dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Nowe terytoria
2010-01-17

Tak więc od pierwszego stycznia w ramach reorganizacji w Lasach Państwowych moje leśnictwo automatycznie się powiększyło. Na początku miesiąca protokolarnie przejąłem oddziały z sąsiedniego leśnictwa co daje mi teraz w sumie 1300 ha powierzchni. Nie jest to jeszcze być może docelowa wielkość obszaru, bo według dyrekcji średnia powierzchnia powinna wynosić około 1600 ha przy dwuosobowej obsadzie – leśniczy plus podleśniczy – w zależności od prognozowanego rozmiaru prac. No właśnie. Kiedy przyjrzałem się dokumentacji Biura Urządzania Lasu (aktualnie obowiązujący mnie plan urządzania lasu na lata 2010-2019) to okazuje się, że rozmiar pozyskania wykracza daleko poza „normę”, ustaloną na 6-7 tysięcy metrów w leśnictwie o 1600 ha powierzchni. Wychodzi na to, że w przeciągu najbliższych dziesięciu lat ze wszystkich zrębów mam do pozyskania ponad 70 tysięcy metrów sześciennych drewna. Jak można łatwo obliczyć, na jeden rok przypada siedem tysięcy metrów na dwudziestu hektarach zrębu (czyli normę w pozyskaniu surowca wyrobię na pewno). Ale trzeba dodać jeszcze zabiegi pielęgnacyjne (trzebieże wczesne i późne) na kolejnych sześciuset hektarach, gdzie moim zdaniem wyjdzie około 2500-3000 metrów rocznie. Czyli na dziesięć lat mam około stu tysięcy metrów do zrobienia – naprawdę dużo.

(Kiedy przyszedłem do pracy, leśnictwa były o wiele większe – ja dostałem na początek powierzchnię 2200 ha. Muszę przyznać, że gospodarka na takim terenie była trudna, a zakres prac ogromny, co przyznawali wszyscy leśnicy. Później powierzchnie leśnictw znacznie zmniejszono, a teraz się znów powiększa – każda władza ma swoją koncepcję rozwoju firmy.)

Przy pozyskaniu rzędu 10 tysięcy metrów rocznie sama ewidencja drewna i logistyka jego dystrybucji oraz „papierologia” z tym związana to sporo pracy. Obawiam się, że na obserwację przyrody oraz pracę koncepcyjną np. nad odnowieniami naturalnymi może być krótko z czasem. Wtedy zaczyna się wszystko robić sztampowo według schematów. Mam nadzieję, że zdrowie leśniczemu będzie dopisywało.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 7.5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Idę na rekord
2009-12-13

Wygląda na to, że w tym miesiącu pobiję tegoroczny rekord pozyskania surowca. Ponad tysiąc metrów wyjdzie na pewno. Uda się to częściowo dzięki urzycia maszyny, czyli harwestera – a dokładniej zespołu ścinkowo-zrywkowego harwester plus forwarder. (Harwester ścina, a forwarder zrywa ścięte drewno, wywozi do głównej drogi i układa w stosy.) Jak już kiedyś pisałem, wydajność takich urządzeń jest ogromna. Niestety pomimo bardzo fajnej opcji w harwesterze - pomiar wyciętego drewna - to i tak jeszcze trzeba wszystko pomierzyć „ręcznie”. Taka procedura.

Zima to świetny okres do wycinki drzew – nie ma sinizny, surowiec nie ulega deprecjacji (nie pogarsza się jego jakość) a drogi zamarznięte i twarde, więc ich stanu żaden, najcięższy nawet sprzęt nie pogorszy. Wygląda zresztą na to, że zima zaczęła się na dobre – od kilku dni w nocy mróz, dzisiaj jeszcze spadło trochę śniegu. Górale, którzy wożą ode mnie z lasu drewno świerkowe (tak, tak, kupują na Mazurach drewno i gdzieś wiozą dalej) mówią że zima idzie, hej.

Cały rok zamyka się bilansem zaskakującym – nie spodziewałem się, że te ogromne masy drewna które miałem zaplanowane na ten kryzysowy rok do wycięcia uda się zrealizować. Poza kiepskimi pierwszymi trzema miesiącami popyt stale się utrzymywał, a gdyby do wycięcia było jeszcze więcej, to też by się dało sprzedać.


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hodowla lasu
2009-11-24
Na zdjęciu widać fragment powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego” drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu. Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).

To co zrobiłem w tym roku – usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.

Na zdjęciu widać też ślady po traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 0
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dąb – postępowanie hodowlane cz. 2
2009-10-30
Z dębem można zrobić jeszcze inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.

Jeżeli na uprawie posadzimy sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza, sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej – pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której rosną sadzonki dębu.

Inaczej jednak wygląda sprawa ze świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2 lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym kierunku.

Świerk jest również dla dębu gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna, ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dąb - postępowanie hodowlane cz. 1
2009-10-28
Na zdjęciu widać gniazdo z odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż bór mieszany świeży.

Na tym gnieździe posadziłem 4 lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.

Na zdjęciu w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata, kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy. (Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)

Dąb rósł w kożuchu różnych chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich, żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Jesienny atak zimy
2009-10-15

Rano obudziło mnie gwizdanie wiatru we wszystkich szczelinach domostwa. Za oknami las kołysał się groźnie, ale do etapu huraganu jeszcze trochę brakowało. Aura była taka, że zadzwoniłem do pilarzy i powiedziałem im, żeby nie jechali dzisiaj do lasu; dzień wcześniej zresztą ich upominałem, że trzeba spieszyć się z robotą, bo na surowiec czeka odbiorca – musiałem więc chłopakom przypomnieć, że BHP przede wszystkim (obalanie-ścinanie drzew przy porywistym wietrze jest śmiertelnie niebezpieczne ponieważ to co się dzieje ze ścinanym drzewem jest poza kontrolą pilarza).

 Za oknem śnieg padał już poziomo, a ja wciąż zastanawiałem się jakim cudem w leśniczówce jeszcze jest prąd. Z reguły przy takich wichurach „przerwy w dostawach zasilania” zdarzały się u mnie często i na długo. Tym razem jednak radio podawało kolejne komunikaty o katastrofalnych skutkach śniegowej nawałnicy w innych rejonach kraju. Nas szczęśliwie ominęło, choć nie do końca.

