Tak więc od pierwszego stycznia w
ramach reorganizacji w Lasach Państwowych moje leśnictwo automatycznie się powiększyło.
Na początku miesiąca protokolarnie przejąłem oddziały z sąsiedniego leśnictwa
co daje mi teraz w sumie 1300 ha powierzchni. Nie jest to jeszcze być może docelowa
wielkość obszaru, bo według dyrekcji średnia powierzchnia powinna wynosić około
1600 ha przy dwuosobowej obsadzie – leśniczy plus podleśniczy – w zależności od
prognozowanego rozmiaru prac. No właśnie. Kiedy przyjrzałem się dokumentacji Biura
Urządzania Lasu (aktualnie obowiązujący mnie plan urządzania lasu na lata 2010-2019)
to okazuje się, że rozmiar pozyskania wykracza daleko poza „normę”, ustaloną na
6-7 tysięcy metrów w leśnictwie o 1600 ha powierzchni. Wychodzi na to, że w
przeciągu najbliższych dziesięciu lat ze wszystkich zrębów mam do pozyskania
ponad 70 tysięcy metrów sześciennych drewna. Jak można łatwo obliczyć, na jeden
rok przypada siedem tysięcy metrów na dwudziestu hektarach zrębu (czyli normę w
pozyskaniu surowca wyrobię na pewno). Ale trzeba dodać jeszcze zabiegi
pielęgnacyjne (trzebieże wczesne i późne) na kolejnych sześciuset hektarach, gdzie
moim zdaniem wyjdzie około 2500-3000 metrów rocznie. Czyli na dziesięć lat mam
około stu tysięcy metrów do zrobienia – naprawdę dużo.
(Kiedy przyszedłem do pracy,
leśnictwa były o wiele większe – ja dostałem na początek powierzchnię 2200 ha. Muszę
przyznać, że gospodarka na takim terenie była trudna, a zakres prac ogromny, co
przyznawali wszyscy leśnicy. Później powierzchnie leśnictw znacznie
zmniejszono, a teraz się znów powiększa – każda władza ma swoją koncepcję
rozwoju firmy.)
Przy pozyskaniu rzędu 10 tysięcy
metrów rocznie sama ewidencja drewna i logistyka jego dystrybucji oraz „papierologia”
z tym związana to sporo pracy. Obawiam się, że na obserwację przyrody oraz pracę
koncepcyjną np. nad odnowieniami naturalnymi może być krótko z czasem. Wtedy zaczyna
się wszystko robić sztampowo według schematów. Mam nadzieję, że zdrowie
leśniczemu będzie dopisywało.
Wygląda na to, że w tym miesiącu
pobiję tegoroczny rekord pozyskania surowca. Ponad tysiąc metrów wyjdzie na
pewno. Uda się to częściowo dzięki urzycia maszyny, czyli harwestera – a dokładniej
zespołu ścinkowo-zrywkowego harwester plus forwarder. (Harwester ścina, a
forwarder zrywa ścięte drewno, wywozi do głównej drogi i układa w stosy.) Jak już
kiedyś pisałem, wydajność takich urządzeń jest ogromna. Niestety pomimo bardzo fajnej
opcji w harwesterze - pomiar wyciętego drewna - to i tak jeszcze trzeba
wszystko pomierzyć „ręcznie”. Taka procedura.
Zima to świetny okres do wycinki
drzew – nie ma sinizny, surowiec nie ulega deprecjacji (nie pogarsza się jego jakość)
a drogi zamarznięte i twarde, więc ich stanu żaden, najcięższy nawet sprzęt nie
pogorszy. Wygląda zresztą na to, że zima zaczęła się na dobre – od kilku dni w
nocy mróz, dzisiaj jeszcze spadło trochę śniegu. Górale, którzy wożą ode mnie z
lasu drewno świerkowe (tak, tak, kupują na Mazurach drewno i gdzieś wiozą
dalej) mówią że zima idzie, hej.
Cały rok zamyka się bilansem
zaskakującym – nie spodziewałem się, że te ogromne masy drewna które miałem zaplanowane
na ten kryzysowy rok do wycięcia uda się zrealizować. Poza kiepskimi pierwszymi
trzema miesiącami popyt stale się utrzymywał, a gdyby do wycięcia było jeszcze
więcej, to też by się dało sprzedać.
Na zdjęciu widać fragment
powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego”
drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu.
Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego
pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz
po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie
trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją
pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość
drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).
To co zrobiłem w tym roku –
usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za
gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na
zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się
dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania
lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak
huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji
planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych
powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków
kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.
Na zdjęciu widać też ślady po
traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki
zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak
wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla
traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.
Z dębem można zrobić jeszcze
inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można
proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i
jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.
Jeżeli na uprawie posadzimy
sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich
gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza,
sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie
oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej –
pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe
doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać
się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której
rosną sadzonki dębu.
Inaczej jednak wygląda sprawa ze
świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej
światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki
szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb
wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie
przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni
prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń
usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam
jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2
lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co
będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się
wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym
kierunku.
Świerk jest również dla dębu
gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna,
ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i
wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do
ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u
siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.
Na zdjęciu widać gniazdo z
odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której
już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu
nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu
gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż
bór mieszany świeży.
Na tym gnieździe posadziłem 4
lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem
pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na
całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu
zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten
sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą
miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.
Na zdjęciu
w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata,
kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu
chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to
dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy.
(Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby
raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)
Dąb rósł w kożuchu różnych
chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że
dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni
wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale
za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich,
żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.
Rano obudziło
mnie gwizdanie wiatru we wszystkich szczelinach domostwa. Za oknami las kołysał
się groźnie, ale do etapu huraganu jeszcze trochę brakowało. Aura była taka, że
zadzwoniłem do pilarzy i powiedziałem im, żeby nie jechali dzisiaj do lasu; dzień
wcześniej zresztą ich upominałem, że trzeba spieszyć się z robotą, bo na
surowiec czeka odbiorca – musiałem więc chłopakom przypomnieć, że BHP przede
wszystkim (obalanie-ścinanie drzew przy porywistym wietrze jest śmiertelnie
niebezpieczne ponieważ to co się dzieje ze ścinanym drzewem jest poza kontrolą
pilarza).
Za oknem śnieg padał już poziomo, a ja wciąż
zastanawiałem się jakim cudem w leśniczówce jeszcze jest prąd. Z reguły przy
takich wichurach „przerwy w dostawach zasilania” zdarzały się u mnie często i
na długo. Tym razem jednak radio podawało kolejne komunikaty o katastrofalnych
skutkach śniegowej nawałnicy w innych rejonach kraju. Nas szczęśliwie ominęło,
choć nie do końca.
