dziecimłodzieżnauczyciele
home    PGLPGL Lasy
Państwowe
 blog edukatora        blog leśniczegoblog leśniczego    
Pisz swojego bloga
Pisz swojego bloga
Kanał RSS
Kanał RSS
Archiwum
sierpień 2007 (6)
wrzesień 2007 (10)
październik 2007 (8)
listopad 2007 (10)
grudzień 2007 (10)
styczeń 2008 (10)
luty 2008 (8)
marzec 2008 (8)
kwiecień 2008 (9)
maj 2008 (10)
czerwiec 2008 (8)
lipiec 2008 (8)
sierpień 2008 (8)
wrzesień 2008 (8)
październik 2008 (8)
listopad 2008 (8)
grudzień 2008 (8)
styczeń 2009 (8)
luty 2009 (7)
marzec 2009 (8)
kwiecień 2009 (8)
maj 2009 (8)
czerwiec 2009 (7)
lipiec 2009 (7)
sierpień 2009 (8)
wrzesień 2009 (8)
październik 2009 (8)
listopad 2009 (7)
grudzień 2009 (8)
styczeń 2010 (7)
luty 2010 (6)
marzec 2010 (8)
kwiecień 2010 (7)
maj 2010 (8)
czerwiec 2010 (7)
lipiec 2010 (7)
sierpień 2010 (7)
Kategorie
Zasady (27)
Leśnictwo (100)
Drzewa (38)
Zwierzęta (109)
Leśniczówka (157)
Technika (22)
Logowanie
Login
Hasło
Przypomnij hasło 
Nie masz konta ? Zarejestruj sie
Blog LeśniczegoTadek

Leśna historia
2010-08-28
Oglądając stare zdjęcia znaleźliśmy jedno, na którym jest leśniczy z żoną i dwoma psami – jamnikiem oraz prawdopodobnie wachtelhundem – takim jak nasz. Karin obiecała poszukać jeszcze w rodzinnym archiwum i ustalić, czy to na pewno ta rasa. Nie da się uniknąć wrażenia, że w pewnych miejscach historia i losy ludzkie zataczają koło …

Odwiedziła nas niedawno zaprzyjaźniona córka leśniczego, który przed wojną mieszkał tutaj w leśniczówce. Przyjeżdża prawie co roku, ale ponieważ zawsze na krótko, więc za każdym razem dzięki niej dowiadujemy się wielu rzeczy o historii „naszego” domu i okolicy. Co roku też odwiedzamy z nią stare niemieckie cmentarze, które z roku na rok są coraz trudniejsze do znalezienia i coraz mniej widoczne. Ale sądząc po zostawianych tam wciąż kwiatach i zniczach, sporo osób je jeszcze odwiedza, być może na tej samej zasadzie co nasza znajoma. Jej rodzina pochodziła stąd, z Mazur, więc znajdują się tu groby dziadków i innych krewnych. Ludzie którzy wciąż przyjeżdżają, nawet bez tabliczek znajdują właściwe miejsca żeby położyć kwiaty. Nie porządkują i nie sprzątają zapomnianych leśnych cmentarzy – nasza znajoma twierdzi, że specjalnie, żeby nikt nie pomyślał że w grobie może być coś cennego i nie zaczął kopać. Zresztą większość tych małych nekropolii została już dawno zniszczona i przekopana. Kiedy odejdzie pokolenie tych, którzy o nich pamiętają, las wchłonie je zupełnie.

Natomiast społeczność tych, którzy uciekali z Prus Wschodnich przed Armią Czerwoną w roku 1945 jest bardzo zintegrowana. Mają plany swoich domów i swoich cmentarzy. Korespondują, wymieniają informacje, robią zdjęcia które przesyłają tym, którzy już przyjeżdżać nie mogą. Dokładnie tak samo jak Polacy wysiedleni z Kresów – w większości żyją czasem przeszłym i pamięcią o kraju szczęśliwego dzieciństwa zabranym przez wojnę. (Moim zdaniem dla ludności cywilnej z jednej i drugiej strony była to równorzędna tragedia, nie należy jednak zapominać o tym, kto tę wojnę rozpoczął.)

