dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Idę na rekord
2009-12-13

Wygląda na to, że w tym miesiącu pobiję tegoroczny rekord pozyskania surowca. Ponad tysiąc metrów wyjdzie na pewno. Uda się to częściowo dzięki urzycia maszyny, czyli harwestera – a dokładniej zespołu ścinkowo-zrywkowego harwester plus forwarder. (Harwester ścina, a forwarder zrywa ścięte drewno, wywozi do głównej drogi i układa w stosy.) Jak już kiedyś pisałem, wydajność takich urządzeń jest ogromna. Niestety pomimo bardzo fajnej opcji w harwesterze - pomiar wyciętego drewna - to i tak jeszcze trzeba wszystko pomierzyć „ręcznie”. Taka procedura.

Zima to świetny okres do wycinki drzew – nie ma sinizny, surowiec nie ulega deprecjacji (nie pogarsza się jego jakość) a drogi zamarznięte i twarde, więc ich stanu żaden, najcięższy nawet sprzęt nie pogorszy. Wygląda zresztą na to, że zima zaczęła się na dobre – od kilku dni w nocy mróz, dzisiaj jeszcze spadło trochę śniegu. Górale, którzy wożą ode mnie z lasu drewno świerkowe (tak, tak, kupują na Mazurach drewno i gdzieś wiozą dalej) mówią że zima idzie, hej.

Cały rok zamyka się bilansem zaskakującym – nie spodziewałem się, że te ogromne masy drewna które miałem zaplanowane na ten kryzysowy rok do wycięcia uda się zrealizować. Poza kiepskimi pierwszymi trzema miesiącami popyt stale się utrzymywał, a gdyby do wycięcia było jeszcze więcej, to też by się dało sprzedać.


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Hodowla lasu
2009-11-24
Na zdjęciu widać fragment powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego” drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu. Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).

To co zrobiłem w tym roku – usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.

Na zdjęciu widać też ślady po traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 0
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Naturalnie i sztucznie
2009-11-16

Kiedy z pierwszymi przymrozkami skończyły się już chwasty, postanowiłem obejrzeć uprawę z naturalnego odnowienia. Ponieważ jedyne co zostało tam zielone, to siewki, można dokładnie określić stopień pokrycia. Wszystko jest ok., jedynie tam gdzie chwasty tworzyły wyjątkowo gęsty kobierzec, siewek nie ma. W pozostałych miejscach rosną bardzo gęsto. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ich system korzeniowy i kilka wyrwałem. Okazało się, że jeżeli się dobrze nie chwyci, to można drzewko urwać, ale nie wyciągnąć z korzeniem. Bardzo mocny system korzeniowy, dłuższy niż zewnętrzna część rośliny (siewki mają teraz około 20-30 cm wysokości, a korzenie około 40 cm jak sądzę).

Wniosek jest jeden i oczywisty – są to bardzo mocne rośliny, rosnące w dobrych warunkach. Moim zdaniem są w dużo lepszej kondycji niż gdyby zostały posadzone sztucznie. Drzewka pochodzące ze szkółki również mają rozległy system korzeniowy, ale niestety tracą go w trakcie sadzenia – nikt nie jest w stanie idealnie posadzić 10-centymetrowej sadzonki w taki sposób, aby nie uszkodzić ani nie pozawijać „miotłowatego” korzenia mającego 20-30 cm. Dlatego system korzeniowy przed posadzeniem jest redukowany za pomocą ostrego szpadla. Tak więc powierzchnie ze sztucznym sadzeniem siłą rzeczy są o wiele bardziej podatne na foliofagi (np. szeliniaka) – mają mniejszy i słabszy korzeń a przez to mniej siły żeby się bronić. Z kolei siewki z odnowienia naturalnego rosną wciąż w jednym miejscu więc korzeń rozwija się bez przeszkód i roślina ma o wiele większą zdolność regeneracji (np. w przypadku zgryzania przez zwierzynę), jest też odporniejsza. Jednym słowem jestem z siebie zadowolony.

Tym bardziej, że dokładnie taką samą teorię jak moja przeczytałem niedawno w prasie leśnej (Las Polski 20/2009). Jest tam artykuł o odnowieniach powierzchni pohuraganowych na Mazurach w okolicach Pisza. Pozostawiono tam powierzchnie eksperymentalne – część odnawiano naturalnie, a część sztucznie. Okazało się, że najlepszej jakości sadzonki (z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowane, czyli wzbogacane o specjalne grzyby chroniące system korzeniowy) mają dwukrotnie mniejszą żywotność niż sadzonki z obsiewu naturalnego. Również w przypadku szkodników i grzybów okazało się, że odnowienie naturalne miało dużo większą odporność.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 1
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dąb – postępowanie hodowlane cz. 2
2009-10-30
Z dębem można zrobić jeszcze inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.

Jeżeli na uprawie posadzimy sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza, sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej – pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której rosną sadzonki dębu.

Inaczej jednak wygląda sprawa ze świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2 lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym kierunku.

Świerk jest również dla dębu gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna, ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Dąb - postępowanie hodowlane cz. 1
2009-10-28
Na zdjęciu widać gniazdo z odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż bór mieszany świeży.

Na tym gnieździe posadziłem 4 lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.

Na zdjęciu w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata, kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy. (Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)

Dąb rósł w kożuchu różnych chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich, żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Opał też drewno
2009-10-06

To co widać na pierwszym planie to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów (bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.

Oprócz takiej grubizny jak widać na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”. Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia (trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami, według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji, a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów, jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
W czasie suszy bóbr ma sucho
2009-09-23
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę pyłu.  W okolicznych niewielkich zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.

Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym – drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia), bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.

Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.

O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania – zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne. Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Drugie życie
2009-09-11
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie. Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.

Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna, elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości (standardowo2,50 m)

Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak – która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę. Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało, obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.

Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić, że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nowe technologie
2009-08-26

No – wygląda na to, że wreszcie się udało. To znaczy wreszcie w leśniczówce działa w miarę przyzwoity internet. Do tej pory łączyłem się za pomocą zwykłego telefonu analogowego – technologia jak dwadzieścia lat temu; łącze o prędkości ślimaka pozwalało na oglądanie tylko niektórych stron (w tym na szczęście również E-rysia), nie mówiąc o ściąganiu czegokolwiek. A ponieważ centrala telefoniczna do której jestem podłączony jest stara, to na neostradę szans nie było. Oczywiście próbowano mi ją sprzedać kilka razy, raz nawet dałem się namówić. Ale ponieważ był problem w instalacji, zadzwoniłem na infolinię, a tam miła pani zapytała: „A kto to panu sprzedał? To przecież nie ma prawa u pana zadziałać!”. Zasięg komórkowy w domu mam generalnie rzecz biorąc słaby i to w każdej z dostępnych sieci. Odpadał więc również internet komórkowy. Łącze satelitarne odpadało z kolei ze względu na duże koszty. Łączność bezprzewodowa typu wi-fi czy wi-max do nas nie dociera (pokrywa za to dosyć dobrze okolice Giżycka i kilkudziesięciu znajdujących się w jego pobliżu miejscowości). Ale na szczęście pojawiła się nowa technologia dzięki której nareszcie, po dziesięciu latach, mogę powiedzieć że net działa.

Jest to internet radiowy w technologii CDMA działający na częstotliwości 450 MHz. Wykorzystuje sieć starych nadajników  postawionych dla pierwszych w naszym kraju komórek (w analogowej technologii NMT) które miały wielkość walizki, ciężar maszyny do pisania, kosztowały fortunę a słychać było ledwo – ledwo. Później wraz z rozwojem technologii związanej z telefonami komórkowymi postawiono nowe maszty i zmieniano kilkakrotnie częstotliwości na coraz wyższe. Stare konstrukcje jednak zostały. Dzisiaj dzięki postępowi techniki na częstotliwości 450 można przesyłać o wiele więcej danych niż dekadę temu, ze względu na niską częstotliwość nie jest konieczna tak gęsta sieć nadajników jak dla współczesnej telefonii komórkowej (działającej przykładowo – w zależności od operatora i kraju - na częstotliwościach  900-1800-1900 MHz) a zasięg tych nadajników jest również większy niż dla zwykłych komórek.

Pożyczyłem takie urządzenie na próbę i okazało się, że działa całkiem dobrze. Zamówiłem więc jeszcze antenę wzmacniającą sygnał, zamontowałem na kominie i wtedy zobaczyłem pełen zasięg sygnału, a pomiar prędkości transferu wyniósł powyżej 600 kbit/s (ha – przy łączności telefonicznej wynosił w porywach do ... 28 kbit/s). Rzecz w mieście przy stałym łączu całkiem zwyczajna, a dla mnie nieprawdopodobna. Teraz jeszcze tylko poprowadzić kable – i już! Wszystkim który nie mają szans na „normalny” internet szczerze polecam. (Pozwolę sobie przemilczeć parę niedociągnięć dostawcy usługi).


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Piorun w drzewo
2009-08-11
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny. Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który mógłby przewodzić taki prąd...

Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę w moich drzewostanach  położonych malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z czasem.

Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na miejscu jako posusz ekologiczny.

 

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Harwester
2009-08-10
W moim leśnictwie pojawił się harwester i forwarder (zestaw ścinkowo-zrywkowy). Była to absolutna premiera. W dodatku nie był to zrąb tylko powierzchnia trzebieżowa. Technologia pozyskania jest w zasadzie taka sama jak przy pozyskaniu ręcznym, ale szlaki zrywkowe które należy wyznaczyć przy okazji zestawu muszą być szersze niż normalnie, tzn. muszą mieć najmniej cztery metry szerokości. Przy zwykłej zrywce półpodwieszonej (czyli wyciąganiu traktorem ściętych drzew do drogi która może być już drogą wywozową) szlaki zrywkowe (czyli trasy dla traktora, żeby nie jechał za każdym razem gdzie indziej i tym samym nie niszczył więcej podszytu niż to jest absolutnie niezbędne żeby drzewo wyciągnąć) są szerokości trzech metrów.  Wydaje się, że to tylko jeden metr, ale w rzeczywistości robi to sporą różnicę. Sprzęt typu harwester to naprawdę ogromna maszyna i ślady jej bytności w lesie są dużo większe niż w przypadku zwykłego traktora.

Moim zdaniem harwester i forwarder jest mało ekologiczny – w trakcie dnia pracy spala około trzystu (300!) litrów ropy. Dla porównania - pilarze żeby pozyskać taką samą masę i zerwać ją małym ciągnikiem zużywają około 10 litrów benzyny (do pilarek) i około 50 litrów ropy (do traktora). Harwester zostawia też jak zauważyłem sporo odpadów eksploatacyjnych, czyli rozmaitych małych pieńków o długości 20 czy 30 centymetrów. Wszystko dlatego, że naprawdę wyrabianie sortymentów ze ściętego drzewa dobrze wychodzi jeżeli strzała jest prosta. Być może wynika to jeszcze z braku doświadczenia operatorów tych maszyn, bo harwester pracuje u nas od niedawna. A być może również z mojego konserwatywnego podejścia do sprawy. Muszę przyznać że przez dziesięć lat pracy przyzwyczaiłem się do „klasycznej” pracy robotników leśnych i u nich nie tolerowałbym pozostawiania takiego bałaganu. Ba, pilarze mają obowiązek ścinać drzewa dużo niżej niż maszyna, ustawiać regularne stosy o jednakowej wysokości odpowiednio zabezpieczone z obu stron i okrzesywać surowiec (obcinać gałęzie) naprawdę bardzo dokładnie – dla pozyskania maszynowego nie stawia się takich wymagań. Ale cóż, należy przyswajać nowe technologie, bo nawet praca w lesie się zmienia.

 Zakończę może tak: jest to doskonały sprzęt na duże powierzchnie zrębowe, możliwe jest naprawdę pozyskanie ogromnej ilości surowca w krótkim czasie i dostarczenie go na rynek. Jeżeli ktoś z was w przyszłości będzie przedsiębiorcą leśnym to z pewnością doceni maszynowe pozyskanie drewna :)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nudny dzień za biurkiem
2009-04-20

Ponieważ od jakiegoś czasu już piszę tego bloga i Czytelnicy mieli szansę zorientować się z grubsza na czym polega praca leśniczego, postanowiłem opisać zwykły dzień w lesie „na żywca”.

Dzisiejszy, poniedziałkowy dzień zaczął się już wczoraj wieczorem. Zadzwoniłem do kilku przewoźników przypominając, że się ze mną umawiali ale nie ustalili jeszcze godziny przyjazdu. Panowie stękali, ale się zgodzili, że skoro się już umówili to przyjadą... (Ale z rozmów wynikało że mieli już inne plany.)

Poranek był mroźny, jakieś minus pięć stopni. Wyjeżdżając z domu po siódmej wiedziałem już, że przewoźnik stoi w umówionym miejscu i ładuje surowiec na samochód. Jak dojechałem do niego okazało się, że już prawie kończy. Wypisałem kwit wywozowy i zanim zdążył go podpisać i odebrać pojawiła się straż leśna. Strażnicy wzięli ode mnie wszystkie kwity i sprawdzili czy jest w nich to samo co na samochodzie. (Sprawdzali numery stosów, sortymenty i ilość surowca.) Wszystko się zgadzało i nie było żadnych niejasności, co chłopaki skrupulatnie odnotowali w swoich dokumentach. Na koniec zażartowali jeszcze, że straszny u mnie w leśnictwie kurz na drodze i cały samochód im się ubrudził ...

Zanim kierowca odjechał dzwonił już następny przewoźnik z którym byłem umówiony na drugim końcu leśnictwa. Ruszyłem więc na miejsce. Wypisałem przewoźnikowi kwit na surowiec, który wręczyłem podleśniczemu (odrywając go wcześniej od wyznaczania trzebieży na 2010 rok). Podleśniczy z kwitem pilnował załadunku i kiedy już wszystko było na samochodzie dał przewoźnikowi dokumenty. Była godzina jakaś dziesiąta.

Wiedziałem, że ma przyjechać jeszcze jeden przewoźnik, ale żeby nie czekać na niego bez sensu postanowiłem sprawdzić czy czyszczenia późne które pilarze robili w tym miesiącu są zrobione dobrze. Ta powierzchnia znajdowała się jeszcze gdzie indziej i sam dojazd zajął mi jakieś pół godziny. Wziąłem ze sobą farbę do znakowania drzew bo domyślałem się, że będą poprawki. Na powierzchni spędziłem sporo czasu wyznaczając kolejne drzewa do wycięcia. Czyszczenia nie były zrobione źle, ale trzeba było jeszcze je poprawić. Ta powierzchnia jest trudna, bo pochodzi z odnowienia naturalnego i zmieszanie gatunków oraz panujący tam gąszcz ma duże znaczenie. Wyznaczając kolejne drzewa przypomniałem sobie kolokwium z hodowli lasu na którym pytano mnie właśnie o zabiegi hodowlane w drzewostanach liściastych. Na pytanie odpowiedziałem dobrze ale chciałem jeszcze błysnąć i dodałem, że najlepiej prowadzić taki zabieg w porze kiedy drzewa są w pełni ulistnione bo widać całe korony. Profesor nie zanegował ale się skrzywił. Gdybym robotę którą wykonywałem dzisiaj przeprowadzał tak jak chciałem dziesięć lat temu w pełnym ulistnieniu miałbym przed oczami wyłącznie zieloną ścianę. Tak właśnie nieraz teoria rozmija się z praktyką. Kiedy rozmyślałem o hodowli siedząc na kupie gałęzi zauważyłem idącego po mojej nodze kleszcza. Rozgniatając go zastanawiałem się czy był nosicielem boreliozy, kleszczowego zapalenia opon mózgowych czy innej może choroby zawodowej.

Z zadumy wyrwał mnie telefon przewoźnika który zapytał dokąd ma jechać. Wytłumaczyłem mu dojazd i ruszyłem żeby dopełnić formalności. Podpisałem dokumenty i pokazałem panu które stosy ma zabrać – wierząc mu, że właśnie tak postąpi. Nie mogłem z nim czekać aż się załaduje do końca bo chciałem skończyć wyznaczanie czyszczeń. Nie jest to do końca zgodne z instrukcjami, ale co tam .

Później pojechałem jeszcze odebrać zerwane drewno przygotowane do wywozu. Przy okazji sprawdziłem czy pracujący na trzebieży pilarze są ubrani w odpowiednie stroje BHP (kaski, buty, osłony itp.) i powiedziałem im, że muszą do końca tygodnia poprawić czyszczenia jeżeli chcą je w tym miesiącu mieć na wypłacie.

To był już prawie koniec, bo reszta drobnych zajęć wypadała i tak po drodze do domu. Kiedy parkowałem pod leśniczówką po piętnastej usłyszałem głośny wybuch od którego zadrżała ziemia. Wojsko znowu ćwiczy na poligonie. Będą pożary jak dwa razy dwa.

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wypadek na powierzchni
2008-12-10

U siebie w lesie udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa w określonym kierunku.

To naprawdę dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa (obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.

Kiedy dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w organizmie jakieś ślady.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Czas jesiennych poszukiwań szkodników
2008-11-23

W ubiegłym tygodniu w moim Nadleśnictwie ruszyliśmy walnie do jesiennego poszukiwania pierwotnych szkodników sosny zimujących w ściółce. Nie była to impreza z ogniskiem i kiełbasą... Tak jak w poprzednim roku poszukiwania prowadziliśmy według nowego schematu, który opisałem krótko mniej więcej rok temu (październik 2007). Pokrótce tylko przypomnę, że owadów szuka się pod kilkoma drzewami, w wyznaczonych fragmentach ściółki oraz pod korą, a na podstawie wyników tych działań określa się stopień zagrożenia od szkodników na rok przyszły i planuje ewentualne dodatkowe działania ochronne, np. opryski z samolotów.

Termin jesiennych poszukiwań udało się ustalić dość celnie, jako że wczesne przymrozki już mamy za sobą, a nawet pierwszy śnieg. (Wszystko są to okoliczności które dają większą precyzję prognozy.) Do oceny skuteczności prognozowania ja wprowadzam jeszcze jedną dodatkową zmienną. Mianowicie doświadczenie osób, które bezpośrednio przeszukują ściółkę. (Jeżeli ktoś bierze udział w poszukiwaniach po raz pierwszy to z reguły ma wyniki gorsze od kogoś kto szuka szkodników już kolejny rok. Moim zdaniem najlepiej przy tego rodzaju pracach zatrudniać kobiety – są dużo dokładniejsze niż faceci i mają lepsze wyniki.) Biorąc pod uwagę nawet tę ostatnią zmienną muszę przyznać, że dziwnie mało wyszukaliśmy zimujących szkodników. Wysłano wyniki poszukiwań do ZOL-u (Zakładu Ochrony Lasu). Ciekawe jak sprawy z poprochem, barczatką, borecznikami i innymi wyglądają globalnie. Zadzwonię chyba do jakiegoś sąsiada.

Jesienne poszukiwania to też okazja, żeby pomyszkować po lesie w sposób nierutynowy. Na kilku powierzchniach kontrolnych znalazłem stanowiska widłaka spłaszczonego i jałowcowatego. To bardzo istotna rzecz przy wykonywaniu zabiegów trzebieżowych. Stanowiska roślin chronionych nie mogą ulec degradacji, więc szlaki zrywkowe muszą je ominąć.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Trzebież rzecz ważna
2008-11-13

Zakończono pozyskanie surowca na ostatniej w tym roku powierzchni trzebieżowej w moim leśnictwie. Był to zabieg w sześćdziesięcioletnim lesie, na siedlisku lasu mieszanego bagiennego. Dla niewtajemniczonych w siedliskoznawstwo dodam, że jest to teren podmokły i na przeważającej powierzchni występuje gruba warstwa torfu. Mineralne wywyższenia zajmuje świerk z sosną a dolinki porasta brzoza.

Pozornie niczym się ta trzebież nie wyróżniała ale ...

Zabieg miał na celu przygotowanie powierzchni do użytkowania rębnego. Tzn. wychwycone zostały całe fragmenty z odnowieniem naturalnym (przede wszystkim świerka). Szlaki zrywkowe przebiegają w tym drzewostanie tak, aby przy zrywce drewna nie uszkodzić siewek. Druga ważna rzecz to dopuszczenie do dna lasu wystarczającej ilości światła niezbędnego do rozwoju młodego pokolenia. Osiąga się to przez usunięcie - wycięcie drzew z pierwszego piętra drzewostanu (najwyższe drzewa o rozbudowanej koronie). Oczywiście ilość usuniętych drzew z pierwszego piętra nie może być zbyt duża ponieważ trzebież łatwo może przejść w zrąb. Nie chwaląc się myślę, że wyszło nieźle. Reszta to standardowe działanie mające na celu rozluźnienie zwarcia w koronach starego lasu. Wszystko to po to, żeby za dwadzieścia lub trzydzieści lat nie trzeba było wycinać tam zrębu w celu zastąpienia starodrzewiu młodym pokoleniem lasu. Ten proces rozpocząłem już teraz. Ktoś kto w przyszłości mnie zastąpi w tym leśnictwie będzie miał jeden kłopot z głowy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Nowy operat
2008-09-22

Od kilku tygodni w moim leśnictwie „urządzeniowcy” (czyli pracownicy Biura Urządzania Lasu) prowadzili taksację drzewostanów. Kiedy skończyli, spotkaliśmy się i dokonaliśmy wspólnych ustaleń dotyczących dalszych sposobów użytkowania lasu w moim leśnictwie.

Co to jest taksacja? To spisywanie cech drzewostanu „z natury” czyli na gruncie. Stosując określone metody pracownik wykonujący urządzanie opisuje drzewostan na danym terenie bezpośrednio tak jak go widzi, czyli chodzi po leśnictwie i spisuje skład gatunkowy kolejnych fragmentów lasu, czyli wydzieleń. Dodatkowo określa podstawowe cechy taksacyjne – zapas, przeciętną wysokość, wiek, pierśnicę (grubość) drzew w kolejnych wydzieleniach. Urządzanie to ciężka robota – na piechotę trzeba przejść leśnictwo po leśnictwie i spisać co się widzi. Niezależnie od stosowanych w tej pracy nowych technologii wciąż niezbędny jest bezpośredni ogląd człowieka.

Plan urządzeniowy sporządza się dla każdego leśnictwa na kolejne dziesięć lat i po upływie tego okresu wykonuje się go znów. W ten sposób aktualizuje się dane na podstawie których prowadzona jest cała gospodarka leśna. Od wyników taksacji zależy cała reszta – rozmiar pozyskania, potrzeby hodowlane, planowanie kosztów........

U mnie w leśnictwie konsultacje sprowadzały się do tego, żeby ustalić sposoby użytkowania rębnego poszczególnych powierzchni, czyli rodzaj cięć na zrębach i czasokres tych prac. Dotyczy to szczególnie drzewostanów trudnych do odnowienia na borze mieszanym wilgotnym (BMw) i lesie mieszanym bagiennym (LMb). Zwykłe użytkowanie rębnią wielkopowierzchniową nie wchodzi w rachubę bo nie daje ona perspektywy na łatwe odnowienie lasu ( po wycięciu drzewostanu na LMb teren się zabagnia i odnowienie takiej powierzchni zaczyna być problemem). Więc musieliśmy wypracować rozwiązanie gwarantujące sukces. Muszę jeszcze sprawdzić jedną powierzchnię i ustalić czy da się działać na niej tak, jak sobie urządzeniowcy wymyślili ... Ogólnie byli pod wrażeniem zasobności „moich” drzewostanów, bo taksując stwierdzili, że w niektórych starych drzewostanach masa drzew w metrach sześciennych dochodzi do 500 na jednym hektarze. Na siedliskach borowych to całkiem przyzwoicie. W jakimś stopniu przyczynił się do tego Krystian Kirschner, którego szczątki spoczywają w jednym z wydzieleń.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Mechaniczne pozyskanie drewna
2008-08-28

Kilka dni temu byłem na delegacji w Nadleśnictwie Żednia. Wyjazd był zorganizowany w celu szkoleniowym – na miejscu odbyło się szkolenie z zakresu pozyskiwania drewna przy pomocy harwestera. Wszystko dlatego, że nasze nadleśnictwo zakupiło taką maszynę i już niebawem rozpocznie się „nowa era”.

Harwester to maszyna wielofunkcyjna która ścina, okrzesuje i manipuluje drzewo na wyrzynki odpowiedniej długości. Jest to bardzo nowoczesny sprzęt.

Ale praca z harwesterem wygląda zupełnie inaczej niż z brygadą pilarzy. Przede wszystkim pojawia się drewno pocięte w kłody. Odbiorcy surowca muszą się precyzyjnie zdeklarować jakiej długości życzą sobie kłodę. Do tej pory dostawali całą „świecę” i manipulowali ją dowolnie na placu, Ogromne znaczenie ma doświadczenie operatora harwestera – niezbędne jest bardzo dobre wyszkolenie, bo inaczej może dojść do grubego nieporozumienia a w efekcie do strat finansowych (Operatorzy szkoleni są w specjalistycznym ośrodku Lasów Państwowych.)

Ogromnym ograniczeniem takiej maszyny jest to, że sprzęt nie powinien dojeżdżać daleko na miejsce pracy – prędkość harwestera to 8 km na godzinę, więc najlepiej jakby parkował w lesie i tylko przejeżdżał z powierzchni na powierzchnię. Najbardziej zużywa się właśnie przy „zwykłej” jeździe po drodze, a nie w trakcie pracy. Pojawia się więc kolejny problem – żeby móc pozostawić go w lesie na noc, należałoby chyba pomyśleć o wynajęciu stróża ... Maszyna jest bardzo wydajna, ale ekologiczna średnio - dziennie może zużyć do 400 litrów ropy. Ma też swoje ograniczenia – np. największa średnica pnia jaki można ściąć to 70 cm, a u mnie w leśnictwie drzewa bardzo często są grubsze.

Ale najważniejsze - rachunek ekonomiczny mówi wprost, że wydajność harwestera na powierzchniach zrębowych jest tak duża, że nawet przy wysokich kosztach eksploatacji jego praca jest opłacalna.

Kiedy powiedziałem moim robotnikom że niebawem na części zrębów będzie pracował harwester, mieli nietęgie miny – najwięcej przecież zarabiają na zrębach.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Kornik drukarz – zły sen leśnika
2008-04-23

W tym roku jeżeli chodzi o kornika drukarza wiosna jest wręcz „podręcznikowa” i wszystko wskazuje na to, że będzie on w moim leśnictwie poważnym problemem. Jedynym wyjściem byłoby zimne i mokre lato. Ale jeżeli będzie suche i upalne, jakiego życzy sobie większość obywateli, to będzie ostra jazda.

Wtedy drzewa są osłabione, a kornik ma ułatwione zadanie. Najgorszy z możliwych scenariuszy to tzw. gradacja, czyli „fazowe narastanie liczebności kolejnych generacji”. Wtedy walka z nim staje się bardzo trudna. Nie tylko atakuje i eliminuje drzewa osłabione i ścięte, ale zasiedla również drzewa zdrowe. Przy maksymalnej gradacji zasiedla również sosnę i modrzew – gatunki, które normalnie nie są dla niego atrakcyjne, gdyż owad ten jest monofagiem – żywi się jednym gatunkiem drzewa.

Moja uwaga ogniskuje się na tym jednym gatunku kornika, bo tylko on jest w stanie wyrządzić w moim leśnictwie ogromne szkody, których skutki są porównywalne ze skutkami największych huraganów. (W zeszłym tygodniu był w „Polityce” artykuł o tym, jak kornik niszczy drzewostany w słowackich Tatrach.)

Przez cały rok prowadzę monitoring powierzchni świerkowych. Tuż po 15 kwietnia wieszam tzw. pułapki kontrolne. Pułapki na kornika to specjalne plastikowe konstrukcje, do których wkłada się feromon wabiący owady. W zależności od ilości znalezionych w kontrolnych pułapkach chrząszczy oraz temperatury (powyżej 15°C) wykłada się odpowiednią ilość dodatkowych pułapek. Każdą z nich trzeba sprawdzać co najmniej raz w tygodniu – więc leśniczy może mieć ich tyle, ile da radę sprawdzić sam i z pomocą podleśniczego.

Drzewo zasiedlone przez korniki poznajemy po rdzawej mączce wysypującej się na zewnątrz. Widać ją na korze, przy gałęziach, na pajęczynach, na roślinach rosnących blisko drzewa. Takie drzewa leśnicy nazywają trocinkowymi, starają się je wszystkie zlokalizować i wyciąć. Obumierają one nawet po trzech tygodniach od zasiedlenia i powinny być w tym czasie wywiezione z lasu, żeby zapobiec dorośnięciu nowego pokolenia szkodników, które zasiedli kolejne drzewa. Larwy kornika żerują pod korą, w miazdze, warstwie przewodzącej substancje pokarmowe. Kiedy miazga zostanie zjedzona, a korniki wylecą, kora odpada, a drzewo umiera.

Na początku czerwca będę wiedział na 80% co czeka moje drzewostany świerkowe i jaka robota się kroi na całe lato.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Rejestrator
2008-02-23
Dostałem nowy rejestrator. Byłem też na dwudniowym szkoleniu z jego obsługi. Ale zacznijmy od początku.

Rejestrator leśniczego jest to palmtop. Dzięki specjalnemu oprogramowaniu służy do rejestrowania odbieranego surowca, ewidencji robót z zakresu zagospodarowania lasu, sporządzania szacunków brakarskich, drukowania powstających w nim dokumentów (np. kwitów wywozowych) oraz do łączenia się z serwerem w nadleśnictwie w celu transmisji tych wszystkich danych. Rejestratory jakimi posługiwaliśmy się do tej pory pracują już ósmy rok. Zużyły się już potężnie, psują się, coraz trudniej je serwisować, brakuje części, i przyszedł czas na wymianę sprzętu. To jest normalna kolej rzeczy.

W starym rejestratorze, który miał bardzo ograniczoną pojemność pamięci i monochromatyczny wyświetlacz, miałem tylko „leśne” programy – bo jest to urządzenie służące leśniczemu do codziennej pracy, bez którego dzisiaj nie może funkcjonować ani kancelaria leśnictwa, ani biuro nadleśnictwa. (Początkowo były tam też inne programy, ale je odinstalowałem, zostawiając sobie jedyny używany – kalkulator.)

Nowy rejestrator jest zdecydowanie inny. Ma większy i kolorowy wyświetlacz, po bokach dwa klawisze skanera, klawisze alfanumeryczne są mniejsze, inny system zasilania dwoma akumulatorami i zdecydowanie jest cięższy. Oprócz programów leśnych (rozszerzonych o aplikację zawierającą mapę numeryczną (e-las) której nie było w poprzedniej wersji) ma również system operacyjny Windows, możliwość odbierania poczty elektronicznej, używania go jako telefonu komórkowego, podłączenia odbiornika GPS. Jest to urządzenie w pełni multimedialne i multifunkcjonalne. Pytanie tylko, czy te wszystkie dodatkowe „bajery” w rodzaju odtwarzacza plików wideo, przeglądarki do zdjęć, pasjansa i Internet Explorera są mi do pracy potrzebne? Tak naprawdę posługuję się tylko leśnym oprogramowaniem, i do tego jest mi niezbędny rejestrator. Filmy oglądam w telewizorze. Telefon komórkowy mam służbowy – jest narzędziem mojej pracy tak samo jak rejestrator, taśma miernicza, wysokościomierz czy klupa.

Ale pomyślałem, że skoro już dostałem takie „wypasione” urządzenie, to spróbuję przetestować wszystkie jego funkcje. Robię to od kilku dni. O postępach będę donosił na bieżąco.


Oceń wpis | Ilość głosów: 1 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wiosenny nastrój, który pobudza leśniczego do żartów
2008-02-17

Zleciłem w piątek brygadzie pilarzy rozpoczęcie pracy na powierzchni trzebieżowej. Odbywa się to według standardowej procedury: najpierw wskazuje się całą powierzchnię, potem przypomina zasady BHP dotyczące pracy pilarką.

Następnie wskazuję miejsca do zrywki drewna no i określam sortymenty jakie należy pozyskiwać. (Czyli długości wałków w stosach lub inne parametry.)

Bałamutnie zacytowałem pilarzom specyfikację na surowiec jaki mają pozyskiwać tym razem są to tzw. słupy teletechniczne. Odbiorca, czyli klient, czyli zamawiający, przysłał taką specyfikację do nadleśnictwa. Oczywiście dotarła do mnie. Byłem bardzo rad, bo dawno się tak nie obśmiałem.

Słupy teletechniczne to surowiec wykorzystywany później do prowadzenia np. linii telefonicznych w wysokich górach, gdzie zwykły "betoniak" nie wytrzymuje warunków atmosferycznych. Tak więc firma X sugeruje w specyfikacji, że przy manipulacji słupa należy posłużyć się ośmiometrowym sznurem (przypomnę, że pozyskiwanie drewna odbywa się w lesie, często bardzo gęstym), a opis jednej z niedopuszczalnych wad brzmi następująco: „jednostronna krzywizna, która występuje poza sznur położony z jednej strony w połowie grubości wierzchołka oraz z drugiej strony w połowie grubości podstawy”.

Ujrzałem bladość na twarzach pilarzy, jak usłyszeli o sznurze, więc zaordynowałem wesoło: „Chłopy, mają być proste jak struna!”. Usłyszałem głośne westchnienie ulgi …


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Wypłata
2008-01-29

Zbliża się koniec miesiąca, więc udałem się do biura, żeby zrobić wypłatę. Chodzi o wypłatę dla pracowników, którzy wykonują w lesie różne prace. Nie są to pracownicy nadleśnictwa, ale osoby zatrudnione przez zakłady usług leśnych (tzw. ZUL-e). Co miesiąc każdy leśniczy wykonuje podsumowanie zrealizowanych w jego leśnictwie prac. Na podstawie tego zestawienia oraz zawartej na początku roku umowy nadleśnictwo wypłaca wynagrodzenie ZUL-owi, który potem rozlicza się ze swoimi pracownikami.

Na wszystko, od ścinki drzew przez zrywkę do konserwacji płotów, są oficjalne stawki, ustalone w drodze przetargu, więc wiadomo, ile co kosztuje. Na koniec każdego miesiąca robię podsumowanie dwóch działów: „pozyskanie” i „zagospodarowanie”.

W „pozyskaniu” podaję zestawienie mas drewna pozyskanych w cięciach planowych i przygodnych. (Cięcia przygodne wykonuje się niejako „poza kolejnością” – jest to usuwanie np. drzew połamanych przez wiatr czy śnieżną okiść, a także zasiedlonych przez szkodniki owadzie.)

Dział „zagospodarowanie” obejmuje wszystkie prace pielęgnacyjne i ochroniarskie, jakie wykonywane są w lesie. Rozlicza się je albo w hektarach (np. chemiczne zwalczanie szkodników leśnych, jak szeliniak, przez opryskiwanie), albo w sztukach (np. wieszanie budek lęgowych dla ptaków), albo w metrach (np. grodzenie upraw i remonty starych płotów).

Z gotowym zestawieniem jadę do biura. Tam dział techniczny sprawdza, czy wykonane prace zgodne są z wcześniejszymi planami. Potem inżynier nadzoru sprawdza jeszcze, czy faktycznie te czynności, które wpisałem, zostały wykonane i zostały wykonane dobrze. (Ponieważ jego zadaniem jest prowadzenie bieżącej kontroli w terenie, wie, czy faktycznie dany płot został postawiony, czy nie, i czy robota została zrobiona solidnie.) Kiedy on podpisze dokument wypłaty, idę do nadleśniczego, który formalnie zatwierdza dokument. Na koniec wypłata jest księgowana, a pieniądze płyną na konto ZUL-a.

(W różnych nadleśnictwach droga tego dokumentu może wyglądać trochę inaczej.)


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Test terenowy
2007-10-24

Mimo że wciąż jestem na zwolnieniu, postanowiłem wziąć udział w prezentacji samochodów terenowych, która była organizowana w jednym z sąsiednich leśnictw.

Samochód leśnika jest używany w trudnych warunkach, i dlatego zużywa się bardzo szybko. Dlatego najlepszym wozem jest taki, w którym samemu można dokonać podstawowych napraw. Po używaniu przez kilka lat starego UAZ-a wymieniłem go na terenówkę, którą jeżdżę już piąty rok. I piąty rok naprawiam.

Na spotkaniu lokalny diler jednej z lepszych marek terenowych dał do testów dwa modele, wybraliśmy jeden z nich. Po kolei jeździliśmy na różne trasy, po drogach użytkowanych przez wojsko – wjeżdżaliśmy w największe doły i próbowaliśmy z nich wyjeżdżać, co zresztą udawało się nad podziw dobrze. Jeździliśmy również brodem na rzece, wjeżdżaliśmy do jeziora… Dla terenowego samochodu były to prawdziwe warunki testowe.

Testowany przez nas samochód był naprawdę niezły – udawało się wykonać każdy wymyślony przez nas manewr i bardzo nam się podobał. Dopiero przy ostatnim przejeździe utknąłem na środku brodu. Samochód zawisł na ramie, na zatopionej kłodzie drewna, której nie było widać; wcześniej przejeżdżałem tą trasą trochę szybciej i nie było problemu, ale tym razem chciałem przejechać wolniej, no i niestety już się nie udało. Nie pomogły próby ściągnięcia samochodu innym wozem – porwaliśmy wszystkie pasy i liny holownicze. Trzeba było wezwać traktor. Na następne testy diler obiecał samochód z wyciągarką :). Impreza była bardzo udana.


Oceń wpis | Ilość głosów: 0 | Średnia ocena: -
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface