Na zdjęciu widać fragment
powierzchni zrębowej. Widać też wyraźnie, że uprzątnięcie „dorosłego”
drzewostanu nie musi się kończyć katastrofą dla rosnącego niżej samosiewu.
Jeżeli jakość i skład gatunkowy samosiewu są korzystne dla hodowania następnego
pokolenia lasu, oczywisty jest fakt, że należy z tego skorzystać. Wtedy zaraz
po uprzątnięciu starodrzewu od razu można mieć gotową uprawę, a powierzchni nie
trzeba orać, siać lub sadzić, grodzić, chronić przed zwierzyną. Wystarczy ją
pielęgnować – przerzedzać. Zaoszczędza się sporo kosztów i pracy, a jakość
drzewek jest pierwszorzędna (pisałem o tym jakoś niedawno).
To co zrobiłem w tym roku –
usunąłem starodrzew – należało zrobić nawet wcześniej, gdyż było już trochę za
gęsto, pod okapem starych świerków robiło się za ciemno, co mogło mieć wpływ na
zdrowotność odnowienia naturalnego. Jednak dopiero teraz, kiedy pojawiła się
dobra koniunktura na sprzedaż drewna tartacznego, mogłem uruchomić zrąb. Plan urządzania
lasu przewidywał usunięcie tego zrębu w przeciągu ostatnich dziesięciu lat. Jednak
huragan który przeszedł nad Puszczą Piską w 2002 roku zmusił nas do modyfikacji
planów – podaż surowca tartacznego była tak duża, że wycinanie nowych
powierzchni nie miało uzasadnienia, a prace związane z usuwaniem skutków
kataklizmu zakończyły się wcale nie tak dawno.
Na zdjęciu widać też ślady po
traktorze. Żeby móc zachować odnowienie na zrębie zupełnym, należy wyznaczyć szlaki
zrywkowe i bezwzględnie ich przestrzegać. W gąszczu świerkowego odnowienia szlak
wygląda trochę jak tunel – część „choinek” wycina się przygotowując drogę dla
traktora, ale większość pozostaje nienaruszona i buduje następne pokolenie lasu.
Kiedy z pierwszymi przymrozkami
skończyły się już chwasty, postanowiłem obejrzeć uprawę z naturalnego
odnowienia. Ponieważ jedyne co zostało tam zielone, to siewki, można dokładnie
określić stopień pokrycia. Wszystko jest ok., jedynie tam gdzie chwasty
tworzyły wyjątkowo gęsty kobierzec, siewek nie ma. W pozostałych miejscach
rosną bardzo gęsto. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ich system korzeniowy i
kilka wyrwałem. Okazało się, że jeżeli się dobrze nie chwyci, to można drzewko
urwać, ale nie wyciągnąć z korzeniem. Bardzo mocny system korzeniowy, dłuższy
niż zewnętrzna część rośliny (siewki mają teraz około 20-30 cm wysokości, a
korzenie około 40 cm jak sądzę).
Wniosek jest jeden i oczywisty –
są to bardzo mocne rośliny, rosnące w dobrych warunkach. Moim zdaniem są w dużo
lepszej kondycji niż gdyby zostały posadzone sztucznie. Drzewka pochodzące ze
szkółki również mają rozległy system korzeniowy, ale niestety tracą go w
trakcie sadzenia – nikt nie jest w stanie idealnie posadzić 10-centymetrowej
sadzonki w taki sposób, aby nie uszkodzić ani nie pozawijać „miotłowatego” korzenia
mającego 20-30 cm. Dlatego system korzeniowy przed posadzeniem jest redukowany
za pomocą ostrego szpadla. Tak więc powierzchnie ze sztucznym sadzeniem siłą
rzeczy są o wiele bardziej podatne na foliofagi (np. szeliniaka) – mają
mniejszy i słabszy korzeń a przez to mniej siły żeby się bronić. Z kolei siewki
z odnowienia naturalnego rosną wciąż w jednym miejscu więc korzeń rozwija się
bez przeszkód i roślina ma o wiele większą zdolność regeneracji (np. w
przypadku zgryzania przez zwierzynę), jest też odporniejsza. Jednym słowem
jestem z siebie zadowolony.
Tym bardziej, że dokładnie taką
samą teorię jak moja przeczytałem niedawno w prasie leśnej (Las Polski 20/2009).
Jest tam artykuł o odnowieniach powierzchni pohuraganowych na Mazurach w
okolicach Pisza. Pozostawiono tam powierzchnie eksperymentalne – część
odnawiano naturalnie, a część sztucznie. Okazało się, że najlepszej jakości
sadzonki (z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowane, czyli wzbogacane o
specjalne grzyby chroniące system korzeniowy) mają dwukrotnie mniejszą
żywotność niż sadzonki z obsiewu naturalnego. Również w przypadku szkodników i
grzybów okazało się, że odnowienie naturalne miało dużo większą odporność.
Z dębem można zrobić jeszcze
inaczej. Niekoniecznie trzeba razem z nim sadzić gatunek pielęgnacyjny – można
proces uprościć i zmniejszyć koszty o cenę sadzonek gatunku pielęgnacyjnego i
jego sadzenia. Można wykorzystać obsiew naturalny.
Jeżeli na uprawie posadzimy
sztucznie sadzonki dębu, to pojawi się na niej również naturalny obsiew takich
gatunków jakie otaczają uprawę – w moim leśnictwie będzie to osika, brzoza,
sosna i świerk. Spośród tych 4 gatunków iglaste uznaję za korzystnie
oddziałujące na wzrost młodych sadzonek dębu. Teoria traktuje to szerzej –
pozostałe dwa gatunki również są teoretycznie korzystne, ale moje dotychczasowe
doświadczenie wskazuje, że lepiej je usuwać. One i tak będą odrastać i wsiewać
się na nowo. Są bardzo pożyteczne w tworzeniu „kożucha” czyli otuliny w której
rosną sadzonki dębu.
Inaczej jednak wygląda sprawa ze
świerkiem, a inaczej z sosną. Sosna ma budowę korony ażurową i dopuszcza więcej
światła – sosny nawet wyższe od posadzonych dębów i zakrywające ich pączki
szczytowe nie spowodują ich wybujałego wzrostu. Idealnie jest jeżeli w dąb
wsiewa się sama sosna i pędzi w górę. Wtedy dąb też pędzi ale zupełnie mu to nie
przeszkadza w wytworzeniu mocnej strzały. Ostatnio na jednej z takich powierzchni
prowadziłem czyszczenia wczesne (do 10 roku uprawy) – w trakcie czyszczeń
usunęliśmy taką sosnę a dąb jest bardzo okazały. Tymczasem wsiał się tam
jeszcze cienioznośny świerk – teraz dużo mniejszy od dębu – który za jakieś 2
lata stworzy kożuch mikroklimatotwórczy i zapewni dębowi super warunki. Co
będzie dalej – zobaczę. Na razie z efektu jestem zadowolony – udało się
wykorzystać naturalne zjawiska do formowania uprawy dębowej w pożądanym
kierunku.
Świerk jest również dla dębu
gatunkiem pielęgnującym. Teoretycznie ma koronę bardziej zakrywającą niż sosna,
ale w Puszczy Białowieskiej widziałem dęby rosnące razem ze świerkami i
wyrastające praktycznie z jednego miejsca. Jedne i drugie drzewa dorastały do
ogromnych rozmiarów, więc najwyraźniej sobie nie przeszkadzały, ale ja tego u
siebie na uprawie jeszcze nie przerabiałem.
Na zdjęciu widać gniazdo z
odnowieniem sztucznym dębu. Została tu zastosowana rębnia gniazdowa (o której
już kiedyś pisałem), która służy nie tylko do zastąpienia dojrzałego drzewostanu
nowym pokoleniem, ale również do przebudowy czyli urozmaicenia składu
gatunkowego, co z wielu względów jest korzystne na siedliskach żyźniejszych niż
bór mieszany świeży.
Na tym gnieździe posadziłem 4
lata temu, jesienią, sadzonki dębu bezszypułkowego razem z gatunkiem
pielęgnacyjnym – lipą drobnolistną. Gatunek pielęgnacyjny został posadzony na
całej powierzchni równomiernie, ale rzadziej niż dąb. Ma to wszystko na celu
zapewnienie sadzonkom dębu stałego ocienienia bocznego i stworzenie w ten
sposób na danej powierzchni mikroklimatu dzięki któremu sadzonki dębowe będą
miały dobre warunki wzrostu. Zamiast lipy można posadzić również grab.
Na zdjęciu
w gąszczu drzewek widać też brzozę, która posiała się tam sama. Przez pierwsze dwa lata,
kiedy sadzonki były jeszcze małe, pielęgnacja polegała głównie na ograniczaniu
chwastów oraz szybko rosnących samosiewów brzozowych. Gdyby tego nie robić, to
dzisiaj nad wysokimi, ale wiotkimi dębami, bujałyby dorodne czterometrowe brzozy.
(Usunięcie brzóz na tym etapie nie byłoby gwarancją sukcesu – niestabilne dęby
raczej by nie przetrwały. Wiotkie pędy wyginają się pod własnym ciężarem.)
Dąb rósł w kożuchu różnych
chwastów i lipy, ale zawsze miał odsłonięty pączek szczytowy (leśnicy mówią, że
dąb lubi tak rosnąć - w kożuchu ale z odkrytą głową). Cały czas na powierzchni
wsiewa się brzoza i próbuje zdominować dęba. Teraz małe brzozowe siewki, które wykiełkowały gdy dęby były już duże, są na poziomie chwastów i tworzą element kożucha, ale
za dwa lata znów trzeba będzie wejść z cięciem pielęgnacyjnym i pozbyć się ich,
żeby nie przegoniły i nie zakryły dębu.
Jak widać na załączonym zdjęciu,
bobry nie zajmują się tylko spiętrzaniem wody, ale również osuszaniem terenu.
Na dnie wyschniętego latem stawu bóbr wykopał rów w celu zgromadzenia wody. Rów
ten jest dla zwierzaka korytarzem transportowym, są tam również pozatapiane
zapasy na zimę – pędy wierzby, brzozy i inne przysmaki. Widać, że bóbr często
tu przychodzi – wykopał też kilka podziemnych korytarzy i wydeptał szeroką już
ścieżkę pomiędzy starym rowem melioracyjnym (którym tu przypływa) a stawem.
Muszę przyznać, że jak na jedną
bobrzą rodzinę, zakres zrealizowanych prac ziemnych jest naprawdę imponujący.