Oglądając stare zdjęcia znaleźliśmy jedno, na którym jest leśniczy z żoną i dwoma psami – jamnikiem oraz prawdopodobnie wachtelhundem – takim jak nasz. Karin obiecała poszukać jeszcze w rodzinnym archiwum i ustalić, czy to na pewno ta rasa. Nie da się uniknąć wrażenia, że w pewnych miejscach historia i losy ludzkie zataczają koło …

Ponieważ Karin chciała odwiedzić znajomą, żona pojechała z nią w roli tłumacza. W trakcie rozmowy dwóch starszych pań dowiedziała się, że w pobliskiej wsi jeszcze w latach 60. XX wieku było ponad 30 rodzin, działał normalnie sklep. Dla nas to niewyobrażalne, bo ta wioska to dla nas tylko krzaki bzów rosnące w miejscach gdzie kiedyś były domy. Na łąkę za domem wtedy tak samo jak teraz wychodziły jelenie i dziki. Przystanek PKS przy drodze do leśniczówki został postawiony właśnie wtedy na wniosek leśniczego, którego dzieci musiały jakoś dojeżdżać do szkoły. Piec chlebowy świetnie nadawał się do suszenia grzybów, a przy siarczystej zimie domu nie dawało się ogrzać żadnym sposobem. W niektórych miejscach czas dziwnie spowalnia swój bieg.


Oceń wpis | Ilość głosów: 5 | Średnia ocena: 10
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Pierwsze kaczki w sezonie
2010-08-24
(...) anegdotka, którą opowiedział mi kolega, wielki miłośnik innych psów myśliwskich, pointerów. Otóż szedł kiedyś ulicą w rodzinnym mieście prowadząc na smyczy swoją sukę pointerkę zajmującą na wystawach i konkursach najlepsze lokaty. Spotkał pańcię z pudelkiem – zadbanym, wyczesanym i wypachnionym. Pieski się obwąchały, pomerdały ogonami. Odchodząc usłyszał teatralny szept (...)

Byłem w zeszłym tygodniu na pierwszym w tym sezonie polowaniu na kaczki. Żałuję trochę, że nie mogłem zabrać psa, ale dla czteromiesięcznego szczeniaka byłoby to za duże przeżycie i mógłby nauczyć się tam więcej złego niż dobrego. Treningi kaczkowe muszę odłożyć do przyszłego roku. Co oczywiście nie oznacza, że nie będę z nim ćwiczył aportowania strzelonej kaczki czy obycia ze strzałem oraz tropienia zwierzyny – ale wszystko po kolei i według planu. Kiedy wróciłem ze strzeloną kaczuchą do domu i pokazałem ją szczeniakowi – zamarł z wrażenia. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego, ale musiało być to dla niego ogromne przeżycie, bo drżał z emocji od nosa do ogona. Kiedy zrobiłem mu włóczkę, znalazł ptaka, prawidłowo chwycił i zaaportował. Nie bardzo chciał oddać, ale to wszystko siła instynktu i kwestia ćwiczeń. (Ukradzione skarpetki i buty oraz inne fanty oddaje z radością.) W każdym razie mogę uznać, że genetyczne uwarunkowania i pasję ma wrodzoną. Do wody go zapraszać nie trzeba – wskakuje w każde mokre miejsce i z wielkim zapałem tam bobruje. Zaczyna też zaznaczać miejsca odpoczynku dzików i jeleni – kiedy znajdzie takie miejsce w lesie czy na łące, obwąchuje je z wielkim zainteresowaniem. Liczę, że będzie dobry pies.