Moje rozmyślania
przerwał telefon od jednego z odbiorców który poinformował, że stoi
niedaleko, tam gdzie miał dojechać nie dojedzie, bo droga rozmiękła, więc może
spróbuje wziąć drewno ode mnie z lasu zamiast od sąsiada. Ruszyłem do lasu,
gdzie wspomniany przewoźnik natychmiast utknął pod górką na drodze grząskiej
jak wszędzie indziej, do drewna oczywiście nie dojechał. Wezwałem duży traktor
który za pomocą bardzo grubej liny wyciągnął ponad-dwudziesto-tonowy samochód z
błota. (Co oczywiście trochę trwało.) Przewoźnik jednak nie poddał się,
dojechał w końcu do mygły i załadował się, po czym wziął ode mnie kwity i
pomknął do tartaku. Dodam tylko że cała operacja trwała w szalejącej śnieżycy,
przy silnym północnym wietrze. Ale dobrze się skończyło, prąd wciąż jest,
kaloryfery grzeją, a w maju znów będzie wiosna.
Na zdjęciu widać
katastrofę jaka wydarzyła się w pasiece koło domu – nawałnica przewróciła
martwą suchą sosnę, która padając uszkodziła kilka zabezpieczonych już na zimę uli.
To co widać na pierwszym planie
to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych
sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak
najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze
są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów
(bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby
zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.
Oprócz takiej grubizny jak widać
na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”.
Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia
(trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę
jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr
przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do
leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na
powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza
się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami,
według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient
przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru
drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji,
a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę
wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno
zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z
lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów,
jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze
sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie.
Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania
mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej
technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich
desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich
mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe
meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.
Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły
surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna,
elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje
też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości
(standardowo2,50 m)
Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś
czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u
mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak –
która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo
drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje
się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę.
Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało,
obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.
Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w
listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną
gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną
roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko
sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą
rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie
zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie
naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie
ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu
kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się
otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić,
że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza
tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod
uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.
Przy okazji prowadzonych w lesie prac zajrzałem do starego
dołu po sadzonkach. Z dużym zdziwieniem odkryłem, że jest wypełniony śmieciami.
Były tam nie tylko worki z rozmaitościami ale i deski, szmaty – jednym słowem
całe mnóstwo badziewia którego miejsce jest jak najbardziej na śmietniku – ale ktoś
uznał, że bliżej mu będzie wywieźć to do lasu. Dlaczego – nie wiem.
Wielokrotnie już pisałem o tym, że nie jestem w stanie
zrozumieć osobników, którzy wywożą do lasu śmieci, zarówno takie codzienne jak
i stare wersalki, pralki, lodówki itp. Nawet poza dużymi miastami można naprawdę
znaleźć miejsca gdzie bez problemu oddamy „elektrośmieci” czyli właśnie stary i
niepotrzebny sprzęt agd - w tym także komputery. Wysypisk jest sporo, a w coraz
większej liczbie wsi (w przeciwieństwie do np. Warszawy) prowadzona jest
selektywna zbiórka śmieci – posegregowane oddzielnie szkło, papier i plastiki
firma śmieciowa odbiera za darmo. Ktoś te śmieci przetwarza, i musi być to
dobry biznes, bo inaczej nikt by się za to nie brał.
Mój śmieciarz jednak nie był zbytnio inteligentny – kiedy robotnicy
ładowali śmieci na przyczepę żeby wywieźć je z lasu z jednego z worków wypadło
zdjęcie rentgenowskie. Z datą, imieniem i nazwiskiem. Nie mogłem uwierzyć. Zadzwoniłem
po straż leśną – strażnicy przyjechali bardzo szybko, obejrzeli śmieci i
rentgena, a jakieś pół godziny później zajechali do mnie żeby powiedzieć że
znaleźli winnego. Zapłaci mandat i oczywiście będzie musiał posprzątać w lesie.
Naprawdę akcja była szybka i skuteczna.
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez
drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz
czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na
przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny.
Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew
rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak
zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym
świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt
centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam
widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony
ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana
po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się
często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle
szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który
mógłby przewodzić taki prąd...
Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na
wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy
znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w
jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i
dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś
owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę
w moich drzewostanachpołożonych
malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z
czasem.
Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec
stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe
drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na
miejscu jako posusz ekologiczny.
U siebie w lesie
udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u
mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało
sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że
trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które
trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa
w określonym kierunku.
To naprawdę
dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i
zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa
(obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew
zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem
rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na
szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go
przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.
Kiedy
dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest
tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak
zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się
razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak
mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z
przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał
rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w
organizmie jakieś ślady.
Na niedawnym
spacerze w lesie żona zauważyła dziwnego grzyba, który ją niezwykle
zaintrygował. Na wszelki wypadek postanowiła go nie zrywać. Kiedy opowiedziała
mi jak wyglądał, od razu wiedziałem o co chodzi. Następnego dnia wróciła w to
samo miejsce z aparatem i zrobiła mu zdjęcie. Jak najbardziej był to szmaciak
gałęzisty (Sparassis crispa(Wulf.).
Jest to w Polsce
grzyb chroniony (ochrona ścisła), ale dopiero od niedawna (2004 rok) i dużo
osób pamięta jego smak, gdyż grzyb jest jadalny. Wygląda, przyznacie, dosyć
ciekawie (jego regionalne nazwy to „kozia broda”, „leśny kalafior” oraz
„baran”). Ten który widać na zdjęciu miał rozmiary sporej główki kapusty, ale bywają
i mniejsze i większe (rekordowy szmaciak znaleziony we Francji ważył ponad 28 kg!). Rośnie najczęściej w
lesie sosnowym, bo jest pasożytem korzenia sosny ...
Wszystkim którzy
będąc na grzybach mają wątpliwości co do tego czy rosnący przed nimi grzyb jest
jadalny czy trujący, polecam metodę z aparatem. Lepiej przynieść z lasu dobre
zdjęcie niż grzyba który może okazać się a) chroniony, b) trujący. Ponawiam też
oczywiście apel o nie śmiecenie w lesie oraz o nie wjeżdżanie do lasu
samochodami. W mojej okolicy szturm grzybiarzy trwa a śmieci przybywa, bo
najwyraźniej pusta plastikowa torebeczka po kanapce jest już zbyt ciężka żeby
zabrać ją z powrotem do domu (że o butelkach plastikowych nie wspomnę).