Mają też spory zasięg terytorialny. W dzikim stawie za leśniczówką mają tylko
spiżarnię – ale dosyć sporą. Tak naprawdę mieszkają mniej więcej pół kilometra
dalej, przy płocie ogradzającym uprawę kolegi leśniczego K.. Jakieś dwa lata
temu zauważyłem powstające żeremie bobrowe, ale dosyć nietypowe – budowane właśnie
na siatkowym płocie. Obejrzałem je sobie dokładnie – precyzyjna robota.
Niemniej nie sądziłem, że bóbr utrzyma się w tym miejscu, myślałem, że nie
znajdzie w okolicy wystarczającej ilości jedzenia, tylko skonsumuje krzaki
rosnące wzdłuż rowu. Ale najwyraźniej mu się podoba i potrafi na tyle rozsądnie
gospodarować okoliczną roślinnością, że wciąż ma co jeść. Nie widziałem go
nigdy, ale nie raz słyszałem spłoszony plusk ogona o wodę gdy zbliżałem się do
stawu ...
Były pierwsze poważniejsze
przymrozki dzisiejszego ranka. Zdaje się, że razem z mrozem pojawiły się wilki.
Niedaleko leśniczówki na łące leżą resztki jelenia byka...
Wydawałem niedawno drewno. Z samego
rana „przybyli górale pod okienko” leśniczówki – tak jak się zresztą wcześniej ze
mną umawiali. Koledzy przejechali ponad 600 km, z okolic Suchej Beskidzkiej. Co
oczywiste, nie wiedzieli ani gdzie jest las z którego mieli zabrać drewno, ani tym
bardziej gdzie leżą stosy.
Przyjechali po tartaczny surowiec
świerkowy – wydawało mi się to bez sensu – sądziłem, że czego jak czego ale
świerka to w górach nie brakuje. Okazało się jednak, że klęski żywiołowe z
ostatnich lat tak przetrzebiły tamtejsze drzewostany, że zaczyna to być problem.
Moim zdaniem częste klęski jakie zdarzają się ostatnio zakłócają gospodarkę
leśną do tego stopnia, że zaczyna brakować surowca. Po huraganie trzeba nagle
zagospodarowywać dużą ilość drewna, mimo wysiłków leśników dużo się marnuje,
dużo też idzie w opał, bo jakość jest nie najlepsza – a później nie ma już skąd
pozyskiwać, bo te drzewostany które pozostały nie mają jeszcze wieku rębnego.
Górale będą ten świerk przerabiać
gdzieś u siebie – byłem zdziwiony, że ta operacja jednak się opłaca (sam
transport surowca na taką odległość to ogromne pieniądze). Byli też przekonani,
że gdzieś w okolicy jest jezioro Śniardwy i nawet pytali jak tam dotrzeć. Kiedy
się okazało, że do tego konkretnego jeziora jest ze 30 kilometrów, chłopy się
zasępili – chyba chcieli wykorzystać krajoznawczo pobyt na Mazurach, ale
niestety było za daleko a ich czekała jeszcze długa trasa.
No właśnie. Kiedy ładowaliśmy
drewno (dwa samochody, więc trochę trwało), kierowca pokazał mi zdjęcia ze
swojego telefonu przedstawiające atak zimy. Nie sądziłem, że to tak może w
górach w październiku wyglądać – normalnie metrowe zaspy przy drogach. Przez radio
jakoś obraz katastrofy nie był tak dramatyczny, a ponieważ wciąż bojkotuję
telewizję, nie widziałem tego w żadnym „dzienniku”. Zawsze zresztą wydawało mi
się, że zima najdłuższa i najcięższa jest na Mazurach, ale tu w porównaniu z
Suchą Beskidzką mamy normalnie złotą jesień ...
Rano obudziło
mnie gwizdanie wiatru we wszystkich szczelinach domostwa. Za oknami las kołysał
się groźnie, ale do etapu huraganu jeszcze trochę brakowało. Aura była taka, że
zadzwoniłem do pilarzy i powiedziałem im, żeby nie jechali dzisiaj do lasu; dzień
wcześniej zresztą ich upominałem, że trzeba spieszyć się z robotą, bo na
surowiec czeka odbiorca – musiałem więc chłopakom przypomnieć, że BHP przede
wszystkim (obalanie-ścinanie drzew przy porywistym wietrze jest śmiertelnie
niebezpieczne ponieważ to co się dzieje ze ścinanym drzewem jest poza kontrolą
pilarza).
Za oknem śnieg padał już poziomo, a ja wciąż
zastanawiałem się jakim cudem w leśniczówce jeszcze jest prąd. Z reguły przy
takich wichurach „przerwy w dostawach zasilania” zdarzały się u mnie często i
na długo. Tym razem jednak radio podawało kolejne komunikaty o katastrofalnych
skutkach śniegowej nawałnicy w innych rejonach kraju. Nas szczęśliwie ominęło,
choć nie do końca.
Moje rozmyślania
przerwał telefon od jednego z odbiorców który poinformował, że stoi
niedaleko, tam gdzie miał dojechać nie dojedzie, bo droga rozmiękła, więc może
spróbuje wziąć drewno ode mnie z lasu zamiast od sąsiada. Ruszyłem do lasu,
gdzie wspomniany przewoźnik natychmiast utknął pod górką na drodze grząskiej
jak wszędzie indziej, do drewna oczywiście nie dojechał. Wezwałem duży traktor
który za pomocą bardzo grubej liny wyciągnął ponad-dwudziesto-tonowy samochód z
błota. (Co oczywiście trochę trwało.) Przewoźnik jednak nie poddał się,
dojechał w końcu do mygły i załadował się, po czym wziął ode mnie kwity i
pomknął do tartaku. Dodam tylko że cała operacja trwała w szalejącej śnieżycy,
przy silnym północnym wietrze. Ale dobrze się skończyło, prąd wciąż jest,
kaloryfery grzeją, a w maju znów będzie wiosna.
Na zdjęciu widać
katastrofę jaka wydarzyła się w pasiece koło domu – nawałnica przewróciła
martwą suchą sosnę, która padając uszkodziła kilka zabezpieczonych już na zimę uli.
To co widać na pierwszym planie
to opał brzozowy. Jak widać w lesie nie pozyskuje się wyłącznie cennych
sortymentów ale również opał. Jest to jednak surowiec również poszukiwany jak
najlepsze tartaczne drewno. Zwłaszcza że modne jest palenie w kominkach – nie zawsze
są one źródłem ciepła, a jedynie atrakcją jesiennych i zimowych wieczorów
(bardzo miłą). Utarło się nawet, że jak ktoś przyjeżdża do leśniczówki żeby
zakupić taki surowiec to nie pyta o opał ale o drewno kominkowe.
Oprócz takiej grubizny jak widać
na zdjęciu opałem są też często drobne gałęzie które można pozyskiwać w lesie „samo-wyrobem”.
Samo-wyrób polega na tym, że na powierzchniach gdzie prowadzone są cięcia
(trzebieże, zręby) po pozyskaniu grubizny zostaje drobnica. Na taką drobnicę
jest wielu amatorów (bo i cena jest bardzo atrakcyjna – około 5PLN/metr
przestrzenny, czyli ok. 10 razy mniej niż za grubiznę). Zgłaszają się oni do
leśniczego z pytaniem gdzie można sobie wyrobić opał. Leśniczy jedzie na
powierzchnię i pokazuje, następnie daje do podpisania dokument, gdzie stwierdza
się iż klient prace będzie prowadził na własną odpowiedzialność, własnymi narzędziami,
według wskazówek leśniczego, we wskazanym przez niego miejscu itd. Następnie klient
przygotowuje drobnicę – układa ją w stos który umożliwia wykonanie pomiaru
drewna i jego odbiórkę. Później leśniczy odbiera stos, wprowadza do ewidencji,
a jegomość może już drewno wykupić płacąc cenę za sam surowiec (bo pracę
wykonał sam). Kiedy drewno jest opłacone, klient dostaje asygnatę i może drewno
zabierać do domu. Na asygnacie wpisany jest również termin wywozu drewna z
lasu, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś z jednym kwitkiem zrobi kilka kursów,
jeden „legalnie” a pozostałe już „na lewo”...
Sucho jest jak diabli. Nie pamiętam kiedy ostatnio padał
deszcz – chyba ze dwa miesiące temu. Miła jest taka ciepła i pogodna jesień, to
prawda, ale wody w lesie jak na lekarstwo. Grzybów nie ma żadnych - ja się
nawet cieszę, bo nie ma też grzybiarzy a w związku z tym nie ma śmieci. Kiedy jadę
samochodem do mojego leśnictwa, we wstecznych lusterkach widzę tylko chmurę
pyłu.W okolicznych niewielkich
zbiornikach wodnych poziom raczej niski – tam gdzie były rzeczki są zamulone
strumyki, a tam gdzie były podmokłe łąki można spokojnie iść suchą nogą.
Wykorzystałem więc pogodę i rozpocząłem prace na nowym
zrębie zaplanowanym na ten rok. Zrąb jest na lesie mieszanym bagiennym –
drzewostan prawie już obumarły (tzw. negatyw). Zabieg był przede wszystkim
oczyszczający – pozyskałem raptem kilkadziesiąt metrów opału, bo taki to był
surowiec. Teraz przygotowuję powierzchnię do odnowienia sztucznego (sadzenia),
bo w tym miejscu odnowienie naturalne samoczynnie nie powstało.
Na zrębie zostawiłem biogrupę. Jest to fragment starego
drzewostanu który nie został wycięty ponieważ podlega ochronie. Do takiego
działania zobowiązuje nas zarządzenie dyrektora generalnego jak i wytyczne firmy
certyfikującej naszą dyrekcję certyfikatem FSC. Ta biogrupa nigdy nie będzie
użytkowana gospodarczo – drzewa się tam znajdujące będą mogły obumrzeć w sposób
naturalny. Tak się akurat złożyło, że jest to teren zabagniony i trudno
dostępny, a w dodatku jest tam nora bobrów.
O tym, że nora jest czynna, przekonałem się dzisiaj na
własne uszy – wcześniej widziałem tylko ślady bobrowych działań. Ale dziś kiedy
chodziłem po okolicy, słyszałem z nory chlupanie i zdenerwowane fukania –
zwierzak nie był zadowolony z mojej obecności. W dodatku w wyniku suszy wejście
do nory które do tej pory było ukryte pod wodą jest teraz doskonale widoczne.
Poziom wody w tym miejscu musiał spaść o jakieś pół metra. Norę widać na
zdjęciu – jest pod korzeniami kępy czeremchy.