Na polowaniu miałem okazję zobaczyć jak pracuje epagneul breton (brittany spaniel ). Według nazwy jest to spaniel bretoński, ale ze względu na to, że jest to pies wystawiający (czyli robiący stójkę „z łapką” jak pies Pluto) klasyfikuje się go w grupie VII FCI (międzynarodowej federacji kynologicznej) razem z wyżłami a nie w grupie V z płochaczami, do których należą spaniele. Spaniel czy wyżeł, breton pracował bardzo ładnie i przyniósł wszystkie strzelone kaczki. A podziwianie dobrego psa „w robocie” to prawdziwa przyjemność.

Przy okazji anegdotka, którą opowiedział mi kolega, wielki miłośnik innych psów myśliwskich, pointerów. Otóż szedł kiedyś ulicą w rodzinnym mieście prowadząc na smyczy swoją sukę pointerkę zajmującą na wystawach i konkursach najlepsze lokaty. Spotkał pańcię z pudelkiem – zadbanym, wyczesanym i wypachnionym. Pieski się obwąchały, pomerdały ogonami. Odchodząc usłyszał teatralny szept pańci: „No widzisz Pusiaczku, jaki kundelek, ale miły pieseczek, prawda?”.


Oceń wpis | Ilość głosów: 3 | Średnia ocena: 6.67
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Remontowy rozgardiasz
2010-08-23
... z remontem, jak zwykle, człowiek chce tylko pomalować ściany, a kończy się mega zamieszaniem ...

Ponieważ sezon urlopowy, czyli ciepło, a nawet okresami bardzo ciepło, zacząłem remont. A z remontem, jak zwykle, człowiek chce tylko pomalować ściany, a kończy się mega zamieszaniem.

Po miesiącu zmagań mogę uznać, że wyszedłem na prostą. W międzyczasie nabyłem umiejętności hydraulika i glazurnika, co wcześniej kompletnie mnie nie pociągało. Otóż po odsunięciu do malowania części mebli okazało się, że za nimi, na przemarzających zimą ścianach i w miejscach gdzie przechodzą rury z zimną wodą pojawił się okazały grzyb. Przy ostatnim malowaniu trzy lata temu jeszcze go nie było. Ale ponieważ budynek jest z lat trzydziestych i ma zawilgocone fundamenty, grzyb jest w piwnicy i stamtąd „wychodzi” do góry, a walka z nim jest trudna. Nie wykluczam, że przez to chorowaliśmy wszyscy przez całą zimę i wiosnę. Tak więc kułem tynki, ściany i podłogi, a następnie przekładałem rury.

Na szczęście jest sporo skutecznych preparatów grzybobójczych i farb zapobiegających pojawianiu się grzyba w pomieszczeniach. Zabezpieczyłem wszystko co się dało i liczę, że przy następnym malowaniu nie będzie już takich niespodzianek.

Tymczasem wrzosowiska kwitną pięknie – pierwsze zdjęcia w tym roku zrobiłem już 9 sierpnia, bardzo wcześnie. Wrzos z reguły kwitnie dopiero pod koniec sierpnia, w początku września. W tym roku jakoś wcześniej. Mam nadzieję, że dzięki temu będzie sporo wrzosowego miodu – najlepszego na świecie.

Odniosłem też pewien sukces ogrodniczy, który zauważyłem dopiero niedawno. Rośnie mi dynia – gigant. Już teraz jest ogromna, a wciąż rośnie. Ciekawe, do jakiej średnicy dojdzie – bardzo jestem ciekawy.


Oceń wpis | Ilość głosów: 3 | Średnia ocena: 6.67
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Żeglarski dzień
2010-08-14
Po raz kolejny muszę przyznać, że żeglarstwo na Mazurach zmieniło się w ciągu ostatnich lat bardzo. Są oczywiście plusy – dużo nowych portów, w każdym prysznice i toalety, gdzieniegdzie przyzwoite knajpy, czyli takie, gdzie można zjeść coś poza frytkami i pizzą z mikrofalówki....