Moje rozmyślania przerwał telefon od jednego z odbiorców który poinformował, że stoi niedaleko, tam gdzie miał dojechać nie dojedzie, bo droga rozmiękła, więc może spróbuje wziąć drewno ode mnie z lasu zamiast od sąsiada. Ruszyłem do lasu, gdzie wspomniany przewoźnik natychmiast utknął pod górką na drodze grząskiej jak wszędzie indziej, do drewna oczywiście nie dojechał. Wezwałem duży traktor który za pomocą bardzo grubej liny wyciągnął ponad-dwudziesto-tonowy samochód z błota. (Co oczywiście trochę trwało.) Przewoźnik jednak nie poddał się, dojechał w końcu do mygły i załadował się, po czym wziął ode mnie kwity i pomknął do tartaku. Dodam tylko że cała operacja trwała w szalejącej śnieżycy, przy silnym północnym wietrze. Ale dobrze się skończyło, prąd wciąż jest, kaloryfery grzeją, a w maju znów będzie wiosna.

 Na zdjęciu widać katastrofę jaka wydarzyła się w pasiece koło domu – nawałnica przewróciła martwą suchą sosnę, która padając uszkodziła kilka zabezpieczonych już na zimę uli.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Opał też drewno
2009-10-06

To co widać na pierwszym planie to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów (bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.

Oprócz takiej grubizny jak widać na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”. Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia (trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami, według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji, a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów, jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Drugie życie
2009-09-11
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie. Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.

Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna, elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości (standardowo2,50 m)

Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak – która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę. Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało, obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.

Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić, że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Śmieciarz
2009-08-13
Przy okazji prowadzonych w lesie prac zajrzałem do starego dołu po sadzonkach. Z dużym zdziwieniem odkryłem, że jest wypełniony śmieciami. Były tam nie tylko worki z rozmaitościami ale i deski, szmaty – jednym słowem całe mnóstwo badziewia którego miejsce jest jak najbardziej na śmietniku – ale ktoś uznał, że bliżej mu będzie wywieźć to do lasu. Dlaczego – nie wiem.

Wielokrotnie już pisałem o tym, że nie jestem w stanie zrozumieć osobników, którzy wywożą do lasu śmieci, zarówno takie codzienne jak i stare wersalki, pralki, lodówki itp. Nawet poza dużymi miastami można naprawdę znaleźć miejsca gdzie bez problemu oddamy „elektrośmieci” czyli właśnie stary i niepotrzebny sprzęt agd - w tym także komputery. Wysypisk jest sporo, a w coraz większej liczbie wsi (w przeciwieństwie do np. Warszawy) prowadzona jest selektywna zbiórka śmieci – posegregowane oddzielnie szkło, papier i plastiki firma śmieciowa odbiera za darmo. Ktoś te śmieci przetwarza, i musi być to dobry biznes, bo inaczej nikt by się za to nie brał.

Mój śmieciarz jednak nie był zbytnio inteligentny – kiedy robotnicy ładowali śmieci na przyczepę żeby wywieźć je z lasu z jednego z worków wypadło zdjęcie rentgenowskie. Z datą, imieniem i nazwiskiem. Nie mogłem uwierzyć. Zadzwoniłem po straż leśną – strażnicy przyjechali bardzo szybko, obejrzeli śmieci i rentgena, a jakieś pół godziny później zajechali do mnie żeby powiedzieć że znaleźli winnego. Zapłaci mandat i oczywiście będzie musiał posprzątać w lesie. Naprawdę akcja była szybka i skuteczna.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Piorun w drzewo
2009-08-11
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny. Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który mógłby przewodzić taki prąd...

Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę w moich drzewostanach  położonych malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z czasem.

Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na miejscu jako posusz ekologiczny.

 

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wypadek na powierzchni
2008-12-10

U siebie w lesie udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa w określonym kierunku.

To naprawdę dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa (obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.

Kiedy dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w organizmie jakieś ślady.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szmaciak gałęzisty
2008-10-06
Na niedawnym spacerze w lesie żona zauważyła dziwnego grzyba, który ją niezwykle zaintrygował. Na wszelki wypadek postanowiła go nie zrywać. Kiedy opowiedziała mi jak wyglądał, od razu wiedziałem o co chodzi. Następnego dnia wróciła w to samo miejsce z aparatem i zrobiła mu zdjęcie. Jak najbardziej był to szmaciak gałęzisty (Sparassis crispa(Wulf.).

Jest to w Polsce grzyb chroniony (ochrona ścisła), ale dopiero od niedawna (2004 rok) i dużo osób pamięta jego smak, gdyż grzyb jest jadalny. Wygląda, przyznacie, dosyć ciekawie (jego regionalne nazwy to „kozia broda”, „leśny kalafior” oraz „baran”). Ten który widać na zdjęciu miał rozmiary sporej główki kapusty, ale bywają i mniejsze i większe (rekordowy szmaciak znaleziony we Francji ważył ponad 28 kg!). Rośnie najczęściej w lesie sosnowym, bo jest pasożytem korzenia sosny ...

Wszystkim którzy będąc na grzybach mają wątpliwości co do tego czy rosnący przed nimi grzyb jest jadalny czy trujący, polecam metodę z aparatem. Lepiej przynieść z lasu dobre zdjęcie niż grzyba który może okazać się a) chroniony, b) trujący. Ponawiam też oczywiście apel o nie śmiecenie w lesie oraz o nie wjeżdżanie do lasu samochodami. W mojej okolicy szturm grzybiarzy trwa a śmieci przybywa, bo najwyraźniej pusta plastikowa torebeczka po kanapce jest już zbyt ciężka żeby zabrać ją z powrotem do domu (że o butelkach plastikowych nie wspomnę).

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
O ludziach i zwierzętach
2008-09-29

Kolega leśniczy mieszkający w niedalekiej wiosce jakiś czas temu uległ namowom swojej rodziny i zgodził się na posiadanie kota. Ponieważ dowiedział się, że ktoś we wsi ma akurat małe koty, pojechał tam i jednego kupił albo dostał – tego nie wiem. W ciągu następnego tygodnia wrzucono mu do ogródka – dosłownie – co najmniej dziesięć małych kotów. Ponieważ były mniejsze i większe, samice i samce, po niedługim czasie stwierdził, że niebawem będzie ich dużo więcej, bo kotki są kotne. A przypominam – po długich namowach chłop zgodził się na jednego kota! Ale ponieważ sąsiedzi wiedzą, że leśniczy zwierzaka raczej nie skrzywdzi, postanowili go uszczęśliwić kolejnymi mruczkami, nie pytając go o zdanie tylko mu te koty podrzucając. Skoro chciał jednego, będzie miał więcej ...

