W minionym tygodniu pomagałem koledze wypuścić do leśnego jeziorka narybek, który przywiózł w wielkich plastikowych beczkach. Kolega prowadzi na tym jeziorku gospodarkę rybacką i ku mojemu zaskoczeniu nie polega ona jedynie na odławianiu ryb w sieci. Akcja zakończyła się sukcesem i kilkaset amurów oraz karpi trafiło do wody.
W rozlewiskach wokół jeziorka wciąż słychać „chór płazów”. Mam na myśli dźwięki jakie wydają żaby, kumaki, ropuchy i inne płazy, które zachęcone ciepłym początkiem wiosny wygrzebały się ze swoich jamek i ruszyły w stronę wody. Nie miały daleko ponieważ dolina jeziora szybko przechodzi w stromiznę porośniętą borem świeżym (las sosnowo-świerkowy na ubogiej kwaśnej glebie). Idąc przy brzegu można było zobaczyć jak np. ropucha szara wygrzebuje się z płytkiej jamki w skarpie i rusza w kierunku wody. Aż strach pomyśleć, że kiedyś ktoś może wpadnie na pomysł, żeby tę całą ferajnę zinwentaryzować, dokładnie przeliczając osobniki (chi, chi…).
To pospolite ruszenie zafascynowało moją trzyletnią córkę, która biegała od żaby do żaby i zadawała miliony pytań. Bardzo też ją interesowało, dlaczego niektóre osobniki skaczą pojedynczo, a niektóre siedzą innym na plecach. Jedna z par pogłaskana małą łapką wydała groźny dźwięk, zapewniając sobie w ten sposób nietykalność.
Widziałem dzisiaj wilka w lesie. Samo w sobie nie jest to zdarzeniem niezwykłym – robotnicy często je widują, najczęściej bardzo wcześnie rano. Dzisiaj wołk przebiegł mi drogę przed samochodem. Lepsze to chyba zresztą niż czarny kot.
Ale wilk wiąże się z jeszcze jedną sprawą – wczoraj porozmawiałem sobie z panem, który stanął przy płocie leśniczówki i widać było, że się napawa jej widokiem. Przedstawił się z imienia i nazwiska po czym powiedział, że urodził się właśnie w tym domu. Było to niedługo po wojnie. Jego dziadek został tu karnie (!) przydzielony do pracy w ramach represji za walkę w szeregach AK. Wnuczek pamięta do dziś to miejsce jako takie „z którego było wszędzie daleko”. Inna sprawa, że jakby mieć do dyspozycji jedynie rower, konia i własne nogi, to pod tym względem nic by się nie zmieniło – wciąż jest wszędzie daleko. Pierwsze pytanie jakie mi facet zadał, to czy wciąż są tu żmije i wilki.
Żmije i owszem, bywają często. Widuję je jak wylegują się na słońcu pod krzakiem jaśminu w ogrodzie. Wilki czasami zimą słychać, tropy na śniegu też można zobaczyć, ale samą watahę czy pojedyncze sztuki - trudno. Dzisiejszy wilk pojawił się więc jakby na zamówienie w kontekście wczorajszej rozmowy.
Pan opowiadał, że jak chodził z bratem do szkoły w pobliskiej miejscowości (cztery kilometry na piechotę) to często wilki ich „odprowadzały”. Chodziły z nimi w pewnej odległości, bez zamiarów atakowania, w celu im tylko znanym, ale raczej dla towarzystwa. Gość pamiętał, też, że dziadek-leśniczy hodował tu owce, no i właśnie z tego powodu toczył z wilkami zacięty spór. To były lata pięćdziesiąte, może początek sześćdziesiątych. Wilki nie były jak dziś pod ochroną, a leśniczemu kradły owce, więc na nie zawzięcie polował. Podobno na życie dowodzącego watahą basiora nastawał przez kilka lat, zanim udało mu się zdobyć jego skórę.
Zresztą zanim to się stało basior przez trzy lata siał zgrozę w stadzie baranów, poruszając się już tylko na trzech łapach. No bo tocząca się walka zwierza i człowieka nie była na niby.
Dzisiaj porządkowałem w kancelarii
dokumenty. Żeby zrobić sobie przerwę, wyszedłem na łąkę. A tam – ruch jak
wiosną (chwilowo było tylko minus dwanaście). Na zdjęciach widać rodzinę łosi –
klempa wyprowadziła łoszaki na żer pędowy. Zauważyłem też żerowisko zająca, który
też coś sobie spod śniegu wykopał …
Jeszcze do dzisiaj rana nic nie
robiłem sobie z trzaskającego mrozu (nawet wskazania termometru w pokoju gdzie
piszę ten tekst – trzynaście na plusie – były drobnym problemem).
Świt kiedy jest trzydzieści
stopni na minusie jest naprawdę piękny. Wyruszyłemz samego rana odpalić auto żony (zwykle
niezawodny pojazd). Śnieg wspaniale skrzypiał pod butami, ale samochód nawet
nie dygnął. Zamarzł.
Przy śniadaniu okazało się, że w butli
z gazem brakuje tego najważniejszego – gazu.
Na szczęście oprócz płyty gazowej
mam w domu starą, kaflową pieco-kuchnię. Nie użyłem jej wprawdzie ani razu jak
tu mieszkam, ale podobno poprzedni lokatorzy palili w niej codziennie. Więc dziś
nie było wyjścia – trzeba było sprawdzić czy działa, bo przy takim mrozie
ciepły obiad wart jest każdego wysiłku. Okazało się, że kuchnia sprawuje się
całkiem nieźle. Mój poprzednik sam ją zbudował i niewątpliwie był z niej dumny,
choć ja gdybym miał na niej codziennie gotować to bym ją troszeczkę przerobił. (Taka
piecokuchnia była u mnie w domu jak byłem mały, więc pamiętam, jak była
zrobiona i jak może działać.) Póki co nie narzekam. Miałem już też okazję przećwiczyć
odwieczną lekcję z moją córką : „a nie mówiłem żebyś nie dotykała gorących drzwiczek”.
W południe, kiedy już było całkiem
„ciepło”, poszedłem się przejść do lasu. Operujące słońce zachęciło sarny do wyjścia
za karmą na łąkę. Ostra zima daje im w kość, ale póki jest mniej niż pół metra
śniegu to zdrowe i silne osobniki z łatwością sobie poradzą. Słabe i chore
tracą szybko siłę. Ich czujność maleje i stają się łatwą zdobyczą. Sarny z łąki
obserwowały mnie z bezpiecznej odległości i nie zamierzały tracić sił na jakieś
zbędne bieganie. Przyjemnie się wymarzłem i wróciłem do domu rozpalić w pieco-kuchni.
Historia jest taka, że zepsuł mi się
samochód. Nie pierwszy raz, ale wygląda na to, że tym razem to nie żarty. Mam nadzieję
– odpukać – że się mylę i skończy się jak zawsze, na jakiejś drobnej naprawie
którą będę w stanie wykonać sam. Oczywiście jak zmobilizuję najpierw pilarzy z
traktorem, którzy przyciągną mi mojego „szerszenia” na podwórko.
Że samochód się zepsuł, to jeden
pech. Konsekwencja awarii była też taka, że trzeba było z buta ruszać do domu,
a to kawałek drogi. Szedłem więc raźno przez las, a pies myszkował po okolicy. W
pewnym momencie zobaczyłem, jak pies pędzi w moim kierunku, a jakieś dwa metry za
nim równie szybko porusza się tęgi dzik … Kaban miał z osiemdziesiąt
kilogramów.
Było to, przyznaje, trochę
zaskakujące … Oczywiście dzik, kiedy mnie tylko zauważył, skręcił do lasu i
tyle go widziałem. Oglądałem zresztą potem znajdujące się w pobliżu miejsca
świeżo pobuchtowane przez dziki – musiały tam niedawno szukać pod śniegiem pokarmu,
pies je spłoszył, a jeden postanowił dać burkowi nauczkę. W głębokim, kopnym śniegu
miał naprawdę spore szanse.
Przyznam, że zanim dzik skręcił
do lasu, przez chwilę zupełnie na serio pomyślałem o jakimś drzewie na które
dałoby się szybko wejść. Stałem przecież w lesie, więc wiedziałem, że jest ich
w okolicy trochę… Nie rozglądałem się wprawdzie nerwowo, ale adrenalina jakaś
się jednak pojawiła.
Słyszałem też inną historię -
ktoś opowiadał, że był w podobnej sytuacji, tyle, że zamiast dzika za psem
podążał… wilk. Wilk również po zobaczeniu człowieka zrezygnował z potencjalnej
kolacji, ale adrenalina niewątpliwie była dużo wyższa.
Ponieważ mróz trzyma, postanowiłem
samodzielnie zadbać o przydomowe sikorki. Wieszam im słoninę, robię w misce
mieszankę z ziaren i smalcu i stawiam na parapecie. Zawsze miło jest przy śniadaniu
pooglądać ptaszyska. No właśnie. Któregoś dnia zauważyłem wśród sikorek nagłe
poruszenie, a potem pojawił się znikąd duży ptak, złapał próbującą uciec sikorkę
i zniknął. Później widziałem go na płocie. Następnego dnia atak się powtórzył,
z tym że napastnik po złapaniu ofiary wylądował na śniegu … tuż przed nosem
psa. Pies zajęty był akurat ogryzaniem kości i nie zdążył pochwycić krogulca,
choć miał na to wielką ochotę – sytuacja jednak go przerosła. (Na sikorki suka
już patrzy obojętnie, chociaż przez pierwsze kilka dni siadała przed oknem i
obserwowała buszujące po parapecie ptaki – nawet pies ma słabość do
niekończących się seriali.)
Znajomy ornitolog, który akurat
wpadł na parę dni, powiedział: „Ale fajowo, masz karmnik dla krogulca!”. Przyznam,
że moje założenia były inne. Przestawiłem miskę z ziarnami w lepsze miejsce,
mam nadzieję, że sikorkom będzie teraz łatwiej uciekać.
No, nareszcie dzisiaj mogę dojść
do głosu. Tak naprawdę to ja kręcę tym całym blogiem, a nie ci uzurpatorzy
którzy pisali poprzedni odcinek. Oni tylko trochę się do tego dokładają – hau!
No właśnie. Hau! Hau! Hau! A czy
wy o mnie coś wiecie? Oczywiście umiem mówić po ludzku – co do tego mam
nadzieję nie ma wątpliwości – ale tak na co dzień to nie ma sensu. No po co,
pytam się, po co mam to niby robić? Micha jest? Jest. Woda jest? Jest. Jeżeli wystarczająco
się napraszam, dostaję jeszcze bonusy – a to zupka, a to jakieś kości. Czasami kryzysowo,
tylko sucha karma, ale na szczęście kupują jakąś przyzwoitą.
Wołają na mnie Bora, ale częściej
chyba Borówa. Gwiżdżą jeszcze albo cmokają, ale i tak wszyscy wiemy o co
chodzi. Przychodzę albo nie … Najgorszy jest ten ich szczeniak, bo ciąga mnie
za obrożę, spać nie daje, ciągle ma jakieś pomysły. No ale na szczęście czasami
gdzieś go wywożą – nazywa się to przedszkole – i wtedy mam cały dzień spokoju.
Najbardziej lubię jeździć z
leśniczym do lasu, pływać w jeziorze, obwąchiwać trzciny i szuwary, szukać
tropów jeleni. Dziki odrażające draby ignoruję, można na nie co najwyżej
naszczekać. Hau! Jeszcze się do was kiedyś odezwę…
Uznałem, że przysłowiowe długie
zimowe wieczory właśnie nadeszły, a skoro od niedawna mogę korzystać z
dobrodziejstw szybko działającego Internetu (co przez kilka ostatnich lat było u
mnie w osadzie technicznie niemożliwe – ha ha), intensywnie eksploruję serwis
You Tube. Jakie było moje zdziwienie, gdy wczoraj odkryłem tam film z dziwnie
znajomymi plenerami … Ponieważ w filmie pojawia się nazwisko twórcy i adres
jego strony internetowej, po nitce do kłębka doszedłem, kto zacz. Oczywiście okazało
się, że autorem filmu jest znajomy, myśliwy, profesjonalista jeżeli chodzi o
obserwację zwierzyny. Właściwie już nie poluje, większą satysfakcję sprawia mu
filmowanie. A uzyskanie takich materiałów to długie godziny spędzone w „dżungli”
czyli w mazurskich lasach i na poligonach.
To, co można znaleźć na You Tube
to zwiastun dwuczęściowego filmu pt. „Rykowisko na poligonie” nakręconego w
mojej okolicy. Film sobie od autora zakupiłem i obejrzałem z dużą przyjemnością
– zresztą w towarzystwie córki, która jest fanką wszelkich zwierząt, a ryczenie
jeleni miała okazję w tym roku wyraźnie słyszeć. Jest to materiał adresowany głównie
do myśliwych, ale nie ma tam żadnych scen polowania. Jest za to dobrze napisany
komentarz, dzięki któremu można się dowiedzieć wielu rzeczy – np. dlaczego jelenie
walczą z krzakami, gdzie się tarzają i po co. Zwykły obserwator-amator takiej
wiedzy nie posiada, bo i skąd. Można ją nabyć tylko obserwując zwierzęta
latami, o każdej porze roku, o każdej godzinie dnia i nocy, w ich naturalnym
środowisku.
Fajnie jest popatrzyć zimą na znajome,
w dodatku prawie letnie pejzaże, no i na dziką przyrodę, szczególnie tak dobrze
sfilmowaną. Bardzo polecam.
Wybrałem się z rodziną do stolicy. Ponieważ pogoda była
piękna, postanowiłem pokazać córce park w Łazienkach Królewskich w którym jako
student spędzałem sporo czasu. To jedno z niewielu miejsc w Warszawie gdzie
można mieć naprawdę bliski kontakt z przyrodą. Pomijam już fakt, że miejscowe
kaczki, tak samo zresztą jak te w Parku Saskim, na widok przechodnia wychodzą z
wody i gonią go biegiem asfaltową ścieżką w nadziei na jakieś jedzenie. Pod tym
względem nic się nie zmieniło. Pawie dają się nawet dwulatkowi karmić z ręki,
ostrożnie biorąc kawałki chleba. Największą jednak radość sprawiały wiewiórki,
które na dźwięk stukania orzechem o orzech podbiegały i brały je z ręki.
Jak się okazało, dla mojego dziecka – bądź co bądź wychowanego z dala od
miasta, ale oswojonego z widokiem zwierząt, bo jeleń, łoś czy dzik na łące są
tak samo normalne jak kozy i konie w stajni – kontakt z wiewiórką jest ogromnie
atrakcyjny.
Może dlatego, że jest to malutkie zwierzątko, które do tej pory
rzadko widziane wzbudzało wielką ciekawość. „Nasze” leśne wiewiórki żyjące w
okolicy domu i przychodzące jesienią do ogrodu na leszczynowe orzechy za nic na
świecie nie dałyby się przekonać do brania czegokolwiek z ręki – pozostawały
więc do tej pory absolutnie poza zasięgiem malucha zaczynającego intensywnie
zwiedzać świat.
Te parkowe na tyle przezwyciężyły lęk przed człowiekiem, że
można je obserwować z odległości dosłownie kilku centymetrów. Przy słonecznej
pogodzie w trakcie godzinnego spaceru można ich spotkać kilkanaście. Widać, że
przystosowały się do sytuacji i korzystają ile mogą. Nie mają zbyt wielu wrogów
naturalnych (psów do parku nie wolno wprowadzać) poza dzikimi kotami, a patrząc
na ich futerka nabrałem przekonania, że są naprawdę w świetnej kondycji zdrowotnej.
Trochę dziwiłem się więc tym rodzicom, którzy nie pozwalają dzieciom karmić
wiewiórek „bo mogą ugryźć”. Obserwując radochę jaką to karmienie sprawia mojej
córce doszedłem do oczywistego wniosku, że kontaktu z żywą, dziką przyrodą –
nawet w postaci niemal oswojonych parkowych wiewiórek – nie zastąpią najdroższe
zabawki i najładniejsze książeczki. A przy okazji dziecko uczy się obserwacji,
bo rudobrązową wiewiórkę na tle suchych liści nie jest wcale tak łatwo zauważyć
i cierpliwości – trzeba się zatrzymać, kucnąć, poczekać – co wieku dwóch lat
jest niełatwe...
Późnym wieczorem, około dwudziestej
drugiej, wyszedłem do samochodu żeby ustawić tam pułapki na… myszy leśne. Jest to
największy gatunek myszy jaki znam – duże uszy, długi ogon, ciało długości do
10 cm, jasny brzuszek oraz stopa (w tylnej łapie) długości 2 cm. Wielkością mysz
przypominać może młodego szczura, ale jest jedna zasadnicza różnica – ogon u
myszy jest owłosiony, a u szczura goły.
Z niejasnych powodów myszy owe –
których pełno w okolicy, bo to przecież las – upodobały sobie wchodzenie do
samochodu. W bagażniku nie można pozostawić nic – z rękawa kurtki w przeciągu
nocy robią sieczkę. Zjadły również część plastikowej dziecięcej parasolki oraz
wygryzły dziury w innych rzeczach. Wcześniej penetrowały jedynie bagażnik,
teraz udaje im się dostać również do kabiny. Muszę więc z nimi walczyć, żeby
nie zrobiły kosmicznego chaosu w instalacji elektrycznej (tak jak kiedyś w starym
samochodzie). Prawdziwa plaga. O dziwo w tym roku do domu się jakoś nie pchają,
inwazja dotyczy tylko samochodu.
Noc była ciemna i mglista, co
prawda na niebie były gwiazdy ale nic to nie zmieniało – ciemno że oko wykol. Opróżniałem
pułapkę z nieproszonego gościa i usłyszałem nowy dźwięk, ale jakoś go
zignorowałem. Dźwięk jednak powtórzył się jeszcze raz i jeszcze – było to wycie
wilków w lesie dookoła domu. Najwyraźniej nad czymś się naradzały. Co ciekawe,
w tym czasie nie było słychać nic innego – ani dalekiego szczekania psa ani
innych zwykłych leśnych szurów i trzasków. Kompletna cisza i tylko wilcze
gadanie. Najpierw odzywał się jeden, potem z innego miejsca drugi, potem
dołączały kolejne. Wataha, którą można spotkać w okolicy liczy co najmniej
cztery sztuki. W związku z tym koncert był na wiele głosów i raczej udany. Muszę
przyznać, że gdyby przysłuchując się tym melodiom nie hamować wyobraźni i
pozwolić jej na odtworzenie wszystkich opowieści z wilkami w roli głównej, to
ciarki chodzą po plecach. Po raz kolejny pomyślałem o moich konnych wycieczkach
po lesie. Jestem ciekawy ile razy byłem obserwowany przez bystre brązowe oko.
Odebrałem dziwny telefon.
Dzwoniono z lecznicy weterynaryjnej na drugim końcu Polski, że u nich znajduje
się mój pies. Pies – widziałem – spał w koszyku pod kaloryferem. O co chodzi?
Ale zaraz sprawa się wyjaśniła.
Otóż do weterynarzy trafił po niegroźnym wypadku samochodowym pies z tatuażem w
uchu - numer 009 i litera oznaczająca region. (Jest to wyraźny znak, że pies rodowodowy i zarejestrowany w Związku
Kynologicznym, a więc raczej nie bezpański. W przypadku rasy myśliwskiej
prawdopodobieństwo, że zwierzak się zgubił i ktoś go szuka jest praktycznie
stuprocentowe.) Zadzwonili do Związku gdzie sprawdzono z jakiej hodowli pies
pochodzi (wskazuje na to właśnie numer i literka) i już mieli mój numer
telefonu. Pies po leczeniu trafił do schroniska w Koninie i chodziło o to, żeby
jak najszybciej ustalić właściciela który by czworonoga odebrał.
Na szczęście kiedy dwa lata temu
sprzedawaliśmy szczeniaki moja żona zapisywała telefony osób odbierających
poszczególne psiska i dzięki numerowi tatuażu ustaliliśmy który to pies i znaleźliśmy
dane właściciela. Okazało się wprawdzie, że od pewnego czasu suka polowała już
z innym myśliwym, ale do niego również dotarliśmy. On szukał zguby od rana,
kiedy to wraz z drugą sobaką w sobie tylko znanych celach „szurnęły” z ogródka.
Zdążył już zgłosić zdarzenie na policji i właśnie stamtąd wracał kiedy wieczorem
powiedziałem mu, że suka czeka w schronisku.
Jak widać tatuaż – pod warunkiem
że wyraźny i dobrze zrobiony - może być przydatny. Lepszy pewnie byłby chip, bo
mógłby zawierać więcej informacji, ale sądzę że zanim ta epoka nastąpi, tatuaż
też działa.
Jak widać na załączonym zdjęciu,
bobry nie zajmują się tylko spiętrzaniem wody, ale również osuszaniem terenu.
Na dnie wyschniętego latem stawu bóbr wykopał rów w celu zgromadzenia wody. Rów
ten jest dla zwierzaka korytarzem transportowym, są tam również pozatapiane
zapasy na zimę – pędy wierzby, brzozy i inne przysmaki. Widać, że bóbr często
tu przychodzi – wykopał też kilka podziemnych korytarzy i wydeptał szeroką już
ścieżkę pomiędzy starym rowem melioracyjnym (którym tu przypływa) a stawem.
Muszę przyznać, że jak na jedną
bobrzą rodzinę, zakres zrealizowanych prac ziemnych jest naprawdę imponujący.
Mają też spory zasięg terytorialny. W dzikim stawie za leśniczówką mają tylko
spiżarnię – ale dosyć sporą. Tak naprawdę mieszkają mniej więcej pół kilometra
dalej, przy płocie ogradzającym uprawę kolegi leśniczego K.. Jakieś dwa lata
temu zauważyłem powstające żeremie bobrowe, ale dosyć nietypowe – budowane właśnie
na siatkowym płocie. Obejrzałem je sobie dokładnie – precyzyjna robota.
Niemniej nie sądziłem, że bóbr utrzyma się w tym miejscu, myślałem, że nie
znajdzie w okolicy wystarczającej ilości jedzenia, tylko skonsumuje krzaki
rosnące wzdłuż rowu. Ale najwyraźniej mu się podoba i potrafi na tyle rozsądnie
gospodarować okoliczną roślinnością, że wciąż ma co jeść. Nie widziałem go
nigdy, ale nie raz słyszałem spłoszony plusk ogona o wodę gdy zbliżałem się do
stawu ...
Były pierwsze poważniejsze
przymrozki dzisiejszego ranka. Zdaje się, że razem z mrozem pojawiły się wilki.
Niedaleko leśniczówki na łące leżą resztki jelenia byka...
Na zdjęciu widać zniszczony krzak wierzbowy. Jest to
rezultat działań byka jelenia, który w trakcie rykowiska wyładowywał nadmiar rozsadzającej
go energii. Byki często postępują w ten sposób "walcząc" w trakcie rykowiska z roślinnością. Jednocześnie
pozostawiają tam swoje znaki chemiczno-zapachowe, które są jak podpis. Innym sposobem
zaznaczenia swojej obecności w okolicy jest zrywanie porożem darni, a w
powstałym zagłębieniu oddawanie moczu, grzebanie i tarzanie się. Dzięki temu zapach konkretnego samca i jego
hormonów będzie wyczuwalny bardzo daleko – jako informacja i wyzwanie dla
konkurencji. Jelenie nie zawsze rozstrzygają o miejscu w hierarchii za pomocą
bezpośrednich konfrontacji „na polu bitwy”. Bardzo często wystarczy im
bezpośredni ogląd i ocena przeciwnika, żeby słabszy zrezygnował z walki i
oddalił się gdzie indziej szukać szczęścia.
Teraz rykowisko w zasadzie się już skończyło. Przez prawie miesiąc
słuchałem byków ryczących na łąkach za domem, i były to wciąż te same głosy a więc
i te same osobniki. Któregoś dnia nastąpiło przetasowanie – słychać było
zupełnie nowe głosy dobiegające z innych niż poprzednio miejsc. Zamiąch i
rejwach. Następnego dnia niemal wszystko ucichło. Odzywają się jeszcze czasem
jakieś sztuki, ale główne rykowisko w tym sezonie na pewno już minęło. Moim
zdaniem było „udane” – trwało długo dzięki pogodzie, od której wiele w tej
kwestii zależy. Było sucho, nocami chłodno a w dzień gorąco. Głosy ryczących
byków słychać było codziennie z naprawdę dużą intensywnością.
Z fotografowaniem raczej było kiepsko. Byki zaczynały się
odzywać już dobrze po zmroku, ale najgłośniej ryczały ciemną nocą. Być może
wiedziały o polującej w okolicy grupie zagranicznych myśliwych :)
P.S. Nie wiem jeszcze jak bezkrwawe łowy poszły koledze
fotografowi. Spotkam go za parę dni to go wypytam...
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał
deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to
prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się
nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę
samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę
pyłu.W okolicznych niewielkich
zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone
strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.
Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym
zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym –
drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim
oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był
surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia),
bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.
Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego
drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego
działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy
certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie
użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób
naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno
dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.
O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na
własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy
chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania –
zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście
do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne.
Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na
zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.
Już prawie od tygodnia byki jeleni ryczą na potęgę. Raz
głośniej, raz ciszej, w zależności od pogody, ale nocą słyszę je dobrze nawet
przez zamknięte okno.
Na łąkach za domem pojawiają się co najmniej dwa, ale bardzo
trudno je zobaczyć przy dobrym świetle. Raczej wiedzą, że jest sezon łowiecki w
pełni a myśliwi krążą po okolicy. Jelenie więc za dnia korzystają z naturalnych
osłon (np. gęste łozowisko), dają się prowokować różnego rodzaju wabieniem –
można nawet nawiązać z nimi „rozmowę” – ale trudno je zobaczyć. Przekonał się o
tym znajomy fotografik, który przez kilka ostatnich dni próbował zrobić zdjęcie
pod hasłem: „Jeleń na rykowisku”. Pomimo sporych wysiłków wyjechał ode mnie bez
upragnionej foty.
Trzeba jednak przyznać, że fotografia przyrodnicza to bardzo
trudna sprawa, a czasami na jedno ujęcie pracuje się latami. Czytałem kiedyś
artykuł napisany przez bardzo znanych fotografów przyrody, rodzonych braci.
Każde zdjęcie które publikują podpisywane jest inicjałami ich obu. Tłumaczą to
tak, że nieważne jest który akurat nacisnął migawkę – bo w przygotowanych
starannie ukryciach spędzają na zmianę długie godziny, a każde zdjęcie jest
wynikiem ich wspólnej, ciężkiej, czasami kilkudniowej a czasami wieloletniej
pracy.
Bo nie chodzi o to, żeby zrobić zwierzakowi zdjęcie, ale
zrobić mu zdjęcie w jego naturalnym środowisku portretując jego naturalne,
niezakłócone niczym zachowanie. Najpierw trzeba znaleźć miejsce – norę,
gniazdo, miejsce żerowania lub bytowania. Poznać dokładnie okolicę, a także
zwyczaje danego gatunku, bo im większa wiedza tym lepiej można się dopasować do
warunków. Później zbudować ukrycie, jak najlepiej wtapiające się w otoczenie –
budkę. Potem trzeba odczekać, aż zwierzyna przyzwyczai się do nowego elementu
otoczenia i je w pełni zaakceptuje. A dopiero kolejny etap to żmudne czuwanie w
budce z aparatem, przychodzenie tam wczesnym świtem lub późną nocą, o
najdziwniejszych porach, żeby być gotowym w odpowiednim momencie. A budka
fotografa to nie namiot na kempingu, tylko schronienie gdzie z trudem wciska
się dorosły facet z aparatem i statywem, o położeniu się mowy nie ma, a wygód
też nie uświadczysz żadnych.
Zdarzają się oczywiście przypadki, że wychodzi się na łąkę
za domem i bach – widać jak na dłoni stado jeleni, jest czas na ustawienie
statywu, robię zdjęcia jakie chcę (ogranicza mnie tylko obiektyw i jego
przybliżenie) a zwierzaki mnie nie widzą lub nie chcą widzieć. Przyznam, że
czasami sobie tylko patrzę i nawet nie chce mi się iść po aparat – ale przewagę
mam taką, że mieszkam w miejscu, gdzie dom stoi od prawie stu lat i żadnej
budki nie muszę stawiać. Zarówno budynki jak i ich otoczenie stanowią element
krajobrazu taki jak łąki i las, a że czasem po podwórku przejdzie człowiek czy
nawet pies zwierzętom najwyraźniej nie przeszkadza. Znam dobrze okolicę i w
zależności od kierunku wiatru wiem którędy podejść na łąkę żeby jak najdłużej
pozostać niezauważonym. Niemniej gdybym chciał zrobić dobre zdjęcie, to wiem,
że musiałbym się bardzo przyłożyć.
Na kilka dni przyjechał do mnie kolega W., właśnie z czasów
„kontusza i szabli”. Przyjechał głównie po to, żeby obejrzeć moje konie i
podpowiedzieć mi, co z nimi dalej robić. Zna się na rzeczy, bo pracuje od wielu
już lat jako instruktor jazdy konnej a swoją robotę traktuje niezwykle
poważnie. Nie jest to wcale oczywiste, bo widziałem „nauczycieli” którzy
niezależnie od postępów ucznia śmiało brali dużą kasę i mówili tylko: „dobrze,
dobrze, bardzo dobrze.”
Zasugerował, że sprzedawanie rumaków jednak nie ma sensu, bo
przy dzisiejszych, niskich bardzo cenach za konie, nie dostanę dobrej sumy a
zwierzaki pójdą nie wiadomo w jakie ręce. Nie są to konie-championy (czyli po
występach na wyścigach albo pokazywane przynajmniej na WKKW – wszechstronnym
konkursie konia wierzchowego) którymi warto handlować, ale bardzo przyzwoite
konie z których użytkowania można mieć dużo przyjemności.
Tak więc przez parę dni codziennie po fajrancie
podpatrywałem jego metody pracy z koniem, zarówno z ziemi jak i z siodła.
Szkolenie opierało się na dobrze mi znanej metodzie naturalnej, czyli
nagradzaniu konia za prawidłowe zachowania i utrwalaniu ich poprzez ćwiczenia.
Część tych ćwiczeń wykonywałem już wcześniej z końmi sam, ale teraz zauważyłem,
że dzięki nim można konia nauczyć dużo więcej niż mi się udało do tej pory.
Oczywiście wszystko jest kwestią ilości poświęconego czasu i częstotliwości
powtórzeń, zupełnie tak samo jak przy szkoleniu psa czy przy nauce języka
obcego. Mechanizm uczenia jest niezmienny, a najlepsze wyniki uzyskuje się bez
stosowania przymusu.
Jakby nie patrzeć, lato ma się ku końcowi. Co jakiś czas
widać pierwsze klucze żurawi ciągnące na zlotowiska, słychać też ciągnące gęsi.
Większość bocianów już odleciała, maruderzy się jeszcze zbierają. Byki jeleni , co można łatwo zaobserwować na leśnych łąkach,
jeszcze są ospałe, obżarte, grubaśne i leniwe, nie myślą wcale o zbliżającym
się rykowisku, kiedy to będą prezentować się z jak najkorzystniejszej strony
przed łaniami i konkurencją. W lesie pomimo
kryzysu naprawdę robota „żre”. Zaczynam nowy zrąb. Prawie codziennie po drewno
przyjeżdża kilka samochodów. Skoro jest taka sprzedaż, to gdzie tu kryzys??? Noce coraz chłodniejsze, na łąkach nieprzebrana ilość
pajęczyn i zakładających je pająków – naprawdę można je spotkać niemalże w
każdym rozmiarze i kolorze. Trwająca od pewnego czasu susza zaczyna powoli
kolorować liście w lesie na pierwsze złociste kolory. Co roku jesienią mam chęć
pojechać w góry, a dokładniej w Pieniny. To już w moim przypadku najbardziej
namacalny jesienny syndrom. Widok bukowych lasów we wrześniu jest dla mnie
czymś niesamowitym – pewnie dlatego, że na co dzień oglądam prawie wyłącznie iglaste.
Mam zresztą w Pieninach znajomego górala u którego zatrzymywałem się już kilka
razy. Facet mieszka nad samym Dunajcem i zajmuje się łapaniem ryb na wędkę.
Ostatni raz byłem u niego ze trzy lata temu w tym samym czasie kiedy
przeprowadzał termomodernizację budynku. Nie zrobiłem tego specjalnie. Remont
się delikatnie przedłużał i Adamowi było już wszystko jedno ile ekip łazi mu po
chałupie. A z Trzech Koron remontu nie było widać, tak jak wielu innych rzeczy.
Sezon polowań na kaczki już rozpoczęty. Otwarcie odbyło się
na uroczystym zbiorowym polowaniu organizowanym w moim nadleśnictwie. Teraz
zresztą w wielu kołach i nadleśnictwach organizowane są tego rodzaju polowania.
Byli leśnicy oraz zaproszeni goście – w sumie kilkanaście strzelb.
Ku mojej radości było także kilka psów. Ja oczywiście
zabrałem też swojego, który z braku ruchu zaczynał przypominać zapasionego
foksteriera. W sumie było sześć czworonogów. Moja suka dobrze aportowała –
wyciągnęła z bagna około dziesięciu kaczek. Miałem też okazję obserwować jaka
jest różnica w pracy różnych psów. Ten który nie miał wyćwiczonego apelu (czyli
absolutnych podstaw takich jak przychodzenie do nogi na gwizdek, siadanie i warowanie
na rozkaz oraz pozostawanie w miejscu i marsz przy nodze ) dużo lepiej bobrował
w bagnie niż mój, który jest dobrze ułożony w tym zakresie, ale wciąż ogląda
się na pana – a ja muszę iść za nim i go zachęcać, a przecież nie po to mam psa
na kaczki żeby spacerować po bagnie. Jak widać, psa nie można za bardzo
temperować, żeby nie ograniczać jego pasji. Takie działanie musi mieć swoje
granice i trzeba sporo doświadczenia żeby dobrze poprowadzić psa który ma być
psem polującym a nie tylko podwórzowym czy kanapowym.
Mój pies pasję niewątpliwie ma, o czym się niejednokrotnie
przekonałem, ale ponieważ go nie rozpieszczam, cały czas sprawdza moją minę
żeby uzyskać potwierdzenie, że robi dobrze. Jestem jednak z niego zadowolony –
teren był trudny, kaczek sporo i wszystkie (nawet nie przeze mnie strzelone) aportował
do mnie w takim stanie w jakim je znalazł lub złapał. Wszystko to jest
oczywiście kwestią treningu – gdyby chodzić na takie polowanie w sezonie co
tydzień, na pewno suka by pracowała jeszcze lepiej, bo bez oglądania się na
mnie wiedziałaby czego od niej oczekuję. Nie wiem jak to możliwe ale brakuje mi
czasu na łowy.
Pierwszego dnia
lata, w niedzielę, wybrałem się do Suwałk. Był to długo oczekiwany wyjazd na
Dzień Kawalerzysty. Chciałem zobaczyć jak na „lokalnym rynku” wyglądają popisy
sprawności jeźdźców w ułańskich konkurencjach. Stare regulaminy wojskowe
przenosi się dzisiaj dosłownie i organizuje konkursy...
Pogoda trafiła
się wyśmienita – jedyny dzień bez deszczu i w pełnym słońcu na przestrzeni
ostatnich dwóch tygodni. Co zobaczyłem? Wspaniałe mundury kawaleryjskie różnych
pułków ułańskich, piękne rzędy końskie (oryginały lub bardzo dobre repliki),
wspaniałe wierzchowce oraz wielu pasjonatów takich zabaw.
Obejrzałem
konkurs cięcia szablą - obejmuje przejazd galopem po torze oraz „zaliczenie”
około dziesięciu stanowisk. Na każdym z nich trzeba było wykonać coś innego -
cięcie od góry lub od dołu w łozę, cios w pozornik (worek wypchany sianem),
cios w kapustę, zebranie szablą dwóch kolejnych kółek zawieszonych na
stojakach. Opis brzmi banalnie, ale dość powiedzieć, że na galopującym koniu,
którego trzeba prowadzić jedną ręką (w drugiej przecież szabla) przejechanie
toru zgodnie z regulaminem stanowiło naprawdę duży wyczyn. Publika
najgorętszymi brawami nagradzała udane ciosy w kapuścianą głowę – muszę
przyznać że taki udany cios robi wrażenie.
Po konkursie z
szablą był kolejny – tym razem z lancą. (Jest to broń drzewcowa służąca tylko do
kłucia, trzymetrowej długości.) Chociaż władanie tą bronią wymaga tak samo
wysokich umiejętności jak posługiwanie się szablą, nie wzbudzało już takich
emocji.
W pokonywaniu
konkursowych torów nie pomagało również rozstawione obok ogromnych rozmiarów
wesołe miasteczko. Można sobie wyobrazić, jak reaguje koń widzący po raz
pierwszy w swoim życiu wznoszącą się do góry gigantyczną karuzelę wydającą
piekielne dźwięki... Trudno się dziwić, że nie wszystkim ułanom przejazdy
wyszły idealnie – niektóre konie odmawiały posłuszeństwa i ciężko było je
namówić do współpracy. Tym większe uznanie należy się jeźdźcom, którzy pomimo
tych utrudnień zaliczyli bardzo udane starty.
Zawody utrudniał
jeszcze jeden element. Lejący się z nieba żar powodował, że ubrani w pełne
mundury oraz obwieszeni regulaminowym rynsztunkiem (łącznie z przytroczonymi
saperkami) jeźdźcy tracili siły a pot zalewał im oczy. Mnie jako historycznego
pasjonata poważnie to zastanowiło. Co się musiało dziać na prawdziwym polu
walki gdzie strzały wcale nie rozlegały się na wiwat a aprowizacja nie
zapewniała napojów chłodzących... To musieli być naprawdę dzielni ludzie.
Wśród widzów
zauważyłem dwóch weteranów – starsi panowie w wysokich butach i mundurach z
licznymi orderami wolnym krokiem poruszali się po terenie imprezy. Jeżeli w
dniu wybuchu wojny 1939 roku mieli po dwadzieścia lat, to dziś muszą mieć
dziewięćdziesiątkę na karku. Życzę każdemu, żeby w podobnym wieku był w stanie
uczestniczyć w takiej imprezie. Mam wrażenie że tamto pokolenie było zrobione
ze specjalnej gliny – i dlatego udało im się przetrwać potworny zamęt historii.
P.S. Impreza obejmowała jeszcze inne konkurencje, ale moja córka stanowczo oświadczyła, że już nie chce koników oglądać - cierpliwość dwulatka ma swoje granice.
Kosiłem trawę w
ogrodzie i byłbym jej nie zauważył, gdyby nie to, że przejechałem nad nią
kosiarką i ukazała mi się w całej okazałości. Jejmość szara ropucha... Miała
nawet wykopanąa raczej wygniecioną w
ziemi jamkę, w której ją zobaczyłem kiedy ściąłem trawę. Zaniosłem płaza do
domu żeby pokazać dziecku – zbiera ostatnio wychodzące codziennie po deszczu
ślimaki, więc sądziłem że „duża żaba” zrobi furorę. Niestety żaba się poruszyła
chcąc wyskoczyć z mojej dłoni a córka uderzyła w płacz. Uspokoiła się dopiero
kiedy zaproponowałem, że pójdziemy i zaniesiemy „żabę” z powrotem do jej jamki
w ogrodzie. Ale z dwuletnim uporem zapowiedziała, że ropuchy nie dotknie.
Ropucha po sesji zdjęciowej poszła sobie pod krzak pigwowca. Jak sądzę jest to
ten sam egzemplarz który zeszłej jesieni czatował na progu domu tuż przy
drzwiach, żeby dostać się do środka. Gdzieś trzeba przezimować!
Przyszedł czas
podlotów. To znaczy młode ptaki które wykluły się z jajek opuściły już gniazda,
ale są wciąż dokarmiane przez rodziców. Widzę takich zawodników a to na płocie,
a to na stercie drewna przy stodole. Duże, puchate kulki z szeroko rozdziawionymi
dziobami, czekają aż „starzy” przyniosą robala albo gąsienicę.
Na podwórku
stałym obiektem obserwacji od kilku dni jest rodzina kopciuszków. Dwa nieduże,
trochę większe od wróbla ptaki uwijają się łapiąc rozmaite owady i karmiąc
potomstwo siedzące pomiędzy brzozowymi szczapami. Niedługo pewnie młode będą
już zdolne do samodzielnego zdobywania pokarmu i polecą, ale na razie są
jeszcze dość nieporadne i przez to zabawne. Mają farta, że w osadzie nie ma
kota, bo pomyślność i świetlana przyszłość żółtodziobów mogłaby nie nastąpić. (To
nie przypadek, bo wiem, że nie byłbym w stanie zapanować nad kocią naturą.
Poddaje to pod rozwagę wszystkich miłośników mruczków.)
Jak co roku od
kilku lat widzę też na płocie dzierzbę gąsiorka. On również ma w pobliżu
gniazdo i co roku obserwuję siedzące na siatce młode dzierzby. Je też rodzice
dokarmiają jeszcze kilka dni po opuszczeniu gniazda.
Szpaki dawno się
już wypierzyły i poleciały. Tym z budki koło domu otworzonej przypadkowo przez
konia upadek na trawę nie zaszkodził. Wepchnąłem je z powrotem i wszystkie przeżyły,
co mogłem stwierdzić czyszcząc ich budkę.
Trochę gorzej
lęgi udały się sikorkom. Może winne jest wyjątkowo mokre i zimne lato – owadów
nie ma wcale tak dużo a noce są bardzo chłodne. Sikory bogatki jak zwykle
założyły gniazdo w skrzynce na listy. Poleciały w świat jakieś dwa dni temu,
ale w gnieździe znalazłem trzy martwe ptaki. Prawdopodobnie zostały zadeptane
przez rodzeństwo kiedy jeszcze były małe. Być może jak zrobi się ciepło bogatki
zdecydują się na jeszcze jeden lęg, ale na razie warunki klimatyczne raczej im
nie sprzyjają.
Na szczęście
pogoda nie sprzyja również kornikowi, z czego się bardzo cieszę.
Całe popołudnie
rąbałem drewno na opał. To dobra pora żeby tym się zająć ponieważ jest jeszcze
dużo czasu na wysuszenie szczap. Komary cięły bez litości. Zrobiłem sobie
przerwę i przysiadłem na pieńku. Pies zabawiał się z jaskółkami próbując je
dogonić, czasem głośno szczekając. Rozmawiałem głośno z żoną udzielając jej rad
przy pieleniu ogrodu (he, he).
Aż wreszcie
spojrzałem przed siebie i zobaczyłem za płotem na łące trzy pasące się jelenie
byki. Ani trochę nie przeszkadzał im zamęt na podwórzu w spokojnym żerowaniu.
Ograniczały się tylko do tego, żeby co pewien czas rzucić okien na ludzki
bałagan. Tak jak stałem popędziłem po aparat. Trochę spękały ale po skończonej
sesji zdjęciowej nadal skubały trawę.
Udało się ich
nie spłoszyć. Widziałem je zresztą już któryś dzień z kolei – podchodziły
codziennie trochę bliżej domu. Zresztą jak poszedłem do nich na łąkę, okazało
się, że są tam nie tylko trzy byki, ale i cała chmara, w sumie z dziesięć sztuk.
Byki o tej porze
roku wyglądają trochę śmiesznie – całe poroże mają jeszcze w scypule, zupełnie
nowe. Zrzucają je na przełomie zimy i wiosny (od lutego do kwietnia) a później
wyrasta kolejny wieniec, początkowo właśnie pokryty takim miękkim, trochę
„zamszowym” naskórkiem. Scypuł jest unerwiony i ukrwiony, dlatego kiedy jelenie
wycierają go odsłaniając kość poroża jest ono często „udekorowane” powiewającymi
resztkami zbędnej już skóry.
Dotykałem kiedyś
takiego poroża w scypule u kozła sarny. Przypomina irchę jaką wyciera się
przyrządy optyczne. Kozioł wlazł do płotu i zjadał sadzonki na uprawie. Razem z
robotnikami próbowaliśmy go wypędzić przez otwartą bramę. Ale za każdym razem
kiedy leciał już do bramy, z niewiadomego powodu zawracał i gnał z powrotem.
Udało nam się go wreszcie zapędzić w (kozi) róg i złapać. Był to całkiem
przyzwoity szóstak. Ja trzymałem za parostki, dwóch robotników za nogi, kozioł
darł się wniebogłosy przekonany że umiera, ale wypuszczony za bramą pognał do
lasu. Miły meszek pamiętam do dziś.
Całkiem
przypadkiem udało mi się niedawno zinwentaryzować zawartość ptasiej budki
lęgowej która wisi na jesionie przy leśniczówce. A stało się to za sprawą
mojego konia Gacka, który pasł się w pobliżu razem ze swoim towarzyszem. Postanowił
jednak poczochrać się o drzewo i o przyczepioną do niego budkę. Zrobił to jakoś
tak sprytnie, że otworzył budkę (ma ona zamykany na haczyk dół, żeby można było
ją wyczyścić kiedy ptaki się już wyprowadzą) i wysypał zawartość na trawę. Na
szczęście byłem w pobliżu i zauważyłem wypadek. Zawartością były oczywiście
młode szpaki – nie wiem nawet dokładnie ile, bo z wrażenia ich nie policzyłem.
Koń się spłoszył i uciekł w drugi koniec pastwiska, a ja pozbierałem pierzaste
towarzystwo i wpakowałem z powrotem do skrzynki. Zastanawiałem się, czy
przeżyją. Na szczęście po kilku minutach zauważyłem podlatujące stare szpaki.
Na początku zachowywały się trochę nerwowo, ale potem powróciły do karmienia
potomstwa. Teraz w budce jest już całkiem głośno, a niebawem chyba całe
towarzystwo wyleci z gniazda.
Podleśniczy miał
z kolei inną ptasią akcję – u niego w przydomowej budce miały gniazdo sikorki
czubatki. Jednego poranka usłyszał na podwórku dzięcioła. Dzięcioł rozbijał
budkę sikorek. Podleśniczy go przepędził i naprawił budkę deską, potem pojechał
do lasu. Kiedy wrócił, okazało się, że dzięcioł rozbił budkę z drugiej strony i
wyjadł wszystkie małe sikorki. Prawo natury.
W skrzynce na
listy przy mojej leśniczówce sikorki już też ćwierkają. W zeszłym roku do nich też
dobierał się dzięcioł i trochę rozłupał skrzynkę. Moim zdaniem nie miał szans
na obiad w tym miejscu, bo uporczywe stukanie zwróciło uwagę psa, który na
pewno dzięcioła skutecznie pogonił.
Niedawno w
prasie leśnej pojawił się fajny artykuł o budkach lęgowych. („LAS POLSKI”
9/2009). Autor zwraca uwagę wszystkich zainteresowanych powieszeniem budki
lęgowej, np. w swoim ogrodzie, na ich konstrukcję, która będzie gwarantowała
bezpieczeństwo lęgom.
Osobiście
odradzam budki, które mają otwierane na zawiasie dno. Wystarczy niewiele a cała
zawartość wylatuje na ziemię.
W związku z
inwentaryzacją sów jaka odbyła się pod koniec zimy w naszym nadleśnictwie, oraz
identyfikacją stanowisk sóweczki u mnie w leśnictwie pojawiła się właśnie kolejna
grupa ornitologów celem weryfikacji wcześniejszych obserwacji.
Pojechałem z
nimi tam gdzie poprzednio słyszeliśmy wyraźnie sóweczkę. Próbowaliśmy
sprowokować ją dźwiękiem (głos w formacie MP3 odtwarzany z telefonu – proszę do
czego przydaje się w terenie nowa technologia :) ale to się nie udało. Przeszliśmy
wszyscy razem kawał lasu gdzie potencjalnie sóweczka może gniazdować, bo
ornitologom bardzo zależało na zlokalizowaniu dziupli z gniazdem. Wszystko się
zgadzało (w kwestii warunków „terenowych” ulubionych przez ten gatunek sowy)
ale żadnych śladów bytowania (żerowania) ani gniazdowania nie znaleźliśmy.
Głos sóweczki
zwykle powoduje reakcję strachu u małych ptaków będących potencjalnym pokarmem
tego drapieżnika. Ptaki zmieniają ton na wyraźnie zaniepokojony, czasami milkną
zupełnie. Jednak ta czereda która nas otaczała gdzieś w gałęziach nie reagowała
zupełnie na odtwarzane dźwięki.
Wnioski ogólne były
więc takie, że fakt iż słyszeliśmy tu sóweczki pod koniec zimy nie oznacza
wcale że jest to ich teren lęgowy.
Przeprowadziłem
wiele rozmów z ornitologami dotyczących sposobów prowadzenia obserwacji
sóweczki – koledzy zachęcali mnie żebym sam spróbował ją znaleźć, co byłoby
bardzo cenną obserwacją. Miejsc lęgowych tego gatunku zlokalizowanych jest w
Polsce zaledwie około trzystu - czterystu. Dla porównania – zinwentaryzowanych
stanowisk lęgowych puszczyka jest siedemdziesiąt tysięcy.
Ornitolodzy sugerowali
mi też nieusuwanie posuszu świerkowego jałowego (czyli obumarłych, suchych
drzew) gdyż jest to potencjalne miejsce gdzie dzięcioł może założyć dziuplę,
która z kolei później może zostać zasiedlona przez sóweczkę. No proszę –
wszystko się zmienia. Kiedyś nie do pomyślenia było zostawianie jakiegokolwiek
posuszu świerkowego. Dziś myślenie często bierze górę nad ślepym stosowaniem
instrukcjami. Tak przynajmniej chcę myśleć. Tymczasem sezon kornikowy już się
zaczął.....
Podczas naszej
nieobecności w leśniczówce domem i zwierzakami opiekowali się nasi przyjaciele.
Kiedy rozmawialiśmy z nimi w trakcie wyjazdu i zaraz po powrocie twierdzili, że
pies jest ciągle smutny, na pewno dlatego, że nas nie ma. (Pies oczywiście
został w domu.) Trochę wydało mi się to dziwne, bo nie pierwszy raz pies został
z opiekunami, a tym razem z takimi których długo zna i szczególnie lubi –
przygnębiony naszym wyjazdem mógł być przez jakieś dwa dni, a później długie
spacery oraz wyprawy nad jezioro powinny mu poprawić humor - wyżeł to pies z
natury wesoły.
Kiedy wróciliśmy
cieszył się bardzo, szczekał i pędził dookoła domu (to oznaka wielkiej radości)
ale następnego dnia zauważyliśmy że nie chce jeść. Kolejnego też nie chciał.
Kiedy trzeciego dnia po moim powrocie do domu odmówił niemalże porannego
spaceru i nie miał najmniejszej chęci na bieganie, tylko leżał - pojechałem do
weterynarza, chociaż była to niedziela. Pies miał suchy nos i ewidentne objawy
gorączki. Coś mnie tknęło. Jak później stwierdził lekarz, był to ostatni
moment.
Okazało się że
pies jest poważnie chory i że jest to infekcja związana z chorobą przenoszoną
przez kleszcze (zakażenie pierwotniakiem babeschia
canina). Można to było stwierdzić przy badaniu osłuchowym – płuca pracowały
normalnie ale nie pracował układ pokarmowy – w żołądku i jelitach cisza. Do
tego bardzo wysoka temperatura ciała - 41°C (normalna u psa wynosi w granicach 38
stopni). Miejscowi weterynarze umieją już rozpoznawać te objawy i łączyć je z
kleszczami nawet bez wykonywania badania krwi, na Mazurach jest to częsta
choroba.
Gdybym zwlekał
dzień dłużej, suki być może nie udałoby się uratować. Dostała jednak dwie serie
zastrzyków z antybiotykami oraz środki przeciwgorączkowe i dzisiaj pędziła już
za nisko fruwającymi jaskółkami. Karmiona przez ostatnie dni przez żonę „dietetycznie”,
gotowanym mięsem, udaje teraz, że nie widzi miski z psimi chrupkami.
Jak widać,
pomimo stosowania preparatów antykleszczowych nie można uznać, że potraktowany
nimi pies jest absolutnie bezpieczny. Zanim środek zabije kleszcza, może on
zdążyć zakazić psa i nie ma na to żadnej rady. Ja smaruję psa preparatem
przeciw kleszczom co 4-5 tygodni. Polecam to wszystkim, tak samo jak obserwację
zachowań czworonogów szczególnie teraz, kiedy robi się ciepło i kleszczy
przybywa. Po spacerze trzeba dokładnie obejrzeć najpierw siebie, a potem psa. Ci
którzy dużo przebywają w lesie powinni pomyśleć o zaszczepieniu się przeciwko odkleszczowemu
zapaleniu opon mózgowych i mózgu. (Na boreliozę i babeschię jak się wydaje nie
ma skutecznej szczepionki, pozostaje uważać na siebie i psy.)
Przyjechali
znajomi, zapaleni przyrodnicy. Takie spotkania zawsze są bardzo ciekawe, bo ja
dowiaduję się czegoś nowego, a oni z kolei z wielką radością badają czasem
niepozorne rzeczy choćby rowy melioracyjne.
Okazało się
więc, że w starym rowie melioracyjnym będącym obecnie częścią systemu małej
retencji żyją prawdopodobnie traszki grzebieniaste. Nie sądziłem, że mógłbym je
tam spotkać, chociaż się nad tym kiedyś zastanawiałem. Znajomi pokazali mi jaja
– składane pod wodą na liściach różnych roślin, a później zawijane w tych
liściach w charakterystyczny sposób. (Jaja są jednolitej, kremowej barwy – na zdjęciu.)
Przyznam, że mi zaimponowali, bo wyszukiwanie pod wodą takiej formy rozwojowej
traszki nie przyszło mi do głowy – po pierwsze, a po drugie wymaga ogromnej
cierpliwości i po prostu pasji.
Wieczorem zabrałem
przyrodników na krótki rekonesans okolicy. Najpierw pojechaliśmy obejrzeć zbiorniki
małej retencji w lesie. Kiedy wyszliśmy z samochodu i stanęliśmy na grobli
wokół nas rozbrzmiewał chór płazów. Kilkanaście różnych dźwięków. Największy
hałas robiły rzekotki. To niewielkie zielone „żabki” (pomijam tu niuanse
współczesnej systematyki) których cechą charakterystyczną są przylgi na
wszystkich palcach kończyn. Biorąc pod uwagę sam głos jaki wydają można go
przypisać do zwierzęcia kilka lub kilkanaście razy większego. Wyodrębniały się
też głosy kumaków. Ja ich głosy znam od dzieciństwa, ale niektórzy z naszej
wycieczki słyszeli kumaka w takim natężeniu po raz pierwszy. Był słoneczny
ciepły wieczór.
Wracając o
zachodzie słońca przez pobliski poligon do leśniczówki zatrzymaliśmy się na
chwilę żeby popodziwiać widoki. Ku zaskoczeniu naszych przyrodników tuż przy
rozjeżdżonej czołgowej drodze rosły sasanki - rośliny chronione i bardzo
rzadkie...
Dziś rano
widziałem pierwsze jaskółki. Znaczy się ciepło idzie na dobre. Ale w związku z
jaskółkami jestem rozdarty między sentymentem a przepisami. Otóż unijne normy
zabraniają jaskółkom gniazdowania w miejscach gdzie „pozyskuje się” mleko. Ale
jaskółki upodobały sobie budynek koziarni i nie wiem na jak długo starczy mi
zapału żeby je zniechęcać do zakładania tam gniazd. A znając życie i tak jakimś
sposobem mnie przechytrzą.
Zrobiło się już
ciepło i przyjemnie. Idealna pora żeby obserwować dzikie zwierzęta. Wygłodniałe
po zimie wychodzą na łąki w poszukiwaniu pierwszej trawy i niechętnie uciekają.
Przy odrobinie szczęścia można podejść do nich bardzo blisko. W biały dzień u
mnie na łące pod domem żeruje chmara jeleni – pojawiają się codziennie. Dzik
który przekopał mi ogródek gdzieś przepadł, ale z daleka widziałem wczoraj całą
watahę, również blisko leśniczówki. W trakcie konnych czy ostatnio rowerowych
wycieczek po lesie zdarza się że zwierzęta uciekają zaledwie kilka kroków a potem
tylko się przyglądają. Nie chcą opuszczać miejsca zasobnego w pokarm a poza tym
wiedzą, że teraz nie ma sezonu łowieckiego i zupełnie nic im nie grozi.
Przyszła wiosna
a wraz z nią wysyp koźlaków. Wszystkie urodziły się kiedy mnie nie było –
wyjechałem na trzy dni a domem i zwierzakami zajmowała się żona. Miała okazję
nawet widzieć jak rodzą się małe.
W sumie nasze kozie
stado powiększyło się o siedem małych koźlaków. Stało się to (drogie dzieci) za
sprawą kozła, którego kupiłem jesienią ubiegłego roku. Koźlaki są duże i silne,
nie było z nimi żadnych problemów, żadnego nie trzeba było przynosić do domu,
dokarmiać butelką ani uczyć ssania. Jeżeli chodzi o cechy „eksterierowe” to
jest tak sobie. Ale generalnie podobieństwo z rasami „alpejskimi” występuje.
Kozy okociły się
w optymalnym momencie – po tygodniu w stajni małe zwierzaki wyszły na swój
pierwszy spacer na podwórko. Wskakują na wszystko, wszędzie ich pełno, niczego
się nie boją (no może poza trąbiącym samochodem). Na podwórku pojawia się już
pierwsza trawka, a całe kozie stado zaczyna wyruszać na coraz dalsze wycieczki
do lasu w poszukiwaniu świeżego pokarmu. Ryzykują swoją skórę bo jak
przekonałem się rok temu kozie dróżki krzyżują się z wilczymi. Muszę odszukać
mosiężny dzwonek i którąś kozę nim uszczęśliwić. Wiem - zawieszę go kozłowi,
może przestanie tak dokuczać maluchom.
Kilka dni temu o
świcie wyjrzałem przez okno sypialni. Nie wierzyłem temu co widzę – w ogrodzie
był dzik i spokojnie rył pod płotem. Popędziłem po aparat żeby zrobić mu serię fantastycznych
zdjęć – w końcu nie co dzień widzi się pod oknem dzikiego dzika, zupełnie nie
oswojonego. Ale zdjęcia robione były przez szybę – nie chciałem otwierać okna
żeby nie spłoszyć włamywacza – i okazały się kiepskie niestety.
Po obejrzeniu
ogródka w dzień okazało się, że dziczek wynalazł wszystkie bulwy topinamburu
które w zeszłym roku się tam zasiały. Znanym sobie tylko sposobem wywąchał te
bulwy i postanowił do nich dotrzeć za wszelką cenę. Bez problemów przecisnął
się pod starą siatką ogrodzeniową i już był na podwórku...
Rozgościł się na
dobre. Następnego dnia widziałem go znów na łące pod lasem. Poszedłem na łąkę i
zrobiłem kolejną serię zdjęć. Dzień później przyszedł też i spokojnie buchtował
na łące niemalże obok pasących się koni – które nie były z tego całkiem
zadowolone. Zacząłem podejrzewać, że zwierzę jest chore – na zdjęciach widać,
że jest trochę wyliniały, a z zachowania wynikało, że nie boi się ludzi. Jednak
okazało się przy kolejnej sesji fotograficznej, że dzik jest po prostu bardzo
głodnym dzikiem – rączo zmyka przed człowiekiem kiedy uzna że jego dystans
bezpieczeństwa został przekroczony. Ucieka również przed psem, ale wyżeł jest
wyjątkowo ostrożny i jedyne co robi widząc dzika, to zawzięcie szczeka. W
każdym razie nie ma chęci ruszać na dzika – co w sumie jest odruchem właściwym.
Dzik jest
nieduży, na oko waży około 30 kilo, a więc ma nie więcej niż rok. Wyjątkowo
głodny, bo w okolicy śnieg zniknął właściwie dopiero tydzień temu (leży jeszcze
gdzieś w zakamarkach) a na łąkach niewiele jeszcze można znaleźć. Wyliniały
jest jak wszystkie zwierzęta w lesie – i tak samo jak moje konie i kozy.
Wszystkie zmieniają właśnie futro, co pochłania dużo energii. W trakcie
spacerów można bez problemu w biały dzień spotkać dzika, łanię czy sarnę –
zwierzaki uciekają dopiero w ostateczności, bo unikają zbędnego marnowania
energii.
Ciekawe czy nasz
dzik zjadł już wszystko co było do zjedzenia w okolicy i sobie poszedł czy też
pojawi się znowu. Łatwo go poznać, jest łaciaty – a na zbliżeniach zdjęć widać nawet
układ lat na gwiździe (ryju).
W piątek w
siedzibie nadleśnictwa odbyło się oficjalne podsumowanie i zakończenie działań
związanych z Buboborami. Wyniki nie były może spektakularne, ale przyzwoite. Pogoda
niestety była wyjątkowo niekorzystna – przez cały tydzień panował niż, a
zdaniem ornitologów przy niskim ciśnieniu sowy nie lubią się odzywać.
Ale głównym
sukcesem było stwierdzenie stuprocentowej obecności kilku osobników sóweczki i
również kilku sowy włochatki. Mimo kiepskich warunków zlokalizowano kilkanaście
puszczyków. Ornitolodzy twierdzili, że uzyskane wyniki ze względu na pogodę są
wynikami minimalnymi na których podstawie można wnioskować, że populacje
wszystkich zlokalizowanych ptaków są o wiele większe niż wykazały to nasłuchy i
obserwacje. Czyli sów mamy na terenie naprawdę sporo.
Puchacza nie
udało się usłyszeć żadnemu z zespołów, ale jeden z kolegów leśniczych jest
pewien, że słyszy go od czasu do czasu na terenie swojego leśnictwa.
P.S. Dzisiaj
ciśnienie poszło w górę co stwierdziłem na barometrze (1000 hPa) i od razu podwórkowy
puszczyk dał o sobie znać. A kiedy wcześniej razem z całą ekipą próbowałem go
wołać, ani razu się skubany nie odezwał.
Pojechałem w
końcu na Bubobory. Wystartowaliśmy o siedemnastej żeby spróbować jeszcze
usłyszeć sóweczkę. Spytałem ornitologów z którymi jechałem jakie partie
drzewostanów - na jakim siedlisku i o jakiej charakterystyce – są dla nich
interesujące ze względu na występowanie poszukiwanych gatunków.
Najpierw
pojechaliśmy więc do lasu świerkowego na podłożu torfowym leżącego w pobliżu
większych odkrytych przestrzeni. Sóweczkę udało się usłyszeć. Dla mnie był to
jeden z miliona ogólno-leśnych wieczornych dźwięków (słychać było m.in.
żurawie, kosy, drozdy). Sóweczka odezwała się sprowokowana nagraniem które
odtworzyliśmy z telefonu (ach, ten sprzęt). Głos jaki usłyszeliśmy w odpowiedzi moim zdaniem nie przypominał tego co odtwarzaliśmy, ale zespół ornitologiczny
był pewien, że właśnie słyszymy sóweczkę. Postanowiliśmy przenieść się w inne
miejsce żeby móc dokładniej zlokalizować ptaka. Udało nam się znaleźć dużo
bliżej, sóweczka odzywała się wyraźniej i teraz jak najbardziej przypominało to dźwięk
znany mi z nagrania. Udało się precyzyjnie ustalić rejon gdzie owa sóweczka
poluje. W ten sam sposób udało nam się zlokalizować jeszcze jeden rejon
łowiecki kolejnego osobnika. Sukces niby drobny, ale cieszył. Bubobory wszak
nastawione są głównie na poszukiwania stanowisk puchacza, ale sóweczka również
jest rzadkim gatunkiem, a do tego poluje w dzień.
Kiedy zapadł
zmrok ruszyliśmy w inne rejony drzewostanów żeby spróbować zlokalizować
włochatkę i puszczyka. Najaktywniejsze są one dwie godziny po zmierzchu i przed
świtem. Udało się zanotować kolejny sukces, ale nie tak spektakularny –
sprowokowana nagraniem włochatka odezwała się tylko raz. Z czterech
nasłuchujących osób usłyszały ją trzy, ale nie wszyscy z tego samego kierunku.
Echo w lesie rozchodzi się bardzo różnie. No ale grunt że słyszeliśmy.
Później
pojechaliśmy jeszcze nad brzeg leśnego jeziora leżącego w sąsiedztwie bagien
żeby nasłuchiwać puchacza ale nie raczył się odezwać (tego gatunku sowy nie
prowokuje się nagranym głosem bo można tylko nastraszyć wszystkie ptaki w
lesie). Być może to wina pogody (idealne okoliczności to pełnia księżyca i
bezchmurna, bezwietrzna noc). Pomimo prowokacji nie odezwał się nawet pospolity
gatunek jakim jest puszczyk, którego obecność w okolicy jest stuprocentowo
pewna. Ale prowadzący nasłuchy ornitolog stwierdził, że sowy to stworzenia dość
chimeryczne i nie zawsze się odzywają – nawet kiedy w pobliżu odtwarza im się
najlepsze sowie kawałki z MP3.
P.S. Nagrania
sowich głosów, zdjęcia oraz wiele ciekawych informacji można znaleźć na stronie
WWW.cepl.sggw.pl/bubobory
Trzeci dzień
pada śnieg. Na zmianę zawieja albo zawieja. Na szczęście w miarę ciepło, więc
wiadomo, że nawet jeżeli wygląda to jak śnieżyca to sprawa jest chwilowa.
Zastanawiałem się
gdzie podziały się żurawie, skowronki, szpaki i cała ta wiosenna hałastra która
już przyleciała – sam widziałem i słyszałem. Żona coś wspominała o zmianie opon
na letnie. Dobrze że nie dałem się namówić!
W przyszłym
tygodniu wszyscy pracownicy nadleśnictwa, także „biuro”, wezmą udział w
szkoleniu a potem w inwentaryzacji sów na naszym terenie. Wszystko to będzie
odbywało się w ramach akcji „Bubobory”. Jest to już siódma edycja tego programu
– ale po raz pierwszy będzie w niej brało udział nasze nadleśnictwo. Do prawie
każdego z nadleśnictw w których wykazano w trakcie przeprowadzanej w 2006 roku
inwentaryzacji obecność puchacza (łac. Bubo
bubo) przyjadą specjaliści ornitolodzy. U nas warsztaty szkoleniowe i
nasłuchy będą prowadzone przez cały przyszły tydzień.
Celem
„Buboborów” ma być nie tylko inwentaryzacja stanowisk puchacza, który jest
najrzadszą sową występującą w Polsce ale również edukacja leśników w zakresie
sowich zwyczajów, sposobów lokalizacji stanowisk oraz czynnej ochrony tego
gatunku. Oczywiście niejako przy okazji uzyskuje się dane dotyczące innych
gatunków sów gniazdujących w okolicy (w naszym kraju występuje jeszcze między
innymi sóweczka, włochatka, puszczyk i uszatka).
Ja bez
specjalnych nasłuchów wiem, że tuż koło leśniczówki, prawdopodobnie w starym
opuszczonym kościele, mieszka puszczyk. Zaczął się odzywać w lutym, kiedy noce
stawały się cieplejsze ale o wiośnie nikt jeszcze poważnie nie myślał. Słychać
go było przez kilka dni, potem przyszły mrozy i zamilkł, teraz słychać go
znowu. Lubię się z nim przekomarzać i drażnię go gwizdaniem przypominającym
jego głos – można nawiązać całkiem długą „rozmowę”. Gadamy tak już któryś rok.
Puchacza nigdy
nie słyszałem, ale może uda mi się to w tym roku w trakcie „Buboborów”.
Poszedłem robić
zdjęcia na łąki. Niedaleko, niecały kilometr od leśniczówki. W pewnym momencie
zauważyłem w jednym miejscu krążące kruki. Poszedłem w tamtą stronę i
zobaczyłem jelenia zabitego przez wilki. Był zjedzony do połowy. Dookoła wydeptana
trawa, mnóstwo krwi, jednym słowem ślady walki.
Co się mogło
stać? Detektywem nie jestem, ale na podstawie doświadczenia mogę mniej więcej
odtworzyć przebieg zdarzeń.
Młody byk razem
z całą chmarą jeleni żerował w płocie na ogrodzonej uprawie. Wilki wykorzystały
okazję i zaatakowały. W jednym miejscu duży odcinek siatki jest przewrócony –
tamtędy ewakuowała się cała chmara. W trakcie pogoni wilkom udało się odbić od
stada jedną sztukę – być może najsłabszą lub chorą - i zagonić w róg płotu.
Jeleń próbował wyskoczyć, porwał siatkę, ale nie dał rady się wydostać z
ogrodzenia i padł ofiarą drapieżników. Trudno powiedzieć jak liczna była wilcza
wataha. Ale kiedy go znalazłem, ze stukilowego zwierzęcia została połowa. Wszystko
musiało się rozegrać poprzedniej nocy. Specjaliści od wilków podają, iż dorosły
osobnik jest w stanie zjeść jednorazowo do pięciu kilogramów mięsa. Czyli
musiało być ich z dziesięć.
Zauważyłem
również, że nie pierwszy raz wilki polowały w tym miejscu i w ten sposób. Dosłownie
kilka metrów od świeżo zabitego jelenia znalazłem resztki kozła sarny (czaszkę
i parostki) które musiały leżeć tam od jesieni albo nawet od lata.
Wilków nie
zniechęciły moje liczne ślady pozostawione przy padlinie – następnego dnia z
jelenia nie zostało już nic oprócz kawałka skóry, resztek sierści i kości
kończyn. Zniknęła nawet czaszka. Były też ślady jak tarzały się w resztkach a
potem wycierały w śniegu (wilk, tak samo jak pies, tarza się w różnych takich
miejscach po to, żeby zabić swój naturalny zapach – zapach drapieżnika; nawet
jeżeli potem cuchnie, to jest to zapach inny niż jego naturalny, co ułatwia mu
polowanie). Niewykluczone, że zachęcone sukcesem, będą dalej polować w okolicy.
Na zdjęciu widać
pierwsze żurawie z zeszłego roku oraz bieżącą aurę. Wciąż pada śnieg, czasem
pomieszany z deszczem, ale ostatni weekend był wyjątkowo słoneczny.
Właśnie w
niedzielę, pierwszego marca rano skórowałem upolowanego dzika ciesząc się z
dawno nie widzianego słońca gdy usłyszałem klangor żurawi. Dochodził gdzieś z
okolicznych łąk.
Tego samego
ranka spotkałem naszą znajomą pszczelarkę. Zaparkowała koło leśniczówki, bo nie
mogła dojechać do swojej pasieki z powodu śniegu – leży go naprawdę wciąż
bardzo dużo. Szła do pasieki karmić pszczoły, którym się coś pokręciło i
zaczęły się uaktywniać. Zdaniem pszczelarki rozpoczynały już normalną działalność.
Gdyby nie dostały cukru mogłyby nie dożyć do wiosny. Co ciekawe, działo się tak
nie w jednym ulu, ale we wszystkich – jest ich około dziesięciu. Cała pasieka
mogła po prostu zginąć a jej odbudowanie to nie taka prosta sprawa. Biorąc pod
uwagę to, że w ogóle pszczół jest na świecie coraz mniej i coraz częściej
chorują z różnych powodów (ogólnie rzecz biorąc „cywilizacyjnych” czyli dużej
ilości chemii w przyrodzie) takie ekologiczne pszczoły jak te przy leśniczówce
należy chronić. Że nie wspomnę o tym, iż nie wyobrażam sobie po prostu życia
bez miodu.
Generalnie zarówno
z powodu żurawi jak i pszczół nadchodząca wiosna wydaje mi się jakaś dziwna. Nie
mogę uciec od skojarzenia z inną dziwną wiosną sprzed kilku lat, a dokładnie z
roku 2002. Wtedy właśnie po takiej dziwnej wiośnie (żurawie pamiętam usłyszałem
28 lutego kiedy wszędzie leżało jeszcze dużo śniegu) na początku lipca (a
dokładnie 4 lipca) walnął huragan który położył ogromne połacie Puszczy Piskiej
i okolic. Jego skutki usuwaliśmy przez kolejnych kilka lat – najpierw wycinając
i wywożąc drewno a potem przygotowując powierzchnie pod ponowne zalesienia i
sadząc miliony nowych sadzonek.
Mam nadzieję że
tym razem scenariusz się nie powtórzy. Skóra mi cierpnie na samą myśl.
Ostatniego dnia
lutego byłem na niezwykłym polowaniu. Było to polowanie na lisy z użyciem
norowców, czyli psów wyspecjalizowanych w pracy w norach. Szkoli się do tego
przede wszystkim jamniki i jagdteriery, ale sprawdzają się również foksteriery.
(Takie psy szkoli się wcześniej w sztucznie budowanych norach. W sztucznych
norach organizuje się również konkursy dla psów myśliwskich.)
Nadleśnictwo wyszło
z inicjatywą organizacji takiego szczególnego polowania i zaprosiło
specjalistów – menerów z psami, ponieważ w sposób czynny zamierzamy włączać się
w ochronę cietrzewia, który na naszym terenie ma jedne z nielicznych ostoi w
naszym kraju.
Nie da się
ukryć, że lis, a także jenot to naturalni wrogowie cietrzewia, polujący zarówno
na same kury i koguty jak i wyjadający im jajka z gniazd.
Kilka dni przed
polowaniem odbyła się narada na której ustaliliśmy dokładnie położenie znanych
nam nor. W sumie było ich bardzo dużo, ale jak się okazało później, część była
okresowo nieczynna.
W dniu polowania
podzieliliśmy się na kilka zespołów – w skład każdego wchodził mener z kilkoma
psami oraz trzech-czterech myśliwych. Psy szybko weryfikowały czy dana nora
jest pusta czy nie. Ponieważ dzień był wyjątkowo słoneczny, w żadnej z
odwiedzanych przez myśliwych nor nie było lisów. W taki dzień lisy wychodzą na
polowania, krążą po łąkach szukając myszy i innych przysmaków. Ale za to wykurzyliśmy
sporo jenotów i borsuków. Przewodnicy psów byli zachwyceni, że ich psy miały
okazję pokazania swoich umiejętności. Sam byłem zaskoczony pracą psów oraz ...... złapaniem
żywego jenota. Jenota zresztą złapaliśmy dosyć przypadkiem. Otóż mener
zaniepokojony długim przebywaniem psa w norze (jeżeli pies znajduje się w norze
zbyt długo może się zwyczajnie udusić – często gubi go własna pasja) postanowił
go ratować. Za pomocą specjalnego lokalizatora ustalił miejsce przebywania psa
pod ziemią i zaczęliśmy kopać. (Nory bywają bardzo rozległe i z dużą ilością
wejść, czyli „okien”.) W końcu dotarliśmy do psa, którego udało się chwycić za
tylne nogi i wyciągnąć. Ale okazało się, że ... zębami był wczepiony w jenota,
który z kolei udawał martwego. Mener podniósł psa do góry – razem z jenotem
oczywiście, dmuchnął psu w ucho, pies puścił jenota, a ponieważ ten dalej grał
trupa ostatecznie wylądował w klatce. Puszczony na chwilę pies ruszył znów do
nory i z drugim jenotem powtórzyła się ta sama operacja. Nigdy nie sądziłem, że
może to wyglądać właśnie tak.
Padło dzisiaj na
forum pytanie czym karmić dziczego niemowlaka. Udzieliłem odpowiedzi na miarę
swojej wiedzy, ale wciąż się zastanawiam jak osoba zadająca pytanie weszła w posiadanie
malucha.
Prawdą jest, że
właśnie teraz lochy, czyli samice dzików, rodzą młode (pisałem ostatnio o
napotkanym w lesie barłogu). Dziki, dokarmiane w zimie przez leśników oraz
dokarmiające się jesienią same na polach kukurydzy i ziemniaków mają –
przynajmniej w mojej okolicy – coraz liczniejsze mioty i bardzo wysoki coroczny
przyrost naturalny. Myśliwych obowiązuje od 15 stycznia do 15 sierpnia zakaz
strzelania do loch (w marcu okres ochronny dotyczy wszystkich dzików) co ma na
celu zapewnienie im spokoju na czas wydawania na świat małych oraz umożliwienie
opieki nad nimi.
Nie jest łatwo
spotkać w lesie małego dzika, z reguły jest on dobrze ukryty. Jeżeli jest słaby
i się gdzieś zawieruszył gubiąc matkę (o co nie jest tak łatwo) być może jest
to kwestia selekcji w przyrodzie, czynnik środowiskowy ograniczający liczebność
populacji w sposób naturalny. Brutalna prawda jest taka, że rzadko się zdarza,
żeby wszystkie osobniki z miotu przeżyły, to nie są szczeniaki z hodowli – do
wiosny dotrwają najsilniejsze, ale dzięki temu populacja nie przegęści się i będzie
bardziej odporna na choroby.
Populacja
przegęszczona zaczyna kolonizować nowe tereny, wychodzić z naturalnego
środowiska i szukać nowych źródeł pożywienia - dlatego np. w Sopocie czy
Krynicy Morskiej a ostatnio także w podwarszawskich miejscowościach problem
zaczynają stanowić dziki żywiące się na śmietnikach czy biegające w biały dzień
po ulicach.
To nie jest
normalna sytuacja. Normalne jest to, że przeżywają najsilniejsze. Zdarza się
oczywiście, że locha ginie – np. w wypadku samochodowym. W naturze oczywiście
giną również one (warchlaki pozbawione matki nawet w czerwcu, kiedy są już
duże, nie zostały jeszcze nauczone tego, jak wyszukiwać pożywienie i jak unikać
zagrożenia na tyle, żeby samodzielnie przetrwać).
Jeżeli
decydujemy się takiego warchlaka zabrać ze sobą, miejmy świadomość, że nie jest
to maskotka. Że jest to żywa – nie bójmy się powiedzieć wprost – świnia, która
będzie miała kiedyś sto kilo wagi i będzie wymagała nie tylko dużej ilości
paszy ale i odpowiedniego wybiegu.
Do kolegi
leśniczego trafił kiedyś taki „znaleziony” warchoł. Póki był malutki mieszkał w
domu, buchtował łóżka domowników i było świetnie. Niestety kiedy podrósł zaczął
atakować dzieci – szybko nauczył się że one najczęściej mają coś dobrego do
jedzenia i najłatwiej jest im to jedzenie odebrać. Musiał zostać
przekwaterowany na podwórko do kojca. Ze względu na wieloletnią zażyłość nie
zostanie oczywiście nigdy przerobiony na kiełbasę, ale mimo wszystko jego
hodowanie to nie tylko przyjemność, ale również liczne obowiązki. Nie ma też
możliwości na przywrócenie go naturze – wyhodowany na butelce ze smoczkiem a
później karmiony różnościami z ludzkiej kuchni nie będzie w stanie przeżyć
samodzielnie na wolności, bo człowiek go tego nie nauczy.
Podsumowując:
nie powinniśmy zabierać małych zwierząt z ich naturalnego środowiska. Jeżeli
już się decydujemy, musimy mieć świadomość konsekwencji podjętej decyzji – to
zwierzę już nigdy nie wróci do lasu a my będziemy się nim opiekować przez całe
jego życie. Trzeba też zachować ostrożność – zwierzak może być najzwyczajniej
chory i mieć mnóstwo pasożytów, należałoby go na początku dotykać w
rękawiczkach. (W przypadku warchlaka, jeżeli matka jest w pobliżu i usłyszy
wołanie potomka, sytuacja może być naprawdę groźna – locha atakuje nadzwyczaj
sprawnie.) W kwestii opieki i pielęgnacji najlepiej radzić się weterynarza.
P.S. Napisałem
co myślę na przykładzie dzików, ale sprawa „znalezionych” w lesie małych
zwierząt dotyczy w dużym stopniu również zajęcy, koźlaków, bocianów.....
Sytuację kiedy ratujemy młode mając pewność, że ich matka nie żyje, uważam za
usprawiedliwioną, ale nie posiadając takiej wiedzy nigdy nie zabierajmy z lasu
żadnego z jego mieszkańców.
Najwyraźniej
zbliża się wiosna. Samice dzików – lochy – odłączyły się już od watah i budują
barłogi (gniazda) gdzie w najbliższych tygodniach przyjdą na świat małe
pasiaste „świnki”.
Te barłogi które
ja widziałem robione były najczęściej z trzciny albo wysokich suchych traw.
Jest to niejednokrotnie imponujące gniazdo ze słomy – ma przecież zapewnić
schronienie noworodkom. Bardzo często znajduje się ono pod okapem świerku
posiadającego gałęzie od samej ziemi. Pozostawianie takich pojedynczych drzew –
przerostów świerkowych różniących się wiekiem od pozostałych drzew w okolicy –
ma jednak sens, gdyż są to miejsca dające schronienie zwierzynie.
Barłóg który
sfotografowałem znalazłem całkiem przypadkiem. Pokazywałem pracownikom powierzchnię
do czyszczeń i przypadkiem zajrzałem pod rosnący tam duży świerk. Zobaczyłem prawie
gotowe już gniazdo i zdecydowałem, że czyszczenia będziemy wykonywać teraz
gdzie indziej, żeby dzików nie niepokoić. Poza tym ma tu znaczenie kwestia bezpieczeństwa
– locha z warchlakami może być naprawdę groźna jeżeli uzna że coś zagraża jej
małym.
Wczoraj idąc
przez las zauważyłem przeskakujące przez drogę „przelatki” czyli młode,
jednoroczne dziki. Sądziłem, że skoro są bez lochy która już myśli o kolejnym
miocie to mogą stanowić łatwy łup dla myśliwego. Wróciłem do domu po broń i
postanowiłem pójść ich tropem. Szedłem prosto ich śladem i byłem przekonany że
nie wyjdą z dużej kępy lasu – był środek dnia. Dziki jednak śmiało poszły w
odkryte pole. Teraz już szedłem za nimi z ciekawości bo zaskoczyły mnie tym
ruchem i nie wiedziałem dokąd się skierują. Szły długo wzdłuż wysokiej miedzy
która dawała im osłonę i dotarły do kolejnego kompleksu leśnego gdzie
niezawodnie znalazły schronienie. Iść dalej nie było sensu – leniwy drapieżnik
musiał zrezygnować, gdyż zwierzyna okazała się zbyt mądra i zbyt silna.
Drapieżnictwo polega przecież na wykorzystywaniu słabych stron ofiary.
Od kilku dni
dręczy nas jakaś zaraza. W domu nazywamy ją „hiszpanką”. Objawia się wysoką
gorączką, uporczywym kaszlem i katarem oraz ogólnym osłabieniem organizmu. Jak
zwykle najgorzej taka choroba przebiega u dziecka, ale w wersji dorosłej też
jest bardzo nieprzyjemna. Podobno w całym województwie warmińsko-mazurskim
choruje dwadzieścia tysięcy ludzi. Sądzę że tyle zgłosiło się do lekarza, a
takich co się nie zgłosili i leczą na własną rękę jak my jest drugie tyle. W
aptece w najbliższym miasteczku obroty musiały wzrosnąć kilka razy, bo zamiast
jednej pani za ladą jak zwykle od tygodnia pracują trzy ...
Ponieważ dzisiaj
czuję się już lepiej, postanowiłem przewietrzyć trochę wirusa i pojechałem do
lasu. Przez gorączkę i inne przypadłości najwyraźniej mózg mi się jakoś
zresetował i spojrzałem na pewien oddział z nowej perspektywy. Ze zdumieniem
odkryłem, że kształt tegoż oddziału na mapie różni się istotnie od kształtu w
rzeczywistości. Czasami takie rzeczy się zdarzają. Przy kolejnym urządzaniu
lasu będę musiał przypilnować, żeby mapy zostały poprawione, bo po co powielać
błędy ... A wyszło wszystko przy okazji robienia szkiców ze szlakami zrywkowymi
na powierzchni na której niebawem ma się rozpocząć trzebież.
Przez ostatnie
kilka dni żona (też chora) prowadziła pilną obserwację sikorek, które na
drzewie przy oknie mają wywieszoną karmę. Odkryła, że częstymi gośćmi są nie
tylko sikorki bogatki, ale również ubogie, czarnogłówki (na pierwszy rzut oka
trudno odróżnić jedne od drugich, ale drugiego dnia obserwacji już jest
łatwiej) oraz modraszki (z niebieskim łepkiem). Zaglądają też sójki, dzięcioły,
a nawet grubodziób. Jak widać wirus sprzyja znacznemu spowolnieniu tempa życia
i wtedy można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o najbliższym otoczeniu ......
W lesie głodno i
chłodno – śniegu dużo, mróz też trzyma, może nie duży, ale zawsze te kilka
stopni poniżej zera jest. Ale zwierzyna najwyraźniej się przystosowuje – zima
przecież w naszym klimacie jest zjawiskiem normalnym. Na łące za leśniczówką
codziennie rano widzę jak pasie się chmara jeleni. No, „pasie się” to dużo
powiedziane, ale trawę spod śniegu wygrzebują. Tropów wszędzie jest co niemiara
– naprawdę widać, że wszyscy leśni mieszkańcy ruszyli w poszukiwaniu jedzenia. Niektórzy
muszą w swojej diecie wprowadzić zmiany, żeby przeżyć. Inni, którzy nie są w
stanie takich zmian wprowadzić, migrują w poszukiwaniu odpowiedniego
pożywienia.
Idąc przez
sosnowy zagajnik zauważyłem „kuźnię” dzięcioła. Widać ją na zdjęciu – jest to
umocowana w starym pieńku szyszka. Dzięki temu łatwiej wyjeść z niej nasiona.
Dzięcioły generalnie żywią się owadami. Zimą szukają ich larw pod korą, ale nie
ma tego pokarmu zbyt dużo. Więc dostosowując się do zmiany pory roku zimą jedzą
również nasiona. W moim lesie najczęściej widzę „zużyte” szyszki sosnowe i
świerkowe, bo tych jest największa obfitość. Swoje kuźnie dzięcioły mają często
wysoko na drzewach. Rosła u mnie przy płocie stara lipa, pod którą zawsze było
mnóstwo szyszek. No a szyszki jak wiadomo na lipach nie rosną ... Dzięcioł
znosił szyszki, mocował je między gałęziami i tam konsumował. Ale zdjęcia nie
dawało się zrobić. Jak widać to kwestia szczęścia, bo kuźnie mogą być w różnych
miejscach. Taki złom - czyli resztka złamanego drzewa - pozostawiony w środku
lasu dla dzięcioła pełni jak widać ważną rolę. Można oczywiście uprzątać wszystko
na powierzchni leśnych prac w sposób idealny, nie pozostawiając takich
elementów, ale widać wyraźnie, że są one istotną składową całego leśnego
środowiska, niezwykle złożonego, o czym należy pamiętać.
Rano poszedłem
do stajni i okazało się że właśnie teraz, kiedy mróz trzyma, urodził się
koźlak. Kiepsko sobie wybrał termin. Przyjechał najwyraźniej z ciepłych krajów
– jego matkę kupiłem jesienią w innym rejonie Polski i wiedziałem, że będzie miała
małe w środku zimy. Tyle że zima zimie nie równa. Naprawdę warunki życia (w
sensie zarówno temperatur w stajni jak i na zewnątrz) mają ogromny wpływ na
kozią biologię – reszta moich kóz będzie się kocić dopiero w kwietniu, kiedy
już jest prawie ciepło i zaczynają wychodzić na zewnątrz. Dostosowały swój rytm
biologiczny do rytmu przyrody w otoczeniu w taki sposób, żeby
prawdopodobieństwo przetrwania potomstwa było jak największe.
(Tu dygresja – w
przypadku dzikich zwierząt reguluje to specjalny mechanizm. U saren wygląda to
tak, że ruja jest w lipcu/sierpniu, a małe przychodzą na świat maj/czerwiec.
Ciąża trwa 10 miesięcy, ale przez pierwsze cztery i pół jest to ciąża utajona,
tzn. że zarodki rozwijają się przez pierwsze dwa tygodnie a potem następuje
długa przerwa – właśnie po to, żeby małe przyszły na świat w optymalnym czasie,
kiedy jest ciepło i pod dostatkiem pokarmu.)
Na razie koźlak
śpi w psim koszyku i co trzy godziny noszę go do matki żeby się najadł. W
stajni jednak było mu za zimno. Wygląda dobrze, wstaje, chodzi po kuchni,
obwąchuje. Suka jest bardzo zaciekawiona nowym lokatorem i liże go za to
dokładnie, ale nie ma złych zamiarów. Córka (sama całkiem nieduża) zachwycona
nowym towarzystwem, próbuje karmić kozę psimi chrupkami i innymi rzeczami które
uzna za stosowne ...
Urlop mi się już
niestety skończył. Bardzo fajnie było dwa tygodnie siedzieć w domu, prawie co
dzień jeździć konno i oglądać las z perspektywy siodła. Podleśniczy który
przejął leśnictwo na czas mojego urlopu miał trochę roboty : a to ktoś ukradł
drewno, wojsko naśmieciło w lesie....
Tuż przed
wigilią spadł śnieg i chwycił lekki mróz. Jadąc na święta cieszyłem
się, że będą białe, ale już za Łomżą okazało się, że jednak ten śnieg nie
wszędzie leży. Ale za to miło było wrócić do domu i zobaczyć las i ogród
zasypane tak dobrze powyżej kostek. Śniegu jeszcze trochę przybyło, mrozek
trzyma – jednym słowem prawdziwa zima!
Kiedy spada
śnieg, zmienia się zachowanie zwierzyny w lesie. Dużo łatwiej zobaczyć jelenie
a nawet dziki – w biały dzień przemieszczają się w poszukiwaniu pożywienia.
Postanowiłem zrobić z końskiego grzbietu kilka zdjęć przebiegających mi drogę
jeleni. Okazało się to nie takie wcale proste. Wziąłem ze sobą mały, kompaktowy
aparat żeby było łatwiej. (Przytroczyłem go sobie do nadgarstka – co nie jest
najlepszym patentem, ale zapewnia możliwość szybkiego dobycia „broni”.) Chociaż
udało mi się zbliżyć do jeleni na jakieś trzydzieści metrów, zanim nacisnąłem
migawkę było za późno. Próbowałem jeszcze kilka razy, ale muszę przyznać, że
efekty są mierne (jak widać – na zdjęciu w kadrze jest końskie ucho:).
Chmary jeleni są już duże, liczą po około 20 sztuk. W lesie ślady są dosłownie
wszędzie. Pojawiły się też tropy wilków. Wygląda na to, że zaczęła się
prawdziwa zima i trochę potrwa. Zamówiłem dziś kolejny transport opału ...
Korzystając z
okazji że spadł śnieg pojechałem konno do lasu. Specjalnie pojechałem o
zmierzchu, kiedy ruch zwierzyny jest najbardziej intensywny. Intensywny był
rzeczywiście, i to dużo bardziej niż się spodziewałem. Już na wjeździe do lasu
zauważyłem świeże tropy łosia i ruszyłem jego śladem, chcąc sprawdzić jaki to
osobnik. Jechałem za nim jakiś czas, koń fukał czując świeży zapach ale szedł
bez oporów – do czasu kiedy spotkaliśmy watahę dzików. Koń zatrzymał się gwałtownie
i sądziłem że dojeżdżamy do łosia, ale były to dziki, które wypłoszyliśmy.
Jednak nie uciekły jakoś bardzo szybko, wyglądało na to, że niechętnie ruszały
się z miejsca, niemniej już po chwili nie było ich nawet słychać, musiały
odejść na znaczną odległość. Koń nie lubi bardzo dziczego zapachu i musiałem go
intensywnie zachęcać żeby szedł dalej.
Galopem
przeleciałem przez robocze pole poligonu. Zauważyłem po tropach, że również
tam, na odkrytej ogromnej przestrzeni płyty poligonu ruch zwierzyny jest bardzo
intensywny. Na pewno zachętę stanowią duże wrzosowiska, baza żerowa.
Za
poligonem znów las, a wjeżdżając w niego zobaczyłem chmarę jeleni, która
przechodziła przez linię oddziałową. Pojechałem dalej prosto, i miałem jakieś
przeczucie że zaraz te jelenie znowu zobaczę – i faktycznie.
Zobaczyłem dwa
byki tuż przy drodze i puściłem konia galopem żeby przyjrzeć się im z bliska.
Przez jakiś czas prawie jechaliśmy równolegle do nich – ja na koniu po drodze,
jelenie obok, wśród drzew. Kiedy jednak uznały, że zbliżam się do nich za
bardzo, przyspieszyły gwałtownie, włączyły „trójkę” i jakieś 20 metrów przed drogą dosłownie
przeleciały przed nami nad drogą a potem zniknęły jak duchy wśród drzew. Nie
sądziłem, że potrafią tak skakać. Nie wiem też, dlaczego przeskoczyły przez
oddziałówkę skoro mogły normalnie przebiec. Wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem
tego co widziałem – dwa byki nagle skręciły, odbiły się jak sprężyny z czterech
nóg (całkiem inaczej jak konie przy skoku przez przeszkodę) , zobaczyłem je na
wysokości swoich oczu (wysokości dwumetrowego chłopa na sporym koniu),
wylądowały po drugiej stronie drogi (jakieś sześć metrów szerokości) i
zniknęły. Zrobiły to z taką gracją, że oczywiste było, że miały jeszcze sporo
„zapasu” i w razie potrzeby mogłyby wykonać skok znacznie dłuższy. Niesamowite.
Wreszcie się
odbyło. Długo wyczekiwane, przesuwane, przygotowywane. Łowy przez dwa dni, na
30 strzelb i 20 osób nagonki – naprawdę fest. Zaczynaliśmy w sobotę bladym
świtem – a właściwie to świtem bardzo kolorowym (jak widać na zdjęciu),
charakterystycznym dla mroźnej wyżowej pogody o tej porze roku. Jak widzę takie
niebo, to zdecydowanie chętniej wyłażę spod pierzyny niż w jakiś szary,
dżdżysty i błotnisty poranek.
Widzieliśmy
mnóstwo zwierzyny – saren, jeleni, dzików. Sporo również udało się moim kolegom
ustrzelić – ja nie miałem tym razem farta „nic na mnie nie wyszło”. Poza tym
prowadziłem jedną z grup i bardziej byłem zaangażowany w odpowiednie
rozstawienie myśliwych znajdujących się w mojej grupie niż w całą resztę.
Jeden z kolegów
leśniczych, który znalazł się właśnie w mojej grupie, zawsze ma na polowaniu
podobne przygody. Dawno już nie było u nas zbiorówki i zdążyliśmy właściwie
zapomnieć o jego specyficznym farcie, ale jak się okazuje od kilku lat powtarza
się niezmiennie ten sam scenariusz.
Choćby siedział
w najgorszym miejscu zawsze zwierzyna wyjdzie prosto na niego. I zawsze w taki
sposób, że nie będzie on w stanie oddać skutecznego strzału. Tak samo było i
tym razem – prawie w każdym pędzeniu cała zwierzyna która była w miocie (czyli
wszystkie które zostały wypłoszone z terenu przez który hałasując szła nagonka)
wychodziły dokładnie pod jego stanowiskiem. Ale albo ustawiały się za gęstą świerczyną,
albo za daleko, albo szły z taką szybkością, że oddanie strzału było
niemożliwe. Nie był to pierwszy przypadek tego kolegi, nie było to również
zdarzenie jednostkowe – powtórzyło się w czasie polowania kilka razy. Kolega
sam już z przekąsem zaczyna mówić o tym, że może jednak następnym razem weźmie aparat
fotograficzny, to przynajmniej będzie mógł nam pokazać, co widział ...
Dzień zaczął się
średnio, bo musiałem pojechać do szpitala na serię badań. Jestem zdrowy, ale
jak się okazało powinienem mieć na to papiery. Do południa walczyłem więc ze
służbą zdrowia, ale za to po południu – miła niespodzianka.
Zadzwonił do
mnie człowiek, który na początku roku kupił ode mnie szczeniaka. Dzwonił z
życzeniami świątecznymi – ale przede wszystkim żeby powiedzieć, że pies jest
świetny, ma dobrą stójkę, bardzo fajnie pracuje i że mamy bardzo dobrą hodowlę!
Ucieszyłem się niezmiernie. Przecież nie musiał wcale mnie o tym wszystkim
informować, ale fakt, że się fatygował, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
Ciekawe jak się
mają pozostałe kudłate potwory – jak na razie mamy informacje o czterech
szczeniakach. Właściciele tych wszystkich psów użytkują je w łowiskach (no,
zaczynają użytkować, ale są to już ponad roczne wyżły i można na 90% stwierdzić
czy się do polowania nadają czy nie) i są zadowoleni. Jest to powód do ogromnej
dumy i satysfakcji.
Nie żebym od
razu myślał o intensywnym rozwijaniu hodowli, ale jestem zdecydowany tę
przygodę powtórzyć, chociaż jeszcze nie w przyszłym roku jak sądzę. Nie
traktuję tego absolutnie jako działań zarobkowych, bo przy tego typu „domowej”
hodowli jak nasza, opierającej się na jednej dobrej suce i doborze najlepszego
naszym zdaniem reproduktora jest to wyłącznie sprawa hobbystyczna. Suka ma dużo
dobrych cech w mojej subiektywnej oczywiście opinii jako myśliwego, ale
popartej niezłymi rodowodami jej przodków oraz samymi doskonałymi ocenami na wystawach
a także świetnym wynikiem prób polowych. Gdybym miał więcej czasu spróbowałbym
przygotować ją do konkursu bo jak sądzę niektóre z konkurencji ma opanowane
bardzo dobrze, ale jak na razie na nadmiar wolnego nie narzekam.
Swoją drogą tego
rodzaju hodowle moim zdaniem są dobre, bo nie prowadzą „taśmowej” produkcji
szczeniaków (nawet jeżeli są to szczeniaki po super-championach). Takie rzadkie
mioty gwarantują, że przychówek będzie zdrowy i silny. (U nas dodatkowo gwarantuje to kozie mleko :)
P.S. Szczeniak na zdjęciu to właśnie ten o którym mowa - moim zdaniem od początku dobrze się zapowiadał :)
Pisałem w
zeszłym chyba roku, że posiadam kota-barometr, który pojawia się przed
nastaniem siarczystych mrozów. Przynajmniej pojawiał się tak przez dwie kolejne
zimy, ale pod koniec zeszłej przepadł na dobre. Ale ponieważ przyroda nie znosi
próżni, pojawił się niedawno w stajni kolejny przedstawiciel tego gatunku. Ja
natomiast z rozmysłem kota żadnego nie hoduję, bo za bardzo lubię liczną ptasią
zbieraninę gnieżdżącą się wokół leśniczówki. Natomiast myszy w koziarni i
stajni zaczynały już harcować w biały dzień, co stawało się nieprzyjemne. Wtedy
pojawił się kot. Nie ma chyba wbudowanego barometru, bo siedzi już u nas od
tygodnia a mrozów jakoś nie widać. Za każdym razem jak wchodzę do stajni widzę
go jak „waruje” przy kolejnej mysiej dziurze. Miauczy do mnie znacząco, ale
nawet się nie przesunie. No chyba że ze mną jest pies. Wtedy wchodzi pod kozi
żłób i drwi z niego otwarcie. Suka dostaje szału próbując go stamtąd wygrzebać
i dybie na niego stale, ale jak na razie bezskutecznie. Kot, muszę przyznać,
jest pożyteczny. Niedokarmiany przez nas utuczył się myszami, że aż miło
popatrzeć.
Kulturalny, mieszka w stajni i nie pcha się do domu. Jak Borówa go
nie zeżre w pewne zimowe popołudnie to kocur będzie musiał przejść na domowy
wikt. Myszy się przecież kiedyś skończą. I wtedy się dopiero zacznie....
Nie mam czasu za
bardzo na pisanie ani na robotę bo w nadleśnictwie szykuje się wielkie
polowanie. Samych zaproszonych gości ma być około trzydziestu osób. Ale żeby
wszystko się udało, zostałem wyznaczony razem z kilkoma kolegami do przygotowania
tych łowów. Chodzi głównie o to, żeby wyśledzić szlaki którymi porusza się
zwierzyna po lesie. Przez kilka poprzednich dni leżał śnieg, więc wszystkie
ślady były widoczne jak na dłoni. Teraz już niestety stopniał, ale mniej więcej
zdążyliśmy się zorientować co i jak.
Polowanie musi
być odpowiednio przygotowane – nie polega ono na tym, że zbiera się grupa
myśliwych i jedzie sobie do lasu. Wcześniej jest dokładne planowanie, w jakie
rejony pojedziemy i w jakiej kolejności, jak będą ustawieni myśliwi, którędy
pójdą naganiacze. Ma to ogromne znaczenie również ze względów bezpieczeństwa –
ten kto prowadzi polowanie musi wziąć pod uwagę wiele rzeczy, ale przede
wszystkim właśnie bezpieczeństwo. Na odprawie przed polowaniem za każdym razem
przypomina się jeszcze myśliwym o podstawowych zasadach – np. że nie należy
strzelać w kierunku nagonki do zwierzyny płowej (jelenie, sarny), nie wolno
strzelać kulą dalej niż na 40
metrów w miot do zwierzyny czarnej (dziki), nie wolno
strzelać po linii na której stoją rozstawieni myśliwi.
To co teraz
napiszę będzie zupełnie niepoprawne politycznie, ale moim zdaniem takie
polowanie jest potrzebne. Jeleni na naszym terenie jest już tyle, że szkody w
uprawach są bardzo poważne. Potrafią naprawdę dać się we znaki. Dziki w samym
lesie są niegroźne, ale za to dają się we znaki właścicielom przylegających do
lasu pól, gdzie niszczą uprawy a za wyrządzone szkody płaci nadleśnictwo.
Łowy zostaną
zakończone wielkim ogniskiem u mnie pod leśniczówką. Muszę jeszcze przygotować
drewno i wyrychtować swoją nową strzelbę.
Muszę się
jeszcze przyznać, że jestem trochę wariatem. Przejechałem wczoraj samochodem
ponad 600 kilometrów
żeby ... no właśnie, żeby kupić kozła. I kozę. Wcale nie za małe pieniądze. Bardzo
długo szukałem hodowcy który miałby rasowe alpejskie kozy. Chodziło mi o to,żeby mieć gwarancję, że nie są to krzyżówki
niewiadomego bliżej pochodzenia. Niestety okazało się że w mojej okolicy
żadnego takiego gospodarstwa nie ma – obdzwoniłem wszelkie regionalne związki
hodowców kóz i owiec (tak, tak, są takie związki) ale dopiero pewien profesor z
SGGW z Warszawy powiedział mi o hodowcy z pod Torunia. (Jeżeli ktoś chce
sprawdzić na mapie, gdzie jest środek Mazur a gdzie Toruń, proszę bardzo.)
Podróż była bez większych przygód, ale koszmarnie długa – wszędzie remonty
dróg, przede wszystkim tych głównych, a człowiek chce jechać szybciej, więc
wybiera główne drogi, a tu po raz kolejny okazuje się że „krajówkami” jeździ
się zdecydowanie wolniej niż lokalnymi drogami. Grunt że pasażerowie – koza i
kozioł – bez przeszkód dotarli do domu. Teraz się powoli aklimatyzują – zanim
stado ustawi sobie na nowo całą hierarchę w której będą miały swoje miejsce
również nowe osobniki, zabierze to jeszcze trochę czasu.
Skąd to całe
zamieszanie? Otóż zakupiłem (przez Internet oczywiście) kilka książek o hodowli
kóz i dokształcam się, bo wieczory coraz dłuższe. Niesiony nowymi pomysłami,
wykonałem kilkanaście telefonów a potem ruszyłem w trasę. Poza tym chcę hodować
akurat kozy alpejskie, bo to kozia arystokracja.
W ubiegłą sobotę
byłem na polowaniu na kaczki. Przyznam, że sam je zorganizowałem, bo o ile
koledzy wyrazili licznie chęć udziału, to samo się nie zrobi. To nie jest tak,
że się po prostu jedzie, strzela, i już. Trzeba wcześniej kilka razy odwiedzić
te miejsca gdzie planuje się polować, ustalić, czy kaczki pojawiają się tam
rano, czy wieczorem, a może są tam cały dzień, jaki jest teren – czy trudne
błotniste bagno czy jezioro zarośnięte trzcinami. Nawet kolejność odwiedzanych
„akwenów” ma znaczenie, bo jeżeli na koniec zostawić najtrudniejsze do
przejścia bagno, to już ani ludzie ani psy nie będą miały siły. Pies tym razem
był tylko jeden, mój. Sprawdził się świetnie, ale ponieważ było dwunastu
myśliwych którzy strzelali intensywnie (choć nie zawsze skutecznie – jest takie
myśliwskie powiedzenie: „jedna kaczka – jedna paczka” (amunicji oczywiście)) to
pod koniec był już wykończony.
Kaczki zresztą
głupie nie są, podrywają się i szybko nabierają prędkości F16. Trafić do nich
to naprawdę duża sztuka. Nie mówiąc już o tym, że trzeba je umiejętnie podejść,
bo zaniepokojone zbyt wcześnie zrywają się wszystkie i myśliwi mogą je co
najwyżej pooglądać.
Dziś byłem w
nadleśnictwie na naradzie. Spotkani przy okazji koledzy powiedzieli że chętnie
powtórzą sobotnie łowy przy najbliższej okazji. Mam nadzieję, że przyjedzie
jeszcze mój kolega z psami. On te swoje psy szkoli i wystawia na konkursach a
ja bardzo chciałbym zobaczyć jak pracuje taki „konkursowy” wyżeł. No i liczę że
mój pies się przy nich dobrze zaprezentuje.
P.S. Aparatu nie
zabierałem, bo nie chciałem żeby przypadkiem wpadł mi do wody. Kiedyś zabrałem
stary aparat Praktika na spływ kajakowy ... Aparat był pancerny, ale tego nie
przeżył. A co dopiero nowoczesne cyfrówki ...
Dzisiaj z
sąsiedniego nadleśnictwa przyjechał do mnie kolega – główny sprawca
zamieszania, pomysłodawca wytyczania szlaku konnego przez puszczę augustowską i
mazurskie lasy. Główny szlak jest już dawno wytyczony – nosi nazwę Szlaku
Konnego Puszczy Augustowskiej i Mazur. Ale co roku przychodzą nam do głowy nowe
pomysły i w związku z tym wytyczane są kolejne odnogi szlaku prowadzące do
nowych stanic, tudzież ciekawych obiektów rozsianych po terenie ( pomników
przyrody, ruin starych osad itp.). Większość tras biegnie przez tereny należące
do Lasów Państwowych, więc niezbędna jest zgoda i współpraca wszystkich
okolicznych nadleśnictw. Jak na razie nie ma z tym problemów, bo wszędzie można
znaleźć leśników będących fanami rajdów konnych którzy angażują się w
projektowanie, wytyczanie i znakowanie kolejnych odnóg szlaku.
Mierzyliśmy
dokładnie długości odcinków biegnących pomiędzy leśniczówką Dąbrowskie a moją
leśniczówką oraz gospodarstwem agroturystycznym BB – wszystkie te obiekty leżą na
szlaku i stanowią bazę dla rajdowców. Odległości okazały się idealne, w
granicach trzydziestu kilometrów od punktu do punktu, co sprawia że jest to
optymalne zarówno dla jeźdźców jak i dla koni. Zastanawialiśmy się też gdzie
najlepiej zorganizować popasy – miejsca gdzie będzie można rozkulbaczyć konie i
dać im odpocząć w bezpiecznych warunkach, a ułańskim siedzeniom również
zapewnić trochę wytchnienia. (Nie zawsze taki popas będzie konieczny, wszystko
zależy od sprawności jeźdźców. Niemniej trzeba brać pod uwagę, że nawet jeżeli
ktoś jeździ dwa-trzy razy w tygodniu w jakimś ośrodku jeździeckim, jest to
zupełnie inna jazda niż wycieczka w „prawdziwy” teren w
kilkudziesięciokilometrową trasę. Koń pracuje i zachowuje się zupełnie inaczej,
co sprawia że można sobie poważnie poobijać cztery litery ... Najważniejsze to
jednak nie poobijać konia. Znajomy spotkał na takim popasie grupkę znanych
„ludzi mediów” ze stolicy, którzy zgodnie stwierdzili, że wracają do domu bo
już się dość poobijali – a w wywiadach jakie można z nimi przeczytać zawsze są
doskonałymi jeźdźcami ...).
W każdym razie
dzień nam minął pracowicie, bo nie tylko mierzyliśmy trasę ale i ją
znakowaliśmy. Właściwie głównie znakowaliśmy, czyli za pomocą szablonu z wzorem
ustalonym przez kapitułę szlaku malowaliśmy farbą znaki we wszystkich miejscach
które zapewniają dobrą orientację w terenie.
Kilka miesięcy
temu kolega idąc na ryby znalazł nad rzeką wydrę. Zupełnie małą. Jej matkę
prawdopodobnie zabili „źli ludzie”. Mała wydra w przyrodzie nie miałaby szans,
ale na szczęście nauczyła się korzystać ze smoczka i przetrwała najtrudniejszy
okres pierwszych kilku dni na mleku dla niemowlaków. A potem ... zaczęło się.
Żona kolegi
mówi, że wydra chyba ma zespół nadpobudliwości ruchowej (ADHD). Ale u wydry to
zupełnie normalne. Generalnie wszędzie jej pełno i nie ma miejsca gdzie nie
wlezie. Na szafki, pod lodówkę – długi brązowy kształt przemieszcza się po domu
z prędkością światła. Domowy foksterier, do tej pory ulubieniec rodziny,
obraził się, bo został zdetronizowany. W dodatku pan zabronił fantastycznej
zabawy i nie pozwala zjeść wydry. Najpierw to wydra zjadała psa, potem pies
wydrę, a potem wspólnie lekko pogryźli swojego pana który postanowił
towarzystwo rozdzielić w trosce o całość obu zwierzaków. Teraz wydra urosła i
chyba by się zjeść już nie dała, ale na początku istniało takie
niebezpieczeństwo. A wszyscy zdaniem psa bardziej bawią z wydrą niż z nim, co
zdaniem foksa jest nie do pojęcia.
Odkąd w domu
jest wydra, kolega bez problemu może wychodzić na ryby – no bo przecież trzeba
nakarmić Maćka (który ostatnio jada również parówki i zupę) – a wcześniej
różnie z tym bywało ... Dodam jeszcze, że opiekun Maćka jest sprzedawcą w
sklepie, a nie wytrawnym przyrodnikiem.
Kolega leśniczy
mieszkający w niedalekiej wiosce jakiś czas temu uległ namowom swojej rodziny i
zgodził się na posiadanie kota. Ponieważ dowiedział się, że ktoś we wsi ma
akurat małe koty, pojechał tam i jednego kupił albo dostał – tego nie wiem. W
ciągu następnego tygodnia wrzucono mu do ogródka – dosłownie – co najmniej
dziesięć małych kotów. Ponieważ były mniejsze i większe, samice i samce, po
niedługim czasie stwierdził, że niebawem będzie ich dużo więcej, bo kotki są
kotne. A przypominam – po długich namowach chłop zgodził się na jednego kota!
Ale ponieważ sąsiedzi wiedzą, że leśniczy zwierzaka raczej nie skrzywdzi,
postanowili go uszczęśliwić kolejnymi mruczkami, nie pytając go o zdanie tylko
mu te koty podrzucając. Skoro chciał jednego, będzie miał więcej ...
Ludzie z małych
miejscowości mają dziwną cechę (być może nie wszędzie, przepraszam jeżeli ktoś
poczuje się urażony, ale widzę to od lat) – jeżeli dowiedzą się, że ktoś w
okolicy lubi zwierzęta, ma ten ktoś absolutnie przechlapane.
Znajoma
znajdowała regularnie co roku psy przywiązane do płotu. Kilkakrotnie widziała
samochód startujący spod jej bramy z piskiem opon, a parę chwil później
orientowała się, że niechcący stała się właścicielką kolejnego stworzenia. W
ten sposób trafił do niej jamnik, bokser oraz kilka innych psów. W chwilach
maksymalnego zagęszczenia miała około dziesięciu psów, nie licząc własnych.
Udało jej się na szczęście dla większości znaleźć nowe domy, ale zanim to się
stało, wydawała wszystkie pieniądze na karmienie, odrobaczanie i leczenie sfory
– prowadziła właściwie mini-schronisko, charytatywnie, choć plany życiowe miała
zupełnie inne. Wybrnęła z kłopotu dopiero przeprowadzając się do innej wioski i
kupując psa tak groźnego, że teraz nawet zbliżyć się do płotu nie można ...
Idzie jesień i
ludzie jak co roku pozbywają się niechcianych zwierząt. Obserwuję tę smutną
regularność zdarzeń od paru lat. Nie potrafię takiego braku odpowiedzialności
absolutnie zrozumieć. Dlaczego ktoś nie ma odwagi psa uśpić czy odwieźć do
schroniska. Dlaczego uważa, że porzucając go przy drodze czy w lesie zdejmie z
siebie odpowiedzialność, jaką przyjął decydując się wcześniej tego psa trzymać
i karmić, i przerzuci ją na kogoś innego, kto go przygarnie, niechcący potrąci
samochodem albo zimą zdziczałego i kłusującego na leśną zwierzynę zastrzeli.
Dlatego proszę,
apeluję – nie dawajcie nikomu zwierząt w prezencie, nie narzucajcie mu
odpowiedzialności ... bo to bardzo niegrzecznie.
Dzisiaj kolejny
– drugi – dzień pięknej słonecznej pogody. Najwyraźniej to skłoniło byka
jelenia snującego się od kilku tygodni po łące za leśniczówką do popisów
wokalnych. W końcu trwa rykowisko, ale przez ostatnie dwa tygodnie pogoda nie
sprzyjała amorom, było deszczowo, pochmurnie. (Teraz wyszło słońce, co dodaje
energii – jak widać nie tylko ludziom.)
Niemniej jelenie
można było spotkać bez problemu, nawet w biały dzień. W poprzedni weekend był u
nas kolega, który przyjechał specjalnie posłuchać ryczących byków. Niestety nie
mogłem mu towarzyszyć i oprowadzać go po okolicznym lesie, bo całą rodziną
musieliśmy wyjechać. Powiedziałem mu tylko, gdzie powinien pójść jeżeli chce
pooglądać jelenie. No i udzieliłem ogólnej instrukcji palenia w piecu
centralnego ogrzewania, żeby nie musiał się za bardzo hartować. (Temperatura w
nocy około 6 stopni.)
Przez dwa dni kolega zwiedzał okolicę i zrobił sporo
naprawdę fajnych zdjęć. Ale nie usłyszał ani jednego głosu ryczącego byka ...
Ale mimo wszystko twierdził, że jest zadowolony i naprawdę odpoczął. Żałowałem,
że musiał w niedzielę wieczorem wracać, bo chciałem zawieźć go jeszcze do
sąsiedniego leśnictwa, gdzie niezależnie od pogody byki ryczą prawie cały czas,
również w dzień. Nie wiadomo dlaczego, najwyraźniej okolica wyjątkowo im
odpowiada. Sam nie trafiłby tam na piechotę, bo to kawał drogi, a był
zdecydowany nie korzystać z ułatwień cywilizacji jak rower czy samochód terenowy
... Mam nadzieję że jeszcze kiedyś wpadnie i wybierzemy się razem na bezkrwawe
łowy.
Wybrałem się ze znajomym na kaczki. Każdy ze swoim psem. Pojechaliśmy bardziej po to,
żeby potrenować psy niż żeby coś upolować. Jeżeli pies jest jeden, pracuje z
mniejszym zapałem niż kiedy są dwa. Najwyraźniej konkurencja działa motywująco.
Coraz bardziej jestem ze swojej suki zadowolony – nie tylko zachowuje się
bardzo karnie i respektuje moje wszystkie komendy, ale też z ogromną pasją
przeszukuje bagna i szuwary, nawet takie gdzie teren jest naprawdę trudny.
Ustrzeloną przez mojego kompana kaczkę znalazła i zaaportowała prawidłowo.
Drugi pies to jeszcze szczeniak, ale dobrze się zapowiada i wciąż się uczy.
Obserwowałem go z ciekawością, bo to szczeniak z mojej hodowli – i trzeba
powiedzieć że nie musiałem się wstydzić.
Polowanie na
kaczki polega na tym, że odwiedza się kilka bagien. Do każdego z nich trzeba
podejść z pomysłem - z odpowiedniej strony, bo jeżeli kaczki zauważą myśliwych
lub psy, można wracać do samochodu. Kaczki na które poluje się teraz, we
wrześniu, to ptaki które wylęgły się w okolicy na wiosnę i na tych bagnach
spędziły lato. Ponieważ czują się bezpiecznie, są mniej czujne niż kaczki które
przylatują do nas w październiku w drodzez północy na południe. Tamte są zdecydowanie bardziej bystre, można na
nie popatrzeć głównie przez lornetkę, bo jeżeli podejdzie się bliżej niż na
kilkaset metrów, zrywają się albo odpływają na środek jeziora. Kiedy zaczyna
się sezon migracji kaczek, przylatuje ich do nas naprawdę mnóstwo – sam
widziałem jeziora dosłownie czarne od ptaków.
Na jednym z
kolejnych polowań podchodziłem kaczki z psem, któremu kazałem iść przy nodze,
żeby zbliżyć się do kaczek na około 30-40 metrów, czyli
skuteczną odległość strzału. Nie było łatwe, tym bardziej kiedy człowiek sam
się czołgał w trawie żeby go ptaszyska nie wypatrzyły. Pies dopiero na rozkaz
musi iść do wody – wtedy kaczki się zrywają, a myśliwy ma kilka sekund szansy
zanim odlecą na tyle daleko żeby znaleźć się poza zasięgiem śrutu. Udało mi się
podejść blisko i skutecznie oddać strzał. Kaczka spadła, ale jak się okazało
strzał nie był do końca celny, bo w zapamiętanym przeze mnie miejscu jej nie
było. Jednak pies sprawdził się doskonale – odszukał ją i zaaportował. Naprawdę
polowanie z dobrym psem to ogromna przyjemność – „ królewskie łowy”, polecam.
Dzisiaj późnym
wieczorem usłyszałem przez otwarte okno odgłosy awantury. Przedwczoraj na łące za
leśniczówką założyłem nęcisko na lisa z narogów (wnętrzności) upolowanego dzika
(tym razem łowy poszły zdecydowanie lepiej). Kuny które zwietrzyły narogi prowadziły
zajadły bój o lepszy kęs. Niespecjalnie przeszkadzała im moja obecność. Ich
oczy świeciły się w świetle latarki jasno zielonym blaskiem. Dopiero kiedy
intruz zbliżył się, powoli zaczęły się oddalać w stronę lasu.
Lis oczywiście ceni
swe futro i przy nęcisku się nie pojawia póki jest jeszcze choć trochę widno. Za
to kruki z całej okolicy zleciały się na żer ale wyczuwają też jakiś podstęp i
nie widziałem na nęcisku żadnego. Zawsze, niezmiennie fascynują mnie te ptaki.
Są nieprawdopodobnie spostrzegawcze i jak sądzę bardzo łatwo się uczą. Podczas
zimowych polowań zbiorowych zawsze pojawiają się jak tylko padnie strzał.
Myśliwi patrosząc upolowaną zwierzynę dostarczają do obiegu dużą ilość białka
zwierzęcego. Dopiero po krukach przylatują bieliki.
Wiem, że pisałem
już rok temu o gnieździe szerszeni i wzywaniu straży pożarnej, ale co zrobić,
skoro sytuacja się powtarza?
Poprzedniego
lata dwa razy wzywałem strażaków żeby zdjęli gniazdo szerszeni ze strychu nad
stajnią. Najpierw chciałem je zdjąć sam, ale zdecydowałem się wezwać fachową
pomoc. Okazało się, że szerszenie odbudowały gniazdo i strażacy przyjeżdżali
jeszcze raz. Miałem nadzieję, że pozbyłem się tego niewygodnego towarzystwa na
dobre. W tym roku przylatywały jakieś pojedyncze sztuki, ale nie było ich dużo,
uznałem więc że znalazły sobie miejsce gdzieś w lesie.
Tymczasem
wczoraj znajoma która prowadzi pasiekę w odległości około 300m od leśniczówki
znalazła duże gniazdo szerszeni w ... swoim domku pszczelarskim. Domek jest nieduży,
służy do trzymania w nim podstawowych sprzętów do pracy w pasiece. Na półce pod
dachem leżały stare poduszki, służące do ocieplania uli na zimę. Wczoraj ze
zdumieniem zobaczyłem, że jedna z tych poduszek została dosłownie „wmurowana” w
gniazdo szerszeni... Miejsce na gniazdo idealne – nikt nie przeszkadza, a
stołówka blisko (szerszenie są drapieżnikami). Trochę się dziwiłem, jak można
nie usłyszeć głośnego buczenia dobywającego się z takiego gniazda wielkości wiadra, ale jak
widać można.
Dalej było po
staremu – zadzwoniłem po straż, obiecali że przyjadą, przyjechali. Ale kiedy
już uzbroili się w specjalne ubrania (są na zdjęciu z zeszłego roku) i zaczęli
zdejmować gniazdo, okazało się że mają za mały worek. W dodatku jeden spadł ze
stołka. Zanim wzięli większy worek większość rozzłoszczonych owadów wyleciała z
gniazda, część ich atakowała a część krążyła w pobliżu. Skończyło się więc na
tym, że gniazdo zabrali, a szerszenie zostały. Dziś widziałem już, że zaczęły
prace przy odbudowie. Wniosek z tego taki, że trudno się ich pozbyć za
pierwszym razem, a cała akcja musi być dobrze przemyślana.
Korzystając z
pełni księżyca wybierałem się na nocne polowania na dziki. Pogoda najczęściej
sprzyjała, były bezchmurne noce a w związku z tym doskonała widoczność.
Wszelkie burze, które szalały gdzieś nad Polską moje strony ominęły.
Dzików na polach
pomiędzy lasem a pobliską wsią mnóstwo. Zboża stratowane do zera, nikt nawet
ich nie kosił. Ziemniaki i kukurydza czekają na swoją kolej - na razie nie
cieszą się powodzeniem, póki jest obfitość pokarmu innego rodzaju.
Dziki które
obserwowałem, choć była bardzo jasna noc, mogłem podejść blisko (ok. 30 m). Nadal spokojnie
żerowały. Widok zahipnotyzował mnie na kilkanaście minut. Potem wybrałem
jednego i nacisnąłem spust, ale nie trafiłem. Wróciłem do domu po psa, z którym
sprawdziłem, czy aby na pewno dzik nie został ranny. W takich sytuacjach dobry
pies jest nieoceniony – widać kiedy idzie po tropie sfarbowanej zwierzyny, a
kiedy po prostu obwąchuje „zwykłe” ślady. Pies nie zaznaczył farby, ale
przeczesałem pole żyta na swój sposób. Jakby to powiedzieć, mam ograniczone
zaufanie do mojego rodowodowego wyżła. Chodząc po polu usłyszałem głos
ryczącego byka. Był 19 sierpnia! Rykowisko z reguły zaczyna się w naszym
regionie około połowy września. Wprawdzie ryczał tylko jeden, więc była to
bardziej „próba głosu” niż regularne rykowisko, ale to wyraźny znak że idzie
jesień, choć dni jeszcze bardzo ciepłe. Dzika rzeczywiście nie trafiłem. Może
trening na strzelnicy?
Już od maja u
mojego sąsiada leśniczego mieszka warchlak. Małego dzika zauważył ktoś przy
drodze i przywiózł do leśniczówki. Najprawdopodobniej był to warchlak od lochy
która zginęła potrącona przez samochód (na pobliskiej szosie były dwa takie
wypadki). Warchlaków było podobno kilka, ale tylko ten jeden dał się złapać.
Był jednak bardzo słaby, musiał kręcić się w tym miejscu dłużej niż jeden
dzień, bo nie miał już odruchu ssania, właściwego dla wszystkich małych ssaków
i umożliwiającego im przetrwanie.
Karmiony był z
butelki – nauczył się znów ssać i przeżył. Ale kiepsko rośnie, mamy teraz
sierpień a on nie jest wiele większy niż wiosną. Wożę więc mu serwatkę która
zostaje mi po zrobieniu sera – ma ona dużo wartościowych substancji odżywczych.
Kolega karmi go ryżem i innymi przysmakami. Ma już zresztą praktykę w tej
materii, bo kilka dobrych lat temu również ktoś przyniósł mu małego ślicznego
pasiaka ...
Dzisiaj pasiak
jest wielką „świnią”, waży ponad 80 kilogramów i terroryzuje okolicę. Terroryzuje
już może nie dosłownie, ale robił tak dopóki nie został zamknięty na specjalnym
wybiegu – potrafił zabierać dzieciom kanapki, a ponieważ wychował się w domu,
to gdy urósł i zrobił się silny, bez pardonu zaczął panoszyć się w kuchni.
Na zdjęciu z lewej
mały dzik, z prawej jego kilkuletni kolega ;)
Dostałem
niedawno maila od myśliwego z Krakowa który wiosną kupił ode mnie ostatniego
szczeniaka. Pisał, że jest z suczki bardzo zadowolony, tylko że tak jej futro
urosło, że zasłania oczy, a fryzjer u którego żona strzyże drugiego psa nie zna
takiej rasy i nie wie jak taki pies powinien być prawidłowo „uczesany”. Przysłał
też zdjęcia szczeniaka, który wygląda już prawie jak dorosły pies.
Czeskich fousków
właściwie się nie strzyże, ale jeżeli trafi się osobnik o trochę obfitszej
sierści niż przewiduje klasyczny wzorzec rasy, można im przycinać włosy
(trymować), szczególnie nad oczami, żeby nie zasłaniały pola widzenia. Taki
pies ma i tak bardzo gęste i długie rzęsy, które chronią oko w trakcie pracy w
wodzie i nie potrzebuje dodatkowej osłony. Na potrzeby wystawowe można też
przycinać włosy na spodniej stronie ogona, żeby nie tworzyły tzw. flagi, która
jest pożądana u np. seterów, ale nie u czeskich wyżłów.
W opisie rasy podane
jest, że na żuchwie oraz wargach włos powinien być dłuższy i bardziej miękki,
tworzyć typową dla rasy brodę. Na łukach brwiowych wydatny, skierowany ukośnie
ku górze. Czoło, górna część głowy i policzki pokryte są włosem krótkim i
mocnym. Na uszach włos krótki, miękki, ściśle przylegający.
Moja suka wymaga
lekkiego strzyżenia około dwa razy w roku, kiedy włosy na brwiach robią się tak
długie że zasłaniają jej oczy. Po ich przycięciu pies zdecydowanie lepiej
widzi, nie protestuje więc kiedy zmierzam do niego z nożyczkami w ręku. Suczka
która pojechała do Krakowa również jak widać będzie wymagała takich drobnych
zabiegów, ale nie wymagają one obecności kwalifikowanego psiego fryzjera – na
szczęście.
Wróciłem właśnie
z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć
do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz
nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.
Zwiedzaliśmy tam
znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale
przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami,
szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie
zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej
dokonują kormorany.
Kormorany są na
niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie
dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym –
starych wysokich drzew liczących około 100 lat.
Ten ptak zjada
dziennie 2-3 kg
ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa
nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych
ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.
Widać, że tamtejsi
leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można
zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja
to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie
był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie
utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni
korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku
przemysłowego.
Na terenie
rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się
prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują
się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli
gospodarza.
Zakład usług
leśnych który wygrał przetarg na poszerzenie pasa przeciwpożarowego poprosił o
pozwolenie parkowania traktorów przy leśniczówce do czasu zakończenia prac.
Zgodziłem się oczywiście, widząc jaki mają przed sobą front robót. Cały pas
przeciwpożarowy (piaszczysty pas zaoranej ziemi oddzielający teren poligonu od
terenu leśnego) jest poszerzany o kilkanaście metrów. W sumie będzie miał około
trzydziestu metrów szerokości, co zdecydowanie zwiększy bezpieczeństwo przeciwpożarowe
lasu. W przypadku pożaru na poligonie ogień nie przekroczy linii pasa, spłoną
tylko zadrzewienia i zakrzaczenia, a drzewostan nie ucierpi (teoretycznie).
Poszerzanie pasa
polega na wyrywaniu z korzeniami drzew które trzeba usunąć żeby osiągnąć
ustaloną szerokość. Widziałem robotników przy pracy i mogę powiedzieć że robota
trudna i ciężka.
Z mojego punktu
widzenia poszerzanie pasa ma jeszcze jeden pozytywny aspekt- świetnie się tam
jeździ konno, a kiedy prace zostaną zakończone będzie już na tyle szeroko, że
będzie można jechać w kilkanaście koni obok siebie. Jak sądzę będzie to kolejna
atrakcja przebiegającego przez leśniczówkę szlaku konnego. Niedawno gościliśmy
kolejny rajd konny, wprawdzie miniaturowy, bo jeźdźców była tylko dwójka, ale
sterali się setnie i kiedy dotarli wreszcie do celu byli gotowi spać w stajni
razem z końmi...
Cieszę się że w
okolicy turystyka konna się rozwija. Ale idzie to wolno, ponieważ organizacja
takich „imprez w siodle” nie jest łatwa, gdyż zadowolenie klientów to jedno, a
zdrowie koni drugie, i trzeba bardzo umiejętnie dobierać zarówno ludzi jak i
zwierzęta, bo w przypadku długich tras wszystko nabiera znaczenia.
Pojechałem na
pole, żeby odświeżyć sobie pejzaż. Dużo ostatnio roboty i ciągle drzewa i
drzewa ... Puściłem psa luzem żeby się wyszalał. Z łąki poderwały się dwa
żurawie. Pomyślałem, że skoro się poderwały, to na pewno nie mają tu gniazda
ani młodych, bo żuraw jeżeli „prowadzi” małe, to ucieka „na piechotę”. W pewnym
momencie widzę, że pies robi żelazną stójkę – czyli w niepozostawiający
wątpliwości sposób wskazuje obecność ptaka. Zdziwiłem się, bo nie spodziewałem
się w okolicy ani bażantów, ani kuropatw – po prostu wiem, że ich tam nie ma.
Pies stał w
absolutnym bezruchu a ja zbliżałem się do niego. Zobaczyłem małego żurawia,
pisklaka. Kiedy się poruszył i zaczął uciekać, pies nie wytrzymał. Złapał ptaka
i zaaportował. Żuraw był wielkości sporego koguta. Obmacałem go dokładnie, żeby
sprawdzić, czy suka nie zrobiła mu krzywdy (nigdy zresztą nie zagryzła ani
kaczki ani bażanta, zawsze na polowaniu przynosi ptaki w takim stanie, w jakim
je znajduje). Nic mu się nie stało, i o ile nie zdechnie z powodu stresu, to będzie
żył.
Miał piękny
błękitny kolor na wyrastających lotkach, cały był pokryty centymetrowej
grubości ciemnoszarym puchem, dziób miał szaro-oliwkowy – piękne i skuteczne
jak sądzę kolory maskujące. Oczy miał ogromne z przerażenia, ale kiedy go
wypuściłem, ruszył żwawo w trawę, gdzie za chwilę zniknął. Nad polem natomiast
zaczął krążyć myszołów. (To nieprawdopodobne, jak szybko drapieżniki pojawiają
się w pobliżu potencjalnej zdobyczy.)
Podczas dalszego
spaceru kazałem psu iść przy nodze, ale pomyślałem sobie, że pies nieszkolony
myśliwsko takiego napotkanego żurawia – czy jakiegokolwiek innego pisklaka – po
prostu zagryza i zjada. Dlatego podczas każdego spaceru trzeba o tym pamiętać,
zwłaszcza wiosną i wczesnym latem.
Zdarzyło się
tak, że musiałem wyjechać do pracy o czwartej rano. Pilarze codziennie
zaczynają o tej godzinie – później robi się już nieznośnie gorąco. A ponieważ
musiałem się z nimi spotkać i pokazać im drzewa trocinkowe do wycięcia –
również musiałem pojawić się w lesie o świcie, żeby chłopy nie musieli na mnie
czekać tylko mogli ruszyć z najpilniejszą robotą. (Z kornikiem nie ma żartów.)
Polecam każdemu
taki poranny wyjazd do lasu – niepowtarzalne zapachy i widoki, mgły i światło
pierwszych promieni słońca przeświecających przez drzewa ... Naprawdę warto
czasem wstać bardzo wcześnie, bo takie „magiczne” chwile trwają bardzo krótko a
później las wygląda już zupełnie normalnie.
***
Przez weekend
miałem gości „z miasta”. Spragnieni kąpieli marzyli o wycieczce na plażę. Z
niedowierzaniem patrzyłem jak kąpią się w lodowatej wodzie. Ja poprzestałem na
zamoczeniu nóg, żona popatrzyła z kocyka i nawet do jeziora nie podeszła. Ale
„mieszczuchom” to zupełnie nie przeszkadzało, ba, twierdzili nawet, że gdyby
była woda cieplejsza, to już by nie było takiego komfortu kąpieli ... (Dodam,
że to moi serdeczni znajomi, i nie piszę o tym z ironią, ale ze szczerym
podziwem – ja na bohaterstwo wejścia do wody tego dnia bym się nie zdobył, ale będę
mógł się kąpać codziennie jak woda się ogrzeje; oni natomiast kąpią się w
jeziorze jak uda im się wyrwać z miasta, niezależnie od pogody.)
Namówiłem
również kolegę do pomocy przy budowie wędzarni. W mojej starej beczce wkopanej
do ziemi służącej do tej pory celom wędzarniczym mrówki zrobiły mrowisko, a
poza tym chciałem zbudować nową wędzarnię dokładnie według wymyślonego
wcześniej planu – tak żeby można było wędzić w niej kozie sery zimnym dymem.
Pełen sukces! Pierwsza partia serów które uwędziliśmy, kontrolując dokładnie
temperaturę dymu w różnych miejscach nowej wędzarni, udała się znakomicie.
Polecam wszystkim wędzone kozie oscypki!
W tym roku, tak
samo zresztą jak w poprzednim, w skrzynce na listy wiszącej na płocie sikorka
zrobiła gniazdo. Listonosz jest zaprzyjaźniony i wie, że skrzynka na moim
płocie do wrzucania listów nie służy – od wczesnej wiosny do jesieni ma swoich
lokatorów.
Pierwsi chętni
do skrzynki pojawili się już w marcu albo na początku kwietnia. Kiedy w maju
zajrzałem do środka, rzuciła się na mnie sikorka bogatka – ptak wystartował w
moim kierunku błyskawicznie – ledwo zdążyłem zamknąć skrzynkę. Siedziała na
jajkach. Pod koniec maja słychać już było coraz głośniejsze ćwierkanie ze
środka.
Korzystając z
nieobecności bojowo nastawionych rodziców, zrobiłem zdjęcie pisklakom. Później
policzyłem widoczne na zdjęciu „sztuki” – było ich mniej więcej dziewięć.
Dokładnie nie da się stwierdzić, bo siedziały ciasno upakowane w małym
gnieździe.
Kilka dni po
zrobieniu zdjęć w skrzynce zapanowała cisza. Zajrzałem. Poleciały – gniazdo
było opuszczone. Niedługo potem chciałem wyczyścić skrzynkę ze zgromadzonych
tam mchu, piór, trawy, koziej sierści i mnóstwa innych materiałów budowlanych i
wykończeniowych. (Wygląda to jak gruba warstwa filcu w różnych odcieniach.)
Otworzyłem i ...
znowu?!. Sikorki, zadowolone najwyraźniej z warunków mieszkaniowych, złożyły
następne jajka. Policzyłem. Dziewięć. Ale to jeszcze nie wszystkie – inaczej
samica siedziałaby na nich. Pod koniec czerwca małe sikorki powinny już być
gotowe do opuszczenia gniazda.
P.S. Sprawdziłem
w literaturze i podaję dla ciekawych „statystykę” – sikora bogatka składa do 12
jaj, po jednym dziennie, zaczyna wysiadywać od przedostatniego i wysiaduje
13-14 dni. Pierwsze jajka sikory składają na początku kwietnia. Drugi,
czerwcowy lęg, z reguły jest mniejszy, średnio 6 jajek. Młode po 18-20 dniach
opuszczają gniazdo i przez kilka kolejnych dni są „na zewnątrz” dokarmiane
przez rodziców. (Informacje podaję za: A. Kruszewicz, Ptaki Polski, s.141-144)
Byłem dziś na
zrębie. Cały czas muszę monitorować czy nie zagraża mu szeliniak, więc bywam
tam często. Pułapki jakie wykonano – zadziałały. Pogoda też na szczęście jest
nierówna; niedawno około 20 godzin bez przerwy padał deszcz; W nocy temperatura
spada do około 8 stopni, więc rozwój szeliniaka nie jest zbyt pomyślny. Poza
tym siewki sosny i świerka pięknie rosną. Jest to odnowienie naturalne –
nasiona wysiały się ze specjalnie pozostawionych na zrębie drzew, czyli
nasienników. Na razie siewki
są malutkie, ale na większości powierzchni rosną jak zielona szczotka.
Odbyłem też długą
marszrutę w celu skontrolowania drzewostanów zagrożonych przez kornika
drukarza. Sprawdziłem miejsca w których co roku wydziela się posusz, tzw.
gniazda kornikowe. Była to kontrola efektywności pracy podleśniczego, który do
września będzie miał w swoich obowiązkach służbowych wyszukiwanie i oznaczanie
posuszu świerkowego. Często tę czynność wykonują robotnicy – trocinkarze – ale
u mnie ta robota przypada podleśniczemu, ponieważ nie widzę wśród usługowców
kompetentnego i pewnego fachowca. Kontrola wypadła pozytywnie, nie znalazłem
więcej drzew zasiedlonych od podleśniczego.
Jeżeli chodzi o
rozrywki ostatnimi czasy, miałem przygodę z borsukiem. Jechałem konno i
wypłoszyłem go z trawy. Uciekał po łące w stronę kępy drzew. Był tak
przestraszony, że nie wykombinował, że wystarczy się zatrzymać... Biegł dłuższą
chwilę równolegle do konia, co obydwa zwierzaki dodatkowo stresowało. Czasami
zdarza się, że zwierzę w sytuacji zaskoczenia głupieje – np. zając oświetlony
reflektorami samochodu nie umie skoczyć na bok, tylko oślepiony ucieka na
wprost, doskonale widoczny. (Jedynym sposobem jest zwolnić i skrócić światła,
albo zatrzymać się i na chwilę je wyłączyć, żeby pozwolić mu uciec.) Ten borsuk
najwyraźniej też nie umiał poradzić sobie z sytuacją. Na szczęście dotarł do
swoich upatrzonych krzaków i tam przepadł. Ale sobie chłopak troszkę pobiegał
...
Siedząc dziś w
kuchni zobaczyłem jak przez środek podwórza pomyka żmija, a tuż za nią pies.
Był środek dnia. Na szczęście pies nie próbował jej złapać, ale intrygował go
szybko wijący się kształt, dobrze widoczny w krótkiej trawie. Na drugie
szczęście moja roczna córka która właśnie jest na etapie stawiania pierwszych
samodzielnych kroków i maksymalnego zainteresowania wszystkim była akurat w
domu, a nie na kocu przed domem.
Chwyciłem
wiadro, szczotkę i postanowiłem schwytać gada żeby go wywieźć do lasu. Przy
okazji zrobiliśmy kilka zdjęć. Żmija była bardzo rozeźlona i głośno syczała,
atakując kij od szczotki którym zaganiałem ją do wiadra. Zwierzę było szybkie,
zwinne, w doskonałej kondycji.
Jedną żmiję na
podwórku na pewno mam, ale ta była szaro-czarna, a tamta jest brązowa z czarnym
zygzakiem. Mieszka pod krzakiem jaśminu już co najmniej trzeci rok i na razie
nie udało mi się jej pozbyć. Inna sprawa, że niezbyt stanowczo próbowałem. Ale teraz
patrzę na podwórko trochę z innej perspektywy.
Na dziecku
znalazłem wczoraj pierwszego kleszcza, kilka dni temu żona pieląc ogródek o
mało na „naszą” żmiję nie nadepnęła, dziś kolejna żmija w środku dnia sunie
przez podwórko, szerszenie odbudowują gniazdo które strażacy im zdjęli w
zeszłym roku ...
Takie uroki mieszkania w leśniczówce. Nie to żebym narzekał,
bo miejsce w którym mieszkam jest jedyne i niepowtarzalne, ale jeżeli ktoś
marzy o domku na wsi albo w lesie, niech się zastanowi się trzy razy czy lubi bliskie
sąsiedztwo żmij, szerszeni, nietoperzy i innych mało romantycznych stworzeń.
Znajomi którzy
byli u mnie na weekend zachwycali się koźlakami i opijali kozim mlekiem, ale
byli wszyscy zdziwieni dlaczego jedna z moich kóz chodzi teraz z dzwonkiem. Ja
się do ciągłego dzwonienia przyzwyczaiłem już na tyle, że właściwie go nie
słyszę i nie działa mi ono jakoś szczególnie na nerwy. Ale po co kozie dzwonek?
Już wyjaśniam. Koźlaków było pięć. Są cztery. Jeden zniknął pewnego dnia –
jakiś miesiąc temu - i do dziś się nie odnalazł. Za to podleśniczy widział wtedy
niedaleko leśniczówki wilka. Postanowiłem więc powiesić jednej kozie na szyi
dzwonek. W końcu tam gdzie pasie się stada zwierząt też noszą one dzwonki, bo
taki ”obcy” dźwięk może też odstraszać intruzów. Chyba działa, bo jak na razie
wszystkie koźlaki są. Szczerze mówiąc, uważam hipotezę z wilkiem za słuszną - nie
mam innej teorii na ten temat, a przecież zwierzę nie wyparowało. Pozostałe
koźlaki nie oddalają się od swoich matek nawet na kilka metrów.
W zeszłym
tygodniu pilarz znów widział wilka na zrębie. Opowiadał, że poczuł się raczej
niepewnie i zaczął zmierzać w stronę samochodu. Wilk oczywiście kiedy zauważył
człowieka uciekł, ale to wcale nie jest w mojej okolicy postać z bajki o
czerwonym kapturku, tylko realny element przyrodniczy ...
***
Nikt ze
znajomych w opowieść o wilku nie uwierzył. To znaczy niby potakiwali, kiwali
głowami, mówili: „No co ty, serio?” ale widać było że nie wierzą. Nie wiem
dlaczego ludzie którzy przyjeżdżają do lasu uważają, że jest to takie samo
miejsce jak ogrodzony park w centrum miasta gdzie najdzikszym zwierzęciem jest
wiewiórka. A wilk jednak pozostaje stworzeniem z bajki, ewentualnie z opowieści
leśniczego.
W ogóle uważam,
że ludzie mają ogromny problem z percepcją przyrody. Wszyscy, ja nie jestem tu
wyjątkiem. Po prostu ucząc się o różnych zjawiskach przyrodniczych wyrabiamy
sobie jakieś wyobrażenia, które niejednokrotnie są w nas bardzo silne. A potem
kiedy dochodzi do konfrontacji naszego wyobrażenia z samą przyrodą, czujemy się
rozczarowani, że to „tylko” tyle. Albo w ogóle nie dociera do nas, że właśnie
znaleźliśmy się w miejscu którego obraz wygenerowaliśmy sobie w głowie. Np. na
środku wrzosowiska okazuje się, że kolor trochę wyblakły, usiąść nie ma gdzie
bo wszędzie mrówki, a w ogóle na zdjęciach wyglądało lepiej.
Skończył się
właśnie kolejny długi weekend w tym miesiącu. Dla mnie nie był on jakiś
szczególnie wyjątkowy, poza wolnym czwartkiem pracowałem normalnie, czego
absolutnie nie żałuję. W leśniczówce zaroiło się od gości. Nie użyli sobie
zbytnio, bo przez cały czas padał deszcz. Może nie była to ulewa, a raczej
mżawka, ale nawet niewielki opad, za to ciągły, po trzech czy czterech dniach
może się znudzić. Znajomi, nasiąknięci mazurską wilgocią, zrejterowali już w
sobotę. Za to w niedzielę, czyli dziś, obudziło mnie już słońce...
Weekend może nie
był najbardziej udany pod względem pogodowym, ale nie obyło się bez atrakcji.
Znajoma, która prowadzi pasiekę w pobliżu leśniczówki, poprosiła mnie żebym
pomógł jej przewieźć do lasu kilka uli. Wypatrzyła nad jeziorem miejsce gdzie
pszczoły powinny uzbierać dużo miodu – po kolei będą tam kwitnąć maliny,
później lipy i wrzos. Pożyczyliśmy przyczepkę i załadowaliśmy na nią pięć uli.
Jeden jechał jeszcze u mnie w samochodzie, a kolejny u niej. Wcześniej
wszystkie wejścia do uli trzeba było szczelnie zatkać, bo gdyby w czasie
transportu z tego ula który wiozłem w samochodzie wydostało się choćby kilka
pszczół, byłoby niewesoło. Wydostała się jedna, ale udało się ją wygonić za
okno. Kolega który siedział koło mnie bardzo intensywnie nad tym pracował. W
całym ulu aż huczało i miałem wrażenie, że się nieco rozgrzał. Wszystkie ule
udało się dowieźć w całości i ustawić na miejscu, teraz tylko pozostało czekać
na pierwszy miód.
Długi weekend
wiąże się jak zwykle z najazdem gości. Tym razem było trochę inaczej, bo oprócz
znajomych zawitali do leśniczówki jeźdźcy.
Był to rajd
konny organizowany przez koleżankę prowadzącą gospodarstwo agroturystyczne
jakieś trzydzieści kilometrów ode mnie. Z jednego miejsca do drugiego można
przejechać wyznaczonym przez nadleśnictwo szlakiem konnym. Jest to kilka
dobrych godzin w siodle, ale jeżeli ktoś dobrze jeździ konno to bez problemu tę
odległość pokona.
Oddział "ułanów"
przybył trochę sterany, bo po drodze złapał ich deszcz i porządnie zmokli. Nie
wszyscy mieli dobre przeciwdeszczowe kurtki, bo kiedy wyruszali nic nie
zapowiadało ulewy. Ale po obiedzie się trochę rozgrzali. Potem przyjechał po
nich samochód i pojechali suszyć się i spać na kwatery. Konie zostały na noc w
mojej raczej skromnej i leciwej stajni, gdzie specjalnie porobiłem dodatkowe
boksy.
Następnego dnia
rano rajdowcy pojawili się z powrotem, tym razem wyposażeni w cały arsenał
peleryn przeciwdeszczowych. Ale oczywiście przez całą drogę nie spadła im na
głowę ani jedna kropla deszczu. Przyłączyłem się
do nich na swoim Gacku i odprowadziłem ich do pierwszej wsi leżącej na trasie. Jak opowiedziała
mi koleżanka - organizatorka wyprawy i właścicielka koni – po
rajdzie okazało się że kilka koni nabawiło się kontuzji spowodowanych brakiem
wprawy dosiadających je jeźdźców. Ale ogólny bilans wycieczki okazał się na
tyle pozytywny, że planowany jest następny wyjazd, latem, tym razem z noclegiem
na sianie u mnie nad stajnią i wieczornym ogniskiem.
Ostatni z moich wyżłowych szczeniaków został sprzedany.
Właściwie chciałem sobie tę suczkę zostawić, bo przez pół roku obserwacji nabrałem pewności, że jest utalentowana myśliwsko i chciałem ją układać do polowania. Ale praca ze szczeniakiem wymaga czasu, a tego nie mam w nadmiarze. Ani ja ani żona nie byliśmy w stanie zajmować się nią na tyle dużo, żeby ukierunkować jej pasję. (Pies taki jak polujący wyżeł nie powinien łapać myszy ani żab, ani gonić na łące za bocianem, powinien za to aportować kaczki, wystawiać bażanty i chodzić po tropie. Ale ukierunkowanie go w taki sposób to sporo zajęcia.) Włożona praca procentuje później przez długie lata, jednak najważniejszy jest początek. Szkolenie „podstawowe” można rozpoczynać wcześniej, ale w wieku sześciu miesięcy to już trzeba, żeby nie utrudniać sobie zadania. Jak pies posmakuje za dużo wolności, to później niechętnie akceptuje narzucane mu ograniczenia.
Postanowiliśmy więc zamieścić ogłoszenie w jednym z portali myśliwskich i oddać suczkę w dobre ręce. Kiedy zadzwonił myśliwy z Krakowa i powiedział, że odległość go nie zniechęca, trochę się zdziwiłem. Wysłałem mu mailem kilka zdjęć, a on stwierdził, że zaraz po psa przyjeżdża. Skoro ktoś jest gotów jechać 800 km po szczeniaka to uznałem, że jest godny zaufania... Suczka będzie miała obwód pełen bażantów, czyli to co wyżły lubią najbardziej, oraz dom z ogrodem. Jesienią chcę pojechać w góry, może odwiedzę po drodze Kraków i zobaczę jak się chowa.
Rzecz się działa nie u mnie, ale w sąsiednim leśnictwie. Kolega kontroluje swój teren regularnie, bo zdarzają się tam przypadki kłusownictwa. Raz na jakiś czas razem z podleśniczym szukają wnyków i zbierają je. W trakcie takiej rutynowej kontroli w jednym z wnyków znaleźli żywego jeszcze kozła – samca sarny. Pętla wnyku zacisnęła mu się na szyi, ale miał szczęście. Zwierzę próbowało się uwolnić i zaplątało wnyk o parostki, w rezultacie pętla nie pozbawiła go życia. Kozioł musiał się długo szamotać, bo zdarł sobie z parostków cały scypuł. I tak by go sobie niebawem wytarł, ale w mniej gwałtowny sposób.
(Scypuł to żywa, unerwiona i ukrwiona tkanka pokrywająca poroże i rosnąca razem z nim. Wygląda jak skóra brzoskwini (plus minus) z charakterystycznym meszkiem. W kwietniu-marcu kozły wycierają swoje parostki, a tym samym ścierają scypuł – czemchają wtedy porożem np. o sadzonki modrzewiowe, przyprawiając o ból zębów leśniczych posiadających modrzewiowe uprawy.)
Najważniejsze w tej historii, że kozioł przeżył. Wyplątany przez leśniczego z drutu wrócił do lasu. Zdjęcie wygląda dość drastycznie, ale skończyło się tylko szokiem.
Kilka lat temu w okolicy we wnyku znaleziono wilka. Też znalazł go leśniczy. Wilk był żywy i również udało się go uratować.
Nie wszystkie przypadki znalezienia dzikiego zwierzęcia we wnyku dobrze się kończą, pomimo wysiłków leśników. Kiedyś pojechałem ze znajomymi nad jezioro, kilkadziesiąt kilometrów od domu. Idąc brzegiem znaleźliśmy wnyk, a w nim jelenia. Był bez łba. Najwyraźniej ten kto wnyk zastawił zadowolił się samym porożem. Sprawę zgłosiliśmy leśniczemu zarządzającemu tym terenem, ale winnego nie znaleziono.
W latach sześćdziesiątych w naszym nadleśnictwie kłusował facet który stawiał sidła. Leśniczy który mieszkał w tej leśniczówce gdzie ja mieszkam dzisiaj postanowił go złapać na gorącym uczynku. Nie było to proste, bo gość znał las jak własną kieszeń i był bardzo ostrożny. Ale leśniczy się uparł, i na zmianę z podleśniczym obserwował wnyki przez całą dobę (dodajmy, że była wtedy zima, a mróz jakieś minus dwadzieścia), kilka dni z rzędu. W końcu go złapali, związali wnykami, i grożąc dubeltówką poprowadzili kilkanaście kilometrów do nadleśnictwa. Myślę, że dzisiaj za taką akcję (związane ręce drutem, dubeltówka przystawiona do pleców!) poszedłbym do więzienia razem z tym kłusownikiem.
W moim nadleśnictwie na szczęście kłusowników nie ma wielu, zdarzają się sporadyczne przypadki.
Poszedłem dziś na spacer z moją córką, która właśnie skończyła rok i jak na razie wciąż poznaje świat z perspektywy swojego wózka. Świetnie rozpoznaje psy (co oznajmia głośnym okrzykiem „aaaua”), a od niedawna również kozy (wtedy mówi „meee”). Jak się okazało pod kategorię kozy podpada również jeleń. Kiedy przebiegał przez łąkę, pokazałem go córce, na co ona powiedziała „meee” – najwyraźniej pokrewieństwo kozy i jelenia było dla niej oczywiste. Co ciekawe, konia nie klasyfikuje w tej kategorii. Nazywa go jakoś po swojemu, co najwyżej myli z psem ...
Ale nie był to koniec dzisiejszych atrakcji przyrodniczych. Poszliśmy na łąkę podtopioną wodą żeby ćwiczyć psy w bobrowaniu, bo woda płytka a pod spodem twarde dno, idealne warunki. W wypełnionych wodą rowach było mnóstwo niebieskich żab moczarowych. Niebieska barwa skóry jest szatą godową. Żab było naprawdę mnóstwo, przy brzegach woda aż bulgotała. Niesamowity kontrast stanowiła niebieska barwa żab z wypłowiałymi kolorami jakie na razie dominują na łąkach.
Do domu wracaliśmy przez las. Zmęczone psy chociaż trzymały się blisko przy nogach, w pewnym momencie wybiegły do przodu i zaczęły ujadać. Jakieś pięćdziesiąt metrów od nas, z boku, na przecince między drzewami stał dzik. Groźnie fukał i co chwilę podchodził ze dwa kroki w naszą stronę. Odwołaliśmy psy żeby go nie prowokowały, ale dzik nie odpuszczał. Myślę, że była to młoda locha, „wydelegowana” przez resztę watahy do przegonienia intruzów. (Za drzewami, dużo dalej, widać było sylwetki innych dzików.) Kiedyś obserwowałem u dzików takie zachowanie – cała wataha ustępuje, ale jeden zostaje żeby sprawdzić, kim jest intruz.
Na szczęście wystarczyło zaklaskać w dłonie i locha się wycofała. Prawdę mówiąc adrenalina trochę mi skoczyła....
Przyjechał do mnie myśliwy, który kupił jednego ze szczeniaków. Ucieszyłem się widząc psiaka w dobrej kondycji. Razem z moimi dwoma wyżłami pojechaliśmy nad pobliską wodę, żeby szczeniaki uczyć bobrowania w płytkiej wodzie. Lars początkowo nie był zdecydowany czy wchodzić do wody, ale jak zobaczył, że inne psy to robią z dużą przyjemnością, pobiegł za nimi. Moje suki wodę uwielbiają, zarówno duża jak i mała. (Starsza jak była szczeniakiem to pierwszy raz weszła do wody jak był czerwiec i gorąco tak, że ledwo można było wytrzymać. Do dzisiaj zresztą preferuje cieplejszą wodę. Natomiast wykąpanie jej w wannie jest dużą sztuką. Tylko naturalne zbiorniki! Mała już w lutym wchodziła do wody, chociaż jej do tego nie zachęcałem )
Dzięki pasji moich psów Lars też nabrał przekonania do wody. Umówiliśmy się z jego właścicielem, że od czasu do czasu spotkamy się, żeby podszkolić psy, bo widać, że w grupie dużo lepiej pracują – wzajemnie rywalizują i się dopingują, a patrzy się na nie z prawdziwą przyjemnością. Na szczęście mieszkamy w miarę niedaleko od siebie. Lars wyrasta na pięknego wyżła – od małego był bardzo ładny, ale teraz już widać, że pewne cechy eksterierowe, czyli wyglądu zewnętrznego, ma wręcz wzorcowe, chociaż ma dopiero pół roku. Jeżeli jego pan zdecyduje się pokazać go na jakiejś wystawie, złoty medal murowany – moim zdaniem. Bardzo ciekawy jestem jak radzi sobie reszta moich szczeniaków, ale nie mam o nich na razie żadnych wiadomości.
Od kilku dni mój koń, Gacek, jest chory. Jakiś czas temu zaczął kaszleć, leczyłem go wtedy różnymi „domowymi” sposobami polecanymi przez znajomych koniarzy. Wydawało się, że wszystko przeszło i Gacek wrócił do zdrowia. Ale okazało się, że nie. Któregoś wieczoru znów zaczął kaszleć. Poszedłem do niego zajrzeć i okazało się, że ma gorączkę – cały się trząsł. Przykryłem go kocem, myślałem, że zaraz go zrzuci, ale jak się przekonałem, stał pod nim do rana. Od trzech dni weterynarz podaje mu antybiotyki, ja również nauczyłem się robić zastrzyki.
Powiedzenia „końskie zdrowie” nie można traktować dosłownie – o konia tak naprawdę trzeba bardzo dbać, a i tak od czasu do czasu przytrafiają mu się infekcje wirusowe, grzybowe od pylącego się siana (zebrane zbyt wilgotne), albo kontuzje, a leczenie jest długie i nie zawsze proste. Koń jest zwierzęciem bardzo wrażliwym, i niektóre leki podawane koniom muszą być lepszej jakości niż leki dla ludzi.
Powoli można powiedzieć, że wiosna. W lesie kwitną przylaszczki, szpaki chyba już siedzą na jajkach. Tydzień temu podleśniczy znalazł w lesie (na ziemi) gniazdo słonki, z jajkami oczywiście. Jak na słonkę to wczesny lęg, ale w tym roku słonki wcześnie przyleciały. Literatura podaje, że przystępują do lęgów zaraz po przylocie, który ma miejsce od trzeciej dekady marca do pierwszej dekady kwietnia. Później toki słonek trwają nawet do końca lipca. Od razu przerwał wyznaczanie trzebieży w tym rejonie, żeby słonki nie płoszyć. Ale takie gniazdo pozostawione nawet na niedługi czas ma małe szanse pozostania nienaruszonym - znajdą je drapieżniki, np. wszędobylskie sójki. (Gdyby ktoś w trakcie leśnego spaceru zauważył kaczkę, nawet w okolicy odległej od wody jakieś kilka kilometrów, najlepiej się oddalić. Kaczki gniazdują również w takich miejscach, ale jeżeli zostaną wypłoszone z gniazda, mogą stracić lęg.)
Na łące za leśniczówką prawie codziennie widać parę żurawi. Przyleciały, gdy jeszcze leżał śnieg. Raczej nie gniazdują tu blisko, ale przylatują żerować.
Skończyłem już odnawianie zrębu. W tym roku to moje jedyne sadzenie, ale niektórzy koledzy mają dużo większe powierzchnie, liczące kilkanaście hektarów. Zresztą w porównaniu z zalesieniami jakie robiliśmy w miejscach gdzie wyrządził szkody huragan, to nawet kilkanaście hektarów, stanowiące w sumie dużą powierzchnię, nie wydaje się niczym trudnym. Zresztą w ogromnej mierze tempo pracy zależy od brygady z którą się pracuje. Jeżeli są nimi doświadczeni pracownicy, wszystko idzie sprawnie i szybko, ale zdarzają się tacy, że robota się ciągnie jak flaki z olejem.
Od kilku dni wiosnę widać nie tylko w kalendarzu. Właśnie przyleciały pliszki i toczą zaciekłe boje o miejsca na gniazda. Pliszki są bardzo charakterystyczne – małe, czarno-biało-szare ptaszki nieustająco poruszające długimi ogonkami.
Dziś cały dzień nadzorowałem sadzenie lasu. Ekipa posadziła około trzech tysięcy sztuk sadzonek dębu na wyciętym w poprzednim roku zrębie.
Ten zrąb nie ma formy regularnej powierzchni w kształcie np. prostokąta, tylko jest to wiele gniazd, czyli małych powierzchni zrębowych pozwalających na wychwycenie mikrosiedlisk. Dzięki takiej metodzie wykonywania zrębu sadzone tam później sadzonki lepiej rosną – powstały mikroklimat jest bardzo korzystny dla ich rozwoju – mają osłonę boczną drzewostanu, tzn. są chronione przed późnymi przymrozkami i słońcem oraz przed patogenami.
Klasycznym przykładem patogenu może być np. mączniak dębu, grzyb rozwijający się w liściach dębowych. Nie zabija rośliny, ale znacząco osłabia jej wzrost, niszcząc liście a tym samym aparat asymilacyjny.
Jeżeli przyjrzeć się sadzonce, łatwo można odróżnić część nadziemną i podziemną. Kiedy chcemy, żeby posadzone drzewko się przyjęło, trzeba część podziemną, czyli cały system korzeniowy umieścić w ziemi tak, żeby mógł się prawidłowo rozwijać. Korzeń nie może być poskręcany ani zawinięty do góry, grudki ziemi muszą szczelnie przylegać do korzenia – tak żeby nie było dostępu powietrza. Ważne jest również żeby sadząc nie nasypać na korzeń mchu ani butwiny (zbutwiałych, nierozłożonych jeszcze organicznych szczątków roślin, np. liści, igliwia), bo wtedy blisko korzenia tworzą się przestrzenie powietrzne które są niekorzystne dla sadzonki, i nie pomoże nawet najlepsze dociskanie. Oczywiście żeby sadzenie było skuteczne, trzeba najpierw odpowiednio przygotować glebę. W lesie po prostu orze się traktorem planowane do odnowienia powierzchnie. Sadzenie wykonuje się w parach – jedna osoba wykopuje szpadlem jamkę (ta technika dotyczy sadzonek 2-3 letnich, przy jednorocznych robi się to inaczej), druga osoba wkłada do dołka sadzonkę, zwraca uwagę na prawidłowe ułożenie systemu korzeniowego i przytrzymuje ją, a pierwsza osoba zasypuje sadzonkę ziemią. Żeby zlikwidować wszelkie przestrzenie powietrza wokół korzenia, osoba trzymająca sadzonkę dokładnie udeptuje ziemię. Bardzo sprawna para „sadzaczy” jest w stanie posadzić dziennie tysiąc sztuk wieloletnich (czyli starszych niż jeden rok) sadzonek.
Pogoda iście marcowa. Dzisiaj co najmniej trzy razy padał śnieg, była niemalże zamieć, a w międzyczasie piękne słońce i cudowna wiosenna aura. W ogrodzie i okolicznych zaroślach pojawia się coraz więcej ptaków. W zeszłym tygodniu przyleciały szpaki.
Jak wam idzie poszukiwanie zrzutów? Ja dziś znalazłem dwa należące do pięknego dziesiątaka. (Wieniec – czyli poroże jelenia - składa się z dwóch tyk z odgałęzieniami. Jeleń w pełni sił może mieć trzy odgałęzienia – oczniak, nadoczniak i opierak oraz na szczycie tyki koronę. Korona to miejsce z którego wyrasta kilka dalszych odnóg.) Moje zrzuty to na pewno para od tego samego osobnika – leżały dosyć blisko siebie i są prawie identyczne.
Kiedy znalazłem pierwszy, dałem go obwąchać psu i powiedziałem „Szukaj”. Sam byłem ciekaw jak zareaguje. Chwilę potem, idąc dalej przez młodnik, zauważyłem że pies stoi przy drugim zrzucie. Nie wiem czy to przypadek, czy nie. Zrzuty znalazłem w sumie przy okazji – wypędzałem jelenie z ogrodzonej uprawy.
Oglądając zrzut można sporo powiedzieć o byku do którego należy. (Mówiąc ogólnie, stan poroża świadczy o kondycji osobnika oraz dobrych warunkach żywieniowych – im okazalsze poroże tym lepiej świadczy o danym byku.) Zrzuty które dzisiaj znalazłem pochodzą od młodego, zdrowego osobnika. Świadczy o tym m.in. rozłożenie masy kostnej na tyce, brak nadoczniaka, róże niezbyt masywne, zaokrąglone zakończenia grotów. (Róże to zaokrąglone zgrubienie, porowaty pierścień u nasady tyki, a groty to końcówki odgałęzień.)
Środek ciężkości tyki jest przesunięty ku górze, czyli jest ona grubsza w górze niż u nasady. Brak nadoczniaka można interpretować dwojako – albo jest to tzw. druga głowa, czyli trzyletni byk, u którego w następnych latach wyrośnie jeszcze nadoczniak i całe poroże rozwinie się imponująco, albo też ten akurat osobnik nigdy nie będzie miał wyraźnego nadoczniaka a jego poroże będzie rozwijało się w sposób przeciętny. Wielkość i kształt róży moim zdaniem również świadczą o tym, że jest to osobnik młody, najwyżej pięcioletni. Groty są tępo zakończone, a poza tym słabo wytarte (nie są białe) – to kolejny dowód na to, że osobnik jest młody.
Natomiast masa poroża – spora – sugeruje, że jest to bardzo mocny osobnik, czyli bardzo wartościowy dla populacji ze względu na swoją pulę genową. Jest to regularny „dziesiątak”, dwustronnie koronny (dziesiątak regularny to taki byk, którego obie tyki mają tyle samo odgałęzień, a na każdej z nich jest ich pięć).
Byłem dzisiaj u kolegi w sąsiednim leśnictwie. Oglądaliśmy tereny porolne przeznaczone pod tegoroczne zalesienia. Trochę pojechałem towarzysko, ale chciałem też skonsultować z nim jedną sprawę.
Staliśmy i gadaliśmy przy krzakach głogu. Nagle dostrzegłem na cierniach coś dziwnego. Okazało się, że jest to ... żaba. Oczywiście sama się tam nie znalazła. Cierniste krzaki głogu często służą za spiżarnię ptakom, a dokładniej – srokoszom. Ponieważ przystępują one do lęgów już w kwietniu (a niewykluczone, że w tym roku wcześniej, ponieważ zima była lekka, a teraz jest dosyć ciepło), a nie zawsze jest pod dostatkiem owadów, łapią myszy, żaby, jaszczurki i nadziewają na ciernie, robiąc zapasy „na później”. Widok może nie jest sympatyczny, ale z ornitologicznego punktu widzenia ciekawy, bo świadczy o tym, że w pobliżu znajduje się gniazdo srokosza. (Co do gatunku żaby na zdjęciu – niech to będzie minizagdka - jeżeli ktoś wie, proszę o podanie informacji na forum.)
Zaczyna się już kampania odnowieniowo-zalesieniowa. Rzecz dotyczy odnowień powierzchni zrębowych oraz zalesień gruntów porolnych. (Odnawia się miejsca, gdzie drzewa zostały wycięte, a zalesia te, gdzie wcześniej nie było lasu, tylko np. rola.) W związku z tym wszystkie pracujące u nas zakłady usług leśnych mają określony front robót. Najpierw przygotowują doły na sadzonki, potem przywożą sadzonki ze szkółek i je „dołują”. (Gęsto upakowanym w rzędach sadzonkom przysypuje się system korzeniowy i w ten sposób w dole 2x3m i głębokim na pół metra można przechowywać kilka tysięcy sadzonek – jeżeli nad dołem jest jeszcze daszek z żerdzi i gałęzi świerkowych, mogą tam leżeć nawet 2-3 tygodnie. Ale oczywiście im krócej leżą tym lepiej.) Gleba pod zalesienie jest przygotowywana jesienią poprzedniego roku, a sadzonki sadzi się w wyoranych bruzdach. Doły są niezbędne dlatego, że nie ma możliwości wysadzenia wszystkich przywiezionych na dużą powierzchnię sadzonek „na raz”. Jeżeli powierzchnia ma powiedzmy, 10 hektarów, sadzenie trwa dwa tygodnie – zależy to jeszcze od liczby osób które to robią.
Moi koledzy myśliwi zawsze twierdzili, że zwierzyna nie boi się konia. Że można podjechać na kilkadziesiąt metrów np. do jeleni, a one nie będą uciekać. W trakcie tych dywagacji powtarzali, że dobrze by było mieć konia i na nim jeździć na polowanie. Od kiedy więc kupiłem konia chciałem sprawdzić jak to jest z tą zwierzyną. Ujeżdżenie rumaka zajęło mi dłuższy czas – ale teraz już bez obaw mogę na nim jeździć po lesie. Na samą jednak myśl o jego reakcji na potencjalny strzał cierpnie mi skóra. Wprawdzie mieszkam na poligonie i konie nie płoszą się już nawet na widok nisko przelatującego śmigłowca, nie mówiąc o licznych wystrzałach i wybuchach, ale strzał z karabinu nad końskim uchem to moim zdaniem za duże ryzyko.
Wracając do zwierzyny – dzisiaj wyjechałem konno z podwórza, i na łące za domem stały dwa jelenie (dwa byki, jeszcze z porożem - słabiaki). Koń, chociaż oswojony z widokiem dzikich kuzynów (zdarza się, że pasą się na tej samej łące), zawsze na ich widok się płoszy i fuka, a zauważa je z największej nawet odległości. Jeżeli chodzi o wilki, to nie przejdzie nawet przez ich ślad.
Łosia zobaczyłem dziś na skraju lasu, przy łące, prędzej niż koń. Ruszyliśmy więc w jego stronę. Nie było mowy, żeby znacząco się zbliżyć – kłus łosia, chociaż ciężki i sprawiający wrażenie że powolny, okazał się szybszy niż kłus konia. Gacek – mój koń – o dziwo wcale się łosia nie wystraszył, tylko postawił uszy i ochoczo ruszył za nowym kolegą.
Tak więc wszystkim myśliwym, którzy myślą o polowaniu z konia, muszę powiedzieć, że i owszem można ale tylko na łosie... :):). Chyba, że koń jest wyjątkowy i był specjalnie szkolony. Mój się na pewno do łowów nie nadaje. Na razie... A przede wszystkim – zwierzyna ucieka, i zbliżenie się do niej nie jest wcale takie banalne.
P.S. O tej porze roku silne byki jelenia szlachetnego gubią poroże (odpada im), po to żeby wyrosło następne, często jeszcze potężniejsze. Zachęcam wszystkich do wyprawy do lasu w celu odszukania takich „zrzutów”. Sukces gwarantowany - jeżeli ktoś ma dobry wzrok, lubi długie wędrówki i w okolicznych lasach są jelenie.
W lesie już
kwitnie leszczyna. Na dniach zakwitnie wawrzynek wilcze łyko. Na wilgotnych
łąkach widać żurawie a ich krzyk podnosi na duchu. Klucze gęsi pieczętują
przedwiośnie. Wiem, że w cieplejszych regionach kraju to kwitną już
przebiśniegi i krokusy, ale tutaj jeszcze tak ciepło nie jest. Kotki leszczyny na
tle trochę wyblakłych i poszarzałych świerków albo bezlistnych krzaków rzucają
się w oczy. (W zeszłym roku pojechałem wiosną – w maju – na wystawę psów do
Łodzi. Sędzia oglądając moją sukę powiedział, że ma jeszcze zimową sierść i że
powinienem ją dobrze wyszczotkować. Nie chciał uwierzyć, że u mnie w ogrodzie
jeszcze leży śnieg, a pies ma zimową sierść, no bo jaką inną mógłby mieć w
takich warunkach ...)
W lesie prawie
wszystkie mygły drewna tartacznego są już dokładnie ospałowane. Niedawno jadąc
przez las aż zatrzymałem samochód – w środku mygły tartaczki osikowej, czyli na
kłodach i pomiędzy nimi urzędowały trzy łosie. Klempa i dwa łoszaki. Kiedy się
zatrzymałem, niespiesznie odeszły kilkanaście metrów i przyglądały mi się
ciekawie. Zrobiłem w lesie co miałem do zrobienia, i kilkadziesiąt minut
później wracałem tą samą trasą. Łosie były nadal, najwyraźniej nie oddalały się
od stołówki. Przy następnej mygle, niedaleko, stały kolejne dwa. Dawno już nie
zdarzyło mi się zobaczyć pięciu łosi na raz. Żałowałem że nie mam przy sobie
aparatu, bo można było zrobić super zdjęcia.
Wiosenny nastrój, który pobudza wszystkich do działania
2008-02-15
Ekipa pana Antoniego (robotnika, który niegdyś jeszcze z moim
dziadkiem pracował w lesie, ale w innych stronach), żąda poszerzenia zlecenia na
luty - generalnie palą się do roboty.
Pogawędziłem sobie z nimi chwilę, zademonstrowałem świetnie nadający się do
robienia czyszczeń tasak firmy … nie powiem jakiej (skandynawskiej) a przy
okazji usłyszałem ciekawą historię o dziku. Syn pana Antoniego, Piotrek,
opowiedział mi ze szczegółami o swoim spotkaniu z potężnym odyńcem.
Otóż podczas rozbierania starego ogrodzenia,
zabezpieczającego młodnik sosnowy, Piotrek zauważył leniwie poruszający się
ciemny kształt. Odległość była znaczna, a i młodnik ograniczał widoczność.
Dłuższa obserwacja dała jednak pewność, że jest to dzik, a właściwie duży
odyniec, który zalegając w tymże młodniku smacznie sobie chrapał.
Ale najciekawsze było dla mnie to, jak Piotrek opisał „rozmiar” zwierza:
„Taki był w sam raz, jak by szynki uwędzić, to by było wędliny, że ho ho”. („Ma
chłopak jakieś doświadczenie” -odnotowałem.)
Kilka dni temu
urodziły się koźlaki. Urodziły się dwa, ale jeden był bardzo słaby i nie udało
się go uratować. Oba były bardzo małe i nieporadne, nawet jak na koźlaki, i nie
umiały ssać. Jednego udało się nauczyć i przeżył już tydzień – więc poradzi
sobie dalej. Niektóre są od samego początku tak silne, że nie wymagają żadnej
pomocy i rosną w oczach, rozrabiając co niemiara. Ten do nich nie należy – może
dlatego, że jego mama to młoda, roczna koza i nie umiała na początku się nim
dobrze zaopiekować.
Ona sama była za
to koźlakiem wybitnym – urodziła się w zeszłym roku w największy lutowy mróz
(ok.-20°C). Zwierzątko nie tylko w świetnej kondycji przetrwało najtrudniejszą
pierwszą dobę (było naprawdę bardzo zimno), ale też nie wymagało żadnej pomocy ani
nauki w kwestii ssania mleka. Koza ledwie stanęła na nogi, zaczęła budzić coraz
większe moje zdumienie. W pierwszej dobie poruszała się już samodzielnie i bez
problemu, a od wielkiej ilości zjadanego mleka po prostu rosła w oczach. W drugiej
dobie zaczęła próbować podskakiwać i brykać, dość jeszcze nieporadnie. W ciągu
mroźnej nocy wykombinowała, że cieplej jej będzie, jeżeli wejdzie do … pustego
plastikowego wiadra na wodę, w którym siedziała jak w budzie, wystawiając na
zewnątrz tylko czarny ogonek.
Ktoś, kto nigdy
nie hodował kozy, nie umie sobie wyobrazić, do czego zdolne są te zwierzaki. Ja
też nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopóki nie pojawiły się w naszym
gospodarstwie.
Są strasznymi
szkodnikami, wszędzie wejdą i wszystko stratują. Wypuszczone na podwórze w
pierwszej kolejności ruszają do ogródka i pożerają wszystko po kolei – ale
najpierw kwiaty. Są też bezwzględne dla siebie – jeżeli jedzenia jest mało,
słabsze i młode osobniki są odpędzane od paszy. Hodowca ma w związku z tym
problem, ponieważ wszystkie kozy muszą się nażreć bo inaczej nie doczekają
wiosny… A zwierzęta utrzymywane w dobrej kondycji są zdrowe i dają dużo mleka.
Dzisiaj pojechały ostatnie pieski. Została już tylko jedna suczka, ale to mnie wcale nie martwi. Moim zdaniem to najlepszy pies z całego miotu i mogę ją sobie zostawić, chyba że trafi się ktoś, kto bardzo będzie chciał ją kupić. Miał ją ode mnie wziąć znajomy mener (człowiek zajmujący się układaniem psów), ale dzwonił i przepraszał, mówiąc, że ma tyle zamówień, że wszystkie psie kojce zajęte, a on ma tyle roboty ze szkoleniem tych psów, które teraz ma, że nie może kupić sobie teraz wyżła dla przyjemności. (Szkoli owczarki niemieckie, które wyjeżdżają do Iraku.)
Przez cały listopad i grudzień sprzedały się tylko cztery szczeniaki, potem na początku stycznia jeszcze jeden. Psiska rosły szybko, rosły też koszty ich utrzymania. Co tydzień trzeba było szukać większego garnka do gotowania coraz większych ilości ryżu… Rosły też koszty związane z weterynarzem – szczepionki nie są drogie, ale jak ma się dziesięć psów, i trzeba je zaszczepić trzy razy… Liczyłem koszty i wyglądało na to, że dołożę do interesu, i to sporo. No a oprócz tego zostanę ze sforą wspaniałych wyżłów. Pocieszałem się, że przynajmniej raz do roku, w sezonie na kaczki, będę miał z nich pożytek.
W zeszłym tygodniu ruszyła lawina telefonów. W ciągu pięciu ostatnich dni sprzedałem cztery pieski – a już miałem zacząć budować im kojec w ogrodzie, bo coraz trudniej było je okiełznać. Nie dość, że wykopały żonie dziury w klombach z kwiatami, niszcząc zakopane głęboko cebulki tulipanów, to zaczynały się też samodzielnie wypuszczać na coraz dalsze spacery. Wychodziły przez dziurę w płocie (co jakąś załatałem, to wynajdywały kolejną) i ruszały na łąkę. Zacząłem już opracowywać dla nich plan szkolenia, ale ułożenie tylko jednego psa to mnóstwo czasu, a co dopiero pięciu… W dodatku trzeba je uczyć pojedynczo, co utrudnia sprawę.
Ale wszystkie szczeniaki mają już nowych właścicieli, telefon wciąż dzwoni, i gdybym miał ich jeszcze dziesięć, to niewykluczone, że też by się sprzedały. Dlaczego? Trudno powiedzieć.
Poznałem niedawno starszego rolnika z okolicy. Jakiś czas temu kupiłem od niego uprząż, a teraz pojechałem do niego po siano dla koni. Korzystajac z pięknej pogody (po kolejnym śniegu ani śladu), pogadaliśmy o starych czasach. Chłop ma jakieś 80 lat i sporo w życiu widział.
Dziś opowiedział mi historię o pewnym leśniczym z okolicy i jego dziku. Dzik prawdopodobnie został znaleziony w lesie albo przyniesiony leśniczemu przez kogoś – tego już nikt nie pamięta. W każdym razie dzik rósł w leśniczówce, a im był starszy, tym bardziej oswojony. Nawet biegał przy rowerze, którym jeździł jego pan – zupełnie jak pies. (Działo się to naprawdę i są tutaj ludzie, którzy to pamiętają.)
Któregoś dnia leśniczy pojechał po zakupy do sklepu – rowerem – a dzik jak zwykle mu towarzyszył. Pod sklepem został pilnować roweru, a leśniczy poszedł po sprawunki. Ponieważ dzik w miasteczku nie jest rzeczą oczywistą i często spotykaną (chociaż teraz można je spotkać na ulicy w Sopocie czy Krynicy Morskiej), został szybko otoczony przez gapiów. Ludzie przyglądali mu się, komentowali, jednym słowem – zbiegowisko. Podobno wtedy dzik, który ważył jakieś 70 kg, nie był na smyczy i był już sporym dzikiem, nastroszył się i groźnie fuknął. Tłumek momentalnie rozbiegł się… a leśniczy zrobił zakupy, i widząc, co zaszło, zestrofował koleżkę: „Ale mi wstydu narobiłeś!”, a potem wsiadł na rower i pojechali do domu.
Takich dziczych historii z okolicy można przytoczyć jeszcze kilka. Mój kolega, który mieszka w sąsiedniej leśniczówce, też chował kiedyś dzika od małego… Pokazywał mi zdjęcia, na których dzik wyleguje się na łóżku… pod choinką… kręci się po domu… zupełnie jak pies – całkiem oswojony i sympatyczny. Ale kiedy urósł i zaczął domagać się jedzenia „przemocą” oraz zabierać je małym dzieciom leśniczego, musiał przenieść się na podwórko. Ma tam swoją zagrodę i mieszka w niej do dziś.
Pogoda taka, że można się wykończyć. Jeszcze dwa dni temu był kolejny dzień deszczu, pluchy i mgły. O śniegu zdążyłbym zapomnieć, gdyby nie to, że w kałużach pod wodą była jeszcze spora warstwa lodu. Od wczoraj rana znów jest biało – i od razu można zauważyć większe zainteresowanie ptaków wywieszanymi w ogrodzie kulkami ze specjalną karmą. Wywieszam je również w lesie. Wystarczy dłuższą chwilę postać w pobliżu nich nieruchomo, żeby zauważyć, kto jest głównym klientem stołówki. U mnie na podwórku poza kulami z karmą wisi na płocie również skóra upolowanego dzika. Był wyjątkowo tłusty, a taka tłusta skóra to dla okolicznych ptaków zapas na całą zimę.
Przede wszystkim widać sikorki, głównie bogatki (te z żółtymi brzuszkami), ale zdarzają się też czarnogłówki lub sikory ubogie (czarna czapeczka i biało-beżowy brzuszek, mniejsze od bogatek; czarnogłówki różnią się od ubogich kilkoma drobnymi piórkami, a odróżnienie ich nawet dla zawodowego ornitologa jest trudne) i inne.
Sikorki nie mają zimą łatwo – kiedy wszystko przykryje śnieg, muszą w ciągu dnia zjeść tyle, żeby przetrwać noc. A potem rano – od nowa. Taki mają rytm przemiany materii. Najtrudniejszy dla sikorek jest grudzień, kiedy dzień jest najkrótszy. Mają naprawdę mało czasu, żeby znaleźć i zjeść wystarczającą ilość pożywienia – i w grudniu dokarmianie ptaków jest najważniejsze. Oczywiście później też jest ważne, najbardziej wtedy, kiedy pada śnieg i nie mają zbyt wielu możliwości pozyskania pokarmu gdzie indziej.
Oprócz sikorek zauważyłem również kowalika. Znam go dobrze z widzenia – to ptak, który w bardzo charakterystyczny sposób porusza się w górę i w dół po drzewie (ale i ścianie, i framudze). Ma charakterystyczny, cienki i długi dziób (na zdjęciu).
W wielu nadleśnictwach zamawiany jest na zimę specjalny pokarm dla ptaków w postaci kul z tłuszczu i ziaren. Leśnicy rozwieszają te kule w lesie, w miejscach gdzie wiedzą, że przebywa sporo drobnych ptaków. (Te większe, jak np. sójki i dzięcioły, radzą sobie znacznie lepiej, a poza tym są silniejsze, i dlatego jest im łatwiej. Ale jak zima wyjątkowo śnieżna i długa, to również widzę je u siebie na płocie na dziczej skórze.) Leśnicy dokarmiają sikorki nie tylko z czystej sympatii, ale również dlatego, że mają one znaczenie dla ochrony lasu – zjadają gąsienice i larwy leśnych szkodników.
„Uff. Dobrze, że udało nam się przed świtem zalogować do tego młodnika. Ogrodzony, nie za bardzo zwarty, zapewnia spokojny chillout na cały dzień. Wilki tu nie dotrą, a gdyby się pojawiły, na pewno nie wejdą do środka. Nie będzie też im się chciało obstawiać nas cały dzień. Po prostu pełen wypas. Sezon polowań na łanie też się skończył, więc nawet jak nas znajdzie ten leśniczy, co jeździ niebieskim huczącym pudłem z tym swoim durnym psem, to najwyżej przegoni, strzelać nie będzie… A my tu tymczasem… Mniam, mniam, mniam… Chrrr … Chrrrrrrrr … Chrrrrrrrrrrrrrrrrr …
Ooo, co to, jak to… zaczyna ciemnieć i zimnieć… ale można już stąd iść, iść jeść, iść jeść, jeść… Ooo, trzebież, mniam. Trzebież jak wyprzedaż, mniam. Pościnane okazyjne młode sosenki, mniam mniam, pyszniutka delikatna kora w promocji, mniam, wprowadzać, konsumować, uczta roślinożerców!
A teraz dalej, dalej, w poszukiwaniu okazji i małmazji oraz specjalnych megapromocji! O, jest, tu chodźcie, tu leży, piękny złom, wiatr przewrócił, wiatr przecenił to drzewo na tym dziale w tym oddziale i teraz można skubać, spałować, mlaskać…
Dalej, dalej, kłusikiem, truchcikiem, cichym ruchem, raz szybciej raz wolniej, ucho do góry, teraz stójcie, stójcie, ucho do góry… droga wolna, przez las, przez noc, cały czas, skubiemy po drodze co się da, jakieś runo, może być i wrzos…
O, a tu opcja nowa – czyszczenie raciczek, piękny dół z piaseczkiem, wybieramy, wybieramy, oczywiście, takiej okazji przepuścić nie można; czyścić, deptać, dreptać, szurać, szorować… piękne raciczki, czyściutkie buciczki…
Nareszcie łąka, łąka pachnie, mokrą trawą, mokrym księżycem, tu szept, tam szelest, tu trawki mniej, tam więcej, tu listek, tam krzaczek, jeść jeść jeść… Mniam, mniam, mniam …
Co, co, co to znaczy? Co to za hałas? Kto wysyła takie impulsy? Dlaczego alarm? Uwaga wszyscy! Ewakuacja! Powtarzam! Ewakuacja! Szybko do wyjścia, biegniemy za zielonymi strzałkami ewakuacyjnej drogi! Uwaga na nogi! Zmieniamy obiekt!”
* Postanowiłem wyobrazić sobie, jak wygląda rzeczywistość z prespektywy jelenia, a dokładniej łani, łani licówki – bo u jeleni to wcale nie samiec jest przewodnikiem stada, tylko łania, najczujniejsza i najbardziej spostrzegawcza (licówka).
Na zdjęciu: ospałowane, czyli obgryzione przez jelenie wałki pozyskanego drewna.
Przyjechali znajomi. Jak zawsze przy takiej okazji, zamieniam się w weekendowego przewodnika wycieczek krajoznawczych i obwożę po najbliższej okolicy tych, którzy mają na to chęć. Jechaliśmy na poligon, a potem prostą drogą nad jezioro.
Po drodze ktoś powiedział: „Zobaczcie, wiklinowy koń!”. Siedziałem za kierownicą, i na początku te słowa do mnie nie dotarły w pełni, ale po kilku sekundach zapytałem: „Jak to – wiklinowy koń?”. „No normalnie, wiklinowy” – padła odpowiedź. Zahamowałem dość gwałtownie.
Próbowano mi wmówić, że na środku poligonu stoi wiklinowy koń, taki jakich w okolicach świąt sporo w dużych centrach handlowych! Tylko, pytam, komu by się go tu chciało ustawiać – i po co???!!!
Cofnąłem samochód. We wskazanym miejscu stał oczywiście najprawdziwszy łoś, i przyglądał nam się z umiarkowanym zainteresowaniem. Kiedy jednak cała wycieczka wyległa z samochodu, oddalił się niespiesznym krokiem w spokojniejszą okolicę… Trochę to dziwne, że ludzie z „dużego miasta” uznawali za bardziej oczywiste, że w zaroślach stoi koń z wikliny, a nie prawdziwe zwierzę…
Oczywiście Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe współpracuje z Polskim Związkiem Łowieckim, m.in. w zakresie ochrony środowiska, zachowania i rozwoju populacji zwierząt łownych i innych zwierząt dziko żyjących. Na terenach LP – tak samo jak na innych – znajdują się obwody łowieckie, gdzie prowadzona jest gospodarka łowiecka.
Niewielu leśników jest myśliwymi, i jest to ich prywatna decyzja, niezwiązana z wykonywanym zawodem. Tak samo są leśnicy-rzeźbiarze czy posiadający licencję pilota. Leśnicy-myśliwi są członkami kół łowieckich, tak samo jak przedstwiciele innych zawodów, np. weterynarze czy księża.
W każdym obwodzie łowieckim, w którym prowadzona jest racjonalna, zgodna z prawem gospodarka łowiecka, ma ona na celu dbałość o równowagę tamtejszego ekosystemu. Wiadomo, że jeżeli liczebność jakiegoś gatunku się zwiększy i będzie sztucznie utrzymywana na wysokim poziomie, może to doporowadzić do destabilizacji całego ekosystemu. Najlepiej to widać na przykładzie lisów – nadmierna ich ochrona poprzez szczepienia przeciwko wściekliźnie doprowadziła do nadmiernego wzrostu tej populacji i wyginięcia w niektórych rejonach drobnej zwierzyny – saren, zajęcy, bażantów, kuropatw…. (Lisy były i są szczepione po to, żeby zapobiec epidemii wścieklizny.) Teraz bardzo dużym wysiłkiem zarówno kół łowieckich, jak i leśników prowadzone są prace nad reintrodukcją, czyli ponownym wprowadzeniem na dany teren zajęcy i kuropatw.
Ale równie dobrze ogromnych szkód w prowadzonych przez leśników uprawach może dokonać nadmiernie liczna populacja łosi czy jeleni.
Dziś rano z okazji urlopu postanowiłem pojeździć konno. Wstałem więc o świcie, okulbaczyłem konia i po krótkiej rozgrzewce na placu ruszyłem w las. W pewnym miejscu, zaraz za stajnią, zobaczyłem na śniegu świeży ślad bardzo dużego psa. Ale uznałem, że odwilż „powiększyła” trop i że są to ślady mojego psa. W pewnym momencie jednak koń zaczął okazywać wyraźny niepokój i nie chciał iść dalej. Pojechaliśmy więc inną trasą.
Dzień, jak to na urlopie, minął szybko i dopiero późnym popołudniem przypomniałem sobie o tamtych śladach. Poszedłem trasą porannego spaceru, znalazłem miejsce, w którym ślady przechodziły przez drogę. Żadną miarą nie był to ślad mojego psa (suka była ze mną i porównałem odcisk jej łapy z innymi odciskami na śniegu) – łapa ze śladu była dużo większa, okrągława, wyraźnie odbijały się pazury. Poszedłem tym tropem. Okazało się, że nie było to tylko jedno zwierzę – w pewnym miejscu ślad rozdzielał się, a potem znów schodził – więc szły co najmniej dwa. Psy w ten sposób nie chodzą (nie „sznurują”). Szedłem tropem dalej, prowadził na łąkę i dalej na poligon.
Tym samym jestem zupełnie pewien, że w okolicy leśniczówki pojawiają się wilki. Pojawiały się pewnie zawsze, ale w tym roku zacząłem ich jakoś bardziej wypatrywać, skoro zdarza się, że widzą je robotnicy w lesie i koledzy mieszkający w innych leśniczówkach.
Zwykle zimą było sporo wałęsających się bezpańskich psów – zbijały się w stada po kilka sztuk, polowały w lesie na sarny, a myśliwi starali się je eliminować. W tym roku ani jednej psiej watahy jeszcze nie widziałem, a do biura nadleśnictwa co jakiś czas zgłaszają się ludzie, informując o tym, że ich podwórkowe psy zostały zagryzione (i zjedzone).
Trzeci dzień wieje sakramencko zimny północny wiatr i jest średnio minus 30 st., ale wydaje się, że jest dużo zimniej. Śniegu za to tylko tyle, że zakrywa trawę, ale na sanki pójść się nie da. Konie rozgrzewają się bieganiem.
Wczoraj upolowałem lisa. Położyłem go do samochodu, po godzinie był zamarznięty na kość. Swoją drogą na taką pogodę nie ma jak czapka z lisa – dla mnie jest to najcieplejsze nakrycie głowy. Futro daje naturalną warstwę izolacyjną, lepszą niż najbardziej zaawansowane technologicznie sztuczne włókno. (Przy pracach nad popularnym dziś „polarem” analizowano podobno właściwości i sposób oddychania skór i futer dzikich zwierząt.)
Kiedyś lisie skóry kosztowały majątek, dzisiaj są raczej tanie. Lisów jest bardzo dużo – rozmnożyły się dzięki temu, że zrzucano im szczepionki na wściekliznę – przestały chorować i zaczęło ich przybywać. Polują na drobną zwierzynę (zające, bażanty), której kiedyś było w bród. Dzisiaj spotkać zająca jest dużo trudniej niż lisa, a polowanie na lisy jest w zasadzie działaniem w ochronie ginących zajęcy.
Wczoraj wyjechały dwa kolejne szczeniaki. Zostało ich jeszcze sześć, a mam wrażenie, że na podwórku zrobiło się pustawo. Za to wiem, że wszystkie, które do tej pory sprzedałem, znalazły dobre domy i będą w rękach myśliwych, którzy będą je szkolić i będą z nimi polować. W bloku, w mieście, taki pies bardzo by się męczył, a z nudów mógłby zjeść niejeden fotel, co na pewno nie spodobałoby się właścicielowi.
Na święta przyjechało sporo gości. Ponieważ niektórzy bardzo chcieli pomóc mi w rozmaitych codziennych czynnościach, zaproponowałem koledze Radkowi dojenie kóz. Kolega już wcześniej wspominał o tym, że umie doić krowę i że na pewno sobie poradzi i że bardzo chętnie spróbuje. Poszedłem razem z nim do stajni, żeby opowiedzieć mu co i jak – ile która koza daje mleka i co z mlekiem. (Kozy to z jednej strony zwykłe zwierzaki, ale każda ma swoje dziwactwa.) Wrócił po ponad godzinie z dużym garnkiem mleka, bardzo z siebie dumny. (Mnie dojenie kóz zajmuje pół godziny, ale mam wprawę.)
Ale samo dojenie kóz to dopiero połowa atrakcji – wydojone mleko przerabiam później na ser, więc uznaliśmy, że skoro koledze z dojeniem idzie nieźle, to nauczę go jeszcze robienia sera. Tym sposobem ja będę miał mniej roboty, a on więcej satysfakcji. Więc znów najpierw pokazałem mu, jak to się robi, i dalej poszło gładko. Potem już jedno i drugie szło mu naprawdę świetnie, a ja miałem święta…
Ser typu oscypek robi się prosto – do świeżego, nieschłodzonego mleka dodaję kilka kropli podpuszczki. Potem czekam, aż powstanie skrzep – trwa to około pół godziny. Następnie skrzep podgrzewam do takiej temperatury, że zawartość garnka prawie parzyła w palce (nie sprawdzałem termometrem, ile to jest, myślę, że ok. 55 stopni), a ziarna skrzepu oddzielają się od serwatki. Potem wlewam całość do dużego sitka i ręcznie sklejam ser, mocno go wyciskając. Na noc zostawiam go w ceramicznej miseczce, żeby jeszcze trochę wysechł. Rano wkładam go do solanki, gdzie leży 24 godziny. Później można go albo od razu jeść, albo jeszcze suszyć lub wędzić. Wszystkim bardzo smakuje, zarówno w wersji na kanapce, jak i na gorąco z patelni. Skrzypi w zębach jak prawdziwy góralski oscypek.
Dziś pracownicy wycinali choinki do sprzedaży. Robili to na ogrodzonej uprawie w ramach czyszczeń. Gdyby nie święta, świerczki zostałyby w lesie – przy czyszczeniach wycięte drzewa po prostu się zostawia na ziemi. A ponieważ święta za pasem i rusza sprzedaż choinek, wybrałem kilkanaście najładniejszych i zawiozłem do leśniczówki, w której jest prowadzona sprzedaż.
Na uprawę z choinkami nie wszedłem wcale – jak można by się domyślać – przez bramę, tylko przez zdewastowane przęsło płotu. Sposób, w jaki zostało ono zniszczone, budzi respekt do zwierzęcia, które to zrobiło. Przęsło zostało rozbite w drobny mak – niewielkie fragmenty (świerkowych żerdzi) rozrzucone były jakies sześć metrów dalej. Sądząc z rodzaju szkód wewnątrz płotu, musiał to być łoś – jelenie przede wszystkim spałują drzewka (ogryzają z kory), a łosie raczej zgryzają pączki boczne i szczytowe. Jeżeli drzewko jest za wysokie i łoś nie może dosięgnąć do pączka szczytowego, łamie je. Nietrudno więc stwierdzić, kto jest sprawcą szkód w uprawie… Wszystko wskazuje na to, że sprawca szkód pędził jak burza, kiedy trafił na płot.
Ludzie z okolicznych wsi coraz częściej zgłaszają do nadleśnictwa przypadki zagryzienia przez wilki wiejskich psów. Z reguły niewiele z nich zostaje. To wprawdzie dość daleko ode mnie, ale dla watahy wilków 20 km to nie jest żadna odległość – taki dystans nawet mój pies bez problemu przebiega za rowerem i traktuje jako dobry spacer. Coraz bardziej się dziwię, że moje kozy do dziś dnia dożyły w komplecie – przecież od wczesnej wiosny do później jesieni pasą się na leśnej łące. Teraz stoją zamknięte w swojej stajni.
Szczeniaki są już samodzielne i całą dobę harcują po podwórzu. Ponieważ znalazły już wszystkie dziury w płocie, nawet te, o których ja nic nie wiedziałem, wyłażą przez nie i nie sposób ich upilnować.
Mnie się nie kojarzą z tłustym kotletem, ale wilkowi…
Dzisiaj drugi szczeniak pojechał do nowego domu. (Pierwszy wyjechał w niedzielę.) Kolejne trzy są już zamówione. Szczerze mówiąc, trochę się obawiałem, że mimo umieszczenia licznych ogłoszeń w prasie myśliwskiej i leśnej nie będzie tak łatwo je sprzedać. A hodowanie dziesięciu psów, gdy wcześniej hodowało się tylko jednego, to by było spore wyzwanie …
Należałoby je wszystkie nauczyć podstawowych umiejętności, tzw. apelu – czyli posłuszeństwa, siadania, warowania i zostawania na miejscu, chodzenia przy nodze oraz przynoszenia aportu. Do tego dochodzą podstawowe zasady zachowania w domu i na podwórku – np. zakaz skakania na właściciela, leżenia na kanapie i inne, w zależności od potrzeb. No i późniejsze układanie do celów myśliwskich – np. oswajanie ze strzałem, uczenie wystawiania ptaków i chodzenia po tropie.
Podstawowa praca z każdym psem to co najmniej trzy miesiące codziennych ćwiczeń, w zależności jeszcze od konkretnego osobnika. Jedne uczą się szybciej, inne wolniej, jedne są bardzo odważne, inne trzeba zachęcać. Niektóre się boją, inne z kolei chcą dominować – do każdego psiego charakteru trzeba dopasować odpowiednie zadania.
Łaciata banda zamienia się powoli w bandę ogrodowych szkodników. Psy nauczyły się w zeszłym tygodniu kopać dziury, więc trawnik wygląda jak po tajfunie. Jałowiec rosnący pod oknem chyba nie przeżyje, bo codziennie traci nowe gałęzie. (Nie wiem, co jest takiego atrakcyjnego w kłującym jałowcu, że psiaki ogryzają gałęzie z wielkim zapałem.)
Każdy, kto wchodzi na podwórko, musi uważać na sznurówki – stanowią wielką atrakcję – no i na to, żeby nie nadepnąć któregoś pieska, bo wszystkie oczywiście kłębią się pod nogami.
Ale widać też, że będą miały dobre cechy myśliwskie – niektóre robią już klasyczną „stójkę”, czyli przyjmują pozycję informujacą pana, że zwęszyły coś bardzo atrakcyjnego. No i wszystkie reagują na gwizdek – pędzą wtedy jak szalone…
Ponieważ dziś niedziela, miałem trochę wolnego czasu i postanowiłem pojeździć konno. Jeździłem niecałe dwie godziny, ale warto było, nie tylko dla samej jazdy konnej, ale i dla tego, co udało mi się zobaczyć.
Najpierw z daleka usłyszałem głosy kruków. Potem zobaczyłem je krążące nad jakimś miejscem. Latały tam też dwa bieliki. Podjechałem bliżej. Ptaki krążyły nad resztkami padłej sarny. Dużo z niej nie zostało – prawdopodobnie została zabita przez wilki. Najwyraźniej znów zawitały w te okolice.
Jadąc dalej, w kierunku poligonu, zobaczyłem chmarę jeleni. Widok sam w sobie raczej zwyczajny, to normalne o tej porze roku, ale było ich 24! Liczyłem, jak przeskakiwały przez drogę przede mną. Pięć byków, reszta łanie i cielaki. Tak duża chmara może świadczyć o tym, że zwierzęta zbijają się w duże stada, żeby łatwiej bronić się przed drapieżnikami. Z jeleniami biegł również jeden łoś. Może towarzystwo jeleni mu odpowiada, a może postanowił do nich dołączyć, żeby czuć się bezpieczniej.
Prawie wszystkie modrzewie rosnące w okolicy poligonu mają korę obtartą aż do bielu. To charakterystyczny sposób uszkodzenia drzew przez zwierzynę, która ocierając się o nie, pozbywa się pasożytów. Modrzewiowa żywica z jakichś powodów jest dla nich korzystna – w lesie rosną wszak i sosny, i brzozy, i świerki, a poobcierane są tylko modrzewie. Tylko raz widziałem obtartą brzozę.
A wracając do obrony jeleni przed wilkami – to bronią się nie tylko ucieczką. Kiedyś mój pies pogonił samotnego byka jelenia, którego zwietrzył w lesie. Widziałem, jak ok. 50 m ode mnie przebiega jeleń, a za nim pies. Już chciałem na niego gwizdać (zrobił coś, o czym świetnie wie, że mu nie wolno), ale zanim zdążyłem użyć gwizdka, role się odwróciły – teraz jeleń gonił psa! Wyglądało to jak na kreskówce – najpierw dwie sylwetki biegną w jedną stronę, a potem w drugą. Pies powrócił do mnie bez wołania, skruszony, i udawał, że nic się nie stało i żadnego jelenia nawet nie widział…
Dzisiaj bardzo ucieszyła mnie wiadomość od znajomego ornitologa. Jest to mój kolega ze studiów. Zawsze, kiedy do mnie przyjeżdża, całymi dniami chodzi z lornetką po okolicy, a potem opowiada, co widział. Ja często proszę go o identyfikację ptaków na zdjęciach – czasami robię zdjęcia, ale nie potrafię precyzyjnie określić gatunku mimo dobrego atlasu. (Zdarza się, że różnica jest bardzo subtelna, jak np. między sikorą ubogą a czarnogłówką, gdzie o różnicy decyduje kilka piórek, które dokładnie można obejrzeć dopiero jak się trzyma ptaka w ręku.) Kiedy ostatnio był u mnie, dałem mu zamrożonegokrzyżodzioba świerkowego, którego znalazłem kiedyś pod oknem.
Dziś napisał mi, że ptaka przekazał do Zakładu Zoologii Leśnej i Łowiectwa w Katedrze Ochrony Lasu i Ekologii SGGW. Bardzo dziękowali za dostarczenie okazu w idealnym stanie zachowania i pięknej szacie przejściowej – ptak był młodym samcem, który właśnie zmieniał kolory na „dorosłe”. Mój krzyżodziób będzie więc służył do celów dydaktycznych! (Oczywiście po spreparowaniu.)
A jak trafił do zamrażarki? Któregoś dnia na wiosnę znalazłem go pod oknem. Podniosłem. Ptak nie żył, ale był jeszcze ciepły. Nie miał żadnych widocznych obrażeń, krwi czy złamań. Na pewno więc nie dopadł go pies ani kot. Ponieważ to okaz dość rzadki, zadzwoniłem do tego kolegi i zapytałem, czy jest zainteresowany ciałem ptaka. Poprosił, żeby ptaka zamrozić. Zamroziłem.
Kiedy przyjechał i po kilku dniach wybierał się do domu, przypomniałem sobie o tym „prezencie”. Kolega zachwycony wpakował pudełko z ptakiem do plecaka. Pytałem, co mogło się stać, że martwy ptak spadł pod moim oknem? Podobno mógł widzieć odbicie nieba w szybie okiennej i tam chciał dolecieć. W rezultacie zderzył się niestety z szybą. Ale dzięki temu nauka zyskała cenny eksponat… Szkoda tylko, że nie zrobiłem mu zdjęcia.
Wczoraj nasze
wyżły miały przegląd hodowlany. Przyjechał umówiony wcześniej przedstawiciel
związku kynologicznego którego jestem członkiem żeby obejrzeć szczeniaki,
sprawdzić ich kondycję, zrobić tatuaże i wydać im metryki. Powiedział, że maluchy
są duże i w świetnej kondycji. Przy tatuowaniu ucho jest nakłuwane specjalną
maszynką z numerem, a potem smarowane specjalną farbą która zabarwia nakłute
miejsca na trwałe. Suka krążyła dookoła zaniepokojona, wzbudzając dodatkowy
niepokój u tatuującego, który nie wierzył moim zapewnieniom, że raczej go nie
ugryzie …
Co oznacza
„rasowy” pies? Jest to pies z rodowodem, czyli udokumentowanym do kilku pokoleń
wstecz pochodzeniem. (Tym samym kupując wyżła mamy gwarancję, że nie okaże się
krzyżówką setera z wilczurem.) Rodowód wystawia się psu na podstawie metryki, w
której jest wymienione jego pochodzenie oraz hodowla w której się urodził.
Jeżeli kupujemy
np. sukę z metryką, i chcemy kiedyś mieć od niej szczeniaki które również będą
rodowodowe, musimy spełnić kilka warunków. Najpierw wyrobić jej rodowód.
Później, w przypadku psów myśliwskich, pokazać na trzech wystawach (sędziowie
oceniają budowę psa, jego zachowanie, uzębienie, zgodność z wzorcem rasy – tzw.
cechy eksterierowe) oraz sprawdzić na próbach polowych (tu sprawdza się
predyspozycje myśliwskie – chęć pracy w wodzie, węch, reakcję na strzał). Dzięki
temu eliminuje się z dalszej hodowli osobniki z nieprawidłową budową, wadami
zgryzu, lękliwe itp.
Jeżeli oceny z
wystaw i prób będą odpowiednio wysokie, suka otrzymuje uprawnienia hodowlane.
Pies, którym chcemy ją kryć, musi mieć też uprawnienia reproduktora (czyli
również wysokie oceny z prób polowych i wystaw). Później wypełnia się tzw.
kartę krycia, a po urodzeniu szczeniąt kartę miotu, na podstawie której po
przeglądzie maluchy dostają metryki. Te dokumenty składa się w związku
kynologicznym.
Dlatego jeżeli
ktoś nam proponuje „rodowodowe” szczeniaki, a nie mają metryk i nie pochodzą od
rodziców posiadających uprawnienia hodowlane, to nie ma racji.
Co roku zdarza się, że do domu coś wleci. Zagubione wiosną młode sikorki i inne drobiazgi nie budzą już niczyich emocji – trudno je tylko wygonić, bo wystraszone obijają się o wszystko w pokoju, ale w końcu znajdują drogę na zewnątrz. Sikorki wpadają często do domu, zwabione widokiem muchy po drugiej stronie szyby. Przecież każda mucha to potencjalna przekąska. (Zdecydowanie przeszkadzają im kaktusy – kiedyś sikorka, która wleciała do pokoju, chciała chwilkę odpocząć, ale niefartownie wybrała właśnie kaktus rosnący w doniczce. Najpierw zdziwiona podniosła do góry jedną nóżkę, a potem z wyraźną dezaprobatą zerwała się do lotu – kto to widział, żeby kwiatki kłuły w nogi???!!!)
Oprócz sikorek łapałem już w pokoju nietoperza (kilka razy) oraz puszczyka.
Puszczyk, który złożył mi niedawno niespodziewaną wizytę, robił na górze tyle hałasu, że byłem przekonany, że znalazło się tam jakieś duże zwierzę. Moje zdumienie było ogromne, kiedy wszedłem do pokoju i zobaczyłem wielkie oczy, wielkie pazury i trochę szarego puchu. Puszczyk, próbując się wydostać z pomieszczenia, trochę musiał się poobijać, bo udało mi się w końcu wziąć go w ręce (gdyby nie był już bardzo zmęczony, raczej byłoby to niemożliwe). Zdziwiony byłem bardzo – trzymałem w rękach stworzenie, którego rzeczywisty rozmiar był porównywalny z rozmiarami większego telefonu komórkowego, podczas gdy z wyglądu wydawało się, że ptak jest kilka razy większy. Wystawiony za okno gość bezszelestnie odfrunął w noc. Potem czasami odzywał się gdzieś z okolicznych drzew. Musi mieszkać gdzieś blisko.
Wracając z lasu, zauważyłem koło domu stadko nieznanych mi ptaków. Mogły to być mazurki, bo jak mówił mój kolega ornitolog, który był u mnie przez weekend, słychać je w okolicy. Poszedłem więc do domu po aparat, wyszedłem przed drzwi i… nie tylko usłyszałem serię strzałów z kilkudziesięciu karabinów, ale jeszcze zobaczyłem ogień z wybuchającego niedaleko domu ładunku. Powtórzyło się to jakieś dwa lub trzy razy.
Mieszkam na poligonie saperskim, to fakt. Zdarzają się tu intensywne ćwiczenia, w wyniku których w oknach drżą szyby, a na suficie i ścianach pojawiają się rysy. Ale jak tylko wojsko kończy „wojnę”, to szybko o tym zapominam – takie ćwiczenia trwają nie dłużej niż kilka dni. Ale czegoś takiego jak tu mieszkam, czyli od 10 lat, jeszcze nie widziałem. Mam nadzieję, że nie była to ostra amunicja. Ale ciekawe, dlaczego strzelanie było prowadzone tak blisko leśniczówki?
Mazurki, które chciałem sfotografować, oczywiście uciekły, a zdjęć „wojennych” nie zrobiłem, bo byłem tak zaskoczony sytuacją, że zapomniałem, że mam w ręku aparat.
Banda wyżłów rośnie w oczach. Kasza już im nie wystarcza. Na szczęście są już na tyle duże, że mogą jeść zwykłe „psie” jedzenie, czyli ryż z mięsem. Karmię je co najmniej cztery razy dziennie. Widać już powoli, jakie mają charaktery, które są odważniejsze, które groźnie szczekają, a które umieją najlepiej kombinować, żeby znaleźć się zawsze jak najbliżej miski.
Kiedy kupuje się psa, warto go poobserwować w grupie z innymi – wtedy można sporo powiedzieć o jego cechach w porównaniu z resztą szczeniaków i wybrać sobie tego, którego charakter najbardziej nam odpowiada. Ponieważ dałem ogłoszenia, że mam do sprzedania szczeniaki, dzwoni sporo osób nimi zainteresowanych. Ale jak dotąd tylko jeden myśliwy zapytał, czy zanim kupi psa, może przyjechać wcześniej i przyjrzeć się wszystkim.
Dzisiaj idąc przez las, widziałem pod rozłożystym świerkiem legowisko jeleni. Było tam pięć miejsc dobrze wyleżanych w mchu. Dookoła śnieg, a pod okapem świerku sucho. Wyglądało na to, że je spłoszyłem, bo ślady były świeże. Szedłem potem jakiś czas ich tropem i widziałem tę chmarę kilka razy.
Jelenie na otwarte przestrzenie, jak pola i łąki, najczęściej wychodzą o zmierzchu. Dzisiaj koło domu widziałem je około szesnastej, na łące za leśniczówką. Ale były to inne jelenie niż te, które tropiłem w dzień.
Na łąkach i polach szukają traw i ozimych zbóż. Jeżeli żerują nocą w lesie, to np. na skrajach dróg, małych polankach, w młodnikach. Zgryzają pędy krzewów, sadzonki na uprawach, spałują (ogryzają) ścięte kłody drewna. Zimą specjalnie dla nich ścina się osiki, z których chętnie ogryzają korę.
Z reguły również pod koniec czwartego kwartału, czyli w grudniu, wykonuje się czyszczenia późne w sosnowych młodnikach (jeżeli w danym leśnictwie są one akurat w odpowiednim wieku). Zwykle nie pozyskuje się wtedy drewna, tylko przerzedza drzewka, a ścięte pozostawia na ziemi. To dla jeleni cenna baza pokarmowa. Normalnie młodnik, który nie jest już chroniony płotem, jest poza zasięgiem pyska – młoda, miękka kora stanowiąca przysmak jest za wysoko, a ta niżej jest już za twarda. Dlatego ścięte drzewka cieszą się dużym powodzeniem, i jeżeli jest ich sporo, jelenie nie szukają innego pokarmu i nie szturmują płotów, gdzie rosną o wiele niższe sadzonki.
Piszę o zimie i śniegu, bo u mnie od czterech dni pogoda już grudniowa. Śniegu jest ok. 10 cm. Kiedy rano jestem w lesie, widzę mnóstwo świeżych śladów. Tak naprawdę to najłatwiej właśnie chodząc zimą po lesie, zobaczyć, ile żyje tu zwierząt.
Las w nocy wcale nie śpi. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie – zwiększa się nawet aktywność zwierząt, które w dzień zajmują swoje schronienia, a nocą żerują.
Typowym zwierzęciem, które prowadzi taki tryb życia, jest na przykład zając. Jeżeli w dzień spotkamy na polu zająca, to nie oznacza, że właśnie tam żerował, ale że spał gdzieś przyczajony w swojej kotlince.
Podobnie zachowują się dziki, które w dzień jest bardzo trudno zobaczyć. Przebywają wtedy w swoim barłogu, a nocą wychodzą w poszukiwaniu jedzenia, i są w stanie pokonać nawet kilkadziesiąt kilometrów odwiedzając różne miejsca. Włóczą się najczęściej całą watahą – rodziną składającą się z matki (lochy) oraz jej potomstwa w różnym wieku. Locha prowadzi małe, tegoroczne warchlaki oraz zeszłoroczne potomstwo – przelatki. Jedna wataha to kilkoro zwierząt, a jeżeli w watażce są dwie lub więcej prowadzące lochy, to może liczyć nawet około 30 sztuk! Watah nie jest łatwo zobaczyć, można za to je usłyszeć – bez problemu, bo hałasują. Można się do nich zbliżyć, idąc za nimi, na końcu, byle pod wiatr i po cichu.
Dziki często żerują w tych samych miejscach i powracają tam, gdzie jest dużo jedzenia, np. na pole z ziemniakami czy kukurydzą. Nad ranem wracają do barłogu. Zdarza się, że dziki nie mają swojego barłogu w lesie, jeżeli mają pod dostatkiem żywności i zapewnione poczucie bezpieczeństwa – na przykład jeżeli wataha dzików wejdzie w kilkudziesięciohektarowe pole zarośnięte kukurydzą, to dopóki kukurydza nie zostanie skoszona, dziki z niej nie wychodzą, bo i po co.
Najłatwiej w nocy spotkać chyba jeża. Kiedyś siedziałem przy ognisku z psem, który od czasu do czasu przeszukiwał okoliczne zarośla. Nagle zaczął zajadle szczekać. Kiedy podszedłem zobaczyć, kogo tam napastuje, okazało się, że próbuje wziąć do pyska kolczastą kulę, ale oczywiście bezskutecznie. Ponieważ był to jeszcze mały szczeniak, długo musiałem mu tłumaczyć, że polowanie na jeże mnie nie interesuje i żeby go zostawił w spokoju.
Nocą las wygląda zupełnie inaczej – jeszcze o tym napiszę.
Moje stado wyżłów skończyło
właśnie miesiąc. Rosną jak na drożdżach. Dwa tygodnie temu zdecydowałem, że
trzeba je eksmitować z domu. Po pierwsze dlatego, że robiły się coraz
ruchliwsze i zaczynały wychodzić z koszyka. Po drugie dlatego, że te, które
wyszły, wędrowały po kuchni, piszcząc, a suka uważała, że skoro są w zasięgu
jej wzroku, to nie ma powodu do niepokoju. Tak więc co jakiś czas, w nocy też,
trzeba było je zbierać i pakować z powrotem do kosza. (Dodam, że były jeszcze
ślepe. Gdyby były tak aktywne jak teraz, rozpełzłyby się po całym domu i
pozbieranie ich wszystkich zajmowałoby znacznie więcej czasu.) Trzeci powód
wyprowadzenia psiaków na dwór był taki, że było jeszcze względnie ciepło na
zewnątrz i miały szansę się przyzwyczaić do stopniowego ochładzania się pogody.
Gdyby je wynieść zimą nagle na dwór, nie zdążyłyby się zahartować.
Zrobiłem im budę. Dużą. Z
podwójnymi ściankami ocieplonymi styropianem. Na dachu – wełna mineralna. Pełen
luksus. Postawiłem ją w stodole – żeby miały jeszcze cieplej. Włożyłem psiaki
do środka, a suce kazałem do nich wejść. Zdziwiona (nigdy wcześniej nie
mieszkała w budzie) stała nad nimi i patrzyła na mnie pytająco. Pojechałem do
pracy. A kiedy wróciłem, wszystkie pieski zastałem przeniesione do gniazda
zrobionego pomiędzy belami siana. Ciekawe, że w domu nie chciała ich przynieść
spod stołu do koszyka, a teraz przeniosła wszystkie i to spory kawałek. Tak
więc banda mieszka w stodole i ma
się coraz lepiej – psiaki rosną i zaczynają już się bawić między sobą,
szczekają i warczą.
Od zeszłego tygodnia zaczęliśmy je dokarmiać kozim mlekiem z kaszą manną. W naturalnych warunkach nie byłoby
szans, żeby wszystkie 10 przeżyło – suka nie dałaby rady ich wykarmić. Ale i
tak chodziła smętna i miała tak podrapane sutki, że trzeba ją było ratować.
Pomogło najpierw oklejenie psiakom przednich łapek papierową taśmą malarską, a
po dwóch dniach przycięcie pazurków. Niedługo wyrosną im pierwsze zęby i będą
mogły dostać do gryzienia kość, a oprócz kaszy z mlekiem specjalną suchą karmę
i mielone mięso. Chwilowo więcej w domu gotujemy dla psów niż dla ludzi, bo
suka dostaje jedzenie cztery razy dziennie, szczeniaki trzy razy, a obiad dla
nas przy tym to małe miki.
Ponieważ pojawił się kot, nie zdziwiłem się ani trochę, kiedy wczoraj wieczorem zaczął padać śnieg. Do południa wprawdzie stopniał, ale pierwszy znak zimy był.
Konna przejażdżka
Ale do rzeczy. Kilka dni temu wybrałem się po pracy na konną przejażdżkę. Koń jest młody i nie do końca ujeżdżony, dlatego muszę jak najczęściej na niego wsiadać, żeby uczyć go współpracy z jeźdźcem. Kiedyś bał się nawet spadających z drzewa liści. Teraz jest już mniej płochliwy, ale w siodle muszę bardzo uważać. Wybraliśmy się na pobliski poligon saperski. Po drodze zauważyłem żerującą w trawach sarnę. Koń zauważył ją chwilę wcześniej, i już zbierał się do „lotu”, bo wystające z traw sarnie uszy wydały mu się najstraszniejsze na świecie. Udało mi się przywołać go do porządku. Sarna uciekła. Przez poligon pojechałem na poletko łowieckie, żeby zobaczyć, czy przychodzi tam zwierzyna, i jaka. Potem jeszcze sprawdziłem, dokąd prowadzi jedna droga, którą często mijam samochodem i zawsze chciałem w nią wjechać, ale nigdy nie było okazji. Kiedy wracałem do domu, ze stajni słychać było coraz głośniej rżenie drugiego konia, który został sam i wołał kolegę.
Wypadek na poligonie
Następnego dnia pojechałem do biura nadleśnictwa, gdzie w swojej „skrzynce” na informacje urzędowe znalazłem pismo, którego lektura mnie zmroziła. Otóż pracujący na poligonie na zlecenie armii geodeta został ranny w szyję. Nie słyszał ani nie poczuł kuli, która go zraniła. Myślał, że coś go ugryzło i po skończonej pracy poszedł do przychodni opatrzyć ranę. Okazało się, że w jego szyi tkwi kula karabinowa… Miał chłop niebywałe szczęście i jedną szansę na milion, że kula weszła w taki a nie inny sposób i utkwiła pod językiem, a on to wszystko przeżył. Pechowy geodeta nie zgłosił w komendzie poligonu, że jedzie robić pomiary, a w pobliżu prowadzono strzelania z ostrej amunicji.
Ponieważ na poligonie manewry są prawie cały czas, mieszkańcy okolicy już się do tego przyzwyczaili. Nawet moje konie nie reagują na odgłos strzału, choć widok czołgu trochę je jeszcze przeraża. Zagrożenie wypadkiem jest jednak całkiem realne. Od teraz, żeby wejść lub wjechać na poligon (co często muszę robić w celach służbowych), trzeba zgłosić się do oficera dyżurnego. Tak samo trzeba zgłosić wyjazd z poligonu. No i cały czas nosić jaskrawą, widoczną z daleka kamizelkę. Ale lepsze to niż zabłąkany rykoszet…
Jak widać, zbieranie grzybów na poligonie może być zajęciem śmiertelnie niebezpiecznym – naprawdę nie warto ryzykować. Przy wszystkich drogach prowadzących na poligon stoją tablice ostrzegawcze – nie ignorujmy ich.
W moim przydomowym zwierzyńcu, na który składają się dwa konie, osiem kóz oraz 10 małych wyżłów i jeden duży, na przychodne pojawia się również kot. Pierwszy raz zauważyłem go chyba rok temu, jesienią. Po prostu przyszedł z lasu i jakby nigdy nic zaczął łapać myszy. Wiosną zniknął bez śladu. Kilka dni temu zauważyłem, że znów przyszedł – siedzi na strychu stajni i czuje się jak u siebie. To nieduży, szaro-biały kotek (a może kotka). Wygląda na „domowego”, ale musi mieszkać w lesie, bo w promieniu kilku kilometrów od mojej leśniczówki nie ma innego domu.
Kot ten działa jak barometr. Poprzedniej zimy wyglądało to tak: kiedy temperatura rośnie i utrzymuje się powyżej zera, kot znika. Pojawia się za to na kilka godzin przed opadami śniegu lub nadejściem silnego mrozu. Jest lepszy niż najlepszy meteorolog – prognozuje precyzyjnie, z wyprzedzeniem 12-godzinnym. No i oprócz pełnienia funkcji barometru eliminuje myszy, których jest zatrzęsienie (w domu złapało się ich w pułapki ponad 10, w stajni i stodole trudno określić, ile ich jest).
Kot ma swoje metody na przetrwanie, które wprawiły nas w ogromne zdumienie. Co zrobił, kiedy pies go zaskoczył i zaczął obwąchiwać? (Byłem pewien, że skończy się poharatanym psim nosem albo rozszarpaniem kota na strzępy.) Otóż kot zaczął się do psa łasić… Suka zdębiała, nie wytrzymała tego nerwowo i uciekła. Oczywiście nadal goni kota, ale jeżeli uda jej się go dogonić, kończy się na obwąchaniu i nie ma żadnych dramatów. Najwyraźniej jest to obustronna zabawa, w której chodzi głównie o to, żeby sobie pobiegać…
Wciąż jestem na zwolnieniu. Nad ranem zaskoczył mnie telefon z policji. Wezwano
mnie do wypadku, w którym samochód
uderzył młodego łosia. Zwierzak zginął. Ofiar w ludziach na szczęście nie było,
ale pasażer feralnego samochodu, kiedy z nim rozmawiałem, był wciąż blady.
Jak doszło do wypadku? Dwóch żołnierzy jechało rano na służbę do pobliskiej
jednostki drogą przez las. Na tym odcinku większość samochodów osiąga prędkość
ok. 100 km/h, nie zważając na znak ostrzegający o możliwości pojawienia się
zwierząt na drodze. Żołnierze widzieli, jak przez drogę przechodzi dorosły łoś
– była to klempa, czyli samica. Kierowca zaczął hamować. Kilka chwil potem z
krzaków wyskoczył młody łoś (łoszak). Samochód podobno uderzył w niego z naprawdę minimalną prędkością. Łoś wpadł na
przednią szybę, ale na szczęście siła uderzenia nie wrzuciła go do środka
samochodu. Całe szczęście, że kierowcy udało się naprawdę bardzo zredukować
prędkość – uratowało to życie i jemu i pasażerowi. Żołnierze wezwali policję, a
policja zadzwoniła do mnie.
Trzeba było podpisać protokół, który stwierdzał, że na miejscu faktycznie
zginął łoś, a nadleśnictwo zostało o tym powiadomione i zobowiązuje się
uprzątnąć martwe zwierzę. Martwego łosia zabrał leśniczy łowiecki.
Co zrobić, jeżeli komuś przydarzy
się taki wypadek? W pierwszej kolejności trzeba zadzwonić na policję. Jeżeli
zwierzę jest chronione, będzie przekazane do badań odpowiedniej placówce
naukowej. Jeżeli jeszcze żyje, należy się nim odpowiednio zająć, ale to również
pozostawiamy leśnikom. Najlepiej nie dotykać takiego zwierzaka – nigdy nie
wiadomo, czy nie jest na coś chory. Należy również powiadomić miejscowe
nadleśnictwo (często robi to sama policja).
Wracając do domu, myślałem, że trudno będzie mi pamiętać o tym, żeby zdjąć nogę
z gazu w pobliżu tego feralnego miejsca. Bardzo często przebiegają tam przez
drogę sarny. Kiedyś widziałem tam rozjechanego bobra. Jeleni i łosi w
pobliskich lasach jest naprawdę dużo. Praktycznie w każdej chwili z
przydrożnych zarośli może wybiec jakieś zwierzę. Szybkie samochody, szerokie
szosy – to wszystko jest super. Ale czy zostawiamy trochę miejsca dla dzikiej przyrody?
Już od jakiegoś czasu – może od dwóch tygodni – widać na niebie klucze żurawi. Zaczynają zlotowiska pod koniec sierpnia, we wrześniu zbierają się w dużych grupach (liczących nawet po kilka tysięcy ptaków), a teraz – czyli na początku października – już na dobre odlatują. Żurawie mieszkające od wiosny do jesieni na terenie Polski zimują we Francji, na półwyspie Iberyjskim oraz w północnej i wschodniej Afryce (tę informację podaję za atlasem „Ptaki Polski” Andrzeja Kruszewicza). Widok takiego klucza na niebie jest bardzo ciekawy – na początku lotu ptaki zmieniają formacje, krążą, kołują, a potem przyjmują jakąś docelową kolejność i znikają za horyzontem. Bardzo lubię je obserwować. Nie jest to trudne – zawsze najpierw słychać ich głosy, i wtedy trzeba się po prostu rozejrzeć po niebie.
Słuchając odgłosów lecących żurawi, odbierałem dzisiaj z podleśniczym drewno tartaczne. Było tego ok. 500 sztuk, więc zajęło nam to sporo czasu. Robota prosta, ale czasami może się w głowie zakręcić – nabić numer, pomierzyć, wpisać do rejestratora, przejsć ze wszystkimi klamotami do kolejnej mygły – następna sztuka, następna sztuka… i tak 500 razy…
Nie ma wątpliwości, że już jesień na całego. W lesie skończyły się grzyby, więc ustał również najazd grzybiarzy, który trwał dobre półtora miesiąca.
Za to rozpoczyna się pora polowań – przede wszystkim na dziki i jelenie. Oficjalnie zimowy sezon łowiecki rozpoczyna zawsze polowaniem w Dniu Świętego Huberta – patrona myśliwych – 3 listopada. Po „Hubertusie” są organizowane polowania zbiorowe na grubą zwierzynę, czyli właśnie jelenie i dziki. Indywidualnie można polować wcześniej, zgodnie z kalendarzem łowieckim, określającym dokładnie, w jakim terminie i na jaką zwierzynę się poluje.
Dzisiaj rano moja suka była niezwykle nerwowa. Najpierw domagała się wypuszczenia z domu, a potem znikała i pojawiała się w bardzo nietypowych miejscach. Wyglądało na to, że szuka miejsca na gniazdo, chociaż w domu miała przygotowane legowisko. Potem zniknęła na dobre. Byłem pewien, że schowała się w stodole. Ma tam swoje miejsce, gdzie chowa na później kości, które dostaje. Uznała, że szczeniaki będą tam najbezpieczniejsze.
Za jakiś czas usłyszałem nowy dźwięk – piszczały małe wyżły! Urodziły się rano, koło 10. Było ich trzynaście, ale trzy martwe. Natura chyba sama zdecydowała, co będzie najlepsze – suka ma tylko dziesięć sutków i z wykarmieniem całej trzynastki byłby problem. Wieczorem zaczęło się robić zimno – zdecydowałem się przenieść szczeniaki do mieszkania. Łatwiej tu będzie się nimi opiekować. Suce też chyba będzie lepiej, w końcu odkąd ją mam, mieszka w domu.
Niedziela zapowiadała się pięknie. Od rana
słońce, ciepło – piękny jesienny dzień. Poprzedniego dnia przyjechał do mnie
kolega i po śniadaniu postanowiliśmy pójść do lasu. Po drodze zajrzeliśmy na
pastwisko. Dzień wcześniej przestawialiśmy tam słupki ogrodzenia, żeby konie
miały większy wybieg. Nie zostało już za dużo ciepłych dni i trawa niedługo
straci swoją wartość jako pasza.
Ale im bardziej patrzyliśmy na pastwisko, tym
bardziej koni tam nie było. Sprawdziliśmy ogrodzenie zrobione z elektrycznego
pastucha. W jednym miejscu słupki były przewrócone, w innym brakowało dobrych
kilkudziesięciu metrów linki. Koni ani śladu. W nocy musiały z lasu na łąkę
wyjść jelenie i przerwać ogrodzenie. Tropiciel to sprawność, którą zdobyłem w
podstawówce - dawno temu, więc nie było łatwo. Grzybiarze mówili nam, że widzieli je w
różnych miejscach – raz tu, raz tam. Całą niedzielę spędziliśmy z kolegą
jeżdżąc po lesie i okolicznych poligonach na zmianę samochodem i rowerami,
sprawdzając różne możliwe miejsca i weryfikując relacje grzybiarzy.
Po drodze spotkaliśmy kolumnę czołgów, która
mknęła przez las do swojego obozowiska nad jeziorem. Ziemia drżała od
rozpędzonych maszyn, robi wrażenie. Miejsca gdzie czołgi przejeżdżały przez
drogę do wsi pilnowało dwóch żołnierzy w jaskrawożółtych kamizelkach. Ale
twarze mieli pomalowane w kamuflaż.
Kiedy póżnym popołudniem wróciliśmy do domu,
zmęczeni i wkurzeni, zauważyłem konie na łące przed domem....
W ogrodzie przy leśniczówce rośnie dzika leszczyna. W zeszłym roku – i w poprzednich latach zresztą też – prawie nie owocowała, więc w tym roku nawet nie sprawdzałem czy w ogóle ma jakieś orzechy. A ponieważ krzak rozrósł się znacznie, w zeszłym roku przyciąłem go dość radykalnie, co jak się okazało niedawno, dało efekt pozytywny.
Któregoś rana obudziło mnie dziwne stukanie za oknem. Coś – ktoś – stuka regularnie przed siódmą rano, zabierając mi ostatnie minuty snu (leśniczy pracuje teoretycznie od siódmej do piętnastej, ale wiadomo, że jak trzeba, to jest w lesie już przed szóstą rano albo późno po południu). Po kilku dniach z pomocą psa udało mi się ustalić rozbijacza orzechów – dzięcioł. Mój pies (wyżeł czeski szorstkowłosy) będący psem myśliwskim do polowań na ptaki pokazuje swoją postawą gdzie czuje ptasi zapach. Zacząłem się więc przyglądać wskazanemu krzakowi i po dłuższej chwili wyleciał z niego zaniepokojony naszą obecnością dzięcioł. Ale jak się okazało nie był on jedynym amatorem naszych orzechów.
Pojawia się również orzechówka, jak sama nazwa wskazuje – ptak bardzo lubiący orzechy. To rzadki i chroniony gatunek, ale w mojej okolicy spotykany dość często. Bardzo trudno jej zrobić zdjęcie – jest ogromnie płochliwa. Ale za to łatwo poznać jeżeli już uda się ją zobaczyć – upierzenie to charakterystyczne ciemne pióra z pojedynczymi białymi „kropkami”. Pod ogonem białe, a na końcówkach skrzydeł całkiem czarne. Jest mniejsza trochę od sroki, a trochę większa od sójki (32-35 cm, waga ok. 200g – te informacje podaję za atlasem „Ptaki Polski” A.Kruszewicza). Charakterystycznie skrzeczy.
Zacząłem obserwować krzak leszczyny z coraz większą uwagą. No i zacząłem zbierać orzechy. Bo oprócz ptaków pojawiły się również wiewiórki. Jest ich chyba cała rodzina. Przychodzą z pobliskiego świerkowego lasu, gdzie widać je dosyć często. Wędrują górą płotu – czasami po dwie – okalającego leśniczówkę, wdrapują się na rosnący w ogrodzie świerk i z niego przeskakują na leszczynę, skąd taśmowo noszą orzechy do jakiejś swojej dziupli. Pies początkowo szalał – próbował wchodzić na płot i na drzewo, ale oczywiście bezskutecznie. Kolejne kilka dni pilnował odcinka płotu po którym wiewiórki biegały po orzechy, startując z głośnym szczekaniem do każdego intruza. Teraz z filozoficznym spokojem wygrzewa się na ganku w ostatnich ciepłych promieniach słońca i patrzy jak rude stworzonka robią zapasy. Od czasu do czasu je pogoni, ale coraz rzadziej. Chyba już się do nich przyzwyczaił. Wiewiórki za to zintensyfikowały działalność poranną, kiedy pies jeszcze jest w domu. Dlatego udało mi się zrobić zdjęcie przez otwarte okno pokoju.
Niedawno odkryłem na strychu nad stajnią gniazdo szerszeni. Zobaczyłem je właściwie przypadkiem w trakcie układania siana. Podniosłem głowę do góry i... zamarłem. Wysoko, tam gdzie zbiegają się obie połacie dachu, wisiała spora półkula. Wyglądała jak szary, papierowy abażur. Od spodu widać było plastry z komórkami. Chciałem zrobić zdjęcie, ale było po pierwsze za ciemno, a po drugie - trochę strach.
Pomyślałem, że spróbuję poradzić sobie z nimi sam. W zeszłym roku szerszenie założyły gniazdo w nieużywanej przez ptaki budce lęgowej. Wtedy pomogła duża ilość wody - włożyłem do budki gumowy wąż do podlewania ogrodu. Gniazdo zostało zniszczone, szerszenie się wyniosły, ale nie od razu. Przez kilka dni jeszcze krążyły po okolicy, a wieczorem zlatywały się do lampy przed domem.
Tym razem nie mogłem zastosować pomysłu z wodą. Pomyślałem, że skoro lecą do światła, wystarczy powiesić przy lampie na strychu dużo lepów na muchy, a problem przynajmniej częściowo się rozwiąże. Niestety okazało się, że lep, który człowiekowi skutecznie skleja palce, dla tych owadów nie stanowi problemu. Spacerowały po nim, jakby był zwykła tasiemka. No, kilka może się bardziej okleiło, te spadły na ziemię i próbowały się wyczyścić. Niektórym się udało. Szerszenie są nieprawdopodobnie silne.
Uświadomiłem też sobie, że nie powinienem chodzić w nocy po podwórku z latarką czołową - spotkanie z szerszeniem mogłoby mieć fatalne skutki. Człowiek uczulony na jad tego owada po użądleniu może nawet umrzeć.
Zdecydowałem się zadzwonić do straży pożarnej. Strażacy mają obowiązek pomagać w takich sytuacjach. Trzeba przyznać, że zareagowali dość szybko - zjawili się, według zapowiedzi, po jakichś dwóch godzinach od zgłoszenia. Dwaj ubrali się w specjalne skafandry, zabezpieczające ich od stóp do głów. (Gumowe buty i rekawice, kombinezon oraz dopinany do niego kapelusz z siatką.) Najpierw obejrzeli gniazdo, potem wciągnęli na strych drabinę, owinęli kokon workiem i zerwali go z belki. Po wyniesieniu na podwórko zanurzyliśmy worek w wiadrze z wodą i przycisnęliśmy kamieniami. Chcieli go zabrać ze sobą, ale poprosiłem ich żeby zostawili, to obejrzę sobie to gniazdo dokładnie jak szerszenie się potopią. Następnego dnia wyjąłem worek z wody i miałem do niego zajrzeć, ale musiałem pojechać do lasu i całkiem o nim zapomniałem. Zajrzałem po południu - owady na słońcu obeschły i... zaczęły się ruszać! Dobrze, że worek był zawiązany. Czym prędzej znów włożyłem go do wody. Wyjąłem po kolejnej dobie. Co było w środku? W około trzylitrowej pojemności kokonie było około stu dorosłych osobników. Na zewnątrz pozostało drugie tyle - co najmniej. Pochowały się w szparach dachu, wciąż jeszcze latają po podwórku. Wewnątrz kokonu znajdowały się trzy plastry wypełnione białymi, grubymi larwami mającymi ok. 2-3 cm długości. Samych larw było około trzystu. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wszystkie one przekształciły się w dorosłe osobniki...
Znajoma pszczelarka, która ma pasiekę jakieś 300 metrów od lesniczówki, kiedy opowiedziałem jej tę historię, powiedziała, że szerszenie polowały na pszczoły. Dobrze że udało się ich pozbyć - mam nadzieję że tym razem na dobre.
W dniach 17-18 sierpnia, już po raz siódmy, w miejscowości Wojnowo na
Mazurach (w pobliżu Rucianego – Nidy) zorganizowane zostało Święto
Konika Polskiego. Pojechałem tam już po raz drugi. Pierwszy raz byłem w
zeszłym roku, zachęcony przez organizatorów imprezy od których zeszłej
wiosny kupiłem szarego konika.
Koniki polskie, potomkowie dzikich tarpanów, są dziś wpisane w
krajobraz Mazur tak samo jak tutejsze jeziora, lasy i budynki z
czerwonej cegły. Ale wbrew ogólnej opinii, nie można spotkać ich
wyłącznie w rezerwacie PAN w Popielnie czy w parku dzikich zwierząt w
Kadzidłowie. Małe, szare koniki z charakterystyczną czarną pręgą wzdłuż
kręgosłupa hodowane są również przez osoby prywatne. Właściciele takiej
prywatnej, ale sporej hodowli, Anna i Sławomir Niedbalscy z Wojnowa, we
współpracy ze Stacją Badawczą PAN w Popielnie, od lat robią wiele dla
popularyzacji rasy koników polskich. Dzięki ich inicjatywie coraz
więcej osób decyduje się na kupno i hodowlę tej rasy koni. Dodatkową
zachętę od kilku lat stanowią dotacje do hodowli wypłacane z unijnych
funduszy.
Organizowane co roku Święto Konika Polskiego jest nie tylko spotkaniem
wielbicieli koników, ale również pokazem ich możliwości w ramach
Wszechstronnego Konkursu Konika Polskiego. Pierwszy dzień imprezy to
rajd długodystansowy. W rajdach konnych z reguły oglądać można konie
arabskie, angielskie i inne szlachetne rasy, w konkurencji z którymi
prymitywna rasa jaką jest konik polski, nie ma szans. Natomiast rajd
organizowany specjalnie na konikach polskich jest dużą atrakcją. Trwa
dłużej niż trwałby przejazd trasą podobnej długości (ok. 20 km) na
koniach szlachetnych, ale jest wspaniałą okazją do pokazania możliwości
koników oraz ich jeźdźców. Na konikach startują bardzo młodzi ludzie -
uczniowie – i nie chodzi tu wyłącznie o zwycięstwo i prezentację
jeździeckich umiejętności na najwyższym poziomie, ale o dobrą zabawę i
dotarcie do mety. (Minimalny wiek konika to 48 miesięcy, wiek zawodnika
12 lat.) Drugi dzień święta konika to próba terenowa oraz wyścig na
czas i prelekcja plenerowa o konikach polskich prowadzona przez dr inż.
Zbigniewa Jaworskiego, który od bardzo wielu lat bada koniki w stacji
PAN w Popielnie.
Na zakończenie święta konika odbywa się tradycyjny festyn na boisku
szkoły w Wojnowie. Można podziwiać pracę lokalnych artystów, próbować
regionalnych przysmaków oraz uczestniczyć w pokazie ujeżdżania konika
polskiego prowadzonym przez prawdziwych kaskaderów.
Konik polski to potomek dzikich koni – tarpanów, których ostatnie
sztuki około 1780 roku wyłapano w Puszczy Białowieskiej i przeniesiono
do zwierzyńca hrabiego Zamoyskiego w okolicach Biłgoraja. Kilkadziesiąt
lat później konie zostały rozdane okolicznym chłopom, którzy przez
prawie sto lat krzyżowali je z posiadanymi końmi domowymi. Na początku
XX wieku dwaj naukowcy zauważyli w okolicy Biłgoraja konie podobne z
opisu do wzmiankowanych w źródłach historycznych tarpanów. Dzięki
zainteresowaniu profesora Uniwersytetu Poznańskiego, Tadeusza
Vetulaniego, rasa została odtworzona i nazwana „konik polski”.
Wyznaczono też cechy, które kiedyś były charakterystyczne dla tarpanów,
a obecnie są typowe dla koników polskich. To niewielki wzrost (110-130
cm), myszata barwa, ciemna pręga na grzbiecie i czasami ciemne pręgi na
nogach. W Polsce żyje obecnie około 570 klaczy hodowlanych i ok. 120
ogierów hodowlanych wpisanych do tzw. ksiąg stadnych (czyli
„rodowodowych”). Całość populacji szacuje się na około 1000 sztuk. Tyle
samo mniej więcej znajduje się na terenie Holandii (zostały sprzedane
do różnych rezerwatów). Po kilkadziesiąt sztuk koników z polskich
hodowli zostało sprzedanych również do Francji, Belgii i na Węgry.
Coraz częściej koniki polskie hoduje się w tzw. hodowli wolnej, gdzie
przez cały rok pozostają na wolnym powietrzu i nawet w największe mrozy
i śniegi nie są sprowadzane do stajni. Okazuje się, że tego typu
hodowle, podobnie jak hodowle rezerwatowe (w przypadku rezerwatu konki
mają do dyspozycji o wiele większy teren), wpływają korzystnie na
utrwalanie tych cech biologicznych, które zanikają w hodowli stajennej
– konie są zdrowe, nie wymagają interwencji weterynarzy, świetnie radzą
sobie w terenie zarówno jeżeli chodzi o znajdowanie pożywienia, jak i
schronienia. Nawet te źrebięta, które przychodzą na świat w zimie, w
czasie silnych mrozów, potrafią przeżyć bez pomocy człowieka. Nie ma
wątpliwości, że sa to zwierzęta wybitnie przystosowane do życia w
trudnych warunkach – na Mazurach zima czasami trwa pół roku.