Dawno już nie żeglowałem i pomyślałem, że czas to zmienić. Nie wiem czemu, ale istnieje taka prawidłowość, że im bliżej jeziora się mieszka, tym rzadziej się nad nim bywa, a jeszcze rzadziej po nim żegluje. Potwierdza to zresztą żona, która zanim przeprowadziła się na Mazury spędzała nad tutejszymi jeziorami, a właściwie na nich (na zmianę z morzem), każde wakacje i każdy wolny czas – w liceum, na studiach i później. Teraz na propozycje popływania patrzy jakoś dziwnie i mówi, że robi pranie, idzie na grzyby albo znajduje jakiś inny wykręt. Kiedyś sezon bez rejsu w Chorwacji uważała za niezaliczony, dzisiaj mówi, że była tam już tyle razy, że wystarczy, a jak płynąć, to na Maderę albo Karaiby.

Do małego mazurskiego rejsu zmotywowali nas sąsiedzi, zapraszając na swój jacht. Rozleniwieni wakacyjnie pomyśleliśmy, że dobrze by było chociaż przypomnieć sobie jak wygląda żaglówka. Tak naprawdę to chcieliśmy sprawdzić, czy naszej trzyletniej córce spodoba się łódka – i jak się będzie na niej zachowywała. Eksperyment wypadł nadzwyczaj dobrze, mała w towarzystwie trójki innych dzieci odnalazła się natychmiast, a całe stado wynurzało się spod pokładu jedynie na hasła związane z porą karmienia. Na środku jeziora zwykłe kiszone ogórki okazują się niebywałą atrakcją – wielki słoik zniknął w okamgnieniu, zagryzany krakersami.

Ale kiedyś, żeby w porcie mieć rozrywkę, trzeba było mieć gitarę, no i trzeźwego gitarzystę. Wszyscy, którzy mieli chęć, schodzili się do ogniska z czym kto miał i integrowali się z resztą. Teraz na prawie każdej łodzi jest CD i MP3 i głośniki w kokpicie, więc jeżeli jedna załoga postanowi zabalować, chcąc nie chcąc bawią się wszyscy, choć nie wszyscy tak samo dobrze. Przekonałem się o tym wieczorem, kiedy obok naszego jachtu zacumował inny, z już rozbawioną ekipą. Nie dało się rozmawiać, bo muzyka grała na ful, a państwo się dobrze bawili. Zniechęcone hałasem dzieciaki schowały się znowu do kabiny. Kilka jachtów dalej ktoś próbował na gitarze, i nawet dobrze mu szło, ale z głośnikami wypasionego jachtu nie miał szans. Jednak nie wszystko zmienia się na lepsze.


Oceń wpis | Ilość głosów: 3 | Średnia ocena: 5.67
Komentarze (2) | Dodaj komentarz
Dom na końcu świata – cz. II
2010-08-13
Rzadko się zdarzają takie okolice, z reguły w bliskości większych miast mamy coraz większe hipermarkety, hale, zakłady, wypasione nowe osiedla, diabli wiedzą co jeszcze. A tu – cisza. Spokój. Żeby kupić coś w sklepie trzeba zapukać najpierw do pani sklepowej do domu.

Trochę ostatnio zwiedzam. Tym razem zabrałem ze sobą aparat, z czego byłem bardzo zadowolony. Odwiedziłem pewną wieś, która, choć leżąca zaledwie kilkanaście kilometrów od większej metropolii, urzekła mnie swoją sennością i spokojem. Rzadko się zdarzają takie okolice, z reguły w bliskości większych miast mamy coraz większe hipermarkety, hale, zakłady, wypasione nowe osiedla, diabli wiedzą co jeszcze. A tu – cisza. Spokój. Żeby kupić coś w sklepie trzeba zapukać najpierw do pani sklepowej do domu. Rano klangor żurawi. Jak w głuszy jakiejś – co ja akurat lubię. (Ha – kiedy jadę do „innego lasu” tym bardziej mi się podoba im bardziej jest jak w domu, co potwierdza tezę inżyniera Mamonia, że najbardziej lubimy to, co już dobrze znamy. Oryginalny w tym przypadku nie jestem.)