Ludzie z małych miejscowości mają dziwną cechę (być może nie wszędzie, przepraszam jeżeli ktoś poczuje się urażony, ale widzę to od lat) – jeżeli dowiedzą się, że ktoś w okolicy lubi zwierzęta, ma ten ktoś absolutnie przechlapane.

Znajoma znajdowała regularnie co roku psy przywiązane do płotu. Kilkakrotnie widziała samochód startujący spod jej bramy z piskiem opon, a parę chwil później orientowała się, że niechcący stała się właścicielką kolejnego stworzenia. W ten sposób trafił do niej jamnik, bokser oraz kilka innych psów. W chwilach maksymalnego zagęszczenia miała około dziesięciu psów, nie licząc własnych. Udało jej się na szczęście dla większości znaleźć nowe domy, ale zanim to się stało, wydawała wszystkie pieniądze na karmienie, odrobaczanie i leczenie sfory – prowadziła właściwie mini-schronisko, charytatywnie, choć plany życiowe miała zupełnie inne. Wybrnęła z kłopotu dopiero przeprowadzając się do innej wioski i kupując psa tak groźnego, że teraz nawet zbliżyć się do płotu nie można ...

Idzie jesień i ludzie jak co roku pozbywają się niechcianych zwierząt. Obserwuję tę smutną regularność zdarzeń od paru lat. Nie potrafię takiego braku odpowiedzialności absolutnie zrozumieć. Dlaczego ktoś nie ma odwagi psa uśpić czy odwieźć do schroniska. Dlaczego uważa, że porzucając go przy drodze czy w lesie zdejmie z siebie odpowiedzialność, jaką przyjął decydując się wcześniej tego psa trzymać i karmić, i przerzuci ją na kogoś innego, kto go przygarnie, niechcący potrąci samochodem albo zimą zdziczałego i kłusującego na leśną zwierzynę zastrzeli.

Dlatego proszę, apeluję – nie dawajcie nikomu zwierząt w prezencie, nie narzucajcie mu odpowiedzialności ... bo to bardzo niegrzecznie.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nowy operat
2008-09-22

Od kilku tygodni w moim leśnictwie „urządzeniowcy” (czyli pracownicy Biura Urządzania Lasu) prowadzili taksację drzewostanów. Kiedy skończyli, spotkaliśmy się i dokonaliśmy wspólnych ustaleń dotyczących dalszych sposobów użytkowania lasu w moim leśnictwie.

Co to jest taksacja? To spisywanie cech drzewostanu „z natury” czyli na gruncie. Stosując określone metody pracownik wykonujący urządzanie opisuje drzewostan na danym terenie bezpośrednio tak jak go widzi, czyli chodzi po leśnictwie i spisuje skład gatunkowy kolejnych fragmentów lasu, czyli wydzieleń. Dodatkowo określa podstawowe cechy taksacyjne – zapas, przeciętną wysokość, wiek, pierśnicę (grubość) drzew w kolejnych wydzieleniach. Urządzanie to ciężka robota – na piechotę trzeba przejść leśnictwo po leśnictwie i spisać co się widzi. Niezależnie od stosowanych w tej pracy nowych technologii wciąż niezbędny jest bezpośredni ogląd człowieka.

Plan urządzeniowy sporządza się dla każdego leśnictwa na kolejne dziesięć lat i po upływie tego okresu wykonuje się go znów. W ten sposób aktualizuje się dane na podstawie których prowadzona jest cała gospodarka leśna. Od wyników taksacji zależy cała reszta – rozmiar pozyskania, potrzeby hodowlane, planowanie kosztów........

U mnie w leśnictwie konsultacje sprowadzały się do tego, żeby ustalić sposoby użytkowania rębnego poszczególnych powierzchni, czyli rodzaj cięć na zrębach i czasokres tych prac. Dotyczy to szczególnie drzewostanów trudnych do odnowienia na borze mieszanym wilgotnym (BMw) i lesie mieszanym bagiennym (LMb). Zwykłe użytkowanie rębnią wielkopowierzchniową nie wchodzi w rachubę bo nie daje ona perspektywy na łatwe odnowienie lasu ( po wycięciu drzewostanu na LMb teren się zabagnia i odnowienie takiej powierzchni zaczyna być problemem). Więc musieliśmy wypracować rozwiązanie gwarantujące sukces. Muszę jeszcze sprawdzić jedną powierzchnię i ustalić czy da się działać na niej tak, jak sobie urządzeniowcy wymyślili ... Ogólnie byli pod wrażeniem zasobności „moich” drzewostanów, bo taksując stwierdzili, że w niektórych starych drzewostanach masa drzew w metrach sześciennych dochodzi do 500 na jednym hektarze. Na siedliskach borowych to całkiem przyzwoicie. W jakimś stopniu przyczynił się do tego Krystian Kirschner, którego szczątki spoczywają w jednym z wydzieleń.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Polowanie na kaczki
2008-09-07

Wybrałem się ze znajomym na kaczki. Każdy ze swoim psem. Pojechaliśmy bardziej po to, żeby potrenować psy niż żeby coś upolować. Jeżeli pies jest jeden, pracuje z mniejszym zapałem niż kiedy są dwa. Najwyraźniej konkurencja działa motywująco. Coraz bardziej jestem ze swojej suki zadowolony – nie tylko zachowuje się bardzo karnie i respektuje moje wszystkie komendy, ale też z ogromną pasją przeszukuje bagna i szuwary, nawet takie gdzie teren jest naprawdę trudny. Ustrzeloną przez mojego kompana kaczkę znalazła i zaaportowała prawidłowo. Drugi pies to jeszcze szczeniak, ale dobrze się zapowiada i wciąż się uczy. Obserwowałem go z ciekawością, bo to szczeniak z mojej hodowli – i trzeba powiedzieć że nie musiałem się wstydzić.

Polowanie na kaczki polega na tym, że odwiedza się kilka bagien. Do każdego z nich trzeba podejść z pomysłem - z odpowiedniej strony, bo jeżeli kaczki zauważą myśliwych lub psy, można wracać do samochodu. Kaczki na które poluje się teraz, we wrześniu, to ptaki które wylęgły się w okolicy na wiosnę i na tych bagnach spędziły lato. Ponieważ czują się bezpiecznie, są mniej czujne niż kaczki które przylatują do nas w październiku w drodze  z północy na południe. Tamte są zdecydowanie bardziej bystre, można na nie popatrzeć głównie przez lornetkę, bo jeżeli podejdzie się bliżej niż na kilkaset metrów, zrywają się albo odpływają na środek jeziora. Kiedy zaczyna się sezon migracji kaczek, przylatuje ich do nas naprawdę mnóstwo – sam widziałem jeziora dosłownie czarne od ptaków.

Na jednym z kolejnych polowań podchodziłem kaczki z psem, któremu kazałem iść przy nodze, żeby zbliżyć się do kaczek na około 30-40 metrów, czyli skuteczną odległość strzału. Nie było łatwe, tym bardziej kiedy człowiek sam się czołgał w trawie żeby go ptaszyska nie wypatrzyły. Pies dopiero na rozkaz musi iść do wody – wtedy kaczki się zrywają, a myśliwy ma kilka sekund szansy zanim odlecą na tyle daleko żeby znaleźć się poza zasięgiem śrutu. Udało mi się podejść blisko i skutecznie oddać strzał. Kaczka spadła, ale jak się okazało strzał nie był do końca celny, bo w zapamiętanym przeze mnie miejscu jej nie było. Jednak pies sprawdził się doskonale – odszukał ją i zaaportował. Naprawdę polowanie z dobrym psem to ogromna przyjemność – „ królewskie łowy”, polecam.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Inwazja szerszeni II
2008-08-23

Wiem, że pisałem już rok temu o gnieździe szerszeni i wzywaniu straży pożarnej, ale co zrobić, skoro sytuacja się powtarza?

Poprzedniego lata dwa razy wzywałem strażaków żeby zdjęli gniazdo szerszeni ze strychu nad stajnią. Najpierw chciałem je zdjąć sam, ale zdecydowałem się wezwać fachową pomoc. Okazało się, że szerszenie odbudowały gniazdo i strażacy przyjeżdżali jeszcze raz. Miałem nadzieję, że pozbyłem się tego niewygodnego towarzystwa na dobre. W tym roku przylatywały jakieś pojedyncze sztuki, ale nie było ich dużo, uznałem więc że znalazły sobie miejsce gdzieś w lesie.

Tymczasem wczoraj znajoma która prowadzi pasiekę w odległości około 300m od leśniczówki znalazła duże gniazdo szerszeni w ... swoim domku pszczelarskim. Domek jest nieduży, służy do trzymania w nim podstawowych sprzętów do pracy w pasiece. Na półce pod dachem leżały stare poduszki, służące do ocieplania uli na zimę. Wczoraj ze zdumieniem zobaczyłem, że jedna z tych poduszek została dosłownie „wmurowana” w gniazdo szerszeni... Miejsce na gniazdo idealne – nikt nie przeszkadza, a stołówka blisko (szerszenie są drapieżnikami). Trochę się dziwiłem, jak można nie usłyszeć głośnego buczenia dobywającego się z takiego gniazda wielkości wiadra, ale jak widać można.

Dalej było po staremu – zadzwoniłem po straż, obiecali że przyjadą, przyjechali. Ale kiedy już uzbroili się w specjalne ubrania (są na zdjęciu z zeszłego roku) i zaczęli zdejmować gniazdo, okazało się że mają za mały worek. W dodatku jeden spadł ze stołka. Zanim wzięli większy worek większość rozzłoszczonych owadów wyleciała z gniazda, część ich atakowała a część krążyła w pobliżu. Skończyło się więc na tym, że gniazdo zabrali, a szerszenie zostały. Dziś widziałem już, że zaczęły prace przy odbudowie. Wniosek z tego taki, że trudno się ich pozbyć za pierwszym razem, a cała akcja musi być dobrze przemyślana.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nocne polowania
2008-08-22

Korzystając z pełni księżyca wybierałem się na nocne polowania na dziki. Pogoda najczęściej sprzyjała, były bezchmurne noce a w związku z tym doskonała widoczność. Wszelkie burze, które szalały gdzieś nad Polską moje strony ominęły.

Dzików na polach pomiędzy lasem a pobliską wsią mnóstwo. Zboża stratowane do zera, nikt nawet ich nie kosił. Ziemniaki i kukurydza czekają na swoją kolej - na razie nie cieszą się powodzeniem, póki jest obfitość pokarmu innego rodzaju.

Dziki które obserwowałem, choć była bardzo jasna noc, mogłem podejść blisko (ok. 30 m). Nadal spokojnie żerowały. Widok zahipnotyzował mnie na kilkanaście minut. Potem wybrałem jednego i nacisnąłem spust, ale nie trafiłem. Wróciłem do domu po psa, z którym sprawdziłem, czy aby na pewno dzik nie został ranny. W takich sytuacjach dobry pies jest nieoceniony – widać kiedy idzie po tropie sfarbowanej zwierzyny, a kiedy po prostu obwąchuje „zwykłe” ślady. Pies nie zaznaczył farby, ale przeczesałem pole żyta na swój sposób. Jakby to powiedzieć, mam ograniczone zaufanie do mojego rodowodowego wyżła. Chodząc po polu usłyszałem głos ryczącego byka. Był 19 sierpnia! Rykowisko z reguły zaczyna się w naszym regionie około połowy września. Wprawdzie ryczał tylko jeden, więc była to bardziej „próba głosu” niż regularne rykowisko, ale to wyraźny znak że idzie jesień, choć dni jeszcze bardzo ciepłe. Dzika rzeczywiście nie trafiłem. Może trening na strzelnicy?


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Czy pusta butelka jest „trendy”?
2008-08-18

Pojechałem ze znajomymi nad jezioro. Niedziela wieczór, miałem nadzieję że nie będzie tam ludzi i będziemy mogli bez problemu poćwiczyć z psem aport z wody – przecież właśnie rozpoczął się sezon na kaczki. Ale ponieważ wakacje w pełni, ludzi było w bród. Nie mówię już o namiotach i samochodach biwakowiczów oraz śladach o ognisku ale przede wszystkim o górze śmieci. Nie jest to teren mojego leśnictwa, ale takie jezioro w lesie to naprawdę duży problem.