Kolega leśniczy
mieszkający w niedalekiej wiosce jakiś czas temu uległ namowom swojej rodziny i
zgodził się na posiadanie kota. Ponieważ dowiedział się, że ktoś we wsi ma
akurat małe koty, pojechał tam i jednego kupił albo dostał – tego nie wiem. W
ciągu następnego tygodnia wrzucono mu do ogródka – dosłownie – co najmniej
dziesięć małych kotów. Ponieważ były mniejsze i większe, samice i samce, po
niedługim czasie stwierdził, że niebawem będzie ich dużo więcej, bo kotki są
kotne. A przypominam – po długich namowach chłop zgodził się na jednego kota!
Ale ponieważ sąsiedzi wiedzą, że leśniczy zwierzaka raczej nie skrzywdzi,
postanowili go uszczęśliwić kolejnymi mruczkami, nie pytając go o zdanie tylko
mu te koty podrzucając. Skoro chciał jednego, będzie miał więcej ...
Ludzie z małych
miejscowości mają dziwną cechę (być może nie wszędzie, przepraszam jeżeli ktoś
poczuje się urażony, ale widzę to od lat) – jeżeli dowiedzą się, że ktoś w
okolicy lubi zwierzęta, ma ten ktoś absolutnie przechlapane.
Znajoma
znajdowała regularnie co roku psy przywiązane do płotu. Kilkakrotnie widziała
samochód startujący spod jej bramy z piskiem opon, a parę chwil później
orientowała się, że niechcący stała się właścicielką kolejnego stworzenia. W
ten sposób trafił do niej jamnik, bokser oraz kilka innych psów. W chwilach
maksymalnego zagęszczenia miała około dziesięciu psów, nie licząc własnych.
Udało jej się na szczęście dla większości znaleźć nowe domy, ale zanim to się
stało, wydawała wszystkie pieniądze na karmienie, odrobaczanie i leczenie sfory
– prowadziła właściwie mini-schronisko, charytatywnie, choć plany życiowe miała
zupełnie inne. Wybrnęła z kłopotu dopiero przeprowadzając się do innej wioski i
kupując psa tak groźnego, że teraz nawet zbliżyć się do płotu nie można ...
Idzie jesień i
ludzie jak co roku pozbywają się niechcianych zwierząt. Obserwuję tę smutną
regularność zdarzeń od paru lat. Nie potrafię takiego braku odpowiedzialności
absolutnie zrozumieć. Dlaczego ktoś nie ma odwagi psa uśpić czy odwieźć do
schroniska. Dlaczego uważa, że porzucając go przy drodze czy w lesie zdejmie z
siebie odpowiedzialność, jaką przyjął decydując się wcześniej tego psa trzymać
i karmić, i przerzuci ją na kogoś innego, kto go przygarnie, niechcący potrąci
samochodem albo zimą zdziczałego i kłusującego na leśną zwierzynę zastrzeli.
Dlatego proszę,
apeluję – nie dawajcie nikomu zwierząt w prezencie, nie narzucajcie mu
odpowiedzialności ... bo to bardzo niegrzecznie.
Od kilku tygodni
w moim leśnictwie „urządzeniowcy” (czyli pracownicy Biura Urządzania Lasu)
prowadzili taksację drzewostanów. Kiedy skończyli, spotkaliśmy się i
dokonaliśmy wspólnych ustaleń dotyczących dalszych sposobów użytkowania lasu w
moim leśnictwie.
Co to jest
taksacja? To spisywanie cech drzewostanu „z natury” czyli na gruncie. Stosując
określone metody pracownik wykonujący urządzanie opisuje drzewostan na danym
terenie bezpośrednio tak jak go widzi, czyli chodzi po leśnictwie i spisuje
skład gatunkowy kolejnych fragmentów lasu, czyli wydzieleń. Dodatkowo określa
podstawowe cechy taksacyjne – zapas, przeciętną wysokość, wiek, pierśnicę
(grubość) drzew w kolejnych wydzieleniach. Urządzanie to ciężka robota – na
piechotę trzeba przejść leśnictwo po leśnictwie i spisać co się widzi.
Niezależnie od stosowanych w tej pracy nowych technologii wciąż niezbędny jest
bezpośredni ogląd człowieka.
Plan
urządzeniowy sporządza się dla każdego leśnictwa na kolejne dziesięć lat i po
upływie tego okresu wykonuje się go znów. W ten sposób aktualizuje się dane na
podstawie których prowadzona jest cała gospodarka leśna. Od wyników taksacji
zależy cała reszta – rozmiar pozyskania, potrzeby hodowlane, planowanie
kosztów........
U mnie w
leśnictwie konsultacje sprowadzały się do tego, żeby ustalić sposoby
użytkowania rębnego poszczególnych powierzchni, czyli rodzaj cięć na zrębach i czasokres
tych prac. Dotyczy to szczególnie drzewostanów trudnych do odnowienia na borze
mieszanym wilgotnym (BMw) i lesie mieszanym bagiennym (LMb). Zwykłe użytkowanie
rębnią wielkopowierzchniową nie wchodzi w rachubę bo nie daje ona perspektywy na
łatwe odnowienie lasu ( po wycięciu drzewostanu na LMb teren się zabagnia i
odnowienie takiej powierzchni zaczyna być problemem). Więc musieliśmy
wypracować rozwiązanie gwarantujące sukces. Muszę jeszcze sprawdzić jedną
powierzchnię i ustalić czy da się działać na niej tak, jak sobie urządzeniowcy
wymyślili ... Ogólnie byli pod wrażeniem zasobności „moich” drzewostanów, bo
taksując stwierdzili, że w niektórych starych drzewostanach masa drzew w
metrach sześciennych dochodzi do 500 na jednym hektarze. Na siedliskach
borowych to całkiem przyzwoicie. W jakimś stopniu przyczynił się do tego
Krystian Kirschner, którego szczątki spoczywają w jednym z wydzieleń.
Wybrałem się ze znajomym na kaczki. Każdy ze swoim psem. Pojechaliśmy bardziej po to,
żeby potrenować psy niż żeby coś upolować. Jeżeli pies jest jeden, pracuje z
mniejszym zapałem niż kiedy są dwa. Najwyraźniej konkurencja działa motywująco.
Coraz bardziej jestem ze swojej suki zadowolony – nie tylko zachowuje się
bardzo karnie i respektuje moje wszystkie komendy, ale też z ogromną pasją
przeszukuje bagna i szuwary, nawet takie gdzie teren jest naprawdę trudny.