Wycinam zrąb. W pierwszej kolejności najcenniejsze
sortymenty. Jest to koniec tego drzewostanu, ale zaczyna się jego nowe, inne życie.
Najcenniejsze drewno to okleina z której później powstanie fornir do oklejania
mebli. Większość mebli „z wyższej półki” jest robiona właśnie w takiej
technologii, że główne części (blaty, fronty szaf itp.) powstają z klejonych cienkich
desek na które następnie kładziony jest fornir. Oczywiście większość tanich
mebli jest z płyty wiórowej pokrytej okleiną „drewnopodobną” ale prawdziwe
meble wciąż robione są z drewna, co ma odzwierciedlenie w ich cenie.
Poza tym najcenniejszym surowcem na zrębie mam też zwykły
surowiec tartaczny z którego jak się można domyślić powstają drzwi, okna,
elementy konstrukcyjne domów i deski. Przy okazji wyrabiania surowca powstaje
też tzw. papierówka czyli cieńsze fragmenty pnia pocięte na określone długości
(standardowo2,50 m)
Po uprzątnięciu całkowitym surowca z powierzchni kiedyś
czyszczono ją tak, że pozostałe na miejscu gałęzie palono na ogniskach. Teraz u
mnie w leśnictwie pozostałości pozrębowe przerabia specjalna maszyna – rębak –
która produkuje zrąbki czyli tnie wszystko co zostało na miejscu na bardzo
drobne części. Zrąbki albo rozsypuje się potem na powierzchni, albo sprzedaje
się na przykład do elektrociepłowni czy innych zakładów wykorzystujących biomasę.
Na zrębie zostają tylko karpy (pieńki po drzewach). Kiedyś karpinę się pozyskiwało,
obecnie się tego nie robi. Pozostają na miejscu do naturalnego rozkładu.
Jak już wszystko zostanie uprzątnięte, to najpóźniej w
listopadzie powierzchnia zostanie zaorana w bruzdy. Pług odkrywa warstwę mineralną
gleby w wąskich paskach (mniej więcej co 1,5m). Chodzi o to, żeby usunąć konkurencyjną
roślinność dla siewek. Kiedy na taką odkrytą glebę wiosną spadnie nasionko
sosny, to ma ono szansę urosnąć na tyle, że zanim na zaorany teren powrócą
rośliny zielne, siewka będzie już na tyle duża, że żadna konkurencja jej nie
zagrozi. Dzięki temu w przeciągu czterech lat można uzyskać piękne odnowienie
naturalne (oczywiście jeżeli w pobliżu są nasienniki). Fundamentalne znaczenie
ma jeszcze fakt, że zrąb należy wyciąć przed rokiem nasiennym (sosna rok temu
kwitła, teraz są zielone szyszki które do jesieni dojrzeją, a wiosną się
otworzą i będzie desant nasion. (U mnie w lesie uogólniając można stwierdzić,
że rok nasienny zdarza się co dwa – trzy lata. Oczywiście sosna kwitnie i poza
tym głównym cyklem, ale planując odnowienie naturalne trzeba ten rytm brać pod
uwagę, bo od tego zależy udatność uprawy.
W tym roku na początku września w moim nadleśnictwie
prowadzona była inwentaryzacja. Trwała prawie cały tydzień. (Dla przypomnienia
jest to spis „na gruncie” surowca drzewnego znajdującego się w danym leśnictwie.
Innymi słowy jest to remanent stanów drewna i materiałów magazynowych.
Materiały magazynowe to np. gwoździe które pobieramy z magazynu do naprawy
płotów na uprawach oraz wszystkie inne „ruchomości” które wpisane są „na stan”
danego leśnictwa. Spis prowadzony jest siłami własnymi, czyli leśniczy z
jednego leśnictwa jedzie sprawdzać inne leśnictwo. U nas najczęściej „komisję”
tworzą dwie osoby plus trzecia – kontrolowana. Oczywiście w komisji może się
również znaleźć inżynier nadzoru lub nadleśniczy, ale rzadko się to robi.)
Ciekawie się złożyło, bo jedenaście lat temu rozpoczynałem
na stażu pracę akurat w tym leśnictwie które w tym roku kontrolowałem. Inwentaryzacja
nie była jakimś wielkim wyzwaniem, bo w całym kontrolowanym leśnictwie były
raptem cztery stosy drewna do pomierzenia – dwadzieścia kilka metrów. Czyli czysta
formalność. Kiedy natomiast komisja przyjechała do mnie, sprawa wyglądała
trochę inaczej. U mnie było sto dwadzieścia metrów sześciennych (w sumie nie
tak wcale dużo, bo mogło by być tysiąc, a pomierzenie tego dałoby komisji zajęcie
na jakieś dwa- trzy dni.) Przyjęło się, że na inwentaryzację każdy leśniczy
stara się mieć jak najniższy stan magazynowy. Ale oczywiście nie zawsze jest to
możliwe.
P.S. Zdjęcie które zamieszczam nie ma za bardzo związku z
tekstem, ale przysłał mi je kolega i bardzo mi się spodobało. Na zdjęciu las
bukowygdzie leśniczym jest z kolei mój
inny kolega, absolwent wydziału leśnego. I na pewno też miał inwentaryzację...
Efekt lipcowych burz jest zaskakujący. Jak się jedzie przez
drzewostan widać sporo martwych drzew. Schną ich korony, ale nie jest to posusz
czynny który mógłby stanowić ognisko rozwoju dla jakiegoś szkodnika, na
przykład przypłaszczka granatka, ale są to drzewa porażone przez pioruny.
Pioruny oczywiście zdarzają się co roku, ale mam wrażenie że w tym roku drzew
rażonych piorunem widać jakoś więcej (widać je zresztą wyraźnie dopiero jak
zaczynają żółknąć i obumierać). Podleśniczy mówił, że znalazł pieniek po sporym
świerku (oceniał go na dwa metry sześcienne masy, czyli pieniek miał z siedemdziesiąt
centymetrów średnicy) z którego drzazgi były rozsiane po całej okolicy. Ja sam
widziałem również podobne zjawisko, z tym że pień jeszcze stał z resztką korony
ale był cały potrzaskany. Lipa z fotografii została ogołocona z korony i rozłupana
po rdzeniu aż do samej ziemi. Miejsce gdzie ładunki elektryczne uziemiają się
często jest wyraźnie widoczne. Jest to dziura w ziemi tuż przy pniu na tyle
szeroka, że można w nią włożyć dłoń. Próbowałem sobie wyobrazić kabel, który
mógłby przewodzić taki prąd...
Większość drzew w które trafiały pioruny znajduje się na
wysokiej skarpie blisko brzegu jeziora. Oprócz pojedynczych egzemplarzy
znalazłem również całą grupę takich drzew (sosen) – najwyraźniej okolica w
jakiś sposób przyciąga uderzenia. Postanowiłem ściąć jedno z porażonych drzew i
dokładnie sprawdzić, czy na pewno przyczyną jego śmierci był piorun a nie jakiś
owad który znalazł sobie fantastyczne miejsce do rozmnażania i żeruje na potęgę
w moich drzewostanachpołożonych
malowniczo nad brzegiem jeziora. Ale to pod koniec tygodnia. Teraz mam krótko z
czasem.
Drzewa po uderzeniu pioruna nadają się tylko jako surowiec
stosowy – opał, papierówka. Teraz zresztą zgodnie z wymogami certyfikacji FSC martwe
drewno w lesie jest jak najbardziej pożądane więc pozostawię te drzewa na
miejscu jako posusz ekologiczny.
Las zamiera na
dużej przestrzeni – kilkanaście hektarów. Bezpośrednią przyczyną jest
podnoszenie się poziomu wody w kanałku, na którym bobry zrobiły spiętrzenie
wody. Drzewostany (obumierające) były zawsze niedostępne i nie prowadziło się w
nich żadnej gospodarki. Teraz zamierają pozornie.
Wystarczy
minimalny skrawek suchszego terenu i widać tam samosiew olchy czarnej. Nasiona
niesione leniwym nurtem kanału meandrują wraz z wodą i kiedy jej poziom
okresowo opada część z nich trafia na dogodny grunt i kiełkuje.
Ciężko byłoby to
lepiej wykombinować. Na zdjęciu widać odnowienie olchy na korzeniach
obumierających starych brzóz i świerków. Zdaje się, że w ten sposób drzewostany
brzozowe i świerkowe wzdłuż kanału bobry „przebudowują” na olsy. Olsza jest w
stanie stworzyć drzewostan nawet na bardzo podmokłym terenie. Kiedyś widziałem
taki ols w Puszczy Białowieskiej. Między drzewami można było pływać kajakiem.
Może i w tym roku zdarzy się kawałek ciepłego lata i da się popłynąć kajakiem w
jakieś ładne miejsce...
Jechałem dębową
aleją w moim leśnictwie i zauważyłem tam całkiem nowy kolor –
żółtopomarańczowy. Aż się zatrzymałem, a właściwie kazała mi się zatrzymać żona
którą ten kolor na tle ciemnych omszałych pni zahipnotyzował.
Na starym
zwalonym dębie, pozostawionym specjalnie w lesie jako obiekt zwiększający
bioróżnorodność rosły okazałe owocniki grzyba – żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus (Bull.) Murrill).
Z tym dębem
zresztą wiąże się pewna historia. Był to stary dziuplasty osobnik, którego pewnego
dnia zwalił na ziemię wiatr. Postanowiłem go tam zostawić (było to kilka lat
wcześniej zanim firmy zajmujące się certyfikacją w lasach sformułowały taki
wymóg) żeby uległ naturalnemu rozkładowi. Musiałem jednak używać całej siły
perswazji żeby uchronić dąb przed zakusami pilarzy – nie mogli (a raczej nie
chcieli) zrozumieć dlaczego każę im zostawić taką kłodę żeby zgniła zamiast
pociąć ją normalnie na opał – który oni oczywiście chętnie wykupią. Na
szczęście pień miał rozległązgniliznę i
się ostał.
Ale wracając do
grzyba – jest to jeden z gatunków formujących największe owocniki (osiągają
szerokość 100-500mm) w formie „półek” (stąd jego angielska nazwa – sulphurshelf). Pojawiają się one co roku na zasiedlonych drzewach. Jeżeli
są to drzewa żywe, w ciągu kilku lat prowadzą do ich obumarcia. Najczęściej
rośnie na dębach, topolach, robiniach. Rzadko na drzewach iglastych.
Owocniki
pojawiają się wiosną i wczesnym latem – i są jadalne. Jeść można żółciaka pod
warunkiem że jest młody oraz że zostanie obgotowany (powyżej 15 minut) a woda
odlana. Później można smażyć, panierować, marynować – co kto lubi. Żółciaka
rosnącego na dębach można ponoć spożywać zupełnie bezpiecznie. Ja jednak nie
byłem głodny.
Nadeszła jak
wiadomo wiosna przynajmniej kalendarzowa. Zbliża się więc również sezon
kornikowy. Wprawdzie nic jeszcze nie można o tym powiedzieć na pewno, ale patrząc
na pogodę to jeżeli utrzyma się taka jak jest jeszcze w kwietniu – czyli śnieg,
deszcz i dość gruba pokrywa śniegu w lesie, to szkodniki owadzie a przynajmniej
kornik drukarz którego znam osobiście nie zaliczą tego sezonu do udanego. Taka
właśnie pogoda, a przede wszystkim długo utrzymujący się w lesie śnieg hamuje
rozwój szkodników owadzich skracając im wydatnie okres w którym mogą się
rozmnażać.
Dla mnie byłoby
to wyjątkowo korzystne, jako że kornik już nie raz przysporzył mi dodatkowych
zajęć z racji tego, że na terenie mojego leśnictwa znajduje się dużo świerka.
Tymczasem
rozpoczęło się liczenie sów (BUBOBORY). Jutro o 17 ruszam w teren razem z
ornitologiem. O wynikach dam znać.
P.S. Na zdjęciu
kwitnąca leszczyna dziś o poranku.
Najwyraźniej
zbliża się wiosna. Samice dzików – lochy – odłączyły się już od watah i budują
barłogi (gniazda) gdzie w najbliższych tygodniach przyjdą na świat małe
pasiaste „świnki”.
Te barłogi które
ja widziałem robione były najczęściej z trzciny albo wysokich suchych traw.
Jest to niejednokrotnie imponujące gniazdo ze słomy – ma przecież zapewnić
schronienie noworodkom. Bardzo często znajduje się ono pod okapem świerku
posiadającego gałęzie od samej ziemi. Pozostawianie takich pojedynczych drzew –
przerostów świerkowych różniących się wiekiem od pozostałych drzew w okolicy –
ma jednak sens, gdyż są to miejsca dające schronienie zwierzynie.
Barłóg który
sfotografowałem znalazłem całkiem przypadkiem. Pokazywałem pracownikom powierzchnię
do czyszczeń i przypadkiem zajrzałem pod rosnący tam duży świerk. Zobaczyłem prawie
gotowe już gniazdo i zdecydowałem, że czyszczenia będziemy wykonywać teraz
gdzie indziej, żeby dzików nie niepokoić. Poza tym ma tu znaczenie kwestia bezpieczeństwa
– locha z warchlakami może być naprawdę groźna jeżeli uzna że coś zagraża jej
małym.
Wczoraj idąc
przez las zauważyłem przeskakujące przez drogę „przelatki” czyli młode,
jednoroczne dziki. Sądziłem, że skoro są bez lochy która już myśli o kolejnym
miocie to mogą stanowić łatwy łup dla myśliwego. Wróciłem do domu po broń i
postanowiłem pójść ich tropem. Szedłem prosto ich śladem i byłem przekonany że
nie wyjdą z dużej kępy lasu – był środek dnia. Dziki jednak śmiało poszły w
odkryte pole. Teraz już szedłem za nimi z ciekawości bo zaskoczyły mnie tym
ruchem i nie wiedziałem dokąd się skierują. Szły długo wzdłuż wysokiej miedzy
która dawała im osłonę i dotarły do kolejnego kompleksu leśnego gdzie
niezawodnie znalazły schronienie. Iść dalej nie było sensu – leniwy drapieżnik
musiał zrezygnować, gdyż zwierzyna okazała się zbyt mądra i zbyt silna.
Drapieżnictwo polega przecież na wykorzystywaniu słabych stron ofiary.
W związku ze
staraniami naszej Dyrekcji Regionalnej o uzyskanie certyfikatu FSC doszło nam
trochę pracy nie tylko na papierze ale i w terenie. Musimy bowiem wykazać
odpowiedni poziom bioróżnorodności i tym samym udowodnić certyfikatorom, że w
naszym nadleśnictwie wszystko jest zgodne ze standardami europejskimi.
Wprawdzie daty audytu jeszcze nie znamy, ale przygotowania idą pełną parą. Nie
jest to wcale takie złe – dobrze będzie wiedzieć, że wszystko działa tak, aby
satysfakcjonować nie tylko nasze władze ale i zewnętrznych urzędników, a w
szerokiej perspektywie również i społeczeństwo.
Niedawno w
związku z tym razem z podleśniczym liczyliśmy dziuple w drzewach. Firma
certyfikująca najwyraźniej wychodzi z założenia, że dziupli nie ma – chociaż
wiadomo, że jeżeli występują na danym terenie drzewostany starsze niż
osiemdziesiąt lat, a do tego występują dzięcioły, to również występują dziuple,
i jest to dla każdego leśniczego „oczywista oczywistość”. Ale wszystko musi być
na papierze, czarno na białym, więc musimy wykazać jednoznacznie, że dziuple są,
a do tego podać, ile ich jest dokładnie. To trochę tak jak udowadniać, że woda
jest mokra, ale skoro jest taka potrzeba – proszę bardzo.
Zresztą nie było
to wcale takie złe – chodziliśmy po kolejnych oddziałach opisując jakie gatunki
drzew posiadają dziuple. Zima to zresztą korzystna pora kiedy taką
inwentaryzację można robić dosyć łatwo i skutecznie – nie ma liści i dużo więcej
widać. (Kiedyś pokutował stereotyp mówiący, że leśniczy to liczy drzewa w
lesie, a teraz proszę, liczy dziuple.)
Na razie znalazłem
37 dziupli, z których większość była mi znana od dawna. Znajdują się – jak
można się było spodziewać - w starych lipach rosnących w pobliżu ruin dawnych leśniczówek,
w starych osikach, sosnach i dębach.
P.S. Zasłyszany
ostatnio od jednego z kolegów po fachu dowcip: „Co robi
leśniczy kiedy wybuchnie pożar w leśniczówce? Walczy jak lew, żeby uratować ...
sufit, bo tam przechowywane jest najwięcej danych.”
Śnieg się topi,
przyszła odwilż. Wprawdzie jeszcze wieczorem wszystko zamarza, ale z dnia na
dzień białego jest coraz mniej. Za to wody coraz więcej. Unosi ona ze sobą
wysypujące się właśnie o tej porze roku nasiona olchy i zabiera w dalszą lub
bliższą podróż.
Zimą z olchowych
nibyszyszeczek na śnieg wysypują się nasiona (orzeszki) – widać je na zrobionym
kilka dni temu zdjęciu. Na Mazurach występuje olcha czarna (występuje zresztą w
całej Polsce i jest popularnym drzewem wchodzącym w skład zespołów leśnych
charakteryzujących się dużą wilgotnością gleby (np. łęgi czy olsy). Często
rośnie na terenach zalanych wodą a tam na mikrowzniesieniach tworząc
niepowtarzalną strukturę drzewostanu rosnącego niemal w wodzie.
(Najpiękniejszy taki
ols widziałem będąc jeszcze na studiach w dolinie rzeki Leśnej w Puszczy
Białowieskiej. Pomiędzy olchami pływałem stojąc w kajaku. Z rzeki wpłynąłem w
ols i poczułem się niesamowicie ... Mój zachwyt przypłaciłem zresztą wywrotką,
bo nie zauważyłem znajdującego się tuż pod powierzchnią konara.)
Olcha szara jest
gatunkiem dużo mniej popularnym w Polsce i jej naturalny zasięg obejmuje przede
wszystkim południe kraju, ale także tereny przylegające do Wisły i jej dopływów
oraz rejon od Pojezierza Suwalskiego po Bory Tucholskie. (Zasięg wygląda trochę
tak, ponieważ nasiona przenoszone są z wodą z topniejących śniegów i dalej do strumieni
i rzek. Owocostany dojrzewają już we wrześniu i październiku, ale nasiona -
orzeszki wysypują się dopiero zimą, kiedy szansa na dogodny „transport” jest
największa.)
Olcha szara występuje
również w moim leśnictwie. Została kiedyś wprowadzona sztucznie – rośnie bowiem
na uprawach. Ale rośnie bardzo kiepsko w porównaniu z czarną. Widać gołym
okiem, że nie jest to jej naturalne siedlisko. Czarna rośnie jak na drożdżach i
z daleka jej wysokie i dorodne pnie można pomylić z białowieską dębiną, a szara
na tym samym terenie nie jest w stanie wytrzymać konkurencji z naturalnie
zamieszkującym ten teren gatunkiem i obumiera.
No ale kajakiem
tam się nie daje pływać, czego czasem żałuję ...
Przy leśniczówce
koło płotu stała stara lipa. Stała już od jakichś stu lat, ale ostatnio
zacząłem się jej wnikliwie przyglądać. Pochylała się coraz bardziej na jedną
stronę, a że była wysoka i mocno rozłożysta, gdyby się przewróciła mogłaby zniszczyć
dach leśniczówki. Gdyby przewróciła się trochę inaczej, zniszczyłaby tylko płot.
Przed każdą większą burzą pędziłem żeby przestawić samochód w bezpieczne
miejsce, a jeżeli byli goście, to im również radziłem odstawić wozy na
bezpieczną odległość od feralnego drzewa. ( Czasem spadały pojedyncze suche
konary.)
Nie jest łatwo
podjąć decyzję o wycięciu takiej lipy, nawet jeżeli wiadomo, że w sposób
bezpośredni zagraża ona naszemu bezpieczeństwu.
Ale w końcu się
przemogłem. I jak się okazało był to czas najwyższy, bo drzewo było prawie całe
spróchniałe i przez ostatnich kilka lat mogło się właściwie przewrócić w każdej
chwili. Operacja była trudna, bo drzewo stało tuż przy płocie i pochylało się
na dom. Należało je ściąć w taki sposób, aby padło na drogę i nie wyrządziło nikomu
krzywdy. Poprosiłem więc o pomoc profesjonalistów, czyli brygadę pilarzy
pracujących u mnie w lesie.
Za pomocą
odpowiednio wbitych klinów, liny oraz traktora „położyli” lipę bezbłędnie.
Widać było, że byli z siebie dumni – robota nie była wcale taka prosta. Teraz
drzewo pocięte w stos czeka na wywóz z lasu. Pod płotem zrobiło się trochę
puściej, ale przynajmniej bezpiecznie.
Nie było to
jedyne drzewo które zamierzało przewrócić mi się na podwórko – koło bramy stał
wysoki ale bardzo krzywy dąb, ulubiony przez okoliczne dzięcioły, które chętnie
wykuwały tam dziuple i zakładały gniazda. Latem jednak problem rozwiązał się
sam – dąb złamał się na pół i to wcale nie w trakcie intensywnej burzy ale tak
po prostu, któregoś lipcowego wieczora. Pozostałej jego części postanowiłem nie
ścinać – nie stanowi już zagrożenia, a w licznych dziuplach może na wiosnę
znowu zamieszka czereda ptaków.
Zakończono
pozyskanie surowca na ostatniej w tym roku powierzchni trzebieżowej w moim leśnictwie.
Był to zabieg w sześćdziesięcioletnim lesie, na siedlisku lasu mieszanego
bagiennego. Dla niewtajemniczonych w siedliskoznawstwo dodam, że jest to teren
podmokły i na przeważającej powierzchni występuje gruba warstwa torfu.
Mineralne wywyższenia zajmuje świerk z sosną a dolinki porasta brzoza.
Pozornie niczym
się ta trzebież nie wyróżniała ale ...
Zabieg miał na
celu przygotowanie powierzchni do użytkowania rębnego. Tzn. wychwycone zostały
całe fragmenty z odnowieniem naturalnym (przede wszystkim świerka). Szlaki
zrywkowe przebiegają w tym drzewostanie tak, aby przy zrywce drewna nie
uszkodzić siewek. Druga ważna rzecz to dopuszczenie do dna lasu wystarczającej
ilości światła niezbędnego do rozwoju młodego pokolenia. Osiąga się to przez
usunięcie - wycięcie drzew z pierwszego piętra drzewostanu (najwyższe drzewa o
rozbudowanej koronie). Oczywiście ilość usuniętych drzew z pierwszego piętra
nie może być zbyt duża ponieważ trzebież łatwo może przejść w zrąb. Nie chwaląc
się myślę, że wyszło nieźle. Reszta to standardowe działanie mające na celu
rozluźnienie zwarcia w koronach starego lasu. Wszystko to po to, żeby za
dwadzieścia lub trzydzieści lat nie trzeba było wycinać tam zrębu w celu
zastąpienia starodrzewiu młodym pokoleniem lasu. Ten proces rozpocząłem już
teraz. Ktoś kto w przyszłości mnie zastąpi w tym leśnictwie będzie miał jeden
kłopot z głowy.
Dzisiaj z
sąsiedniego nadleśnictwa przyjechał do mnie kolega – główny sprawca
zamieszania, pomysłodawca wytyczania szlaku konnego przez puszczę augustowską i
mazurskie lasy. Główny szlak jest już dawno wytyczony – nosi nazwę Szlaku
Konnego Puszczy Augustowskiej i Mazur. Ale co roku przychodzą nam do głowy nowe
pomysły i w związku z tym wytyczane są kolejne odnogi szlaku prowadzące do
nowych stanic, tudzież ciekawych obiektów rozsianych po terenie ( pomników
przyrody, ruin starych osad itp.). Większość tras biegnie przez tereny należące
do Lasów Państwowych, więc niezbędna jest zgoda i współpraca wszystkich
okolicznych nadleśnictw. Jak na razie nie ma z tym problemów, bo wszędzie można
znaleźć leśników będących fanami rajdów konnych którzy angażują się w
projektowanie, wytyczanie i znakowanie kolejnych odnóg szlaku.
Mierzyliśmy
dokładnie długości odcinków biegnących pomiędzy leśniczówką Dąbrowskie a moją
leśniczówką oraz gospodarstwem agroturystycznym BB – wszystkie te obiekty leżą na
szlaku i stanowią bazę dla rajdowców. Odległości okazały się idealne, w
granicach trzydziestu kilometrów od punktu do punktu, co sprawia że jest to
optymalne zarówno dla jeźdźców jak i dla koni. Zastanawialiśmy się też gdzie
najlepiej zorganizować popasy – miejsca gdzie będzie można rozkulbaczyć konie i
dać im odpocząć w bezpiecznych warunkach, a ułańskim siedzeniom również
zapewnić trochę wytchnienia. (Nie zawsze taki popas będzie konieczny, wszystko
zależy od sprawności jeźdźców. Niemniej trzeba brać pod uwagę, że nawet jeżeli
ktoś jeździ dwa-trzy razy w tygodniu w jakimś ośrodku jeździeckim, jest to
zupełnie inna jazda niż wycieczka w „prawdziwy” teren w
kilkudziesięciokilometrową trasę. Koń pracuje i zachowuje się zupełnie inaczej,
co sprawia że można sobie poważnie poobijać cztery litery ... Najważniejsze to
jednak nie poobijać konia. Znajomy spotkał na takim popasie grupkę znanych
„ludzi mediów” ze stolicy, którzy zgodnie stwierdzili, że wracają do domu bo
już się dość poobijali – a w wywiadach jakie można z nimi przeczytać zawsze są
doskonałymi jeźdźcami ...).
W każdym razie
dzień nam minął pracowicie, bo nie tylko mierzyliśmy trasę ale i ją
znakowaliśmy. Właściwie głównie znakowaliśmy, czyli za pomocą szablonu z wzorem
ustalonym przez kapitułę szlaku malowaliśmy farbą znaki we wszystkich miejscach
które zapewniają dobrą orientację w terenie.
Na niedawnym
spacerze w lesie żona zauważyła dziwnego grzyba, który ją niezwykle
zaintrygował. Na wszelki wypadek postanowiła go nie zrywać. Kiedy opowiedziała
mi jak wyglądał, od razu wiedziałem o co chodzi. Następnego dnia wróciła w to
samo miejsce z aparatem i zrobiła mu zdjęcie. Jak najbardziej był to szmaciak
gałęzisty (Sparassis crispa(Wulf.).
Jest to w Polsce
grzyb chroniony (ochrona ścisła), ale dopiero od niedawna (2004 rok) i dużo
osób pamięta jego smak, gdyż grzyb jest jadalny. Wygląda, przyznacie, dosyć
ciekawie (jego regionalne nazwy to „kozia broda”, „leśny kalafior” oraz
„baran”). Ten który widać na zdjęciu miał rozmiary sporej główki kapusty, ale bywają
i mniejsze i większe (rekordowy szmaciak znaleziony we Francji ważył ponad 28 kg!). Rośnie najczęściej w
lesie sosnowym, bo jest pasożytem korzenia sosny ...
Wszystkim którzy
będąc na grzybach mają wątpliwości co do tego czy rosnący przed nimi grzyb jest
jadalny czy trujący, polecam metodę z aparatem. Lepiej przynieść z lasu dobre
zdjęcie niż grzyba który może okazać się a) chroniony, b) trujący. Ponawiam też
oczywiście apel o nie śmiecenie w lesie oraz o nie wjeżdżanie do lasu
samochodami. W mojej okolicy szturm grzybiarzy trwa a śmieci przybywa, bo
najwyraźniej pusta plastikowa torebeczka po kanapce jest już zbyt ciężka żeby
zabrać ją z powrotem do domu (że o butelkach plastikowych nie wspomnę).
Wróciłem właśnie
z urlopu na Mierzei Wiślanej. Niestety nie udało mi się tam nigdzie podłączyć
do Internetu, stąd kilkudniowa przerwa w blogu, którą postaram się teraz
nadrobić opisując różne wakacyjne zdarzenia.
Zwiedzaliśmy tam
znajdujący się w Kątach Rybackich rezerwat kormoranów „Mierzeja Wiślana”. Jest wspaniale
przystosowany dla turystów i świetnie oznakowany. Są tablice informacyjne z mapami,
szlaki turystyczne piesze, rowerowe i konne. Ale na mnie największe wrażenie
zrobiło to, że widać jak tamtejsi leśnicy radzą sobie z dewastacją lasu jakiej
dokonują kormorany.
Kormorany są na
niektórych terenach prawdziwą zmorą, a obecność ich kolonii oznacza zamieranie
dużych powierzchni drzewostanów przede wszystkim w wieku rębnym i okołorębnym –
starych wysokich drzew liczących około 100 lat.
Ten ptak zjada
dziennie 2-3 kg
ryb, mieszka w dużych koloniach i te kolonie oznaczają zamieranie lasu. Drzewa
nie wytrzymują intensywnej dewastacji spowodowanej dużą ilością toksycznych
ptasich odchodów – schną, kruszą się, padają.
Widać, że tamtejsi
leśnicy potrafią odnawiać powierzchnie zdewastowane przez kormorany. Można
zobaczyć kilkuletnie już młodniki, które zapewniają trwałość podłoża. Mierzeja
to wąski pasek lądu pomiędzy Zatoką Gdańską a Zalewem Wiślanym, który gdyby nie
był porośnięty lasem, ulegałby szybkiej erozji. Gospodarka leśna jest w stanie
utrzymać tam obecność drzewostanu ale nie jest w stanie z niego w pełni
korzystać, bo obumarłe drzewa w porzuconych koloniach nie nadają się do użytku
przemysłowego.
Na terenie
rezerwatu pozostawiono powierzchnie referencyjne na których nie prowadzi się
prac, ale obserwuje sukcesję wtórną. Na tych powierzchniach nie byłem, znajdują
się poza szlakiem z którego nie chciałem schodzić gdyż mam szacunek dla woli
gospodarza.
Nareszcie zaczął
padać deszcz więc zagrożenie drzewostanów świerkowych od kornika drukarza ma
szansę zmaleć. Dwa tygodnie suszy stworzyły idealne warunki do rozwoju tego
owada, czego bezpośrednią konsekwencją było znaczne zwiększenie się ilości
czynnego posuszu w drzewostanach świerkowych. Czynny posusz to takie drzewa,
które już obumierają z powodu zasiedlenia przez kornika, a jednocześnie są
wylęgarnią kolejnego pokolenia owadów. To pokolenie w ciągu dwóch – trzech
tygodni (przy sprzyjającej, czyli upalnej pogodzie jaka panowała ostatnio) od
złożenia jajeczek może już wylecieć jako forma dorosła – imago – i zacząć
zasiedlać kolejne drzewa. W jednym sezonie wegetacyjnym taki cykl może
powtórzyć się nawet czterokrotnie czego skutki można obserwować na Słowacji w
drzewostanach górskich, gdzie szkody od kornika są większe niż od huraganów
jakie nawiedziły tamte tereny. (Pisałem o tym jakiś czas temu.)
U siebie w
leśnictwie mam dużo drzewostanów świerkowych i spore zagrożenie kornikiem. Prowadzę
od kilku już lat „zeszyt trocinkarza” gdzie wpisuję wszystkie drzewa zasiedlone
przez kornika w kolejnych latach. Mogę powiedzieć, że w tym roku sezon „na
kornika” zaczął się nieco później niż zwykle, ale dynamika rozwoju populacji (którą
mogę ocenić na podstawie sumy wszystkich odnotowanych drzew) jest znaczna.
Można więc spodziewać się gwałtownego rozwoju populacji tego owada, czyli
gradacji.
Może to mój
pesymizm, ale po dwóch tygodniach takich upałów jakie były, każdy leśniczy zdaje
sobie sprawę z zagrożenia stwarzanego przez kornika. Wszelkie stosowane przez
nas zabiegi mogą tylko spowolnić proces jego rozwoju, ale nie da się go
całkowicie powstrzymać ani wyeliminować owadów żadnym sposobem. (Zdarzają się
też teoretycy, którzy siedząc za biurkiem uważają, że leśniczy jest w stanie
wyłapać wszystkie korniki w lesie, ale chciałbym ich zobaczyć w akcji.) Jedyne
co można robić to hamować rozwój owadów i czekać na zmianę pogody; Jeżeli
przyroda nie przyjdzie z pomocą, żadna siła kornika nie powstrzyma.
Byłem dziś na
zrębie. Cały czas muszę monitorować czy nie zagraża mu szeliniak, więc bywam
tam często. Pułapki jakie wykonano – zadziałały. Pogoda też na szczęście jest
nierówna; niedawno około 20 godzin bez przerwy padał deszcz; W nocy temperatura
spada do około 8 stopni, więc rozwój szeliniaka nie jest zbyt pomyślny. Poza
tym siewki sosny i świerka pięknie rosną. Jest to odnowienie naturalne –
nasiona wysiały się ze specjalnie pozostawionych na zrębie drzew, czyli
nasienników. Na razie siewki
są malutkie, ale na większości powierzchni rosną jak zielona szczotka.
Odbyłem też długą
marszrutę w celu skontrolowania drzewostanów zagrożonych przez kornika
drukarza. Sprawdziłem miejsca w których co roku wydziela się posusz, tzw.
gniazda kornikowe. Była to kontrola efektywności pracy podleśniczego, który do
września będzie miał w swoich obowiązkach służbowych wyszukiwanie i oznaczanie
posuszu świerkowego. Często tę czynność wykonują robotnicy – trocinkarze – ale
u mnie ta robota przypada podleśniczemu, ponieważ nie widzę wśród usługowców
kompetentnego i pewnego fachowca. Kontrola wypadła pozytywnie, nie znalazłem
więcej drzew zasiedlonych od podleśniczego.
Jeżeli chodzi o
rozrywki ostatnimi czasy, miałem przygodę z borsukiem. Jechałem konno i
wypłoszyłem go z trawy. Uciekał po łące w stronę kępy drzew. Był tak
przestraszony, że nie wykombinował, że wystarczy się zatrzymać... Biegł dłuższą
chwilę równolegle do konia, co obydwa zwierzaki dodatkowo stresowało. Czasami
zdarza się, że zwierzę w sytuacji zaskoczenia głupieje – np. zając oświetlony
reflektorami samochodu nie umie skoczyć na bok, tylko oślepiony ucieka na
wprost, doskonale widoczny. (Jedynym sposobem jest zwolnić i skrócić światła,
albo zatrzymać się i na chwilę je wyłączyć, żeby pozwolić mu uciec.) Ten borsuk
najwyraźniej też nie umiał poradzić sobie z sytuacją. Na szczęście dotarł do
swoich upatrzonych krzaków i tam przepadł. Ale sobie chłopak troszkę pobiegał
...
W lesie kwitną
teraz nie tylko drzewa, ale i mnóstwo roślin. Dziś widziałem kwiaty czarnej
jagody (borówki czernicy – Vaccinium
myrtillus L.) i czerwonej borówki (borówki brusznicy). Moim leśnictwie są łany
jednej i drugiej krzewinki. Widać, że będzie ich w tym roku dużo, bo kwitną
obficie a „trzej ogrodnicy” i „zimna Zośka” im nie zaszkodziły. Kwiaty czernicy
nie tak łatwo zauważyć – są to zielonawe lub różowawe pęcherzyki, osadzone
pojedynczo w kątach liści. Można je dostrzec dopiero z bardzo niewielkiej
odległości. Mało kto wie, że to roślina lecznicza – liście mogą służyć jako lek
pomocniczy w leczeniu cukrzycy, a owoce, bogate w witaminy, leczą biegunki
(suszone) a w postaci soku czy dżemu zapalenie jamy ustnej i gardła. Wyciąg z
czarnych jagód w postaci tabletek stosuje się również dla poprawy i wzmocnienia
wzroku.
Borówka
brusznica (Vaccinium vitis-idaea L.)
ma kwiaty umieszczone w grona na szczytach gałązek i łatwiej zauważyć jej
kwitnienie. Owocem są czerwone jagody, bardzo bogate m.in. w witaminę C, kiedyś
wykorzystywane również jako surowiec do barwienia tkanin. Liście mają również
właściwości lecznicze, m.in. dezynfekujące i ściągające.
Dlaczego piszę
tyle o kwiatkach? Nie popadłem w jakiś szczególnie romantyczny nastrój, ale wystarczy
wejść do lasu, żeby zostać po prostu ogłuszonym intensywnymi zapachami.
Pomyślałem, że opiszę kilka roślin niby dobrze znanych, na których kwiaty nie
zwraca się właściwie uwagi, a szkoda, bo chociaż niepozorne, to są bardzo
istotne w ekosystemie...
Na zdjęciu z
lewej borówka brusznica, z prawej czernica :))
Z lewej strony
na zdjęciu widać kwiatostany świerkowe męskie, z prawej - żeńskie. Świerk
kwitnie zwykle dwa tygodnie przed sosną, na przełomie kwietnia i maja. Jest to
roślina jednopienna, czyli na jednym drzewie rosną zarówno kwiaty żeńskie jak i
męskie. Żeby nie dochodziło łatwo do samozapylania, kwiatostany żeńskie
znajdują się najczęściej w górnej części korony, pogrupowane w szyszki, a
kwiatostany męskie występują przeważnie w niższej części drzewa. Tyle ogólnych
informacji ściśle biologicznych i teoretycznych. Chciałem zwrócić tylko uwagę,
jakie fajne są kwiaty świerkowe – a jak rzadko je zauważamy.
Od tygodnia
ciepło i słonecznie. A ja od tygodnia jestem chory i trochę dziwnie patrzę na
porozbieranych ludzi. Ja też raczej wyglądam niecodziennie w czapce i zimowej
kurtce, ale co zrobić. Dopadł mnie jakiś wirus – jak i zresztą wszystkich
domowników – i nawet perspektywa długiego weekendu raczej nie kusi, bo zamiast „aktywnego
wypoczynku” będę się snuł po lesie w pobliżu leśniczówki. Postanowiłem więc
zrobić sobie syrop z pączków sosny. Liczę, że wyciągnie mnie z tej paskudnej
grypy. Zebrałem więc szklankę pączków sosny – są o tej porze lepkie i brązowe,
ale jeszcze nie otwarte. Zasypałem cukrem, postawiłem na oknie i czekam aż
puszczą sok. Powinien być ciemnobrązowy – piłem kiedyś taki syrop, a przepis
pamiętam jak kiedyś podawał mi kolega. Mam nadzieję że go dobrze zapamiętałem,
bo inaczej pozostanie mi apteka. A lubię mieć jakieś domowe lekarstwo.
Przy leśniczówce
kwitną świerki. Na drogach leży gruba warstwa pyłku, na kałużach, na jeziorze,
na szybie samochodu, na leśniczym, w kieszeni – tylko w lodówce chyba nie ma
pyłku świerkowego. Już widać, że w przyszłym roku będzie ogromny urodzaj
świerkowych nasion. (Szyszki które właśnie się zawiązują otworzą się dopiero w
przyszłym roku na wiosnę pod wpływem słońca i temperatury.) Na gałęziach widać
mnóstwo małych szyszek. Prawdopodobnie zimą przylecą też krzyżodzioby – są to
ptaki które rozmnażają się w roku kiedy jest duży urodzaj nasion świerku, i
zakładają gniazda nawet zimą.
Taka teraz pora
roku, kiedy uprawom i siewkom iglastym zaczyna zagrażać szeliniak sosnowiec (chylobius abietis L.). Jest to
chrząszcz, w naszych polskich lasach gdzie dominuje sosna jeden z groźniejszych
szkodników. Po przezimowaniu w ściółce zaczyna uaktywniać się pod koniec
kwietnia – w początku maja. Dorosłe chrząszcze wychodzą żerować (naukowo nazywa
się to żerem regeneracyjnym lub uzupełniającym), żeby potem móc złożyć jaja.
Żywią się iglakami i stanowią dla upraw sosnowych i świerkowych potężne
zagrożenie.
Ich ilość – a
tym samym ocenę zagrożenia – określa się na podstawie pułapek kontrolnych. Wykłada
się je przez całą wiosnę i lato. Ja zacząłem używać pułapek kontrolnych pod
koniec kwietnia. Z praktyki już wiem, jaka musi być aura, żeby chrząszcze się
uaktywniły. Pułapkę wykłada się na uprawie, między sadzonkami lub siewkami.
Stanowi ją wiązka cetyny (drobnych gałązek), którą umieszcza się w wykopanym
dołku. Zapach (monoterpenów i estrów kwasów tłuszczowych) zwabia poszukujące
pokarmu chrząszcze które żerują na korze i łyku młodych drzewek. Do pułapek
zaglądam codziennie żeby policzyć ile ich tam wpadło. Jeżeli się to zaniedba,
to przy masowym wystąpieniu tych owadów (co najmniej 10 sztuk na pułapkę) w
dwie noce może zniknąć cała uprawa.
Jeżeli w
pułapkach znajduję po kilka sztuk, a na powierzchni uprawy widać uszkodzenia
sadzonek lub siewek, przystępuję do zwalczania. Polega to na tym, że robię bardzo
dużo pułapek – nawet do stu sztuk na hektar – w których wykładam gałązki
zanurzone wcześniej w silnym środku owadobójczym. Jeżeli i to nie pomoże, bo
chrząszczy jest dużo i wciąż widać uszkodzenia uprawy, konieczne są kroki
radykalne, czyli oprysk sadzonek na całej powierzchni. (Decyzję o konieczności
zastosowania takiego oprysku podejmuje nadleśniczy.)
Jutro właśnie
jadę zrealizować wariant pierwszy, czyli założenie dużej liczby pułapek. Mam
nadzieję że to wystarczy i opryski nie będą konieczne ...
W tym roku
jeżeli chodzi o kornika drukarza wiosna jest wręcz „podręcznikowa” i wszystko
wskazuje na to, że będzie on w moim leśnictwie poważnym problemem. Jedynym
wyjściem byłoby zimne i mokre lato. Ale jeżeli będzie suche i upalne, jakiego
życzy sobie większość obywateli, to będzie ostra jazda.
Wtedy drzewa są
osłabione, a kornik ma ułatwione zadanie. Najgorszy z możliwych scenariuszy to
tzw. gradacja, czyli „fazowe narastanie liczebności kolejnych generacji”. Wtedy
walka z nim staje się bardzo trudna. Nie tylko atakuje i eliminuje drzewa
osłabione i ścięte, ale zasiedla również drzewa zdrowe. Przy maksymalnej
gradacji zasiedla również sosnę i modrzew – gatunki, które normalnie nie są dla
niego atrakcyjne, gdyż owad ten jest monofagiem – żywi się jednym gatunkiem
drzewa.
Moja uwaga
ogniskuje się na tym jednym gatunku kornika, bo tylko on jest w stanie
wyrządzić w moim leśnictwie ogromne szkody, których skutki są porównywalne ze
skutkami największych huraganów. (W zeszłym tygodniu był w „Polityce” artykuł o
tym, jak kornik niszczy drzewostany w słowackich Tatrach.)
Przez cały rok
prowadzę monitoring powierzchni świerkowych. Tuż po 15 kwietnia wieszam tzw.
pułapki kontrolne. Pułapki na kornika to specjalne plastikowe konstrukcje, do
których wkłada się feromon wabiący owady. W zależności od ilości znalezionych w
kontrolnych pułapkach chrząszczy oraz temperatury (powyżej 15°C) wykłada się odpowiednią
ilość dodatkowych pułapek. Każdą z nich trzeba sprawdzać co najmniej raz w tygodniu
– więc leśniczy może mieć ich tyle, ile da radę sprawdzić sam i z pomocą
podleśniczego.
Drzewo
zasiedlone przez korniki poznajemy po rdzawej mączce wysypującej się na
zewnątrz. Widać ją na korze, przy gałęziach, na pajęczynach, na roślinach
rosnących blisko drzewa. Takie drzewa leśnicy nazywają trocinkowymi, starają
się je wszystkie zlokalizować i wyciąć. Obumierają one nawet po trzech tygodniach
od zasiedlenia i powinny być w tym czasie wywiezione z lasu, żeby zapobiec
dorośnięciu nowego pokolenia szkodników, które zasiedli kolejne drzewa. Larwy
kornika żerują pod korą, w miazdze, warstwie przewodzącej substancje pokarmowe.
Kiedy miazga zostanie zjedzona, a korniki wylecą, kora odpada, a drzewo umiera.
Na początku
czerwca będę wiedział na 80% co czeka moje drzewostany świerkowe i jaka robota
się kroi na całe lato.
Pojechałem na jedną z powierzchni zrębowych, gdzie jest odnowienie naturalne sosny. (Nie sadziłem tam sadzonek – sosna wysiała się sama z pozostawionych specjalnie w tym celu kilku starych drzew.) Siewki na razie są malutkie – mają około pięciu centymetrów.
Zauważyłem, że tej uprawie zagraża trzcinnik. Trzcinnik to bylina, która tworząc zwartą darń wysusza glebę - zabiera wodę z gleby, a na borach świeżych, gdzie wody jest i tak mało, jest to bardzo istotne. Trzcinnik po pierwsze zagłusza siewki (rośnie bardzo wysoko, do około metra), a po drugie kiedy jesienią usycha, a zimą spada śnieg, często przygniata sadzonki które nie mają wtedy szans przeżycia.
Ta trawa możezdominować zupełnie sadzonki (lub siewki jak w tym przypadku) i wtedy zamiast udanej uprawy będzie plantacja trzcinnika. Oczywiście zachwaszczanie się odnawianych zrębów jest rzeczą zwyczajną i można sobie z tym poradzić.
W tej chwili wiem, że trzeba w tym miejscu zaplanować na przyszły rok intensywne zabiegi pielęgnacyjne, a w tym roku trzeba tam będzie często zaglądać. Wiadomo, że będzie to trudna do prowadzenia uprawa, ale jak najbardziej do wyprowadzenia.
Zastanawiam się też nad chemicznym zwalczaniem chwasta, ale jest to bardzo radykalny krok. Jeżeli siewki będą dawały dobre przyrosty to nawet gęsty kobierzec korzeni trzcinnika nie zagrozi sosnom i chemia będzie zbędna.
W lesie już
kwitnie leszczyna. Na dniach zakwitnie wawrzynek wilcze łyko. Na wilgotnych
łąkach widać żurawie a ich krzyk podnosi na duchu. Klucze gęsi pieczętują
przedwiośnie. Wiem, że w cieplejszych regionach kraju to kwitną już
przebiśniegi i krokusy, ale tutaj jeszcze tak ciepło nie jest. Kotki leszczyny na
tle trochę wyblakłych i poszarzałych świerków albo bezlistnych krzaków rzucają
się w oczy. (W zeszłym roku pojechałem wiosną – w maju – na wystawę psów do
Łodzi. Sędzia oglądając moją sukę powiedział, że ma jeszcze zimową sierść i że
powinienem ją dobrze wyszczotkować. Nie chciał uwierzyć, że u mnie w ogrodzie
jeszcze leży śnieg, a pies ma zimową sierść, no bo jaką inną mógłby mieć w
takich warunkach ...)
W lesie prawie
wszystkie mygły drewna tartacznego są już dokładnie ospałowane. Niedawno jadąc
przez las aż zatrzymałem samochód – w środku mygły tartaczki osikowej, czyli na
kłodach i pomiędzy nimi urzędowały trzy łosie. Klempa i dwa łoszaki. Kiedy się
zatrzymałem, niespiesznie odeszły kilkanaście metrów i przyglądały mi się
ciekawie. Zrobiłem w lesie co miałem do zrobienia, i kilkadziesiąt minut
później wracałem tą samą trasą. Łosie były nadal, najwyraźniej nie oddalały się
od stołówki. Przy następnej mygle, niedaleko, stały kolejne dwa. Dawno już nie
zdarzyło mi się zobaczyć pięciu łosi na raz. Żałowałem że nie mam przy sobie
aparatu, bo można było zrobić super zdjęcia.
Anglosasi robią świąteczne dekoracje z liści ostrokrzewu, bluszczu czy wawrzynu. Jemioła, również związana ze świąteczną symboliką, to ślad kultury celtyckiej. Pomimo coraz większej globalizacji i unifikacji obyczajów, myśląc o choince, najczęściej mamy na myśli zielone, iglaste drzewko. Drzewko oczywiście będące rośliną, a nie plastikowym towarem choinkopodobnym, który wprawdzie przez wiele lat zachowa kolor, ale raz wyprodukowany, pozostanie na tym świecie przez kilkaset lat. Mam nadzieję, że wraz ze wzrostem ogólnej świadomości ekologicznej liczba sprzedawanych co roku sztucznych choinek będzie malała.
Jak poznać, że choinka jest świeża? Musi mieć igły dobrze trzymające się gałązki. Ich kolor powinien być zielony – jasny lub ciemny, w zależności od tego, gdzie drzewko rosło – w żadnym razie żółtawy czy brązowy.
Jeżeli chcemy, żeby drzewko stało w naszym domu do Trzech Króli lub dłużej, powinniśmy zapewnić mu jak najlepsze warunki. Na świeżym powietrzu mogłoby przetrwać do wiosny, ale w ogrzewanym pomieszczeniu to się nie uda. Warto jednak zakręcić znajdujący się najbliżej choinki kaloryfer i wstawić ją do wody. Mimo że drzewo jest martwe, w dalszym ciągu będzie pobierało wodę, więc będzie znacznie wolniej wysychać. Warto również rozważyć kupno choinki w doniczce, którą można będzie wiosną posadzić w ogrodzie lub na działce.
Jeżeli poszukujemy odmiany w ramach tradycji i zamiast świerczka chcemy czegoś innego – można pomysleć o daglezji, jodle bądź cyprysie. Każda z tych roślin ma zapach inny niż świerk. Jeżeli chcemy pójść jeszcze dalej w poszukiwaniu choinki „alternatywnej”, można ją upleść samemu z gałęzi wikliny, a następnie pomalować np. złotą farbą. Można też spróbować udekorować dom sosną – na pewno będzie inaczej, a równie ładnie.
Choinka w formie stojącego w pokoju drzewka ozdobionego świecidełkami to tradycja w naszym kraju dosyć nowa, bo XIX-wieczna. Ale wcześniej również funkcjonowały różnego rodzaju „choinki” – na Pomorzu dawano dzieciom przystrojone rózgi, w innych rejonach (m.in. na łemkowszczyźnie) wieszano małe drzewko lub przystrojoną gałazkę pod powałą izby.
Współcześnie „choinką” bywa z reguły świerk, ale również nie zawsze i nie wszędzie. Na przedświątecznych kiermaszach obok świerków (najczęściej sprzedawane gatunki to świerk zwyczajny i świerk kłujący) spotykamy również jodłę (w odmianie pospolitej i kaukaskiej), daglezję i cyprys. (Nie można wykluczyć, że w tym roku zobaczymy również choinki sprowadzane z Chin, ale co to będą za drzewka, to się dopiero okaże.)
Coraz częściej o wyborze choinki decyduje moda, niejednokrotnie w pewien sposób zakorzeniona w tradycji. Np. niektórzy górale twierdzą, że świerkowa choinka to oznaka wyjątkowej biedy i po prostu takiej mieć nie wypada – musi być jodła. Wiele osób decyduje się na kupno jodłowego drzewka, przeznaczając na nie sumę większą, niż kosztowałby świerk podobnych rozmiarów, z powodów właśnie „prestiżowych”. Ale chyba niewiele z tych osób wie, że to nie nowy obyczaj, ale stara góralska tradycja.
Świerki trafiające do naszych domów przed świętami już raczej nie pochodzą z lasu. Wprawdzie niektóre nadleśnictwa – jak moje – przed świętami organizują sprzedaż świerkowych choinek, ale raczej na małą, lokalną skalę. Większość drzewek dostępnych w sprzedaży ogólnej pochodzi z plantacji, polskich bądź zagranicznych. Takie plantacyjne drzewka, którym przez cały czas wzrostu (6-8 lat) zapewniano optymalne warunki pod względem miejsca, światła oraz nawozów, są bardziej rozłożyste i mają ciemny zielony kolor. (Choinki typowo leśne będą miały kolor jaśniejszy – rosną nie na otwartej przestrzeni, ale pod osłoną innych drzew, które zabierają im część światła.)
Na zdjęciu – zima wyglądająca tak, jak może wyglądać, a nie jak wygląda w tym roku.
Dziś pracownicy wycinali choinki do sprzedaży. Robili to na ogrodzonej uprawie w ramach czyszczeń. Gdyby nie święta, świerczki zostałyby w lesie – przy czyszczeniach wycięte drzewa po prostu się zostawia na ziemi. A ponieważ święta za pasem i rusza sprzedaż choinek, wybrałem kilkanaście najładniejszych i zawiozłem do leśniczówki, w której jest prowadzona sprzedaż.
Na uprawę z choinkami nie wszedłem wcale – jak można by się domyślać – przez bramę, tylko przez zdewastowane przęsło płotu. Sposób, w jaki zostało ono zniszczone, budzi respekt do zwierzęcia, które to zrobiło. Przęsło zostało rozbite w drobny mak – niewielkie fragmenty (świerkowych żerdzi) rozrzucone były jakies sześć metrów dalej. Sądząc z rodzaju szkód wewnątrz płotu, musiał to być łoś – jelenie przede wszystkim spałują drzewka (ogryzają z kory), a łosie raczej zgryzają pączki boczne i szczytowe. Jeżeli drzewko jest za wysokie i łoś nie może dosięgnąć do pączka szczytowego, łamie je. Nietrudno więc stwierdzić, kto jest sprawcą szkód w uprawie… Wszystko wskazuje na to, że sprawca szkód pędził jak burza, kiedy trafił na płot.
Ludzie z okolicznych wsi coraz częściej zgłaszają do nadleśnictwa przypadki zagryzienia przez wilki wiejskich psów. Z reguły niewiele z nich zostaje. To wprawdzie dość daleko ode mnie, ale dla watahy wilków 20 km to nie jest żadna odległość – taki dystans nawet mój pies bez problemu przebiega za rowerem i traktuje jako dobry spacer. Coraz bardziej się dziwię, że moje kozy do dziś dnia dożyły w komplecie – przecież od wczesnej wiosny do później jesieni pasą się na leśnej łące. Teraz stoją zamknięte w swojej stajni.
Szczeniaki są już samodzielne i całą dobę harcują po podwórzu. Ponieważ znalazły już wszystkie dziury w płocie, nawet te, o których ja nic nie wiedziałem, wyłażą przez nie i nie sposób ich upilnować.
Mnie się nie kojarzą z tłustym kotletem, ale wilkowi…
Oglądałem dziś swoją uprawę pochodną. Jest to uprawa założona z sadzonek wyhodowanych z nasion pochodzących z wyselekcjonowanych drzew doborowych, na których zbiera się szyszki, nie ścinając drzew. Reszta nasion sosny jest pozyskiwana przy okazji zrębów i innych cięć – kiedy drzewo leży, zrywane są szyszki. Drzewa doborowe to drzewa o cechach wyjątkowych z punktu widzenia leśnej gospodarki (zdrowotność, wielkość, jakość surowca który można uzyskać itp.).
Zastanawiałem się, czy w przypadku małych, pięcioletnich sadzonek widać już te wyjątkowe cechy. Zauważyłem pewne oznaki – np. drobne ugałęzienie – które rzeczywiście odróżniają sadzonki tej uprawy od sadzonek na innych, niepochodnych uprawach.
Sosna to gatunek najbardziej pospolity w Polsce i w Europie. Nie występuje jedynie tam, gdzie klimat jest wybitnie oceaniczny, oraz na obszarach najbardziej wysuniętych na południe. Na wschodzie dociera do Morza Ochockiego, a cała Skandynawia i Syberia to właśnie sosna. Na obszarze Polski wyodrębić można kilka „ras” sosny – pruska, ryska, hercyńska, karpacka i polska.
Sosna, która rośnie w moich drzewostanach, nazywana jest sosną mazurską i jest zaliczana do rasy ryskiej. Jeżeli chodzi o jakość drewna, to ta właśnie, mazurska sosna zawsze była najlepszym surowcem w całej Europie i Azji. W epoce żaglowców drzewa na maszty – wysokie i proste – pozyskiwano właśnie tu.
Przez tysiące lat ukształtował się na tych terenach konkretny genotyp sosny, dający takie, a nie inne osobniki właśnie w tych konkretnych warunkach klimatycznych. Dlatego nie jest wszystko jedno, z jakich nasion hoduje się uprawę – powinny one pochodzić z tych samych terenów co okoliczne lasy, żeby nie wprowadzać innych cech genetycznych. Oczywiście nasiona np. z Syberii wyrosłyby i tu, ale mogłyby zamierać i nie dałyby tak dobrego surowca, jak drzewa z nasion pozyskanych na miejscu, a szczególnie z drzew doborowych.
Sadzonki na moją uprawę pochodną przyjechały z Puszczy Piskiej, z okolic Guzianki. Rosną nieźle.
Ponieważ dziś niedziela, miałem trochę wolnego czasu i postanowiłem pojeździć konno. Jeździłem niecałe dwie godziny, ale warto było, nie tylko dla samej jazdy konnej, ale i dla tego, co udało mi się zobaczyć.
Najpierw z daleka usłyszałem głosy kruków. Potem zobaczyłem je krążące nad jakimś miejscem. Latały tam też dwa bieliki. Podjechałem bliżej. Ptaki krążyły nad resztkami padłej sarny. Dużo z niej nie zostało – prawdopodobnie została zabita przez wilki. Najwyraźniej znów zawitały w te okolice.
Jadąc dalej, w kierunku poligonu, zobaczyłem chmarę jeleni. Widok sam w sobie raczej zwyczajny, to normalne o tej porze roku, ale było ich 24! Liczyłem, jak przeskakiwały przez drogę przede mną. Pięć byków, reszta łanie i cielaki. Tak duża chmara może świadczyć o tym, że zwierzęta zbijają się w duże stada, żeby łatwiej bronić się przed drapieżnikami. Z jeleniami biegł również jeden łoś. Może towarzystwo jeleni mu odpowiada, a może postanowił do nich dołączyć, żeby czuć się bezpieczniej.
Prawie wszystkie modrzewie rosnące w okolicy poligonu mają korę obtartą aż do bielu. To charakterystyczny sposób uszkodzenia drzew przez zwierzynę, która ocierając się o nie, pozbywa się pasożytów. Modrzewiowa żywica z jakichś powodów jest dla nich korzystna – w lesie rosną wszak i sosny, i brzozy, i świerki, a poobcierane są tylko modrzewie. Tylko raz widziałem obtartą brzozę.
A wracając do obrony jeleni przed wilkami – to bronią się nie tylko ucieczką. Kiedyś mój pies pogonił samotnego byka jelenia, którego zwietrzył w lesie. Widziałem, jak ok. 50 m ode mnie przebiega jeleń, a za nim pies. Już chciałem na niego gwizdać (zrobił coś, o czym świetnie wie, że mu nie wolno), ale zanim zdążyłem użyć gwizdka, role się odwróciły – teraz jeleń gonił psa! Wyglądało to jak na kreskówce – najpierw dwie sylwetki biegną w jedną stronę, a potem w drugą. Pies powrócił do mnie bez wołania, skruszony, i udawał, że nic się nie stało i żadnego jelenia nawet nie widział…
Czym się różni drzewo od drewna? Sprawa jest prosta – drzewo jest żywym organizmem. Drzewo rośnie w lesie. A drewno to już surowiec – posortowany, pocięty, poukładany w stosy lub mygły, przygotowany do dalszej przeróbki.
Żeby urosło drzewo, potrzebne jest nasionko – jak w przypadku każdej rośliny. Zbieraniem nasion oraz ich wysiewaniem zajmuje się leśniczy prowadzący szkółkę (ja szkółki nie prowadzę). Ważne jest, żeby sadzonki które wyhoduje miały podobny kod genetyczny do tego, jaki mają drzewa na danym terenie – chodzi o to, żeby np. nad morzem nie sadzić sosny wyhodowanej z nasion zebranych w górach. (Takie drzewo oczywiście urośnie. Ale może okazać się nieodporne na warunki właściwe dla danego terenu.)
Nasiona drzew zbierane są w specjalnych wybranych drzewostanach, które nazywane są albo wyłączonymi drzewostanami nasiennymi (tu np. szyszki zbierają alpiniści wchodząc na drzewa) albo gospodarczymi drzewostanami nasiennymi (zbiera się szyszki z drzew które zostały wycięte.)
Wyhodowane na szkółce sadzonki są następnie na wiosnę – albo jesienią – sadzone na zrębach lub powierzchniach rolnych. Czasem stosuję siew siewnikiem - na powierzchni odnawianej lub wykorzystuję obsiew naturalny.Odnowienie które powstaje muszę jeszcze ochronić przed zniszczeniami od zwierzyny (sarny, jelenie, zające, łoś). Ja osobiście jako formę ochrony stosuję grodzenie, czyli stawianie płotów. Można jeszcze smarować sadzonki repelentem – preparatem zabezpieczającym je przed zgryzaniem przez zwierzęta (posmarowana sadzonka jest niesmaczna). Posadzone sadzonki sosnowe, świerkowe i brzozowe pielęgnuję przez pierwsze dwa lata. Dębowe pielęgnuje się dłużej i w zupełnie inny sposób.
Pielęgnacja to koszenie i motyczenie chwastów – oczywiście wykonuje to zakład usług leśnych, a nie ja sam. Uporczywe chwasty zwalcza się specjalnym preparatem (Roundup), ale stosuje się to bardzo rzadko. Pielęgnacji każdej uprawy muszę bardzo doglądać – dopóki sadzonki nie osiągną wzrostu wyższego niż okalająca je trawa i chwasty. Kiedy już są większe, radzą sobie same, a dalsze etapy pielęgnacji polegają głównie na przerzedzaniu uprawy i selekcjonowaniu jej w taki sposób, aby pozostawić najbardziej wartościowe egzemplarze. Płot zdejmuje się po około 12 latach, kiedy zwierzyna nie jest w stanie mu zagrozić.