Usiedliśmy obok grupki nastoletnich młodzieńców – mieli może po piętnaście lat. Brązowi od słońca, każdy ze słuchawkami na uszach i odtwarzaczem MP3 w kieszeni kąpielowych spodenek. W ręku obowiązkowo cola. W miarę upływu czasu kolejne puste butelki rzucali po prostu za siebie. Zastanawiałem się dlaczego. Może to jest tak, że wypada na plaży mieć w ręku napój. Natomiast stanowczo nie wypada mieć pustej po nim butelki. A już najmniej „trendy” jest zabieranie ze sobą tej butelki z powrotem ...

Nie wiem czy jest to kwestia edukacji bardziej w domu czy bardziej w szkole. W trakcie urlopu też chodziłem na plażę ale nie widziałem tyle śmieci co nad leśnym jeziorem, choć ludzi było tam wielokrotnie więcej. Nad morze jakoś edukacja śmieciowa dotarła skuteczniej niż na Mazury. Tam w żadnym sklepie oprócz rybnego nie można było dostać plastikowej torebki – trzeba było za nią zapłacić, chyba 30 groszy, co jak się okazało stanowiło dla rzeszy wczasowiczów barierę istotną. W połączeniu z dużą liczbą osób zatrudnionych do sprzątania plaż i nadmorskich miejscowości (było ich widać, ale także było widać efekty ich pracy) sprawiało to, że naprawdę było czysto, a przynajmniej moim zdaniem czyściej niż w „krainie tysiąca jezior”.

To nie jest tak, że Lasy Państwowe nie dbają o swój teren. Każdego roku każdy leśniczy planuje godziny na sprzątanie. W skali regionu i kraju są to naprawdę tony śmieci i olbrzymie sumy pieniędzy przeznaczane dla zakładów usług leśnych jako wynagrodzenie za sprzątanie. Ale nie da się wysprzątać wszędzie jeżeli ludzie wciąż będą się zachowywali jak świnie i tak potwornie zaśmiecali lasy. Po prostu nie da się nadążyć choćby zwiększyć te nakłady dwukrotnie – tu kartonik, tam papierek po batoniku czy kubeczek po jogurcie albo puszka po piwie. Wakacje się kończą, ale sezon grzybowy za pasem ...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kormorany na Mierzei
2008-07-27

Wróciłem właśnie z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.

Zwiedzaliśmy tam znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami, szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej dokonują kormorany.

Kormorany są na niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym – starych wysokich drzew liczących około 100 lat.

Ten ptak zjada dziennie 2-3 kg ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.

Widać, że tamtejsi leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku przemysłowego.

Na terenie rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli gospodarza.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Uwaga! Piestrzenica kasztanowata
2008-04-30

Na leśnej drodze znalazłem fajnego grzyba (owocnik). Teoretycznie grzybobranie jest jesienią, ale te akurat grzyby pojawiają się wiosną, od marca-kwietnia do końca maja. Są brązowe, jaśniejsze i ciemniejsze, pofałdowane podobnie do mózgu, sporych rozmiarów. Te które ja widziałem dorastały do ok.8 centymetrów wysokości i podobnej szerokości, ale maksymalny rozmiar to ok. 12x6cm.

Rosną w drzewostanach sosnowych, często na zrębach i uprawach, ale u mnie w okolicy rosną po prostu na drogach leśnych, niezależnie od tego czy w okolicy rośnie świerk czy sosna czy jeszcze inny gatunek.

Ten grzyb to piestrzenica kasztanowata (łac. gyromitra esculenta), zwana potocznie babim uchem lub murchlą.

Piszę o nim nie tylko dlatego że ma ciekawą formę i łatwo go zauważyć. Jest to grzyb silnie trujący, więc jeżeli go znajdziemy na majowym spacerze, nie zrywajmy, a najlepiej w ogóle go nie dotykajmy. Powoduje on statystycznie najwięcej zatruć, zaraz po muchomorze sromotnikowym i olszówce!

Zawiera substancję toksyczną (gyromitrynę) powodującą uszkodzenia narządów wewnętrznych (gł. nerek i wątroby). Często bywa mylony ze smardzem. Kiedyś podobno był jadany, bo tak jak olszówka może nadawać się do spożycia po uprzednim wygotowaniu. Ale trujące jest nawet wdychanie oparów przy gotowaniu tych grzybów! Według Wikipedii do której zajrzałem piestrzenica jest dopuszczona do przetwórstwa, głównie na susz, po zastosowaniu odpowiednich procesów technologicznych. Więc są tacy co lubią ryzyko.... Ja osobiście wszystkim polecam podgrzybki.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Prasa leśna
2008-02-21

Zacznijmy od tego, że ukazuje się kilka czasopism o tematyce leśnej. Większość z nich prenumeruje nasze nadleśnictwo dla swoich pracowników, więc dostaję wszystkie kolejne numery czterech pism. A ponieważ czytam tę prasę, mogę powiedzieć, że jestem „na bieżąco” nie tylko w kwestiach dotyczących mojego leśnictwa.

Ostatnio przeczytałem artykuł, który zbulwersował mnie bardzo. (Las Polski nr.3/2008, s.8-10.) Dotyczył leśniczego, który w trakcie zagrożenia pożarowego trzeciego, najwyższego stopnia, i przy obowiązującym zakazie wstępu do lasu, napotkał parę palącą w lesie ognisko – w poblizu miejsca gdzie kilka dni wcześniej był pożar. Poinformował, że za to wykroczenie obowiązuje mandat w maksymalnej wysokości 500 zł, którego przyjęcia winowajcy odmówili. Zadzwonił więc po policję i straż leśną. Funkcjonariusze przyjechali, wszyscy pojechali na komisariat, winowajca przyjął mandat 150 zł wystawiony przez policję. Obiecał jednak leśniczemu, że go „załatwi”. Kilka tygodni później oskarżył go o domaganie się łapówki w wysokości 500 zł. Koniec końców (artykuł opisuje liczne niedociągnięcia procesowe) sąd rejonowy uznał leśniczego za winnego i skazał na rok więzienia w zawieszeniu, a sąd okręgowy rozpatrując apelację podtrzymał ten wyrok.

Nie wdając się w zawiłości prawnicze i patrząc na to z boku – dostał wyrok za wykonywanie obowiązków służbowych, co jest co najmniej dziwne, i mam nadzieję, że kolejna instancja – Sąd Najwyższy – okaże więcej rozsądku od poprzednich.

Zbliża się wiosna, a wraz z nią okres zwiększonej palności traw – dopóki nie są zielone, tylko żółte i zeschłe, palą się szybko i łatwo. Każdy kto rozpala w lesie ogień niech ma świadomość, że stwarza potężne zagrożenie, bo to nie jest tak, że spali się najwyżej kawałek – z dymem może pójść cała puszcza, Białowieska, Piska czy inna. Nie należy też się dziwić, widząc ubranego na zielono gościa pędzącego z reprymendą – przy trzecim stopniu zagrożenia pożarowego wilgotność ściółki jest bliska wilgotności kartki papieru, wystarczy więc jedna iskra. Leśniczy ów lub strażnik leśny może nie przebierać w słowach – choć będąc na służbie nie powinien – i można o tym borsukowi przypomnieć, jeżeli się zagalopuje, ale paląc ogień jesteśmy sprawcami potężnego zagrożenia – również dla samych siebie. Bo ogień łatwo się rozprzestrzenia w suchym lesie i można nie zdążyc z niego wyjść. (W USA spłonęło kilkadziesiąt tysięcy ha lasu, bo pewna pani podgrzewała parówki na ognisku …)

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wypłata
2008-01-29

Zbliża się koniec miesiąca, więc udałem się do biura, żeby zrobić wypłatę. Chodzi o wypłatę dla pracowników, którzy wykonują w lesie różne prace. Nie są to pracownicy nadleśnictwa, ale osoby zatrudnione przez zakłady usług leśnych (tzw. ZUL-e). Co miesiąc każdy leśniczy wykonuje podsumowanie zrealizowanych w jego leśnictwie prac. Na podstawie tego zestawienia oraz zawartej na początku roku umowy nadleśnictwo wypłaca wynagrodzenie ZUL-owi, który potem rozlicza się ze swoimi pracownikami.

Na wszystko, od ścinki drzew przez zrywkę do konserwacji płotów, są oficjalne stawki, ustalone w drodze przetargu, więc wiadomo, ile co kosztuje. Na koniec każdego miesiąca robię podsumowanie dwóch działów: „pozyskanie” i „zagospodarowanie”.

W „pozyskaniu” podaję zestawienie mas drewna pozyskanych w cięciach planowych i przygodnych. (Cięcia przygodne wykonuje się niejako „poza kolejnością” – jest to usuwanie np. drzew połamanych przez wiatr czy śnieżną okiść, a także zasiedlonych przez szkodniki owadzie.)

Dział „zagospodarowanie” obejmuje wszystkie prace pielęgnacyjne i ochroniarskie, jakie wykonywane są w lesie. Rozlicza się je albo w hektarach (np. chemiczne zwalczanie szkodników leśnych, jak szeliniak, przez opryskiwanie), albo w sztukach (np. wieszanie budek lęgowych dla ptaków), albo w metrach (np. grodzenie upraw i remonty starych płotów).

Z gotowym zestawieniem jadę do biura. Tam dział techniczny sprawdza, czy wykonane prace zgodne są z wcześniejszymi planami. Potem inżynier nadzoru sprawdza jeszcze, czy faktycznie te czynności, które wpisałem, zostały wykonane i zostały wykonane dobrze. (Ponieważ jego zadaniem jest prowadzenie bieżącej kontroli w terenie, wie, czy faktycznie dany płot został postawiony, czy nie, i czy robota została zrobiona solidnie.) Kiedy on podpisze dokument wypłaty, idę do nadleśniczego, który formalnie zatwierdza dokument. Na koniec wypłata jest księgowana, a pieniądze płyną na konto ZUL-a.

(W różnych nadleśnictwach droga tego dokumentu może wyglądać trochę inaczej.)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Łowiectwo a leśnictwo
2008-01-15

Oczywiście Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe współpracuje z Polskim Związkiem Łowieckim, m.in. w zakresie ochrony środowiska, zachowania i rozwoju populacji zwierząt łownych i innych zwierząt dziko żyjących. Na terenach LP – tak samo jak na innych – znajdują się obwody łowieckie, gdzie prowadzona jest gospodarka łowiecka.

Niewielu leśników jest myśliwymi, i jest to ich prywatna decyzja, niezwiązana z wykonywanym zawodem. Tak samo są leśnicy-rzeźbiarze czy posiadający licencję pilota. Leśnicy-myśliwi są członkami kół łowieckich, tak samo jak przedstwiciele innych zawodów, np. weterynarze czy księża.

W każdym obwodzie łowieckim, w którym prowadzona jest racjonalna, zgodna z prawem gospodarka łowiecka, ma ona na celu dbałość o równowagę tamtejszego ekosystemu. Wiadomo, że jeżeli liczebność jakiegoś gatunku się zwiększy i będzie sztucznie utrzymywana na wysokim poziomie, może to doporowadzić do destabilizacji całego ekosystemu. Najlepiej to widać na przykładzie lisów – nadmierna ich ochrona poprzez szczepienia przeciwko wściekliźnie doprowadziła do nadmiernego wzrostu tej populacji i wyginięcia w niektórych rejonach drobnej zwierzyny – saren, zajęcy, bażantów, kuropatw…. (Lisy były i są szczepione po to, żeby zapobiec epidemii wścieklizny.) Teraz bardzo dużym wysiłkiem zarówno kół łowieckich, jak i leśników prowadzone są prace nad reintrodukcją, czyli ponownym wprowadzeniem na dany teren zajęcy i kuropatw.

Ale równie dobrze ogromnych szkód w prowadzonych przez leśników uprawach może dokonać nadmiernie liczna populacja łosi czy jeleni.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Łowiectwo, czyli myślistwo, czyli polowanie
2008-01-14

Zajrzałem niedawno na erysiowe forum, gdzie rozpoczęła się dyskusja dotycząca łowiectwa, czyli myślistwa, czyli po prostu polowania. Każdy ma prawo do subiektywnych ocen i wyrażania opinii. Tego się trzymajmy. Ja, jako wieloletni myśliwy i leśnik, chciałbym przedstawić również moje zdanie.

Moim zdaniem – podkreślam – moim subiektywnym zdaniem – łowiectwo to manifestacja cech atawistycznych*, przejaw pierwotnego instynktu człowieka zmuszonego do polowania w celu zapewnienia sobie pożywienia, a tym samym gwarancji przeżycia.