Wioska jak się okazało ma „starożytny” rodowód – w zeszłym roku od jej założenia minęło 650 lat. Dookoła lasy i łąki, trochę gór i trochę pól, naprawdę bardzo urokliwie. Miałem nocować w zupełnie innej miejscowości, ale żonie tak się spodobało, że uparła się znaleźć kwaterę właśnie tu. Udało się. Spaliśmy w starej leśniczówce, dwa lata temu sprzedanej prywatnej osobie – pani leśniczy zresztą. W domu widać ogrom pracy jaką trzeba było włożyć, żeby przygotować kwatery dla turystów. Leśniczówkę sprzedano, ponieważ nie opłacało się jej remontować, była w fatalnym stanie. W tej chwili wyremontowane jest poddasze oraz część dołu, a całość ma niepowtarzalny klimat nadany przez gospodynię. To ona opowiedziała nam, że przed wojną dom ten należał do bardzo bogatego gospodarza, posiadającego kilkaset hektarów pól i lasów. Ponieważ wieś w przeciwieństwie do wielu innych w okolicy była katolicka, przy każdym domu wybudowano kapliczkę. Niestety niewiele ich się zachowało. Mam nadzieję, że kiedyś tam jeszcze wrócę i będę miał szansę lepiej poznać okolicę. A teraz tradycyjne pytanie – gdzie to jest?

P.S. We wpisie z dn. 29 czerwca br. zadawaliśmy pytanie „Gdzie to jest?”. Otóż dom młynarza z tamtego wpisu znajduje się w miejscowości Żytkiejmy :)


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Szkodnik
2010-08-12
Dzisiaj wywiozłem 120 metrów drewna zasiedlonego przez kornika, ale to niestety nie koniec. Zasada jest prosta – z wywozem trzeba zdążyć zanim owady wylecą z zasiedlonego surowca.

żerowisko kornika drukarza

W lipcu było trochę upałów, co teraz skutkuje wysypem szkodników owadzich. Normalnie największe zagrożenie przypadało na czerwiec ale ponieważ tego roku w tym okresie było chłodno, a wyjątkowo ciepły był lipiec, teraz mamy skutki. Gdyby utrzymał się chłód i deszcze, kornik w tym roku nie miałby nic do powiedzenia – ale na pogodę nie mamy wpływu. Tymczasem prowadzę ciągłą obserwacje, a zarażone drewno wycina się i wywozi na czas. Dzisiaj wywiozłem 120 metrów drewna zasiedlonego przez kornika, ale to niestety nie koniec. Zasada jest prosta – z wywozem trzeba zdążyć zanim owady wylecą z zasiedlonego surowca.

(Na zdjęciu powyżej - żerowisko kornika drukarza. Poniżej - samiec brudnicy mniszki z charkterystycznym czułkiem grzebykowatym. Na ostatnim zdjęciu - motyle brudnicy, można je zobaczyć od lipca do września.)

samiec brudnicy mniszki - z przodu widać charakterystyczny czułek grzebykowaty

Prowadzę też monitoring populacji brudnicy mniszki. Jest to motyl, którego gąsienice zjadają igły sosnowe i mogą doprowadzić nawet do gołożerów, czyli sytuacji, kiedy stoją drzewa bez igieł. Oczywiście drzewo wtedy usycha. Monitoring prowadzę za pomocą pułapki feromonowej działającej na samce brudnicy mniszki. Na podstawie liczby tych samców można ocenić szacunkowo dynamikę populacji oraz to, czy nastąpiła już rójka (okres godowy owadów uskrzydlonych). Oprócz feromonów można również sprawdzać o świcie obecność owadów na pniach sosen. Jeżeli jest ich dużo, świadczy to o zagrożeniu. Jednak bardzo trudno zauważyć motyla w barwach maskujących na tle chropowatej kory na pniu. Udało mi się kiedyś zobaczyć jednego – przez dziesięć lat pracy. Miejsca, gdzie występuje ich dużo, są potencjalnymi ogniskami gradacji tego owada. Na szczęście postępowanie podczas gradacji brudnicy znam tylko z teorii i mam nadzieję, że tak pozostanie.

brudnica mniszka, motyle występują od lipca do września

 


Oceń wpis | Ilość głosów: 2 | Średnia ocena: 5
Komentarze (0) | Dodaj komentarz
Psia szkoła
2010-08-09
(...) na wystawie czy konkursie trudno spotkać więcej niż cztery „egzemplarze” w rasie, a tutaj udało się zebrać piętnaście sztuk. Oglądaliśmy, porównywaliśmy, rozmawialiśmy o hodowlach i hodowcach oraz oczywiście o polowaniu (...)

Wybrałem się z ze szczeniakiem na szkolenie. Tak naprawdę było to spotkanie właścicieli psów rasy wachtelhund, czyli płochacz niemiecki, zwołane drogą internetową celem integracji. Jak mówili koledzy, na wystawie czy konkursie trudno spotkać więcej niż cztery „egzemplarze” w rasie, a tutaj udało się zebrać piętnaście sztuk. Oglądaliśmy, porównywaliśmy, rozmawialiśmy o hodowlach i hodowcach oraz oczywiście o polowaniu. Ja bardzo chciałem zobaczyć, co ta rasa tak naprawdę potrafi i pogadać ze specjalistami na temat układania i prowadzenia mojego wachtla.

Kolega który zajmuje się na co dzień profesjonalnym szkoleniem psów pokazywał sposoby zakładania włóczki i ścieżki tropowej oraz na przykładzie swojej „konkursowo” ułożonej suki prezentował, jak pies powinien pracować w poszczególnych konkurencjach. Był z nami również sędzia konkursowy, który omawiał wszystkie „dyscypliny” i sposób oceniania pracy psa.

Moja Kuna była najmłodsza w grupie – ma dopiero cztery miesiące – więc traktowała większość zadań jako zabawę, wciąż próbując zachęcić inne psy do wspólnej gonitwy albo buszowania w wodzie. Te, które miały już dość zaczepek „gówniarza” warczały i szczerzyły zęby, na co Kuna odwracała się brzuchem do góry komunikując: „jestem maluchem, nie zjadaj mnie”, co z reguły wystarczało i nie wymagało dodatkowych interwencji. Większość psów była zresztą dobrze wyszkolona i nie było problemów z utrzymaniem dyscypliny.

Po dwóch dniach spędzonych na wyjeździe pies był już wykończony – zresztą nie tylko mój, bo wszystkie wykazywały oznaki krańcowego „złachania”. Zarówno one, jak i my, miały w łapach naprawdę sporo kilometrów. Całość działa się na terenie ośrodka PZŁ w Mazuchach, gdzie organizowane są konkursy pracy psów myśliwskich, jest przygotowana sztuczna lisia nora, zagroda dla dzików oraz tereny do prowadzenia pozostałych konkurencji.

Oprócz czysto psich aspektów spotkanie miało oczywiście wymiar towarzyski – był koncert muzyki myśliwskiej i nie tylko, degustacja różnych domowych specjałów oraz ognisko do rana. A ja tam byłem, miód i wino piłem …


Oceń wpis | Ilość głosów: 6 | Średnia ocena: 7.33
Komentarze (1) | Dodaj komentarz
© 2006-2010 Centrum Informacyjne Lasów Państwowych
przy współpracy    NFOŚiGW 
CMS by WEB interface