Ustrzeloną przez mojego kompana kaczkę znalazła i zaaportowała prawidłowo.
Drugi pies to jeszcze szczeniak, ale dobrze się zapowiada i wciąż się uczy.
Obserwowałem go z ciekawością, bo to szczeniak z mojej hodowli – i trzeba
powiedzieć że nie musiałem się wstydzić.
Polowanie na
kaczki polega na tym, że odwiedza się kilka bagien. Do każdego z nich trzeba
podejść z pomysłem - z odpowiedniej strony, bo jeżeli kaczki zauważą myśliwych
lub psy, można wracać do samochodu. Kaczki na które poluje się teraz, we
wrześniu, to ptaki które wylęgły się w okolicy na wiosnę i na tych bagnach
spędziły lato. Ponieważ czują się bezpiecznie, są mniej czujne niż kaczki które
przylatują do nas w październiku w drodzez północy na południe. Tamte są zdecydowanie bardziej bystre, można na
nie popatrzeć głównie przez lornetkę, bo jeżeli podejdzie się bliżej niż na
kilkaset metrów, zrywają się albo odpływają na środek jeziora. Kiedy zaczyna
się sezon migracji kaczek, przylatuje ich do nas naprawdę mnóstwo – sam
widziałem jeziora dosłownie czarne od ptaków.
Na jednym z
kolejnych polowań podchodziłem kaczki z psem, któremu kazałem iść przy nodze,
żeby zbliżyć się do kaczek na około 30-40 metrów, czyli
skuteczną odległość strzału. Nie było łatwe, tym bardziej kiedy człowiek sam
się czołgał w trawie żeby go ptaszyska nie wypatrzyły. Pies dopiero na rozkaz
musi iść do wody – wtedy kaczki się zrywają, a myśliwy ma kilka sekund szansy
zanim odlecą na tyle daleko żeby znaleźć się poza zasięgiem śrutu. Udało mi się
podejść blisko i skutecznie oddać strzał. Kaczka spadła, ale jak się okazało
strzał nie był do końca celny, bo w zapamiętanym przeze mnie miejscu jej nie
było. Jednak pies sprawdził się doskonale – odszukał ją i zaaportował. Naprawdę
polowanie z dobrym psem to ogromna przyjemność – „ królewskie łowy”, polecam.
Wiem, że pisałem
już rok temu o gnieździe szerszeni i wzywaniu straży pożarnej, ale co zrobić,
skoro sytuacja się powtarza?
Poprzedniego
lata dwa razy wzywałem strażaków żeby zdjęli gniazdo szerszeni ze strychu nad
stajnią. Najpierw chciałem je zdjąć sam, ale zdecydowałem się wezwać fachową
pomoc. Okazało się, że szerszenie odbudowały gniazdo i strażacy przyjeżdżali
jeszcze raz. Miałem nadzieję, że pozbyłem się tego niewygodnego towarzystwa na
dobre. W tym roku przylatywały jakieś pojedyncze sztuki, ale nie było ich dużo,
uznałem więc że znalazły sobie miejsce gdzieś w lesie.
Tymczasem
wczoraj znajoma która prowadzi pasiekę w odległości około 300m od leśniczówki
znalazła duże gniazdo szerszeni w ... swoim domku pszczelarskim. Domek jest nieduży,
służy do trzymania w nim podstawowych sprzętów do pracy w pasiece. Na półce pod
dachem leżały stare poduszki, służące do ocieplania uli na zimę. Wczoraj ze
zdumieniem zobaczyłem, że jedna z tych poduszek została dosłownie „wmurowana” w
gniazdo szerszeni... Miejsce na gniazdo idealne – nikt nie przeszkadza, a
stołówka blisko (szerszenie są drapieżnikami). Trochę się dziwiłem, jak można
nie usłyszeć głośnego buczenia dobywającego się z takiego gniazda wielkości wiadra, ale jak
widać można.
Dalej było po
staremu – zadzwoniłem po straż, obiecali że przyjadą, przyjechali. Ale kiedy
już uzbroili się w specjalne ubrania (są na zdjęciu z zeszłego roku) i zaczęli
zdejmować gniazdo, okazało się że mają za mały worek. W dodatku jeden spadł ze
stołka. Zanim wzięli większy worek większość rozzłoszczonych owadów wyleciała z
gniazda, część ich atakowała a część krążyła w pobliżu. Skończyło się więc na
tym, że gniazdo zabrali, a szerszenie zostały. Dziś widziałem już, że zaczęły
prace przy odbudowie. Wniosek z tego taki, że trudno się ich pozbyć za
pierwszym razem, a cała akcja musi być dobrze przemyślana.
Korzystając z
pełni księżyca wybierałem się na nocne polowania na dziki. Pogoda najczęściej
sprzyjała, były bezchmurne noce a w związku z tym doskonała widoczność.
Wszelkie burze, które szalały gdzieś nad Polską moje strony ominęły.
Dzików na polach
pomiędzy lasem a pobliską wsią mnóstwo. Zboża stratowane do zera, nikt nawet
ich nie kosił. Ziemniaki i kukurydza czekają na swoją kolej - na razie nie
cieszą się powodzeniem, póki jest obfitość pokarmu innego rodzaju.
Dziki które
obserwowałem, choć była bardzo jasna noc, mogłem podejść blisko (ok. 30 m). Nadal spokojnie
żerowały. Widok zahipnotyzował mnie na kilkanaście minut. Potem wybrałem
jednego i nacisnąłem spust, ale nie trafiłem. Wróciłem do domu po psa, z którym
sprawdziłem, czy aby na pewno dzik nie został ranny. W takich sytuacjach dobry
pies jest nieoceniony – widać kiedy idzie po tropie sfarbowanej zwierzyny, a
kiedy po prostu obwąchuje „zwykłe” ślady. Pies nie zaznaczył farby, ale
przeczesałem pole żyta na swój sposób. Jakby to powiedzieć, mam ograniczone
zaufanie do mojego rodowodowego wyżła. Chodząc po polu usłyszałem głos
ryczącego byka. Był 19 sierpnia! Rykowisko z reguły zaczyna się w naszym
regionie około połowy września. Wprawdzie ryczał tylko jeden, więc była to
bardziej „próba głosu” niż regularne rykowisko, ale to wyraźny znak że idzie
jesień, choć dni jeszcze bardzo ciepłe. Dzika rzeczywiście nie trafiłem. Może
trening na strzelnicy?
Pojechałem ze
znajomymi nad jezioro. Niedziela wieczór, miałem nadzieję że nie będzie tam
ludzi i będziemy mogli bez problemu poćwiczyć z psem aport z wody – przecież
właśnie rozpoczął się sezon na kaczki. Ale ponieważ wakacje w pełni, ludzi było
w bród. Nie mówię już o namiotach i samochodach biwakowiczów oraz śladach o
ognisku ale przede wszystkim o górze śmieci. Nie jest to teren mojego
leśnictwa, ale takie jezioro w lesie to naprawdę duży problem.
Usiedliśmy obok
grupki nastoletnich młodzieńców – mieli może po piętnaście lat. Brązowi od
słońca, każdy ze słuchawkami na uszach i odtwarzaczem MP3 w kieszeni
kąpielowych spodenek. W ręku obowiązkowo cola. W miarę upływu czasu kolejne
puste butelki rzucali po prostu za siebie. Zastanawiałem się dlaczego. Może to
jest tak, że wypada na plaży mieć w ręku napój. Natomiast stanowczo nie wypada
mieć pustej po nim butelki. A już najmniej „trendy” jest zabieranie ze sobą tej
butelki z powrotem ...
Nie wiem czy
jest to kwestia edukacji bardziej w domu czy bardziej w szkole. W trakcie
urlopu też chodziłem na plażę ale nie widziałem tyle śmieci co nad leśnym
jeziorem, choć ludzi było tam wielokrotnie więcej. Nad morze jakoś edukacja
śmieciowa dotarła skuteczniej niż na Mazury. Tam w żadnym sklepie oprócz
rybnego nie można było dostać plastikowej torebki – trzeba było za nią
zapłacić, chyba 30 groszy, co jak się okazało stanowiło dla rzeszy wczasowiczów
barierę istotną. W połączeniu z dużą liczbą osób zatrudnionych do sprzątania
plaż i nadmorskich miejscowości (było ich widać, ale także było widać efekty
ich pracy) sprawiało to, że naprawdę było czysto, a przynajmniej moim zdaniem
czyściej niż w „krainie tysiąca jezior”.
To nie jest tak,
że Lasy Państwowe nie dbają o swój teren. Każdego roku każdy leśniczy planuje
godziny na sprzątanie. W skali regionu i kraju są to naprawdę tony śmieci i
olbrzymie sumy pieniędzy przeznaczane dla zakładów usług leśnych jako
wynagrodzenie za sprzątanie. Ale nie da się wysprzątać wszędzie jeżeli ludzie
wciąż będą się zachowywali jak świnie i tak potwornie zaśmiecali lasy. Po
prostu nie da się nadążyć choćby zwiększyć te nakłady dwukrotnie – tu kartonik,
tam papierek po batoniku czy kubeczek po jogurcie albo puszka po piwie. Wakacje
się kończą, ale sezon grzybowy za pasem ...
Wróciłem właśnie
z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć
do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz
nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.
Zwiedzaliśmy tam
znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale
przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami,
szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie
zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej
dokonują kormorany.
Kormorany są na
niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie
dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym –
starych wysokich drzew liczących około 100 lat.
Ten ptak zjada
dziennie 2-3 kg
ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa
nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych
ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.
Widać, że tamtejsi
leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można
zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja
to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie
był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie
utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni
korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku
przemysłowego.
Na terenie
rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się
prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują
się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli
gospodarza.
Na leśnej drodze
znalazłem fajnego grzyba (owocnik). Teoretycznie grzybobranie jest jesienią,
ale te akurat grzyby pojawiają się wiosną, od marca-kwietnia do końca maja. Są
brązowe, jaśniejsze i ciemniejsze, pofałdowane podobnie do mózgu, sporych
rozmiarów. Te które ja widziałem dorastały do ok.8 centymetrów wysokości i
podobnej szerokości, ale maksymalny rozmiar to ok. 12x6cm.
Rosną w
drzewostanach sosnowych, często na zrębach i uprawach, ale u mnie w okolicy
rosną po prostu na drogach leśnych, niezależnie od tego czy w okolicy rośnie
świerk czy sosna czy jeszcze inny gatunek.
Ten grzyb to
piestrzenica kasztanowata (łac. gyromitra
esculenta), zwana potocznie babim uchem lub murchlą.
Piszę o nim nie
tylko dlatego że ma ciekawą formę i łatwo go zauważyć. Jest to grzyb silnie
trujący, więc jeżeli go znajdziemy na majowym spacerze, nie zrywajmy, a
najlepiej w ogóle go nie dotykajmy. Powoduje on statystycznie najwięcej zatruć,
zaraz po muchomorze sromotnikowym i olszówce!
Zawiera
substancję toksyczną (gyromitrynę) powodującą uszkodzenia narządów wewnętrznych
(gł. nerek i wątroby). Często bywa mylony ze smardzem. Kiedyś podobno był
jadany, bo tak jak olszówka może nadawać się do spożycia po uprzednim
wygotowaniu. Ale trujące jest nawet wdychanie oparów przy gotowaniu tych
grzybów! Według Wikipedii do której zajrzałem piestrzenica jest dopuszczona do
przetwórstwa, głównie na susz, po zastosowaniu odpowiednich procesów
technologicznych. Więc są tacy co lubią ryzyko.... Ja osobiście wszystkim
polecam podgrzybki.
Zacznijmy od
tego, że ukazuje się kilka czasopism o tematyce leśnej. Większość z nich
prenumeruje nasze nadleśnictwo dla swoich pracowników, więc dostaję wszystkie
kolejne numery czterech pism. A ponieważ czytam tę prasę, mogę powiedzieć, że jestem
„na bieżąco” nie tylko w kwestiach dotyczących mojego leśnictwa.
Ostatnio
przeczytałem artykuł, który zbulwersował mnie bardzo. (Las Polski nr.3/2008,
s.8-10.) Dotyczył leśniczego, który w trakcie zagrożenia pożarowego trzeciego,
najwyższego stopnia, i przy obowiązującym zakazie wstępu do lasu, napotkał parę
palącą w lesie ognisko – w poblizu miejsca gdzie kilka dni wcześniej był pożar.
Poinformował, że za to wykroczenie obowiązuje mandat w maksymalnej wysokości
500 zł, którego przyjęcia winowajcy odmówili. Zadzwonił więc po policję i straż
leśną. Funkcjonariusze przyjechali, wszyscy pojechali na komisariat, winowajca
przyjął mandat 150 zł wystawiony przez policję. Obiecał jednak leśniczemu, że
go „załatwi”. Kilka tygodni później oskarżył go o domaganie się łapówki w
wysokości 500 zł. Koniec końców (artykuł opisuje liczne niedociągnięcia
procesowe) sąd rejonowy uznał leśniczego za winnego i skazał na rok więzienia w
zawieszeniu, a sąd okręgowy rozpatrując apelację podtrzymał ten wyrok.
Nie wdając się w
zawiłości prawnicze i patrząc na to z boku – dostał wyrok za wykonywanie
obowiązków służbowych, co jest co najmniej dziwne, i mam nadzieję, że kolejna
instancja – Sąd Najwyższy – okaże więcej rozsądku od poprzednich.
Zbliża się
wiosna, a wraz z nią okres zwiększonej palności traw – dopóki nie są zielone,
tylko żółte i zeschłe, palą się szybko i łatwo. Każdy kto rozpala w lesie ogień
niech ma świadomość, że stwarza potężne zagrożenie, bo to nie jest tak, że
spali się najwyżej kawałek – z dymem może pójść cała puszcza, Białowieska,
Piska czy inna. Nie należy też się dziwić, widząc ubranego na zielono gościa
pędzącego z reprymendą – przy trzecim stopniu zagrożenia pożarowego wilgotność
ściółki jest bliska wilgotności kartki papieru, wystarczy więc jedna iskra.
Leśniczy ów lub strażnik leśny może nie przebierać w słowach – choć będąc na
służbie nie powinien – i można o tym borsukowi przypomnieć, jeżeli się
zagalopuje, ale paląc ogień jesteśmy sprawcami potężnego zagrożenia – również
dla samych siebie. Bo ogień łatwo się rozprzestrzenia w suchym lesie i można
nie zdążyc z niego wyjść. (W USA spłonęło kilkadziesiąt tysięcy ha lasu, bo
pewna pani podgrzewała parówki na ognisku …)
Zbliża się koniec miesiąca, więc udałem się do biura, żeby zrobić wypłatę. Chodzi o wypłatę dla pracowników, którzy wykonują w lesie różne prace. Nie są to pracownicy nadleśnictwa, ale osoby zatrudnione przez zakłady usług leśnych (tzw. ZUL-e). Co miesiąc każdy leśniczy wykonuje podsumowanie zrealizowanych w jego leśnictwie prac. Na podstawie tego zestawienia oraz zawartej na początku roku umowy nadleśnictwo wypłaca wynagrodzenie ZUL-owi, który potem rozlicza się ze swoimi pracownikami.
Na wszystko, od ścinki drzew przez zrywkę do konserwacji płotów, są oficjalne stawki, ustalone w drodze przetargu, więc wiadomo, ile co kosztuje. Na koniec każdego miesiąca robię podsumowanie dwóch działów: „pozyskanie” i „zagospodarowanie”.
W „pozyskaniu” podaję zestawienie mas drewna pozyskanych w cięciach planowych i przygodnych. (Cięcia przygodne wykonuje się niejako „poza kolejnością” – jest to usuwanie np. drzew połamanych przez wiatr czy śnieżną okiść, a także zasiedlonych przez szkodniki owadzie.)
Dział „zagospodarowanie” obejmuje wszystkie prace pielęgnacyjne i ochroniarskie, jakie wykonywane są w lesie. Rozlicza się je albo w hektarach (np. chemiczne zwalczanie szkodników leśnych, jak szeliniak, przez opryskiwanie), albo w sztukach (np. wieszanie budek lęgowych dla ptaków), albo w metrach (np. grodzenie upraw i remonty starych płotów).
Z gotowym zestawieniem jadę do biura. Tam dział techniczny sprawdza, czy wykonane prace zgodne są z wcześniejszymi planami. Potem inżynier nadzoru sprawdza jeszcze, czy faktycznie te czynności, które wpisałem, zostały wykonane i zostały wykonane dobrze. (Ponieważ jego zadaniem jest prowadzenie bieżącej kontroli w terenie, wie, czy faktycznie dany płot został postawiony, czy nie, i czy robota została zrobiona solidnie.) Kiedy on podpisze dokument wypłaty, idę do nadleśniczego, który formalnie zatwierdza dokument. Na koniec wypłata jest księgowana, a pieniądze płyną na konto ZUL-a.
(W różnych nadleśnictwach droga tego dokumentu może wyglądać trochę inaczej.)
Oczywiście Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe współpracuje z Polskim Związkiem Łowieckim, m.in. w zakresie ochrony środowiska, zachowania i rozwoju populacji zwierząt łownych i innych zwierząt dziko żyjących. Na terenach LP – tak samo jak na innych – znajdują się obwody łowieckie, gdzie prowadzona jest gospodarka łowiecka.
Niewielu leśników jest myśliwymi, i jest to ich prywatna decyzja, niezwiązana z wykonywanym zawodem. Tak samo są leśnicy-rzeźbiarze czy posiadający licencję pilota. Leśnicy-myśliwi są członkami kół łowieckich, tak samo jak przedstwiciele innych zawodów, np. weterynarze czy księża.
W każdym obwodzie łowieckim, w którym prowadzona jest racjonalna, zgodna z prawem gospodarka łowiecka, ma ona na celu dbałość o równowagę tamtejszego ekosystemu. Wiadomo, że jeżeli liczebność jakiegoś gatunku się zwiększy i będzie sztucznie utrzymywana na wysokim poziomie, może to doporowadzić do destabilizacji całego ekosystemu. Najlepiej to widać na przykładzie lisów – nadmierna ich ochrona poprzez szczepienia przeciwko wściekliźnie doprowadziła do nadmiernego wzrostu tej populacji i wyginięcia w niektórych rejonach drobnej zwierzyny – saren, zajęcy, bażantów, kuropatw…. (Lisy były i są szczepione po to, żeby zapobiec epidemii wścieklizny.) Teraz bardzo dużym wysiłkiem zarówno kół łowieckich, jak i leśników prowadzone są prace nad reintrodukcją, czyli ponownym wprowadzeniem na dany teren zajęcy i kuropatw.
Ale równie dobrze ogromnych szkód w prowadzonych przez leśników uprawach może dokonać nadmiernie liczna populacja łosi czy jeleni.
Zajrzałem niedawno na erysiowe forum, gdzie rozpoczęła się dyskusja dotycząca łowiectwa, czyli myślistwa, czyli po prostu polowania. Każdy ma prawo do subiektywnych ocen i wyrażania opinii. Tego się trzymajmy. Ja, jako wieloletni myśliwy i leśnik, chciałbym przedstawić również moje zdanie.
Moim zdaniem – podkreślam – moim subiektywnym zdaniem – łowiectwo to manifestacja cech atawistycznych*, przejaw pierwotnego instynktu człowieka zmuszonego do polowania w celu zapewnienia sobie pożywienia, a tym samym gwarancji przeżycia.
Łowiectwa nie można traktować w kategoriach sportu – nie chodzi tylko o adrenalinę. Sportowcy też bywają myśliwymi – ludźmi, w których drzemie atawistyczny instynkt. Nie chodzi też wyłącznie o kultywowanie tradycji – jeżeli dziad polował i ojciec polował, a syn nie czuje takiej potrzeby, to tradycję może realizować na różne inne sposoby, przebierając się za rycerza czy tańcząc w zespole ludowym. A jeżeli nawet ulegnie presji rodziny, to będzie „martwą duszą” w kole łowieckim. Również potrzebę prestiżu można zaspokajać na wiele sposobów, tak samo kolekcjonując złote zegarki czy znaczki, jak wydając majątek w sklepie z bronią.
Ramy prawne, które obowiązują w Polsce, pozwalają na racjonalne korzystanie z zasobów przyrodniczych, czyli na polowanie. Zwierzyna pozyskana przeze mnie trafia tak czy inaczej na czyjś stół, czasem oczywiście na mój również. Nie widzę sensownych argumentów, które wstrzymywałyby mnie przed zabiciem jelenia, jeżeli na obiad zjadam kotlet i chodzę w skórzanych butach.
Szczegółowe zasady wykonywania polowań określa ustawa „Prawo łowieckie” (Dz.U. nr 147 z 1995 r., poz. 713 z późniejszymi zmianami) oraz wewnętrzne przepisy Polskiego Związku Łowieckiego. Oficjalnymi, wpisanymi w Statut PZŁ zadaniami są m.in. prowadzenie gospodarki łowieckiej, dbanie o zachowanie i rozwój populacji zwierząt łownych i innych dziko żyjących, zwalczanie kłusownictwa, czuwanie nad przestrzeganiem przez członków zasad prawa, etyki, obyczajów i tradycji łowieckich, wspieranie i prowadzenie prac naukowych w zakresie gospodarowania zwierzyną, prowadzenie i popieranie hodowli użytkowych psów myśliwskich i ptaków łowczych.
Polować ma prawo tylko członek PZŁ (osoba, która zdała egzaminy dotyczące m.in. biologii zwierząt, zasad posługiwania się bronią (dostaje na nią pozwolenie) oraz przepisów prawnych), tym samym mający obowiązek przestrzegania przepisów i zasad etycznych. Oczywiście są myśliwi, którzy postępują zawsze zgodnie z kodeksem etycznym, i są tacy (niechlubne wyjątki), którzy dopuszczają się uchybień. Tak samo jak są kierowcy przestrzegający przepisów i tacy, którzy siadają za kierownicę pijani.
*atawizm - występowanie u osobnika cechy jego odległych przodków, od dawna już niedziedziczonej (definicja według „Słownika języka polskiego”, wydawnictwa PWN)
Ponieważ pojawił się kot, nie zdziwiłem się ani trochę, kiedy wczoraj wieczorem zaczął padać śnieg. Do południa wprawdzie stopniał, ale pierwszy znak zimy był.
Konna przejażdżka
Ale do rzeczy. Kilka dni temu wybrałem się po pracy na konną przejażdżkę. Koń jest młody i nie do końca ujeżdżony, dlatego muszę jak najczęściej na niego wsiadać, żeby uczyć go współpracy z jeźdźcem. Kiedyś bał się nawet spadających z drzewa liści. Teraz jest już mniej płochliwy, ale w siodle muszę bardzo uważać. Wybraliśmy się na pobliski poligon saperski. Po drodze zauważyłem żerującą w trawach sarnę. Koń zauważył ją chwilę wcześniej, i już zbierał się do „lotu”, bo wystające z traw sarnie uszy wydały mu się najstraszniejsze na świecie. Udało mi się przywołać go do porządku. Sarna uciekła. Przez poligon pojechałem na poletko łowieckie, żeby zobaczyć, czy przychodzi tam zwierzyna, i jaka. Potem jeszcze sprawdziłem, dokąd prowadzi jedna droga, którą często mijam samochodem i zawsze chciałem w nią wjechać, ale nigdy nie było okazji. Kiedy wracałem do domu, ze stajni słychać było coraz głośniej rżenie drugiego konia, który został sam i wołał kolegę.
Wypadek na poligonie
Następnego dnia pojechałem do biura nadleśnictwa, gdzie w swojej „skrzynce” na informacje urzędowe znalazłem pismo, którego lektura mnie zmroziła. Otóż pracujący na poligonie na zlecenie armii geodeta został ranny w szyję. Nie słyszał ani nie poczuł kuli, która go zraniła. Myślał, że coś go ugryzło i po skończonej pracy poszedł do przychodni opatrzyć ranę. Okazało się, że w jego szyi tkwi kula karabinowa… Miał chłop niebywałe szczęście i jedną szansę na milion, że kula weszła w taki a nie inny sposób i utkwiła pod językiem, a on to wszystko przeżył. Pechowy geodeta nie zgłosił w komendzie poligonu, że jedzie robić pomiary, a w pobliżu prowadzono strzelania z ostrej amunicji.
Ponieważ na poligonie manewry są prawie cały czas, mieszkańcy okolicy już się do tego przyzwyczaili. Nawet moje konie nie reagują na odgłos strzału, choć widok czołgu trochę je jeszcze przeraża. Zagrożenie wypadkiem jest jednak całkiem realne. Od teraz, żeby wejść lub wjechać na poligon (co często muszę robić w celach służbowych), trzeba zgłosić się do oficera dyżurnego. Tak samo trzeba zgłosić wyjazd z poligonu. No i cały czas nosić jaskrawą, widoczną z daleka kamizelkę. Ale lepsze to niż zabłąkany rykoszet…
Jak widać, zbieranie grzybów na poligonie może być zajęciem śmiertelnie niebezpiecznym – naprawdę nie warto ryzykować. Przy wszystkich drogach prowadzących na poligon stoją tablice ostrzegawcze – nie ignorujmy ich.
Samochody na leśnych drogach to jedno utrapienie. Drugie to śmieci. Zbieracze jagód traktują pobyt w lesie jako zarobek – zerwane jagody z reguły sprzedają w punkach skupu. Najczęściej przyjeżdżają rowerami, a śmieci jakie po nich zostają to najczęściej folie po kanapkach.
Grzybiarze zostawiają butelki i puszki po piwie, plastikowe butelki po jogurtach i napojach, plastikowe opakowania po czipsach i ciasteczkach... Najczęstszy śmieć, „śniadanie grzybiarza” to puszka po piwie i torebka po kanapce. Wersja druga to opakowania po serkach i jogurtach. Czasami pracowicie schowane pod krzaczek lub upchnięte pod ściółkę. Tak czy inaczej, plastikowa butelka czy jogurtowy kubeczek będzie się pod tym krzaczkiem rozkładać dwa tysiące lat. W tym czasie, jeżeli nie nastapi żadna katastrofa, jak potop lub zlodowacenie, las zostanie posadzony i wycięty dwadzieścia razy (licząc, że średnio sadzi się i wycina co sto lat). Dlaczego można ze sobą te plastikowe śmieci przywieźć, a nie można ich zabrać? Nie zmieszczą się w samochodzie pełnym grzybów? To czysta bezmyślność. I stąd ciągłe apele leśników o nie śmiecenie. O myślenie po prostu.
Ja i moi koledzy z sąsiednich leśnictw wyróżniamy kilka typów osobowości grzybiarzy. Najmniej kłopotów sprawia typ pierwszy – grzybiarz przypadkowy. Na widok munduru leśniczego przeprasza, pierwszy raz słysząc o tym, że do lasu wjeżdżać nie wolno. Obiecuje poprawę, jest grzeczny i „nie awanturujący się”. Typ drugi to grzybiarz świadomy – dobrze wie, że złamał zakaz wjazdu do lasu, ale prowadzi z leśniczym dosyć kulturalną rozmowę i z uśmiechem prosi, żeby go „pouczyć”. Ci są trochę męczący, ale jeszcze nie najgorsi. Dalej są recydywiści – notorycznie wjeżdżający do lasu w dobrze znane sobie miejsca, uważający, że facet w zielonym mundurze to frajer. Nie są sympatyczni. Ostatni typ to grzybiarz agresywny. Potrafi krzyczeć głośno, kim on to nie jest (np. adwokatem z Warszawy – przypadek autentyczny), wydzwaniać później do domu i grozić leśniczemu, że pożałuje (ten sam osobnik), a także niemal przechodzić do rękoczynów (to inny przypadek – facet już chciał wyciągać z bagażnika łom albo siekierę, ale na szczęście była z nim żona, która zapobiegła nieuniknionej wydawałoby się bójce).
Trzeba przyznać, że w „starciu” z takim człowiekiem sytuacja leśniczego, będącego bądź co bądź funkcjonariuszem państwowym, jest nie do pozazdroszczenia. Nie poluje on przecież specjalnie na grzybiarzy, ale dostarczają mu oni dodatkowego zajęcia, a czasem zupełnie niepotrzebnych stresów. Wracając z pracy po kilku godziach np. wynaczania trzebieży, czyli mozolnego znakowania drzew do wycięcia, trzeba zdjąć gumofilce, nalożyć służbowe pantofle, poprawić czapkę, strzepnąć z kurtki liście i widząc grzybiarza przy samochodzie w środku lasu miłym i uprzejmym tonem poinformować go o tym, że złamał prawo, nie dać się sprowokować, a słuchając wyzwisk pod swoim adresem zachować zimną krew pokerzysty, pamiętając o kreowaniu wizerunku Lasów Państwowych. Leśniczy nie jest wrogiem grzybiarzy, ale tak jak każdy, stara się jak najlepiej wykonywać swoją pracę...
W naszym lesie i okolicach jagód już coraz mniej. Coraz mniej również ludzi z wiadrami do których zbiera się jagody. Ponieważ deszcz pada już trzeci tydzień, zaczyna się sezon grzybowy.
Dzięki deszczom uprawy odżyły. Siewki sosny pokryły przygotowaną pod obsiew ziemię, a sadzonki posadzone kilka lat temu chyba czekały na taki sezon. Przyrosty tegoroczne są imponujące – nawet ponad 1 metr. Dotychczas dawały maksymalnie 20 centymetrów. Zajrzałem do mojego ulubionego młodnika w 391 oddziale – aż przyjemnie popatrzeć, rośnie jak na drożdżach.
Przejście z sezonu jagodowego do grzybowego można w lesie określić nie tylko na podstawie kalendarza, ale również na podstawie zwiększonej liczby łamiących przepisy samochodów oraz pozostawianych w lesie śmieci. Co oznacza taki sezon dla leśniczego? Do lasu, stanowiącego własność Skarbu Państwa, oczywiście, wejść może każdy. (Stały zakaz wstępu obowiązuje jedynie na uprawach leśnych do 4 m wysokości, powierzchniach doświadczalnych, w drzewostanach nasiennych, ostojach zwierząt, źródliskach rzek i potoków, obszarach zagrożonych erozją oraz tam, gdzie nadleśnictwa wprowadzają okresowy zakaz wstępu do lasu.) Można wejść – ale nie wjechać samochodem! Wjeżdżanie do lasu drogą leśną jest zabronione, nawet jeżeli nie ma zakazu wjazdu, a jeżeli zdarzy się spotkanie ze strażą leśną, grozi mandat.
To, że w Polsce lasy są dostępne powszechnie i niemal bez ograniczeń jest ewenementem na skalę europejską. Tak samo jak u nas, nigdzie w Europie nie można do lasu wjeżdżać samochodem. W wielu krajach nawet pieszo można poruszać się jedynie po wyznaczonych ścieżkach. To, że grzyby możemy zbierać do woli, również nie jest wcale wszędzie takie oczywiste. W Austrii jest oficjalny limit pojemności kosza na grzyby – a za przekroczenie dozwolonej ilości grozi wysoka kara.
Któregoś razu, jadąc przez las rowerem, spotkałem starszego pana, który z pełnym koszem grzybów szukał… swojego samochodu. „A nie widział pan nigdzie niebieskiego golfa?” - zapytał. Przyznam, że mnie zatkało. Grzybiarze często wiedzą o zakazie wjazdu do lasu, ale łamią go z premedytacją. Zdarza się również, że kiedy mówię, że wypisze im mandat, grożą mi że do końca życia będą mnie ciągać po sądach. Inni straszą czymś materialnym ukrytym w bagażniku.
Wjazd do lasu warto przemyśleć – nie dalej jak w zeszłym tygodniu wyciągałem z błota samochód – nową Skodę Octavię – za pomocą długiego holu. Po samochodzie na leśniej drodze została głeboka bruzda, którą „wyorała” skrzynia biegów. Jestem pewny, że ta pani nigdy już do lasu samochodem nie wjedzie…