Łowiectwa nie można traktować w kategoriach sportu – nie chodzi tylko o adrenalinę. Sportowcy też bywają myśliwymi – ludźmi, w których drzemie atawistyczny instynkt. Nie chodzi też wyłącznie o kultywowanie tradycji – jeżeli dziad polował i ojciec polował, a syn nie czuje takiej potrzeby, to tradycję może realizować na różne inne sposoby, przebierając się za rycerza czy tańcząc w zespole ludowym. A jeżeli nawet ulegnie presji rodziny, to będzie „martwą duszą” w kole łowieckim. Również potrzebę prestiżu można zaspokajać na wiele sposobów, tak samo kolekcjonując złote zegarki czy znaczki, jak wydając majątek w sklepie z bronią.

Ramy prawne, które obowiązują w Polsce, pozwalają na racjonalne korzystanie z zasobów przyrodniczych, czyli na polowanie. Zwierzyna pozyskana przeze mnie trafia tak czy inaczej na czyjś stół, czasem oczywiście na mój również. Nie widzę sensownych argumentów, które wstrzymywałyby mnie przed zabiciem jelenia, jeżeli na obiad zjadam kotlet i chodzę w skórzanych butach.

Szczegółowe zasady wykonywania polowań określa ustawa „Prawo łowieckie” (Dz.U. nr 147 z 1995 r., poz. 713 z późniejszymi zmianami) oraz wewnętrzne przepisy Polskiego Związku Łowieckiego. Oficjalnymi, wpisanymi w Statut PZŁ zadaniami są m.in. prowadzenie gospodarki łowieckiej, dbanie o zachowanie i rozwój populacji zwierząt łownych i innych dziko żyjących, zwalczanie kłusownictwa, czuwanie nad przestrzeganiem przez członków zasad prawa, etyki, obyczajów i tradycji łowieckich, wspieranie i prowadzenie prac naukowych w zakresie gospodarowania zwierzyną, prowadzenie i popieranie hodowli użytkowych psów myśliwskich i ptaków łowczych.

Polować ma prawo tylko członek PZŁ (osoba, która zdała egzaminy dotyczące m.in. biologii zwierząt, zasad posługiwania się bronią (dostaje na nią pozwolenie) oraz przepisów prawnych), tym samym mający obowiązek przestrzegania przepisów i zasad etycznych. Oczywiście są myśliwi, którzy postępują zawsze zgodnie z kodeksem etycznym, i są tacy (niechlubne wyjątki), którzy dopuszczają się uchybień. Tak samo jak są kierowcy przestrzegający przepisów i tacy, którzy siadają za kierownicę pijani.


*atawizm - występowanie u osobnika cechy jego odległych przodków, od dawna już niedziedziczonej (definicja według „Słownika języka polskiego”, wydawnictwa PWN)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Płochliwy koń i zabłąkany rykoszet
2007-11-07

Ponieważ pojawił się kot, nie zdziwiłem się ani trochę, kiedy wczoraj wieczorem zaczął padać śnieg. Do południa wprawdzie stopniał, ale pierwszy znak zimy był.

Konna przejażdżka

Ale do rzeczy. Kilka dni temu wybrałem się po pracy na konną przejażdżkę. Koń jest młody i nie do końca ujeżdżony, dlatego muszę jak najczęściej na niego wsiadać, żeby uczyć go współpracy z jeźdźcem. Kiedyś bał się nawet spadających z drzewa liści. Teraz jest już mniej płochliwy, ale w siodle muszę bardzo uważać. Wybraliśmy się na pobliski poligon saperski. Po drodze zauważyłem żerującą w trawach sarnę. Koń zauważył ją chwilę wcześniej, i już zbierał się do „lotu”, bo wystające z traw sarnie uszy wydały mu się najstraszniejsze na świecie. Udało mi się  przywołać go do porządku. Sarna uciekła. Przez poligon pojechałem na poletko łowieckie, żeby zobaczyć, czy przychodzi tam zwierzyna, i jaka. Potem jeszcze sprawdziłem, dokąd prowadzi jedna droga, którą często mijam samochodem i zawsze chciałem w nią wjechać, ale nigdy nie było okazji. Kiedy wracałem do domu, ze stajni słychać było coraz głośniej rżenie drugiego konia, który został sam i wołał kolegę.

Wypadek na poligonie

Następnego dnia pojechałem do biura nadleśnictwa, gdzie w swojej „skrzynce” na informacje urzędowe znalazłem pismo, którego lektura mnie zmroziła. Otóż pracujący na poligonie na zlecenie armii geodeta został ranny w szyję. Nie słyszał ani nie poczuł kuli, która go zraniła. Myślał, że coś go ugryzło i po skończonej pracy poszedł do przychodni opatrzyć ranę. Okazało się, że w jego szyi tkwi kula karabinowa… Miał chłop niebywałe szczęście i jedną szansę na milion, że kula weszła w taki a nie inny sposób i utkwiła pod językiem, a on to wszystko przeżył. Pechowy geodeta nie zgłosił w komendzie poligonu, że jedzie robić pomiary, a w pobliżu prowadzono strzelania z ostrej amunicji.

Ponieważ na poligonie manewry są prawie cały czas, mieszkańcy okolicy już się do tego przyzwyczaili. Nawet moje konie nie reagują na odgłos strzału, choć widok czołgu trochę je jeszcze przeraża. Zagrożenie wypadkiem jest jednak całkiem realne. Od teraz, żeby wejść lub wjechać na poligon (co często muszę robić w celach służbowych), trzeba zgłosić się do oficera dyżurnego. Tak samo trzeba zgłosić wyjazd z poligonu. No i cały czas nosić jaskrawą, widoczną z daleka kamizelkę. Ale lepsze to niż zabłąkany rykoszet…

Jak widać, zbieranie grzybów na poligonie może być zajęciem śmiertelnie niebezpiecznym – naprawdę nie warto ryzykować. Przy wszystkich drogach prowadzących na poligon stoją tablice ostrzegawcze – nie ignorujmy ich.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Śniadanie grzybiarza
2007-08-21

Samochody na leśnych drogach to jedno utrapienie. Drugie to śmieci. Zbieracze jagód traktują pobyt w lesie jako zarobek – zerwane jagody z reguły sprzedają w punkach skupu. Najczęściej przyjeżdżają rowerami, a śmieci jakie po nich zostają to najczęściej folie po kanapkach.

Grzybiarze zostawiają butelki i puszki po piwie, plastikowe butelki po jogurtach i napojach, plastikowe opakowania po czipsach i ciasteczkach... Najczęstszy śmieć, „śniadanie grzybiarza” to puszka po piwie i torebka po kanapce. Wersja druga to opakowania po serkach i jogurtach. Czasami pracowicie schowane pod krzaczek lub upchnięte pod ściółkę. Tak czy inaczej, plastikowa butelka czy jogurtowy kubeczek będzie się pod tym krzaczkiem rozkładać dwa tysiące lat. W tym czasie, jeżeli nie nastapi żadna katastrofa, jak potop lub zlodowacenie, las zostanie posadzony i wycięty dwadzieścia razy (licząc, że średnio sadzi się i wycina co sto lat). Dlaczego można ze sobą te plastikowe śmieci przywieźć, a nie można ich zabrać? Nie zmieszczą się w samochodzie pełnym grzybów? To czysta bezmyślność. I stąd ciągłe apele leśników o nie śmiecenie. O myślenie po prostu.

Ja i moi koledzy z sąsiednich leśnictw wyróżniamy kilka typów osobowości grzybiarzy.
Najmniej kłopotów sprawia typ pierwszy – grzybiarz przypadkowy. Na widok munduru leśniczego przeprasza, pierwszy raz słysząc o tym, że do lasu wjeżdżać nie wolno. Obiecuje poprawę, jest grzeczny i „nie awanturujący się”.
Typ drugi to grzybiarz świadomy – dobrze wie, że złamał zakaz wjazdu do lasu, ale prowadzi z leśniczym dosyć kulturalną rozmowę i z uśmiechem prosi, żeby go „pouczyć”. Ci są trochę męczący, ale jeszcze nie najgorsi.
Dalej są recydywiści – notorycznie wjeżdżający do lasu w dobrze znane sobie miejsca, uważający, że facet w zielonym mundurze to frajer. Nie są sympatyczni.
Ostatni typ to grzybiarz agresywny. Potrafi krzyczeć głośno, kim on to nie jest (np. adwokatem z Warszawy – przypadek autentyczny), wydzwaniać później do domu i grozić leśniczemu, że pożałuje (ten sam osobnik), a także niemal przechodzić do rękoczynów (to inny przypadek – facet już chciał wyciągać z bagażnika łom albo siekierę, ale na szczęście była z nim żona, która zapobiegła nieuniknionej wydawałoby się bójce).

Trzeba przyznać, że w „starciu” z takim człowiekiem sytuacja leśniczego, będącego bądź co bądź funkcjonariuszem państwowym, jest nie do pozazdroszczenia. Nie poluje on przecież specjalnie na grzybiarzy, ale dostarczają mu oni dodatkowego zajęcia, a czasem zupełnie niepotrzebnych stresów. Wracając z pracy po kilku godziach np. wynaczania trzebieży, czyli mozolnego znakowania drzew do wycięcia, trzeba zdjąć gumofilce, nalożyć służbowe pantofle, poprawić czapkę, strzepnąć z kurtki liście i widząc grzybiarza przy samochodzie w środku lasu miłym i uprzejmym tonem poinformować go o tym, że złamał prawo, nie dać się sprowokować, a słuchając wyzwisk pod swoim adresem zachować zimną krew pokerzysty, pamiętając o kreowaniu wizerunku Lasów Państwowych. Leśniczy nie jest wrogiem grzybiarzy, ale tak jak każdy, stara się jak najlepiej wykonywać swoją pracę...


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Sezon jagodowy się kończy, grzybowy zaczyna
2007-08-01

W naszym lesie i okolicach jagód już coraz mniej. Coraz mniej również ludzi z wiadrami do których zbiera się jagody. Ponieważ deszcz pada już trzeci tydzień, zaczyna się sezon grzybowy.

Dzięki deszczom uprawy odżyły. Siewki sosny pokryły przygotowaną pod obsiew ziemię, a sadzonki posadzone kilka lat temu chyba czekały na taki sezon. Przyrosty tegoroczne są imponujące – nawet ponad 1 metr. Dotychczas dawały maksymalnie 20 centymetrów. Zajrzałem do mojego ulubionego młodnika w 391 oddziale – aż przyjemnie popatrzeć, rośnie jak na drożdżach.

Przejście z sezonu jagodowego do grzybowego można w lesie określić nie tylko na podstawie kalendarza, ale również na podstawie zwiększonej liczby łamiących przepisy samochodów oraz pozostawianych w lesie śmieci. Co oznacza taki sezon dla leśniczego? Do lasu, stanowiącego własność Skarbu Państwa, oczywiście, wejść może każdy. (Stały zakaz wstępu obowiązuje jedynie na uprawach leśnych do 4 m wysokości, powierzchniach doświadczalnych, w drzewostanach nasiennych, ostojach zwierząt, źródliskach rzek i potoków, obszarach zagrożonych erozją oraz tam, gdzie nadleśnictwa wprowadzają okresowy zakaz wstępu do lasu.) Można wejść – ale nie wjechać samochodem! Wjeżdżanie do lasu drogą leśną jest zabronione, nawet jeżeli nie ma zakazu wjazdu, a jeżeli zdarzy się spotkanie ze strażą leśną, grozi mandat.

To, że w Polsce lasy są dostępne powszechnie i niemal bez ograniczeń jest ewenementem na skalę europejską. Tak samo jak u nas, nigdzie w Europie nie można do lasu wjeżdżać samochodem. W wielu krajach nawet pieszo można poruszać się jedynie po wyznaczonych ścieżkach. To, że grzyby możemy zbierać do woli, również nie jest wcale wszędzie takie oczywiste. W Austrii jest oficjalny limit pojemności kosza na grzyby – a za przekroczenie dozwolonej ilości grozi wysoka kara.

Któregoś razu, jadąc przez las rowerem, spotkałem starszego pana, który z pełnym koszem grzybów szukał… swojego samochodu. „A nie widział pan nigdzie niebieskiego golfa?” - zapytał. Przyznam, że mnie zatkało. Grzybiarze często wiedzą o zakazie wjazdu do lasu, ale łamią go z premedytacją. Zdarza się również, że kiedy mówię, że wypisze im mandat, grożą mi że do końca życia będą mnie ciągać po sądach. Inni straszą czymś materialnym ukrytym w bagażniku.

Wjazd do lasu warto przemyśleć – nie dalej jak w zeszłym tygodniu wyciągałem z błota samochód – nową Skodę Octavię – za pomocą długiego holu. Po samochodzie na leśniej drodze została głeboka bruzda, którą „wyorała” skrzynia biegów. Jestem pewny, że ta pani nigdy już do lasu samochodem nie wjedzie…


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface