Wygląda na to, że w tym miesiącu
pobiję tegoroczny rekord pozyskania surowca. Ponad tysiąc metrów wyjdzie na
pewno. Uda się to częściowo dzięki urzycia maszyny, czyli harwestera – a dokładniej
zespołu ścinkowo-zrywkowego harwester plus forwarder. (Harwester ścina, a
forwarder zrywa ścięte drewno, wywozi do głównej drogi i układa w stosy.) Jak już
kiedyś pisałem, wydajność takich urządzeń jest ogromna. Niestety pomimo bardzo fajnej
opcji w harwesterze - pomiar wyciętego drewna - to i tak jeszcze trzeba
wszystko pomierzyć „ręcznie”. Taka procedura.
Zima to świetny okres do wycinki
drzew – nie ma sinizny, surowiec nie ulega deprecjacji (nie pogarsza się jego jakość)
a drogi zamarznięte i twarde, więc ich stanu żaden, najcięższy nawet sprzęt nie
pogorszy. Wygląda zresztą na to, że zima zaczęła się na dobre – od kilku dni w
nocy mróz, dzisiaj jeszcze spadło trochę śniegu. Górale, którzy wożą ode mnie z
lasu drewno świerkowe (tak, tak, kupują na Mazurach drewno i gdzieś wiozą
dalej) mówią że zima idzie, hej.
Cały rok zamyka się bilansem
zaskakującym – nie spodziewałem się, że te ogromne masy drewna które miałem zaplanowane
na ten kryzysowy rok do wycięcia uda się zrealizować. Poza kiepskimi pierwszymi
trzema miesiącami popyt stale się utrzymywał, a gdyby do wycięcia było jeszcze
więcej, to też by się dało sprzedać.
Na zdjęciu widać fragment
powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego”
drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu.
Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego
pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz
po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie
trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją
pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość
drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).
To co zrobiłem w tym roku –
usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za
gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na
zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się
dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania
lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak
huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji
planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych
powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków
kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.
Na zdjęciu widać też ślady po
traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki
zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak
wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla
traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.
Kiedy z pierwszymi przymrozkami
skończyły się już chwasty, postanowiłem obejrzeć uprawę z naturalnego
odnowienia. Ponieważ jedyne co zostało tam zielone, to siewki, można dokładnie
określić stopień pokrycia. Wszystko jest ok., jedynie tam gdzie chwasty
tworzyły wyjątkowo gęsty kobierzec, siewek nie ma. W pozostałych miejscach
rosną bardzo gęsto. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ich system korzeniowy i
kilka wyrwałem. Okazało się, że jeżeli się dobrze nie chwyci, to można drzewko
urwać, ale nie wyciągnąć z korzeniem. Bardzo mocny system korzeniowy, dłuższy
niż zewnętrzna część rośliny (siewki mają teraz około 20-30 cm wysokości, a
korzenie około 40 cm jak sądzę).
Wniosek jest jeden i oczywisty –
są to bardzo mocne rośliny, rosnące w dobrych warunkach. Moim zdaniem są w dużo
lepszej kondycji niż gdyby zostały posadzone sztucznie. Drzewka pochodzące ze
szkółki również mają rozległy system korzeniowy, ale niestety tracą go w
trakcie sadzenia – nikt nie jest w stanie idealnie posadzić 10-centymetrowej
sadzonki w taki sposób, aby nie uszkodzić ani nie pozawijać „miotłowatego” korzenia
mającego 20-30 cm. Dlatego system korzeniowy przed posadzeniem jest redukowany
za pomocą ostrego szpadla. Tak więc powierzchnie ze sztucznym sadzeniem siłą
rzeczy są o wiele bardziej podatne na foliofagi (np. szeliniaka) – mają
mniejszy i słabszy korzeń a przez to mniej siły żeby się bronić. Z kolei siewki
z odnowienia naturalnego rosną wciąż w jednym miejscu więc korzeń rozwija się
bez przeszkód i roślina ma o wiele większą zdolność regeneracji (np. w
przypadku zgryzania przez zwierzynę), jest też odporniejsza. Jednym słowem
jestem z siebie zadowolony.
Tym bardziej, że dokładnie taką
samą teorię jak moja przeczytałem niedawno w prasie leśnej (Las Polski 20/2009).
Jest tam artykuł o odnowieniach powierzchni pohuraganowych na Mazurach w
okolicach Pisza. Pozostawiono tam powierzchnie eksperymentalne – część
odnawiano naturalnie, a część sztucznie. Okazało się, że najlepszej jakości
sadzonki (z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowane, czyli wzbogacane o
specjalne grzyby chroniące system korzeniowy) mają dwukrotnie mniejszą
żywotność niż sadzonki z obsiewu naturalnego. Również w przypadku szkodników i
grzybów okazało się, że odnowienie naturalne miało dużo większą odporność.
Z dębem można zrobić jeszcze
inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można
proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i
jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.
Jeżeli na uprawie posadzimy
sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich
gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza,
sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie
oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej –
pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe
doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać
się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której
rosną sadzonki dębu.
Inaczej jednak wygląda sprawa ze
świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej
światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki
szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb
wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie
przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni
prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń
usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam
jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2
lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co
będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się
wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym
kierunku.
Świerk jest również dla dębu
gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna,
ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i
wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do
ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u
siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.
Na zdjęciu widać gniazdo z
odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której
już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu
nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu
gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż
bór mieszany świeży.
Na tym gnieździe posadziłem 4
lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem
pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na
całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu
zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten
sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą
miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.
Na zdjęciu
w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata,
kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu
chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to
dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy.
(Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby
raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)
Dąb rósł w kożuchu różnych
chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że
dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni
wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale
za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich,
żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.
To co widać na pierwszym planie
to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych
sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak
najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze
są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów
(bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby
zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.
Oprócz takiej grubizny jak widać
na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”.
Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia
(trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę
jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr
przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do
leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na
powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza
się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami,
według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient
przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru
drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji,
a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę
wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno
zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z
lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów,
jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał
deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to
prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się
nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę
samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę
pyłu.W okolicznych niewielkich
zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone
strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.
Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym
zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym –
drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim
oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był
surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia),
bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.
Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego
drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego
działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy
certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie
użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób
naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno
dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.
O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na
własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy
chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania –
zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście
do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne.
Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na
zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze
sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie.
Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania
mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej
technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich
desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich
mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe
meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.
Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły
surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna,
elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje
też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości
(standardowo2,50 m)
Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś
czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u
mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak –
która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo
drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje
się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę.
Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało,
obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.
Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w
listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną
gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną
roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko
sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą
rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie
zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie
naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie
ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu
kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się
otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić,
że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza
tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod
uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.
No – wygląda na to, że wreszcie się udało. To znaczy
wreszcie w leśniczówce działa w miarę przyzwoity internet. Do tej pory łączyłem
się za pomocą zwykłego telefonu analogowego – technologia jak dwadzieścia lat
temu; łącze o prędkości ślimaka pozwalało na oglądanie tylko niektórych stron
(w tym na szczęście również E-rysia), nie mówiąc o ściąganiu czegokolwiek. A
ponieważ centrala telefoniczna do której jestem podłączony jest stara, to na
neostradę szans nie było. Oczywiście próbowano mi ją sprzedać kilka razy, raz
nawet dałem się namówić. Ale ponieważ był problem w instalacji, zadzwoniłem na
infolinię, a tam miła pani zapytała: „A kto to panu sprzedał? To przecież nie
ma prawa u pana zadziałać!”. Zasięg komórkowy w domu mam generalnie rzecz
biorąc słaby i to w każdej z dostępnych sieci. Odpadał więc również internet
komórkowy. Łącze satelitarne odpadało z kolei ze względu na duże koszty.
Łączność bezprzewodowa typu wi-fi czy wi-max do nas nie dociera (pokrywa za to
dosyć dobrze okolice Giżycka i kilkudziesięciu znajdujących się w jego pobliżu
miejscowości). Ale na szczęście pojawiła się nowa technologia dzięki której
nareszcie, po dziesięciu latach, mogę powiedzieć że net działa.
Jest to internet radiowy w technologii CDMA działający na
częstotliwości 450 MHz. Wykorzystuje sieć starych nadajników postawionych dla pierwszych w naszym kraju
komórek (w analogowej technologii NMT) które miały wielkość walizki, ciężar
maszyny do pisania, kosztowały fortunę a słychać było ledwo – ledwo. Później
wraz z rozwojem technologii związanej z telefonami komórkowymi postawiono nowe
maszty i zmieniano kilkakrotnie częstotliwości na coraz wyższe. Stare
konstrukcje jednak zostały. Dzisiaj dzięki postępowi techniki na częstotliwości
450 można przesyłać o wiele więcej danych niż dekadę temu, ze względu na niską
częstotliwość nie jest konieczna tak gęsta sieć nadajników jak dla współczesnej
telefonii komórkowej (działającej przykładowo – w zależności od operatora i
kraju - na częstotliwościach900-1800-1900
MHz) a zasięg tych nadajników jest również większy niż dla zwykłych komórek.
Pożyczyłem takie urządzenie na próbę i okazało się, że
działa całkiem dobrze. Zamówiłem więc jeszcze antenę wzmacniającą sygnał,
zamontowałem na kominie i wtedy zobaczyłem pełen zasięg sygnału, a pomiar
prędkości transferu wyniósł powyżej 600 kbit/s (ha – przy łączności
telefonicznej wynosił w porywach do ... 28 kbit/s). Rzecz w mieście przy stałym
łączu całkiem zwyczajna, a dla mnie nieprawdopodobna. Teraz jeszcze tylko poprowadzić
kable – i już! Wszystkim który nie mają szans na „normalny” internet szczerze
polecam. (Pozwolę sobie przemilczeć parę niedociągnięć dostawcy usługi).
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez
drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz
czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na
przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny.
Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew
rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak
zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym
świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt
centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam
widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony
ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana
po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się
często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle
szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który
mógłby przewodzić taki prąd...
Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na
wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy
znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w
jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i
dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś
owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę
w moich drzewostanachpołożonych
malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z
czasem.
Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec
stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe
drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na
miejscu jako posusz ekologiczny.
W moim leśnictwie pojawił się harwester i forwarder (zestaw
ścinkowo-zrywkowy). Była to absolutna premiera. W dodatku nie był to zrąb tylko
powierzchnia trzebieżowa. Technologia pozyskania jest w zasadzie taka sama jak
przy pozyskaniu ręcznym, ale szlaki zrywkowe które należy wyznaczyć przy okazji
zestawu muszą być szersze niż normalnie, tzn. muszą mieć najmniej cztery metry
szerokości. Przy zwykłej zrywce półpodwieszonej (czyli wyciąganiu traktorem ściętych
drzew do drogi która może być już drogą wywozową) szlaki zrywkowe (czyli trasy
dla traktora, żeby nie jechał za każdym razem gdzie indziej i tym samym nie
niszczył więcej podszytu niż to jest absolutnie niezbędne żeby drzewo
wyciągnąć) są szerokości trzech metrów. Wydaje
się, że to tylko jeden metr, ale w rzeczywistości robi to sporą różnicę. Sprzęt
typu harwester to naprawdę ogromna maszyna i ślady jej bytności w lesie są dużo
większe niż w przypadku zwykłego traktora.
Moim zdaniem harwester i forwarder jest mało ekologiczny – w
trakcie dnia pracy spala około trzystu (300!) litrów ropy. Dla porównania - pilarze
żeby pozyskać taką samą masę i zerwać ją małym ciągnikiem zużywają około 10
litrów benzyny (do pilarek) i około 50 litrów ropy (do traktora). Harwester
zostawia też jak zauważyłem sporo odpadów eksploatacyjnych, czyli rozmaitych
małych pieńków o długości 20 czy 30 centymetrów. Wszystko dlatego, że naprawdę
wyrabianie sortymentów ze ściętego drzewa dobrze wychodzi jeżeli strzała jest
prosta. Być może wynika to jeszcze z braku doświadczenia operatorów tych
maszyn, bo harwester pracuje u nas od niedawna. A być może również z mojego
konserwatywnego podejścia do sprawy. Muszę przyznać że przez dziesięć lat pracy
przyzwyczaiłem się do „klasycznej” pracy robotników leśnych i u nich nie
tolerowałbym pozostawiania takiego bałaganu. Ba, pilarze mają obowiązek ścinać
drzewa dużo niżej niż maszyna, ustawiać regularne stosy o jednakowej wysokości
odpowiednio zabezpieczone z obu stron i okrzesywać surowiec (obcinać gałęzie) naprawdę
bardzo dokładnie – dla pozyskania maszynowego nie stawia się takich wymagań. Ale
cóż, należy przyswajać nowe technologie, bo nawet praca w lesie się zmienia.
Zakończę może tak: jest to doskonały sprzęt na duże
powierzchnie zrębowe, możliwe jest naprawdę pozyskanie ogromnej ilości surowca
w krótkim czasie i dostarczenie go na rynek. Jeżeli ktoś z was w przyszłości
będzie przedsiębiorcą leśnym to z pewnością doceni maszynowe pozyskanie drewna :)
Ponieważ od
jakiegoś czasu już piszę tego bloga i Czytelnicy mieli szansę zorientować się z
grubsza na czym polega praca leśniczego, postanowiłem opisać zwykły dzień w
lesie „na żywca”.
Dzisiejszy,
poniedziałkowy dzień zaczął się już wczoraj wieczorem. Zadzwoniłem do kilku
przewoźników przypominając, że się ze mną umawiali ale nie ustalili jeszcze
godziny przyjazdu. Panowie stękali, ale się zgodzili, że skoro się już umówili
to przyjadą... (Ale z rozmów wynikało że mieli już inne plany.)
Poranek był
mroźny, jakieś minus pięć stopni. Wyjeżdżając z domu po siódmej wiedziałem już,
że przewoźnik stoi w umówionym miejscu i ładuje surowiec na samochód. Jak
dojechałem do niego okazało się, że już prawie kończy. Wypisałem kwit wywozowy
i zanim zdążył go podpisać i odebrać pojawiła się straż leśna. Strażnicy wzięli
ode mnie wszystkie kwity i sprawdzili czy jest w nich to samo co na samochodzie.
(Sprawdzali numery stosów, sortymenty i ilość surowca.) Wszystko się zgadzało i
nie było żadnych niejasności, co chłopaki skrupulatnie odnotowali w swoich
dokumentach. Na koniec zażartowali jeszcze, że straszny u mnie w leśnictwie
kurz na drodze i cały samochód im się ubrudził ...
Zanim kierowca
odjechał dzwonił już następny przewoźnik z którym byłem umówiony na drugim
końcu leśnictwa. Ruszyłem więc na miejsce. Wypisałem przewoźnikowi kwit na
surowiec, który wręczyłem podleśniczemu (odrywając go wcześniej od wyznaczania
trzebieży na 2010 rok). Podleśniczy z kwitem pilnował załadunku i kiedy już
wszystko było na samochodzie dał przewoźnikowi dokumenty. Była godzina jakaś
dziesiąta.
Wiedziałem, że
ma przyjechać jeszcze jeden przewoźnik, ale żeby nie czekać na niego bez sensu
postanowiłem sprawdzić czy czyszczenia późne które pilarze robili w tym
miesiącu są zrobione dobrze. Ta powierzchnia znajdowała się jeszcze gdzie
indziej i sam dojazd zajął mi jakieś pół godziny. Wziąłem ze sobą farbę do
znakowania drzew bo domyślałem się, że będą poprawki. Na powierzchni spędziłem sporo
czasu wyznaczając kolejne drzewa do wycięcia. Czyszczenia nie były zrobione
źle, ale trzeba było jeszcze je poprawić. Ta powierzchnia jest trudna, bo
pochodzi z odnowienia naturalnego i zmieszanie gatunków oraz panujący tam
gąszcz ma duże znaczenie. Wyznaczając kolejne drzewa przypomniałem sobie
kolokwium z hodowli lasu na którym pytano mnie właśnie o zabiegi hodowlane w
drzewostanach liściastych. Na pytanie odpowiedziałem dobrze ale chciałem
jeszcze błysnąć i dodałem, że najlepiej prowadzić taki zabieg w porze kiedy drzewa
są w pełni ulistnione bo widać całe korony. Profesor nie zanegował ale się
skrzywił. Gdybym robotę którą wykonywałem dzisiaj przeprowadzał tak jak
chciałem dziesięć lat temu w pełnym ulistnieniu miałbym przed oczami wyłącznie
zieloną ścianę. Tak właśnie nieraz teoria rozmija się z praktyką. Kiedy
rozmyślałem o hodowli siedząc na kupie gałęzi zauważyłem idącego po mojej nodze
kleszcza. Rozgniatając go zastanawiałem się czy był nosicielem boreliozy,
kleszczowego zapalenia opon mózgowych czy innej może choroby zawodowej.
Z zadumy wyrwał
mnie telefon przewoźnika który zapytał dokąd ma jechać. Wytłumaczyłem mu dojazd
i ruszyłem żeby dopełnić formalności. Podpisałem dokumenty i pokazałem panu
które stosy ma zabrać – wierząc mu, że właśnie tak postąpi. Nie mogłem z nim
czekać aż się załaduje do końca bo chciałem skończyć wyznaczanie czyszczeń. Nie
jest to do końca zgodne z instrukcjami, ale co tam .
Później
pojechałem jeszcze odebrać zerwane drewno przygotowane do wywozu. Przy okazji
sprawdziłem czy pracujący na trzebieży pilarze są ubrani w odpowiednie stroje
BHP (kaski, buty, osłony itp.) i powiedziałem im, że muszą do końca tygodnia
poprawić czyszczenia jeżeli chcą je w tym miesiącu mieć na wypłacie.
To był już
prawie koniec, bo reszta drobnych zajęć wypadała i tak po drodze do domu. Kiedy
parkowałem pod leśniczówką po piętnastej usłyszałem głośny wybuch od którego
zadrżała ziemia. Wojsko znowu ćwiczy na poligonie. Będą pożary jak dwa razy
dwa.
U siebie w lesie
udało mi się już zakończyć pozyskanie na ten rok. W związku z tym pracująca u
mnie brygada robotników poszła do sąsiedniego leśnictwa gdzie jeszcze zostało
sporo do zrobienia. Widziałem się z nimi w międzyczasie i trochę gadali że
trafiła im się dosyć trudna powierzchnia bo sporo pochylonych drzew które
trzeba ścinać przy użyciu dodatkowych narzędzi umożliwiających położenie drzewa
w określonym kierunku.
To naprawdę
dobrzy pilarze, ale zmęczenie i wyjątkowo trudny teren dały im się we znaki i
zaniedbali przestrzeganie podstawowych zasad BHP. Przy ścinaniu drzewa
(obalaniu) którego korona zaklinowała się o gałęzie stojących obok drzew
zdarzył się wypadek. Jeden z pilarzy próbował manipulować zahaczonym pniem
rękoma (zamiast przy użyciu dźwignioobracaka). Drzewo nie było grube (na
szczęście) ale w rezultacie poleciało nie tam gdzie miało spaść i go
przygniotło. Chłop z obrażeniami wylądował w szpitalu.
Kiedy
dowiedziałem się o tym w biurze nadleśnictwa byłem przekonany, że sytuacja jest
tak naprawdę krytyczna, bo tak mi ją przedstawiono. Postanowiłem jednak
zadzwonić do poszkodowanego, bo naprawdę porządny człowiek i dobrze nam się
razem pracowało. I dobrze że zadzwoniłem. Okazało się że nie jest tak źle jak
mówią – kiedy mu powiedziałem co słyszałem trochę się uśmiał i powiedział z
przekąsem: „No tak, we wiosce to już mnie wszyscy pochowali”. Doznał
rzeczywiście poważnych obrażeń, a takie kontuzje zawsze pozostawiają w
organizmie jakieś ślady.
W ubiegłym tygodniu w moim Nadleśnictwie ruszyliśmy walnie do jesiennego poszukiwania pierwotnych szkodników sosny zimujących w ściółce. Nie była to impreza z ogniskiem i kiełbasą... Tak jak w poprzednim roku poszukiwania prowadziliśmy według nowego schematu, który opisałem krótko mniej więcej rok temu (październik 2007). Pokrótce tylko przypomnę, że owadów szuka się pod kilkoma drzewami, w wyznaczonych fragmentach ściółki oraz pod korą, a na podstawie wyników tych działań określa się stopień zagrożenia od szkodników na rok przyszły i planuje ewentualne dodatkowe działania ochronne, np. opryski z samolotów.
Termin jesiennych poszukiwań udało się ustalić dość celnie, jako że wczesne przymrozki już mamy za sobą, a nawet pierwszy śnieg. (Wszystko są to okoliczności które dają większą precyzję prognozy.) Do oceny skuteczności prognozowania ja wprowadzam jeszcze jedną dodatkową zmienną. Mianowicie doświadczenie osób, które bezpośrednio przeszukują ściółkę. (Jeżeli ktoś bierze udział w poszukiwaniach po raz pierwszy to z reguły ma wyniki gorsze od kogoś kto szuka szkodników już kolejny rok. Moim zdaniem najlepiej przy tego rodzaju pracach zatrudniać kobiety – są dużo dokładniejsze niż faceci i mają lepsze wyniki.) Biorąc pod uwagę nawet tę ostatnią zmienną muszę przyznać, że dziwnie mało wyszukaliśmy zimujących szkodników. Wysłano wyniki poszukiwań do ZOL-u (Zakładu Ochrony Lasu). Ciekawe jak sprawy z poprochem, barczatką, borecznikami i innymi wyglądają globalnie. Zadzwonię chyba do jakiegoś sąsiada.
Jesienne poszukiwania to też okazja, żeby pomyszkować po lesie w sposób nierutynowy. Na kilku powierzchniach kontrolnych znalazłem stanowiska widłaka spłaszczonego i jałowcowatego. To bardzo istotna rzecz przy wykonywaniu zabiegów trzebieżowych. Stanowiska roślin chronionych nie mogą ulec degradacji, więc szlaki zrywkowe muszą je ominąć.
Zakończono
pozyskanie surowca na ostatniej w tym roku powierzchni trzebieżowej w moim leśnictwie.
Był to zabieg w sześćdziesięcioletnim lesie, na siedlisku lasu mieszanego
bagiennego. Dla niewtajemniczonych w siedliskoznawstwo dodam, że jest to teren
podmokły i na przeważającej powierzchni występuje gruba warstwa torfu.
Mineralne wywyższenia zajmuje świerk z sosną a dolinki porasta brzoza.
Pozornie niczym
się ta trzebież nie wyróżniała ale ...
Zabieg miał na
celu przygotowanie powierzchni do użytkowania rębnego. Tzn. wychwycone zostały
całe fragmenty z odnowieniem naturalnym (przede wszystkim świerka). Szlaki
zrywkowe przebiegają w tym drzewostanie tak, aby przy zrywce drewna nie
uszkodzić siewek. Druga ważna rzecz to dopuszczenie do dna lasu wystarczającej
ilości światła niezbędnego do rozwoju młodego pokolenia. Osiąga się to przez
usunięcie - wycięcie drzew z pierwszego piętra drzewostanu (najwyższe drzewa o
rozbudowanej koronie). Oczywiście ilość usuniętych drzew z pierwszego piętra
nie może być zbyt duża ponieważ trzebież łatwo może przejść w zrąb. Nie chwaląc
się myślę, że wyszło nieźle. Reszta to standardowe działanie mające na celu
rozluźnienie zwarcia w koronach starego lasu. Wszystko to po to, żeby za
dwadzieścia lub trzydzieści lat nie trzeba było wycinać tam zrębu w celu
zastąpienia starodrzewiu młodym pokoleniem lasu. Ten proces rozpocząłem już
teraz. Ktoś kto w przyszłości mnie zastąpi w tym leśnictwie będzie miał jeden
kłopot z głowy.
Od kilku tygodni
w moim leśnictwie „urządzeniowcy” (czyli pracownicy Biura Urządzania Lasu)
prowadzili taksację drzewostanów. Kiedy skończyli, spotkaliśmy się i
dokonaliśmy wspólnych ustaleń dotyczących dalszych sposobów użytkowania lasu w
moim leśnictwie.
Co to jest
taksacja? To spisywanie cech drzewostanu „z natury” czyli na gruncie. Stosując
określone metody pracownik wykonujący urządzanie opisuje drzewostan na danym
terenie bezpośrednio tak jak go widzi, czyli chodzi po leśnictwie i spisuje
skład gatunkowy kolejnych fragmentów lasu, czyli wydzieleń. Dodatkowo określa
podstawowe cechy taksacyjne – zapas, przeciętną wysokość, wiek, pierśnicę
(grubość) drzew w kolejnych wydzieleniach. Urządzanie to ciężka robota – na
piechotę trzeba przejść leśnictwo po leśnictwie i spisać co się widzi.
Niezależnie od stosowanych w tej pracy nowych technologii wciąż niezbędny jest
bezpośredni ogląd człowieka.
Plan
urządzeniowy sporządza się dla każdego leśnictwa na kolejne dziesięć lat i po
upływie tego okresu wykonuje się go znów. W ten sposób aktualizuje się dane na
podstawie których prowadzona jest cała gospodarka leśna. Od wyników taksacji
zależy cała reszta – rozmiar pozyskania, potrzeby hodowlane, planowanie
kosztów........
U mnie w
leśnictwie konsultacje sprowadzały się do tego, żeby ustalić sposoby
użytkowania rębnego poszczególnych powierzchni, czyli rodzaj cięć na zrębach i czasokres
tych prac. Dotyczy to szczególnie drzewostanów trudnych do odnowienia na borze
mieszanym wilgotnym (BMw) i lesie mieszanym bagiennym (LMb). Zwykłe użytkowanie
rębnią wielkopowierzchniową nie wchodzi w rachubę bo nie daje ona perspektywy na
łatwe odnowienie lasu ( po wycięciu drzewostanu na LMb teren się zabagnia i
odnowienie takiej powierzchni zaczyna być problemem). Więc musieliśmy
wypracować rozwiązanie gwarantujące sukces. Muszę jeszcze sprawdzić jedną
powierzchnię i ustalić czy da się działać na niej tak, jak sobie urządzeniowcy
wymyślili ... Ogólnie byli pod wrażeniem zasobności „moich” drzewostanów, bo
taksując stwierdzili, że w niektórych starych drzewostanach masa drzew w
metrach sześciennych dochodzi do 500 na jednym hektarze. Na siedliskach
borowych to całkiem przyzwoicie. W jakimś stopniu przyczynił się do tego
Krystian Kirschner, którego szczątki spoczywają w jednym z wydzieleń.
Kilka dni temu
byłem na delegacji w Nadleśnictwie Żednia. Wyjazd był zorganizowany w celu
szkoleniowym – na miejscu odbyło się szkolenie z zakresu pozyskiwania drewna
przy pomocy harwestera. Wszystko dlatego, że nasze nadleśnictwo zakupiło taką
maszynę i już niebawem rozpocznie się „nowa era”.
Harwester to
maszyna wielofunkcyjna która ścina, okrzesuje i manipuluje drzewo na wyrzynki
odpowiedniej długości. Jest to bardzo nowoczesny sprzęt.
Ale praca z
harwesterem wygląda zupełnie inaczej niż z brygadą pilarzy. Przede wszystkim pojawia
się drewno pocięte w kłody. Odbiorcy surowca muszą się precyzyjnie zdeklarować jakiej
długości życzą sobie kłodę. Do tej pory dostawali całą „świecę” i manipulowali
ją dowolnie na placu, Ogromne znaczenie ma doświadczenie operatora harwestera –
niezbędne jest bardzo dobre wyszkolenie, bo inaczej może dojść do grubego
nieporozumienia a w efekcie do strat finansowych (Operatorzy szkoleni są w
specjalistycznym ośrodku Lasów Państwowych.)
Ogromnym ograniczeniem
takiej maszyny jest to, że sprzęt nie powinien dojeżdżać daleko na miejsce
pracy – prędkość harwestera to 8
km na godzinę, więc najlepiej jakby parkował w lesie i
tylko przejeżdżał z powierzchni na powierzchnię. Najbardziej zużywa się właśnie
przy „zwykłej” jeździe po drodze, a nie w trakcie pracy. Pojawia się więc kolejny
problem – żeby móc pozostawić go w lesie na noc, należałoby chyba pomyśleć o
wynajęciu stróża ... Maszyna jest bardzo wydajna, ale ekologiczna średnio - dziennie
może zużyć do 400 litrów
ropy. Ma też swoje ograniczenia – np. największa średnica pnia jaki można ściąć
to 70 cm,
a u mnie w leśnictwie drzewa bardzo często są grubsze.
Ale najważniejsze
- rachunek ekonomiczny mówi wprost, że wydajność harwestera na powierzchniach
zrębowych jest tak duża, że nawet przy wysokich kosztach eksploatacji jego
praca jest opłacalna.
Kiedy
powiedziałem moim robotnikom że niebawem na części zrębów będzie pracował
harwester, mieli nietęgie miny – najwięcej przecież zarabiają na zrębach.
W tym roku
jeżeli chodzi o kornika drukarza wiosna jest wręcz „podręcznikowa” i wszystko
wskazuje na to, że będzie on w moim leśnictwie poważnym problemem. Jedynym
wyjściem byłoby zimne i mokre lato. Ale jeżeli będzie suche i upalne, jakiego
życzy sobie większość obywateli, to będzie ostra jazda.
Wtedy drzewa są
osłabione, a kornik ma ułatwione zadanie. Najgorszy z możliwych scenariuszy to
tzw. gradacja, czyli „fazowe narastanie liczebności kolejnych generacji”. Wtedy
walka z nim staje się bardzo trudna. Nie tylko atakuje i eliminuje drzewa
osłabione i ścięte, ale zasiedla również drzewa zdrowe. Przy maksymalnej
gradacji zasiedla również sosnę i modrzew – gatunki, które normalnie nie są dla
niego atrakcyjne, gdyż owad ten jest monofagiem – żywi się jednym gatunkiem
drzewa.
Moja uwaga
ogniskuje się na tym jednym gatunku kornika, bo tylko on jest w stanie
wyrządzić w moim leśnictwie ogromne szkody, których skutki są porównywalne ze
skutkami największych huraganów. (W zeszłym tygodniu był w „Polityce” artykuł o
tym, jak kornik niszczy drzewostany w słowackich Tatrach.)
Przez cały rok
prowadzę monitoring powierzchni świerkowych. Tuż po 15 kwietnia wieszam tzw.
pułapki kontrolne. Pułapki na kornika to specjalne plastikowe konstrukcje, do
których wkłada się feromon wabiący owady. W zależności od ilości znalezionych w
kontrolnych pułapkach chrząszczy oraz temperatury (powyżej 15°C) wykłada się odpowiednią
ilość dodatkowych pułapek. Każdą z nich trzeba sprawdzać co najmniej raz w tygodniu
– więc leśniczy może mieć ich tyle, ile da radę sprawdzić sam i z pomocą
podleśniczego.
Drzewo
zasiedlone przez korniki poznajemy po rdzawej mączce wysypującej się na
zewnątrz. Widać ją na korze, przy gałęziach, na pajęczynach, na roślinach
rosnących blisko drzewa. Takie drzewa leśnicy nazywają trocinkowymi, starają
się je wszystkie zlokalizować i wyciąć. Obumierają one nawet po trzech tygodniach
od zasiedlenia i powinny być w tym czasie wywiezione z lasu, żeby zapobiec
dorośnięciu nowego pokolenia szkodników, które zasiedli kolejne drzewa. Larwy
kornika żerują pod korą, w miazdze, warstwie przewodzącej substancje pokarmowe.
Kiedy miazga zostanie zjedzona, a korniki wylecą, kora odpada, a drzewo umiera.
Na początku
czerwca będę wiedział na 80% co czeka moje drzewostany świerkowe i jaka robota
się kroi na całe lato.
Dostałem nowy
rejestrator. Byłem też na dwudniowym szkoleniu z jego obsługi. Ale zacznijmy od
początku.
Rejestrator
leśniczego jest to palmtop. Dzięki specjalnemu oprogramowaniu służy do
rejestrowania odbieranego surowca, ewidencji robót z zakresu zagospodarowania
lasu, sporządzania szacunków brakarskich, drukowania powstających w nim
dokumentów (np. kwitów wywozowych) oraz do łączenia się z serwerem w
nadleśnictwie w celu transmisji tych wszystkich danych. Rejestratory jakimi
posługiwaliśmy się do tej pory pracują już ósmy rok. Zużyły się już potężnie,
psują się, coraz trudniej je serwisować, brakuje części, i przyszedł czas na
wymianę sprzętu. To jest normalna kolej rzeczy.
W starym
rejestratorze, który miał bardzo ograniczoną pojemność pamięci i
monochromatyczny wyświetlacz, miałem tylko „leśne” programy – bo jest to
urządzenie służące leśniczemu do codziennej pracy, bez którego dzisiaj nie może
funkcjonować ani kancelaria leśnictwa, ani biuro nadleśnictwa. (Początkowo były
tam też inne programy, ale je odinstalowałem, zostawiając sobie jedyny używany
– kalkulator.)
Nowy rejestrator
jest zdecydowanie inny. Ma większy i kolorowy wyświetlacz, po bokach dwa
klawisze skanera, klawisze alfanumeryczne są mniejsze, inny system zasilania
dwoma akumulatorami i zdecydowanie jest cięższy. Oprócz programów leśnych
(rozszerzonych o aplikację zawierającą mapę numeryczną (e-las) której nie było
w poprzedniej wersji) ma również system operacyjny Windows, możliwość
odbierania poczty elektronicznej, używania go jako telefonu komórkowego,
podłączenia odbiornika GPS. Jest to urządzenie w pełni multimedialne i
multifunkcjonalne. Pytanie tylko, czy te wszystkie dodatkowe „bajery” w rodzaju
odtwarzacza plików wideo, przeglądarki do zdjęć, pasjansa i Internet Explorera
są mi do pracy potrzebne? Tak naprawdę posługuję się tylko leśnym
oprogramowaniem, i do tego jest mi niezbędny rejestrator. Filmy oglądam w
telewizorze. Telefon komórkowy mam służbowy – jest narzędziem mojej pracy tak
samo jak rejestrator, taśma miernicza, wysokościomierz czy klupa.
Ale pomyślałem,
że skoro już dostałem takie „wypasione” urządzenie, to spróbuję przetestować
wszystkie jego funkcje. Robię to od kilku dni. O postępach będę donosił na
bieżąco.
Wiosenny nastrój, który pobudza leśniczego do żartów
2008-02-17
Zleciłem w piątek brygadzie pilarzy rozpoczęcie pracy na powierzchni trzebieżowej. Odbywa się to według standardowej procedury: najpierw wskazuje się całą powierzchnię, potem przypomina zasady BHP dotyczące pracy pilarką.
Następnie wskazuję miejsca do zrywki drewna no i określam sortymenty jakie należy pozyskiwać. (Czyli długości wałków w stosach lub inne parametry.)
Bałamutnie zacytowałem pilarzom specyfikację na surowiec jaki mają pozyskiwać tym razem są to tzw. słupy teletechniczne. Odbiorca, czyli klient, czyli zamawiający, przysłał taką specyfikację do nadleśnictwa. Oczywiście dotarła do mnie. Byłem bardzo rad, bo dawno się tak nie obśmiałem.
Słupy teletechniczne to surowiec wykorzystywany później do prowadzenia np. linii telefonicznych w wysokich górach, gdzie zwykły "betoniak" nie wytrzymuje warunków atmosferycznych. Tak więc firma X sugeruje w specyfikacji, że przy manipulacji słupa należy posłużyć się ośmiometrowym sznurem (przypomnę, że pozyskiwanie drewna odbywa się w lesie, często bardzo gęstym), a opis jednej z niedopuszczalnych wad brzmi następująco: „jednostronna krzywizna, która występuje poza sznur położony z jednej strony w połowie grubości wierzchołka oraz z drugiej strony w połowie grubości podstawy”.
Ujrzałem bladość na twarzach pilarzy, jak usłyszeli o sznurze, więc zaordynowałem wesoło: „Chłopy, mają być proste jak struna!”. Usłyszałem głośne westchnienie ulgi …
Zbliża się koniec miesiąca, więc udałem się do biura, żeby zrobić wypłatę. Chodzi o wypłatę dla pracowników, którzy wykonują w lesie różne prace. Nie są to pracownicy nadleśnictwa, ale osoby zatrudnione przez zakłady usług leśnych (tzw. ZUL-e). Co miesiąc każdy leśniczy wykonuje podsumowanie zrealizowanych w jego leśnictwie prac. Na podstawie tego zestawienia oraz zawartej na początku roku umowy nadleśnictwo wypłaca wynagrodzenie ZUL-owi, który potem rozlicza się ze swoimi pracownikami.
Na wszystko, od ścinki drzew przez zrywkę do konserwacji płotów, są oficjalne stawki, ustalone w drodze przetargu, więc wiadomo, ile co kosztuje. Na koniec każdego miesiąca robię podsumowanie dwóch działów: „pozyskanie” i „zagospodarowanie”.
W „pozyskaniu” podaję zestawienie mas drewna pozyskanych w cięciach planowych i przygodnych. (Cięcia przygodne wykonuje się niejako „poza kolejnością” – jest to usuwanie np. drzew połamanych przez wiatr czy śnieżną okiść, a także zasiedlonych przez szkodniki owadzie.)
Dział „zagospodarowanie” obejmuje wszystkie prace pielęgnacyjne i ochroniarskie, jakie wykonywane są w lesie. Rozlicza się je albo w hektarach (np. chemiczne zwalczanie szkodników leśnych, jak szeliniak, przez opryskiwanie), albo w sztukach (np. wieszanie budek lęgowych dla ptaków), albo w metrach (np. grodzenie upraw i remonty starych płotów).
Z gotowym zestawieniem jadę do biura. Tam dział techniczny sprawdza, czy wykonane prace zgodne są z wcześniejszymi planami. Potem inżynier nadzoru sprawdza jeszcze, czy faktycznie te czynności, które wpisałem, zostały wykonane i zostały wykonane dobrze. (Ponieważ jego zadaniem jest prowadzenie bieżącej kontroli w terenie, wie, czy faktycznie dany płot został postawiony, czy nie, i czy robota została zrobiona solidnie.) Kiedy on podpisze dokument wypłaty, idę do nadleśniczego, który formalnie zatwierdza dokument. Na koniec wypłata jest księgowana, a pieniądze płyną na konto ZUL-a.
(W różnych nadleśnictwach droga tego dokumentu może wyglądać trochę inaczej.)
Mimo że wciąż jestem na zwolnieniu, postanowiłem wziąć udział w prezentacji samochodów terenowych, która była
organizowana w jednym z sąsiednich leśnictw.
Samochód leśnika jest używany w trudnych warunkach, i dlatego zużywa się bardzo
szybko. Dlatego najlepszym wozem jest taki, w którym samemu można dokonać
podstawowych napraw. Po używaniu przez kilka lat starego UAZ-a wymieniłem go na
terenówkę, którą jeżdżę już piąty rok. I piąty rok naprawiam.
Na spotkaniu lokalny diler jednej z lepszych marek terenowych dał do testów dwa modele, wybraliśmy jeden z nich. Po
kolei jeździliśmy na różne trasy, po drogach użytkowanych przez wojsko –
wjeżdżaliśmy w największe doły i próbowaliśmy z nich wyjeżdżać, co zresztą
udawało się nad podziw dobrze. Jeździliśmy również brodem na rzece,
wjeżdżaliśmy do jeziora… Dla terenowego samochodu były to prawdziwe warunki
testowe.
Testowany przez nas samochód był naprawdę niezły – udawało się wykonać każdy
wymyślony przez nas manewr i bardzo nam się podobał. Dopiero przy ostatnim
przejeździe utknąłem na środku
brodu. Samochód zawisł na ramie, na zatopionej kłodzie drewna, której nie było
widać; wcześniej przejeżdżałem tą trasą trochę szybciej i nie było problemu,
ale tym razem chciałem przejechać wolniej, no i niestety już się nie udało. Nie
pomogły próby ściągnięcia samochodu innym wozem – porwaliśmy wszystkie pasy i
liny holownicze. Trzeba było wezwać traktor. Na następne testy diler obiecał
samochód z wyciągarką :). Impreza była bardzo udana.