nieźle.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Święta za pasem
2007-12-07

Grudzień to bardzo miły okres, kiedy na luzie można robić „świąteczne porządki” w lesie, wyciąć choinki, które będą sprzedawane okolicznej ludności, pomyśleć o przyszłym roku i zadaniach, które już czekają… Można więcej czasu poświęcić pracy w kancelarii – uzupełnić operat urządzania lasu, wpisać tam wykonane zadania dotyczące poszczególnych powierzchni i pozyskane masy.

W moim nadleśnictwie kończy się już pozyskanie, tzn. wykonany został plan trzebieży i zrębów. Na wszystkich zaplanowanych powierzchniach wykonano przecinkę lub usunięto stare rębne drzewostany. Całe drewno sprzedano, z lasu wyjeżdżają ostatnie samochody z ładunkami. Dobrze, że ostatnie, bo po śniegach przyszedł deszcz, i jeżeli popada dłużej, to wszystkie drogi tak rozmiękną, że jakikolwiek wywóz będzie niemożliwy.

Pogoda zdaje się sprzyjać refleksji i zwolnieniu tempa – leje trzeci dzień. Rzeczka wypływająca z jeziora Wydra rozlała się potężnie, podtapiając łęgi. Przyczynił się do tego śnieg, który rozpuścił się już całkiem. Prawdziwej zimy miałem z tydzień. Starzy Mazurzy twierdzą, że mrozu tej zimy wielkiego nie będzie, ale śniegu nie zabraknie. Warto dodać, co mają na myśli, mówiąc „wielkiego” – w dzień temperatura nie powinna spaść poniżej minus 20 stopni…


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jelenie i zimowa aura
2007-11-16

Dzisiaj idąc przez las, widziałem pod rozłożystym świerkiem legowisko jeleni. Było tam pięć miejsc dobrze wyleżanych w mchu. Dookoła śnieg, a pod okapem świerku sucho. Wyglądało na to, że je spłoszyłem, bo ślady były świeże. Szedłem potem jakiś czas ich tropem i widziałem tę chmarę kilka razy.

Jelenie na otwarte przestrzenie, jak pola i łąki, najczęściej wychodzą o zmierzchu. Dzisiaj koło domu widziałem je około szesnastej, na łące za leśniczówką. Ale były to inne jelenie niż te, które tropiłem w dzień.

Na łąkach i polach szukają traw i ozimych zbóż. Jeżeli żerują nocą w lesie, to np. na skrajach dróg, małych polankach, w młodnikach. Zgryzają pędy krzewów, sadzonki na uprawach, spałują (ogryzają) ścięte kłody drewna. Zimą specjalnie dla nich ścina się osiki, z których chętnie ogryzają korę.

Z reguły również pod koniec czwartego kwartału, czyli w grudniu, wykonuje się czyszczenia późne w sosnowych młodnikach (jeżeli w danym leśnictwie są one akurat w odpowiednim wieku). Zwykle nie pozyskuje się wtedy drewna, tylko przerzedza drzewka, a ścięte pozostawia na ziemi. To dla jeleni cenna baza pokarmowa. Normalnie młodnik, który nie jest już chroniony płotem, jest poza zasięgiem pyska – młoda, miękka kora stanowiąca przysmak jest za wysoko, a ta niżej jest już za twarda. Dlatego ścięte drzewka cieszą się dużym powodzeniem, i jeżeli jest ich sporo, jelenie nie szukają innego pokarmu i nie szturmują płotów, gdzie rosną o wiele niższe sadzonki.

Piszę o zimie i śniegu, bo u mnie od czterech dni pogoda już grudniowa. Śniegu jest ok. 10 cm. Kiedy rano jestem w lesie, widzę mnóstwo świeżych śladów. Tak naprawdę to najłatwiej właśnie chodząc zimą po lesie, zobaczyć, ile żyje tu zwierząt.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Leśne cmentarze
2007-11-01

Sporo jest w lesie starych grobów. W okolicy leśniczówki były kiedyś dwie duże wsie – każda licząca po około 50 domów, co wiem ze starych niemieckich map. Pozostały po nich ruiny przy drodze, a w lesie cmentarze, które kiedyś były położone po prostu za wsią. Na większości grobów nie można już odczytać żadnych napisów.

U siebie w leśnictwie mam jeden ciekawy. Mówię o nim „Wiśniewski”. Jest to grób królewskiego strzelca Kristiana Kirschnera. Znalazłem go przypadkiem, kamienna tablica była całkiem porośnięta mchem. Kiedyś postanowiliśmy go z żoną wyczyścić, i wtedy okazało się, że grób pana Wiśniewskiego to jeden z najstarszych w okolicy – Kirschner urodził się 1 stycznia 1787 r., a zmarł 3 kwietnia 1853. Dziś grób jest w środku młodego, 40-letniego lasu. Ale w kwietniu 1853 był tam niechybnie stary las, w którym Wiśniewski chciał, żeby pochowano go pod jakimś starym drzewem...

Ostatnio przypadkiem natrafiłem na kolejne dwa groby, ogrodzone niskim drewnianym płotkiem. Niestety nie ma przy nich żadnej tablicy, brakuje też krzyża, po którym został tylko postument. Nie wiem więc, kto tam leży. Ale wiem, że kiedyś odwiedzał te groby pewien starszy pan z Niemiec – dawny mieszkaniec pobliskiej, nieistniejącej już wioski.

Wszystkie leśne groby na terenie naszego nadleśnictwa są zinwentaryzowane i będą ogrodzone, żeby nie przepadły. W końcu to historia tych terenów.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Towarzyska redukcja efektu cieplarnianego
2007-10-13

Wczoraj byłem na regionalnej naradzie gospodarczej w Białymstoku. Była to jedna z cyklu narad, które mają przygotować Lasy Państwowe do uczestnictwa w systemie redukcji efektu cieplarnianego. System ten powinien zacząć działać na początku roku 2008, pod warunkiem że nowy Sejm szybko uchwali odpowiednią ustawę.

Na naradzie było ok. 1400 leśników – nadleśniczowie, ich zastępcy i leśniczowie z dwóch dyrekcji regionalnych. Wszyscy przybyli autokarami. Podobno z niektórych nadleśnictw autokary wyruszały o drugiej w nocy, żeby zdążyć na dziesiątą. My na szczęście wyruszaliśmy o siódmej rano.

Były wystąpienia ministra środowiska i głównego analityka Lasów Państwowych, którzy mówili o projekcie ustawy, dzięki której Lasy Państwowe mogą zyskać dodatkowe fundusze. Związane jest to z handlem tzw. jednostkami emisyjnymi. Według tzw. protokołu z Kioto każdy kraj, który podpisał ten protokół zobowiązał się do wyprodukowania nie więcej niż określonej liczby ton dwutlenku węgla rocznie. Niektóre kraje, posiadające bardzo rozbudowaną infrastrukturę przemysłową, przekraczają te normy. Mogą jednak odkupić jednostki emisyjne od państw, które ze względu np. na dużą ilość lasów i małą emisję CO2 (jak Polska), posiadają „nadwyżkę”, czyli nie wykorzystują całej swojej puli. Dzięki sprzedaży wolnych jednostek emisyjnych Lasy Państwowe zyskają dodatkowe pieniądze, które mają zostać przeznaczone na wszelkie projekty, które jeszcze bardziej zwiększą stopień pochłaniania dwutlenku węgla z atmosfery.

Narada miała jeszcze aspekt towarzyski. Spotkałem tam wielu swoich kolegów ze studiów. Były opowieści o dzieciach, o dawnych przewagach, o łowach, samochodach terenowych i oczywiście o polityce. Było wesoło, trochę śmiesznie – niektórym zarysował się wydatny brzuch, niektórzy wyłysieli… Ostatecznie tuż przed trzecią autokary rozpoczęły intensywną emisję CO2 i pomknęliśmy do domu.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Narada i jesienne poszukiwania
2007-10-09

Dzisiaj byłem w biurze na naradzie. Narady w naszym nadleśnictwie są organizowane mniej więcej co miesiąc. Zwykle na naradach podsumowuje się miesiąc, kwartał, rok czy półrocze. Nadleśniczy zapoznaje nas wtedy ze statystykami, jakie wypracowaliśmy. Informuje nas również, z czyjej pracy jest najbardziej, a z czyjej najmniej zadowolony. Dodatkowo ustalamy, które zadania są bardziej, a które mniej ważne. Jeżeli w jakimś leśnictwie występuje problem i z jakiegoś powodu leśniczy nie radzi sobie z bieżącymi zadaniami, musi to uzasadnić (np. brakiem pracowników) i wówczas wspólnie szuka się jakiegoś rozwiązania (np. przesunięcie czasowe pracowników z innego leśnictwa, w którym już zakończyli bieżące zadania.)

Ustalane są również ogólne wytyczne dotyczące np. polityki bieżącej wobec ćwiczących wojsk. Na terenie naszego nadleśnictwa jest dużo poligonów i wojsko w trakcie manewrów korzysta z niektórych dróg. Ale jeżeli armia zaczyna przekraczać swoje uprawnienia i za bardzo ją widać w lesie, musimy wszyscy wiedzieć, jak w takich przypadkach postępować.

Na naradzie jest zawsze nadleśniczy, jego zastępca, czasami jakiś gość specjalny, czasami pracownicy techniczni. Oczywiście jest to również okazja do spotkania całej załogi. Chociaż pracujemy w tym samym nadleśnictwie, spotykamy się rzadko. Mieszkamy dość daleko od siebie, część w małych miejscowościach, a część w leśnych enklawach, więc życie towarzyskie na szerszą skalę raczej nie istnieje.

Dziś oprócz statystyki na naradzie był prezentowany film szkoleniowy o nowej metodzie poszukiwania pierwotnych szkodników sosny.

Co roku prowadzone są tzw. poszukiwania jesienne. Są to działania mające na celu ocenianie zagrożenia sosen przez tzw. szkodniki pierwotne, takie jak np. barczatka sosnówka, strzygonia choinówka, poproch cetyniak. Do tej pory szukało się tych owadów po pierwszych przymrozkach, przed nastaniem mrozu i śniegu, pod jednym drzewem i w jego korze. Od tego roku będziemy prowadzić monitoring sosen nową metodą. Też będziemy szukać owadów o tej samej porze roku, ale nie pod jednym drzewem, tylko pod kilkoma, za to w wyznaczonych fragmentach ściółki oraz pod korą. Moim zdaniem stara metoda była łatwiejsza. Z nową muszę się jeszcze dokładnie zapoznać, dostałem grubą instrukcję …

Dzięki monitoringowi można określić zagrożenie drzew. Jeżeli na powierzchniach próbnych ktoś znajdzie gąsienice i poczwarki danych owadów, wysyła się je do Zakładu Ochrony Lasu (ZOL) właściwego dla siedziby danego nadleśnictwa. Tam określa się dokładnie gatunki znalezionych owadów oraz próbuje ocenić, czy biorąc pod uwagę ilość występowania wszystkich znalezionych na danym terenie poczwarek i gąsienic, będą w przyszłym roku konieczne dodatkowe działania ochronne, np. opryski z samolotów.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Ostatni kwartał zaczęty
2007-10-05

Zaczął się ostatni kwartał roku. To znaczy, że wszystkie zadania z hodowli lasu w zasadzie są już wykonane. Wszystkie pielęgnacje i czyszczenia zrobione. Zostały rozpoczęte  ostatnie powierzchnie trzebieżowe, które kończą pozyskanie w moim leśnictwie. W sumie w tym roku wyniesie ono około 6 tys. m3.

Pod względem pozyskania ten rok był bardzo dobry do prowadzenia. Wiele osób chciało kupować drewno, więc nie było żadnych trudności i wszystko szło zgodnie z planem. W poprzednich latach bywało, że wycięte drewno czekało na chętnych. W tym roku sprzedawało się właściwie na bieżąco. Sprzedaje się zresztą wciąż – dzisiaj cały dzień spędziłem, wydając drewno przewoźnikom. Wywóz polega na tym, że jadę z przewoźnikiem w jego samochodzie i po kolei mówię mu, gdzie leży drewno, które może zabrać. Potem on je ładuje, ja wypisuję mu kwit wywozowy i może już wyjechać z lasu.

Oczywiście jeżdżę też własnym samochodem, wtedy samochód wywozowy jedzie za mną. Ale mój samochód znowu się zepsuł, tym razem pękł resor. Okazało się przy okazji, że nie ma gdzie go w pobliżu kupić ani dorobić, tylko trzeba jechać do tzw. dużego mista, czyli 150 km ode mnie. To oczywiście niedużo, ale przy obecnym stanie dróg, kiedy dosłownie każda droga w okolicy jest rozkopana, a większość prac wygląda jak odkrywkowe kopalnie węgla kamiennego, nawet krótka  podróż przeradza się w całodzienną wyprawę. Na szczęście pan w warsztacie nie powiedział mi „jutro, kochany, jutro” tylko „za dwie godziny”. Tak więc resor już mam. Muszę go jeszcze zamontować, ale zbliża się weekend, więc liczę na to, że znajdę chwilę czasu.

Jeden z przewoźników opowiadał mi o tym, że ma rosyjski holownik, którym kiedyś pracował na bindudze przy spławie drewna. O tym, że ma żaglówkę, że lubi łowić ryby, że Śniardwy zna jak własne pięć palców… Czasami można się dowiedzieć o ludziach bardzo różnych rzeczy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dzień w pracy
2007-09-26

Dzień zacząłem od naprawiania samochodu. Bo wcale nie jest tak, że leśniczy ma samochód służbowy. Przysługuje on tylko straży leśnej. Pozostali muszą sami zapewnić sobie środek transportu, bo na piechotę ani rowerem nie da się pracować w leśnictwie mającym powierzchnię około 2 tysięcy hektarów. Poza tym każdy samochód użytkowany w lesie dosyć szybko ulega degradacji – żaden samochód nie lubi być rozbijany po dziurach i bagnach. No i żaden tego długo nie wytrzyma. Najlepszy jest samochód taki, który w najbardziej podstawowym zakresie można samemu naprawić. Ja dzisiaj postanowiłem zrobić porządek z drzwiami – już prawie żadne się normalnie nie zamykały. Podczas radosnego remontu myślałem ile kosztowałby mnie nowy samochód, oczywiście w sensie „inny”, bo ten najwyraźniej się już kończy i dni jego są policzone. Niemniej chciałbym moment zezłomowania mojego niebieskiego szerszenia odwlec jak najbardziej – mam nadzieję że jeszcze nim trochę pojeżdżę.

Zaraz potem pojechałem do lasu. Po drodze zauważyłem, że wojsko, które u nas w lesie ma swoje drogi, jeździ również „naszymi” – a duży ruch podczas manewrów na poligonie bardzo je niszczy. Potem zajrzałem na powierzchnię, gdzie pilarze robią trzebież wczesną. Niedawno zaczęli, więc skończą dopiero w przyszłym miesiącu. Ale ponieważ dobrze wiedzą co robią, nie muszę ich sprawdzać codziennie – wiem że nie wytną ani za dużo ani za mało, tylko dokładnie tyle ile wyznaczył podleśniczy.

Potem odbierałem drewno stosowe. Pomierzyłem jego ilość (za pomocą taśmy mierzę szerokość i długość stosu), sprawdziłem długość wałków. Potem wprowadziłem wszystkie dane do rejestratora i pojechałem dalej.

Obejrzałem powierzchnię gdzie pan Kazimierz robił czyszczenia. (Czyszczenia to zabieg pielęgnacyjny polegający na zmniejszeniu liczby sadzonek na powierzchni w taki sposób, żeby stworzyć korzystne warunki świetlne dla najlepszych drzewek. Selekcja taka jest niezbędna, ponieważ początkowo sadzi się bardzo dużo sadzonek, a potem stopniowo wybiera najlepsze.) Powierzchnia duża, około 5 hektarów. Rośnie tam bardzo dużo różnych gatunków – dąb, brzoza brodawkowata, jabłoń, grusza, świerk, klon jawor, sosna, lipa, olcha. Musiałem sprawdzić jakość wykonania pracy. Okazało się że większość jest zrobiona dobrze, ale są jeszcze miejsca w których trzeba będzie wprowadzić poprawki.

Dodatkowo zmierzyłem długość wyremontowanego w tym miesiącu płotu. Rozwaliły go jelenie byki – i to już po raz kolejny tej jesieni. Trwa rykowisko jeleni, a moja uprawa najwyraźniej stoi im na jakiejś trasie – często włamują się do środka, za nic mając siatkę. Kiedy już wejdą, walczą ze sobą, przy okazji depcząc moje sadzonki. A przez połamany płot do środka dostała się również klempa z łoszakiem, którą robotnicy zauważyli i wygonili - całe szczęście, że przed remontem!. (Taka samica łosia w płocie to dla uprawy leśnej i leśniczego prawdziwe nieszczęście, bo w ciągu jednej nocy potrafi połamać i ponadgryzać bardzo dużo drzewek.)

Potem jeszcze pognałem do biura, gdzie musiałem oddać meldunek dotyczący pozyskania surowca w leśnictwie. W biurze wszyscy zakatarzeni, każdy siedzi przy komputerze z dużym zapasem chusteczek do nosa. Mam nadzieję że się nie zaraziłem. Na wszelki wypadek łyknąłem herbaty z sokiem z czarnego bzu…

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szklana pułapka
2007-09-24

Urlop się właśnie skończył. Niby dwa tygodnie ale jakoś szybko zleciało. Jutro znowu do pracy. Nie udało mi się wyjechać na dłużej niż kilka dni, bo żeby się ruszyć z domu musiałem poprosić znajomych żeby pomieszkali kilka dni w leśniczówce i zajęli się moimi zwierzakami, które tu zostały. Miałem ambitny plan, że po powrocie zabiorę się do zaległych drobnych prac domowych (ponaprawiam niektóre rzeczy itp.), że zrobię budę dla psa … ale jakoś niegdy jeszcze nie udało mi się wykonać całego planu. Zawsze urlop mija i okazuje się że był co najmniej o połowę za krótki. Moim leśnictwem w międzyczasie opiekował się podleśniczy. Ale od jutra to on idzie na urlop …

Coraz bardziej widać jesień. Odleciały już wszystkie letnie ptaki – zniknęły z ogrodu pliszki i jaskółki. Codziennie słychać przelatujące gęsi i żurawie. Nocą z okna słychać jak ryczą jelenie. Jak się wyjdzie przed dom to jeszcze bardziej słychać. Codziennie rano na łące i w ogrodzie mgła gęsta jak mleko, która koło ósmej znika. Potem wychodzi słońce i cały dzień jest ciepło, ale jak tylko zajdzie robi się zimno.

W domu nastąpiła inwazja myszy – ciągną paskudy z pola i podwórka. Jedną nawet przyniosłem na ramieniu ze stajni kiedy niosłem do domu siodło żeby je naprawić. Brrr…. Zastawiam więc pułapki, bo inaczej zjedzą mi i mąkę, i makaron, i nawet plastikowe worki na śmieci ponadgryzają. W zeszłym roku chciały zrobic gniazdo w kuchennej szufladzie – tej najmniej używanej. Ale teraz postanowiłem się nie dać. Na razie stawiam tradycyjne pułapki – z umiarkowanym sukcesem (udało mi się złapać 2 sztuki). Ale zamówiłem przez internet urządzenie które ma odstraszać gryzonie – nie tylko myszy ale i kuny i łasice. Działa ono na ultradźwięki niesłyszalne dla człowieka – podobno. Zobaczymy. Myszy mają się wyprowadzić – tak twierdzi sprzedawca urządzeń. A kolega opowiedział mi o sposobie w jaki jego babcia łapała myszy – stawiała na blacie szklankę, pod szklankę wkładała kawałek serka czy inną przynetę, podpierała szklankę monetą. Kiedy mysz przeciskała się pod szklanką po smakołyk, potrącała monetę, a sama znajdowała się w szklanej pułapce. (Pozostawało wyjąć mysz ze szklanki …). Na razie liczę dni do nadejścia paczki z odstraszaczem. O efektach dam znać!


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Leśniczy na wyjeździe
2007-09-19

Jechałem na urlop. Specjalnie chciałem ominąć remontowany odcinek drogi i ruszyłem objazdem. Już pomijam fakt, że objazd ten został chyba wytyczony co najmniej dziwnie – trzeba nadłożyć jakieś 40 kilometrów. Lepiej i taniej więc czekać na zielone światło w miejscu gdzie remontują główną trasę – no ale tego nie mogłem wiedzieć wcześniej. Jadę więc wąską drogą między polami. Dopuszczalna prędkość 90 km/h, ale jadę dużo wolniej, bo droga kręta, w samochodzie małe dziecko. Widzę z daleka cmentarz i ludzi wychodzących z niego. Również wyjeżdżających samochodami. Zwalniam jeszcze bardziej. Nagle samochód wyjeżdża z drogi z cmentarza wprost na drogę przede mną – chociaż nie powinien! Hamuję do oporu. Słychać uderzenie. Myślę sobie, że to już koniec mojego właśnie rozpoczętego urlopu. W myślach liczę koszty. Widzę wgniecione tylnie drzwi w samochodzie w który uderzyłem. Samochód ten krąży obecnie po leżącej przy drodze łące i próbuje wyjechać. Wysiadam.

Okazuje się, że „u mnie” nic się nie stało. Nawet zderzak cały. Światła działają, maska otwiera się i zamyka. Z łąki wyjeżdża tamten samochód, kierowca wysiada. Ku mojemu zdumieniu oświadcza, że to ja powinienem zapłacić za uszkodzone drzwi w jego samochodzie. (On wyjechał z drogi podporządkowanej na główną i jego obowiązkiem było upewnić się, że jest ona wolna i może na nią wyjechać. Ja jechałem zgodnie z przepisami, na całe szczęście dużo wolniej niż mogłem. Do całkowitego wytracenia prędkości zabrakło mi około dwóch metrów.) Nie ma sposobu żeby go przekonać. Dzwonię na policję – ale zanim udaje się uzyskać połączenie, widać nadjeżdżający drogą policyjny polonez.

Policjant zatrzymał się i wysłuchał wersji obu stron. (Moją wersję opisałem powyżej – druga brzmiała mniej więcej tak, że pojawiłem się znikąd i jechałem na pewno sto dwadzieścia i że chciałem go zabić. (Gdybym jechał faktycznie 120, to sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej i nie wiem czy napisałbym jeszcze cokolwiek na tej stronie) Policjant ocenił sytuację i od razu oświadczył, że według przepisów poszkodowanym jestem ja a sprawcą drugi kierowca. Ponieważ wydawało się że on zupełnie tego nie rozumie, uświadomił mu jeszcze, że może ukarać go mandatem i dołożyć punkty karne. W międzyczasie lunął deszcz i musieliśmy ukryć się w samochodzie policyjnym (polonez ze skórzaną tapicerką – wow!!!). Tu udało się uzyskać salomonowe rozwiązanie całej sytuacji – policjant sporządził notatkę służbową, ja mogłem jechać dalej, a drugi kierowca pogodził się z faktem że wina była po jego stronie i to on musi z własnej kieszeni zapłacić za naprawę drzwi.

Przez resztę trasy zastanawiałem się jak w trakcie wypadku zachowuje się fotelik dziecięcy. Na szczęście uderzenie było na tyle lekkie, że nikomu z nas nic się nie stało, a maluch nawet chyba nie zauważył że działo się coś złego...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Planowanie
2007-09-11

Co roku robię plan na rok przyszły – oczywiście opierając się na operacie. Czyli planuję wykonanie zrębów i trzebieży na określonych powierzchniach (na których to wynika z operatu). Oprócz tego muszę przewidzieć tzw. użytki przygodne, czyli np. uporządkowanie lasu po wichurze czy usuwanie posuszu. Planuję też zabiegi z zakresu ochrony lasu oraz hodowli. Ochrona lasu to np. zabezpieczanie młodych upraw przed zgryzaniem przez zwierzynę (np. stawianie płotów ogradzających uprawy, smarowaniem sadzonek repelentami), wywieszanie budek lęgowych, prowadzenie poszukiwań szkodników na powierzchniach próbnych i prognozowanie na tej podstawie ilości szkodników... Hodowla lasu to z kolei pielęgnacja upraw (koszenie chwastów i samosiewów brzozy czy osiki zarastających małe sadzonki), pielęgnacja młodników (przerzedzanie ich w określony dla każdego gatunku sposób, tak aby zostawić jak najlepsze jednostki), odnawianie powierzchni zrębowych (sadzenie lasu tam, gdzie uprzednio został wycięty) itp.

W 2007 mam zaplanowane 17 hektarów pielęgnacji młodników. Do tej pory nie uporałem się z tym zadaniem, ponieważ zabrakło rąk do pracy… Prace w lesie wykonują ludzie zatrudnieni w Zakładzie Usług Leśnych, który podpisuje stosowną umowę z nadleśnictwem. Wyraźnie widać, że ludzi do pracy jest coraz mniej. Tym, którzy są na zasiłkach, „nie opłaca się” pracować za stawkę oferowaną przez ZUL. Ci, którzy byli operatywni, wyjechali do Anglii, Holandii, Hiszpanii, Włoch czy Niemiec. Tak więc znalezienie pracownika do prostych prac leśnych stanowi coraz większy problem – i dopóki stawki nie wzrosną, będzie on coraz większy. (Problem dotyczy nie tego, że Lasy Państwowe płacą mało - kwota za poszczególne usługi jest ustalana w drodze przetargu – ale że pośrednicy, czyli właściciele ZUL, przynajmniej tu w okolicy, bardzo mało płacą swoim pracownikom.)

Niedawno usługowiec stanął na wysokości zadania i przysłał do pracy człowieka. Razem pojechaliśmy na powierzchnię, żeby omówić zakres pracy, sposób wykonania zadania i takie tam….Wszystko oczywiście było dla niego jasne. Mimo to trochę miałem stracha zostawić samego robotnika z siekierą w młodniku, więc jakieś pół godziny razem z panem od siekiery wycinaliśmy drzewka prowadząc „selekcję pozytywną”. Dlaczego? Ponieważ w parę godzin hodowany przez kilkanaście lat młodnik mógłby zostać unicestwiony (w najgorszym przypadku – gdyby pan pomimo zapewnień nie zrozumiał mojego instruktażu). Następnego dnia oczywiście zajrzałem tam z samego rana. Szkolenie okazało się skuteczne. Pan Kazimierz napierał dalej robiąc wszystko zgodnie z zaleceniami. No, prawie wszystko...

(Na zdjęciu widnieje całkiem inny pracownik, który pracuje u mnie w lesie od lat i jak na razie nie zamierza chyba wyjeżdżać.)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Papierologia
2007-09-09

Wszystko co się robi w lesie ma swoje odniesienie w tworzonej równolegle dokumentacji. Leśniczy każdą czynność dokumentuje i potwierdza na specjalnych formularzach. Z tych wszystkich papierów najważniejsze dotyczą pieniędzy oraz ilości drewna jakie jest w lesie wycięte, pomierzone i czekające na wywóz. Leśniczy odpowiada finansowo za stan swojego magazynu – czyli za drewno jakie przyjął na stan do momentu kiedy zostanie ono sprzedane i wyjedzie z lasu. Tak naprawdę to bardzo duża część mojej pracy polega na prowadzeniu magazynu drewna. Kiedy zostanie ono ścięte – według przyjętego wcześniej planu – pracownicy układają je w stosy (drewno średnio- i małowymiarowe) oraz mygły (drewno tartaczne, czyli całe pnie).

Ta technologia już niedługo zostanie zmieniona, bo coraz więcej jest nowoczesnych fabryk, które wymagają surowca o określonej specyfikacji, więc wszystko, nawet drewno tartaczne, będzie cięte w określone długości i układane w stosy. Będą robić to specjalne leśne maszyny, forwardery i harvestery, których pracuje w Polsce już coraz więcej. Jednak koszt takiej maszyny to około 3 miliony PLN, więc nie wszystkie zakłady usług leśnych są w stanie udźwignąć taką inwestycję.

Ale wróćmy do magazynu drewna jaki prowadzi leśniczy. Każdy stos i każdą mygłę ułożoną przez pracowników musi on „odebrać” czyli nabić numer oraz oznakować logiem Lasów Państwowych. Następnie wprowadza do swojego przenośnego komputera – rejestratora – dane dotyczące ilości oraz rodzaju surowca. Od tego momentu przejmuje odpowiedzialność materialną za ten surowiec... A ceny drewna są coraz wyższe!

Następnie kontaktuje się z ustalonymi przez nadleśnictwo odbiorcami i organizuje wywóz surowca z lasu, czyli ustala kto i kiedy po „swoje” drewno przyjedzie. Kiedy wydrukowany zostanie kwit wywozowy, a drewno załadowane na samochód, odpowiedzialność się kończy. Uff...

A żaden samochód z drewnem nie może poruszać się po drogach bez dowodu legalności posiadanego surowca. Jeżeli nie ma dokumentu, oznacza to że drewno jest kradzione. Prawo do skontrolowania takiego samochodu (ale również i fury z gałęziami) ma zarówno policja jak i straż leśna.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Co leśniczy robi w lesie?
2007-09-07

Ponieważ ostatnio dużo się w okolicy działo, nie bardzo miałem czas żeby pisać o rzeczach zawodowych. Ale powoli będę to nadrabiał. Co leśniczy tak naprawdę robi w lesie?

Można powiedzieć, że zależy to od specyfiki leśnictwa. A ona z kolei zależy od struktury wiekowej, składu gatunkowego drzewostanu i powierzchni, czyli lasu w jakim się pracuje. (Oddzielną sprawą są specjalne leśnictwa szkółkowe, gdzie leśniczy zajmuje się tylko produkcją sadzonek i pozyskiwaniem nasion z których dopiero będą sadzonki.)

Ale zacznijmy od początku. Wszystkie tereny leśne, należące do skarbu państwa, są podzielone pomiędzy nadleśnictwami. Każde nadleśnictwo podzielone jest na leśnictwa. Każdym leśnictwem administruje jeden pracownik Służby Leśnej – leśniczy z pomoćą podleśniczego. Oprócz pracowników terenowych w nadleśnictwach są zatrudnieni pracownicy biura i oczywiście kierownictwo tzn nadleśniczy i jego zastępca (oczywiście na poziomie powyżej nadleśnictwa jest jeszcze dyrekcja regionalna oraz dyrekcja generalna.)

Każde leśnictwo z kolei dzieli się na oddziały –  wprowadza to do lasu ład przestrzenny –prace są ograniczone do konkretnego miejsca (które łatwo wskazać na mapie). Hamuje to gospodarkę rabunkową (nie biega się po całym lesie i szuka np. sosen na maszty do żaglowców, tylko realizuje się zadania gospodarcze na określonej powierzchni i w ustalonym zakresie) i pozwala działać według wcześniej wyznaczonego planu.

Taki podział pozwala również na wyodrębnienie całkiem małych powierzchni leśnych (wydzieleń), które są określane w terenie zasadniczo na podstawie wieku i gatunków drzew. Dla tych właśnie wydzieleń ustalane są zadania gospodarcze (np. przerzedzanie kilkunastoletnich zasadzeń – młodników, pielęgnacja upraw – pielenie młodych sadzonek, trzebieże – czyli przerzedzenia drzew w co najmniej dwudziestoletnim lesie, wycinanie zrębów – czyli ścinanie drzew które osiągnęły odpowiedni wiek). Zadania te określane są na każde kolejne 10 lat. Ustalaniem planu zajmuje się tzw. Biuro Urządzania Lasu, a całość zatwierdza Minister Środowiska.

Jak widać rzecz jest prosta. Z góry wszystko jest ustalone i przeliczone. Leśniczy – posiadając niezbędną wiedzę pilnuje realizacji planu urządzeniowego lasu (tzw. operatu).

***
Dziś rano zdarzyła mi się rzecz bardzo ciekawa. Pilnowałem załadunku drewna na samochód wywozowy. Godzina – szósta rano. Wtem – drogą jedzie pan rowerkiem. Na bagażniku – worek. Dodam, że nie widziałem go nigdy jeszcze na oczy, a mieszkam w okolicy już dziesięć lat. Pan z daleka krzyczy „Dzień dobry!”. (On również jak sądzę widział mnie pierwszy raz.) Następnie zaczął pytać, czy on może sobie nazbierać tych gałęzi, co to w zeszłym tygodniu tam skończyli ciąć i na pewno gałęzie leżą. Powiedziałem mu, że i owszem, może sobie wykupić gałęzie – 5 zł za metr przestrzenny (do worka wejdzie ok. ćwierć metra) – dostanie dowód zakupu, czyli asygnatę, i wtedy może je zabierać. Pan twardo mówił, że on jednak nazbiera, bo on tylko dzisiaj i tylko żeby rozpalić w piecu... Mówiąc wprost, miał zamiar po prostu to drewno z lasu ukraść, ale niestety spotkał leśniczego, który mu przeszkodził.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Burzowe chmury
2007-08-30

W zeszłym tygodniu nad Mazurami przeszła burza. Ta, której ofiar wciąż szukają nurkowie na dnach niektórych jezior. Nie potrafię powiedzieć, jak wyglądała ta burza nad wodą. U mnie w lesie kotłowało się już od samego rana – czuć było, że będzie jakaś większa sprawa. Ale wiatr i deszcz nie przyszły nagle. Najpierw niebo ciemniało stopniowo. Potem zrobiło się już tak ciemno jak późnym wieczorem – normalnie w południe trzeba było zapalić światło, żeby widzieć, co się ma na talerzu. Potem drzewa zaczęły się chwiać prawie do ziemi – przyszedł wielki wiatr, a zaraz za nim ściana deszczu i gradu.

Ponieważ instalacja elektryczna w mojej leśniczówce jest bardzo wiekowa, wolałem powyłączać wszelkie urządzenia. Oprócz katastrofy elektrycznej każda burza grozi również odcięciem telefonu – w sumie spaliło mi już ze 3 aparaty telefoniczne.

Siedząc przy świeczkach obserwowałem żywioł za oknem. Oczywiście prąd wyłączyli prawie zaraz po tym jak zaczęła się burza. Telefon ocalał, więc po burzy zadzwoniłem do znajomych w Piszu i Kętrzynie. Ani w jednej ani w drugiej miejscowości nie było wciąż światła – pomyślałem że przy takiej awarii może powtórzyć się sytuacja z 2002 roku, kiedy po huraganie prądu nie miałem przez tydzień i jeździłem się myć do jeziora. Trochę bałem się pomyśleć, co się dzieje w lesie.

Teraz trwa sprzątanie – czyli po pierwsze uprzątnięcie wywrotów (drzew wywalonych z korzeniem) i złomów (drzew złamanych) ze wszystkich dróg pożarowych. Często zdarza się że po burzy jest pożar, więc cały las musi być jak najszybciej po burzy dostępny dla straży pożarnej. Drugi etap to usuwanie wywrotów i złomów z całej reszty dróg, dzięki czemu las zostanie udostępniony w całości. Kolejny etap to kontrola wszystkich ogrodzeń na terenie leśnictwa, naprawa uszkodzonych przez padające drzewa płotów i zabezpieczenie upraw (czyli miejsc, gdzie rośnie młody jeszcze las – taki do 15 lat). Następnie trzeba zabrać się za usunięcie wszystkich drzew (i złomów i wywrotów) które mogą zostać zasiedlone (zamieszkane) przez różnego rodzaju szkodniki wtórne drewna – w sprzyjających warunkach, np. przy suchym i gorącym lecie – mogą one tak się namnożyć, że szkody przez nie spowodowane będą równie duże jak te spowodowane przez huragan. Szczególnie chodzi tu o świerk i kornika drukarza. Kiedy już uda się to zrobić, trzeba zrobić przegląd poszczególnych oddziałów (części na które podzielone jest każde leśnictwo) i pozyskać z nich najcenniejszy surowiec ze zniszczonych drzew. (Największą wartość ma drewno tartaczne, grube i długie. Latem nie może leżeć zbyt długo, bo w wyniku wysokiej temperatury i wilgotności zaczyna w ciągu dwóch tygodni sinieć. Tym samym traci na wartości i nikt już takiego nie chce kupić.) po uprzątnięciu surowca najcenniejszego zaczyna się sprzątanie szkód powstałych w drągowinach (czyli na powierzchniach gdzie przeciętna średnica drzew na wysokości piersi człowieka nie przekracza kilkunastu cm). Konkretne działania zależą jednak od struktury każdego leśnictwa, od wielkości szkód, od gatunku drzew – ogólny schemat ulega modyfikacjom w zależności od sytuacji. Dlatego dobrze, jeżeli leśniczy długo pracuje w „swoim” lesie – wtedy zna go naprawdę jak przysłowiową własną kieszeń i wie dokładnie co robić i w jakiej kolejności żeby jak najszybciej usunąć szkody.

Każdy leśniczy przygotowując plan pozyskania na cały rok z góry musi uwzględniać takie nieprzewidziane zdarzenia – ale oczywiście nikt nie potrafi przewidzieć kaprysów natury.

Prąd po burzy włączono dość szybko. Telefon za to zanikł przy kolejnej, i włączyli go dopiero po tygodniu. Ale jak się okazało nie dlatego, że zadziałał czynnik przyrodniczy, ale ludzki – ktoś próbował ukraść prowadzące do leśniczówki kable (biegną pod ziemią!). W końcu się poddał, ale kable przeciął. Zanim telefoniarze znaleźli to miejsce i usunęli awarię, upłynęło trochę czasu...


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface