| Errata do bigosu | | 2012-01-26 | Pewnie to nie atak hakerów, ani protest związany z "zadymą" wokół sprawy ACTA ale przy publikacji ostatniego wpisu dotyczącego kanonu polskiego bigosu miałem wielkie problemy techniczne. Pozostała po nich "łatka" na fragmencie tekstu, uniemożliwiająca odczytanie. Wklejam poniżej nieczytelny fragment:
"podczas I Debaty Kulinarnej, która odbyła się 18 maja 2007 roku we Wrocławiu, Narodowa Kapituła Smaku w składzie:
Hanna Szymanderska- niezależny ekspert kulinarny, autorka książek kulinarnych,
Grzegorz Russak- niezależny ekspert kulinarny, prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego,
Stefan Birek- szef kuchni Hotelu Lord W Warszawie"
reszta tekstu po moich dłuuugich zmaganiach z oporem materii jest OK. Jestem przekonany, że ten mały problem nie wpłynie na wspaniały smak bigosu przyrządzonego zgodnie z podanym kanonem.
Pozdrawiam Wszystkich czytelników bloga!
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl | |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Bigos prawdziwie polski i pachnący lasem | | 2012-01-25 | We wtorek miałem silne natarcie klientów detalicznych. Sprzedałem tego dnia około 150 m3 drewna czyli 5 wielkich TIR-ów! Wystawiłem 28 asygnat na drewno, a dziś w lesie wydawałem je nabywcom. Ostatnio miałem sporo pracy także przy lasach niepaństwowych, bo nadzoruję gospodarkę prowadzoną w nich przez właścicieli prywatnych. Jest tych lasów około 300 ha, porozrzucanych często pośród „moich”, czyli naszych, państwowych. Mam z nimi sporo pracy i … kłopotów. Opowiem Wam o tych sprawach innym razem, bo pewnie warto poznać je bliżej, gdyż gospodarka w lasach prywatnych interesuje wielu ludzi.
Od poniedziałku fajnie się ochłodziło i zrobiło się w moich okolicach tak jak lubię : sucho, lekko mroźnie i słonecznie:

Śniegu na razie nie widać i chodzę po lesie po „czarnej stopie”, bo tak po leśnemu mówi się na bezśnieżną, zamarzniętą lekko ściółkę. Wreszcie chodzę, a nie taplam się w błocie… Po południu wyraźnie widać, że dzień już się wydłużył. Może tylko na przysłowiowy „barani skok”, ale zawsze coś. Chłodniejsze dni z pewnością zachęcają do myślenia o bigosie. Sądząć po komentarzach czekacie na obiecany przepis. To wspaniała i najbardziej chyba polska potrawa. O znaczeniu tego kulinarnego dzieła dla dorobku polskiej, tradycyjnej kuchni świadczy fakt, że
podczas
I Debaty Kulinarnej, która odbyła się 18 maja 2007 r we Wrocławiu Narodowa Kapituła Smaku w składzie:
Hanna Szymanderska - niezależny ekspert kulinarny ,autorka książek kulinarnych,
Grzegorz Russak – niezależny ekspert kulinarny , prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego
Stefan Birek - szef kuchni Hotelu Lord w Warszawie,
Janusz Profus – ekspert kulinarny, Maestro Czekolady Cadburry Wedel
Henryk Dumin – etnolog ,niezależny ekspert kulinarny, Urząd Marszałkowski Wrocław
Jadwiga Juszko - szefowa kuchni Holliday Inn Wrocław
Janusz Stańczyk – znawca polskiej kuchni , sekretarz Narodowej Kapituły Smaku
Robert Stelmaszyk - szef kuchni Hotelu Grand w Sopocie
Jacek Szczepański - szef kuchni, niezależny ekspert kulinarny
określiła kanon tradycyjnego polskiego bigosu. Czasem gotuje się go jak Mistrz Russak w solidnym kotle:

Najlepszy na domowe potrzeby jest jednak kaflowy piec kuchenny taki jak w mojej leśniczówce:

Piec elektryczny i gazowy też spełni swoją rolę, ale potrawy gotowane na żeliwnej płycie ogrzanej drewnem mają inny smak. Renia piecze mięso w kamionkowym naczyniu, które stoi na naszym piecu. Ma ono zupełnie inny, niepowtarzalny smak. Według kanonu polskiego bigosu tworzą go następujące składniki:
posiekana kapusta kiszona i słodka,
esencjonalny bulion,
czerwone peklowane mięso ( powinno ono stanowić 30% użytego do bigosu mięsa),
dziczyzna,
mięsa pieczone i gotowane (wieprzowe, wołowe)
tłusty drób (mięso kacze i z gęsi)
kości wędzone (do bulionu)
słonina (do przesmażania z mięsem)
przyprawy: ziele angielskie, listek laurowy, całe ziarenka pieprzu, kminek, jałowiec, tymianek, majeranek
grzyby suszone
jabłka, odmiany polskie winne (antonówka, szara reneta)
cebula
suszone śliwki
Sposób przyrządzania:
1) Przygotować wywar z wędzonych kości (schab, żeberka). 2) Posiekaną kapustę kiszoną i słodką łączymy w dowolnych proporcjach (w zależności od uznania) i dodajemy do bulionu. Wraz z kapustą dodajemy obrane, pozbawione gniazd i pokrojone jabłka. 3) Do wywaru z kapusty dodajemy w pierwszej kolejności mięsa pieczone i gotowane, a następnie mięso wołowe. Mięso powinno być wcześniej przesmażone ze słoniną oraz posiekaną w pióra cebulą. 4) Do bigosu dodajemy przyprawy: listek laurowy, ziele angielskie, całe ziarenka pieprzu, a także kminek, jałowiec, tymianek i majeranek. 5) Bardzo ważne jest dodanie suszonych, obgotowanych i pokrojonych grzybów. Wywar z grzybów pozostawiamy do podlania bigosu. 6) Następnie dodajemy suszone śliwki polskie, uprzednio namoczone. 7) Bigos należy posolić, lecz trzeba uważać by nie przesadzić, gdyż dodane wcześniej składniki były już solone (mięsa). 8) Pod koniec duszenia lub już na talerzu bigos przyprawiamy świeżo zmielonym pieprzem. 9) Nie należy zapominać o staropolskim przysłowiu, że „Bigos to wczorajsza potrawa” i że tylko „Odgrzewany bigos jest smaczny”! Dlatego też należy go przygotować wcześniej; dobrze jest przełożyć później do kamiennego garnka i wstawić do lodówki, a nawet zamrozić; odgrzewać można w całości lub porcjami. Dawniej mawiano, że dopiero „przegryziony” co najmniej 6-8 dniowy bigos najwspanialej uwydatnia swój smak i aromat.
Przedstawione wyżej składniki i sposób przygotowania stanowią obowiązujący kanon tradycyjnego polskiego bigosu. Oczywiście uznaje się regionalne odmiany tej potrawy, w których proporcje składników zależą od gustów, upodobań i tradycji mieszkańców danego regionu. Wielka ilość składników, używanych do gotowania bigosu, upoważnia do stosowania innych dodatków i przypraw poza tymi, które określa kanon. Dla nadania bigosowi specyficznego, wyrafinowanego smaku można dodawać:
musztardę sarepską,
miód, np. gryczany,
wino lub nalewki,
rodzynki,
pomidory lub przecier pomidorowy.
Wcześniej trzeba też zrobić zapas leśnych grzybów:
Taki jest kanon, ale pamiętajmy, że Polacy są wielkimi indywidualistami i każdy ma swoje pomysły oraz tajemnice kulinarne. Jak nieopatrznie zbyt długo zasiedzimy się przed telewizorem, to natychmiast zauważymy, że dziś w Polsce wszyscy gotują i są ekspertami kulinarnymi. Bądźmy raczej ostrożni z wyborem autorytetów kulinarnych, a ja wierzę w to co mówi Wielki ( bo trochę waży i mierzy chłopisko, ale nie tylko z tego powodu jest Wielki)) Grzesiek Russak:
Wykwintnego myśliwskiego bigosu nie gotuje się z tego co zostało, ale z mięs , pieczeni i wędlin szykowanych specjalnie na to danie . Podstawą jest, aby mięsa było więcej niż kapusty…
Wiemy jednak, że w wielu sklepach z wędlinami jest asortyment o nazwie "bigosowe"...Po degustacji wspaniałego bigosu przygotowanego według kanonu nie zawadzi skosztować jakiejś znakomitej nalewki z pięknego kieliszka na wysokiej nóżce. Według mnie najlepsza jest tu tarniówka lub ulubienica mojej żony- nalewka ze śliwek węgierek. Zrywam je z narażeniem życia z wierzchołków starych śliw na śródpolnych alejach, choć niewiele ich już zostało. Na słoik nalewki i gar powideł zawsze jednak starczy. Po biesiadzie, np. takiej jak przygotowują leśnicy na różnych imprezach:
( nie mylić biesiady z lunchem, gdzie spożywamy zwykle „żywność śmieciową” polaną dla niepoznaki dipem) warto zajrzeć do „Pana Tadeusza”:
„... Potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która wedle przysłowia sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, a z brzegów naczynia war pryśnie
I powietrze dokoła zionie aromatem...”
Kto nie zna takich smaków wywodzących się z polskiej kuchni i bogactwa darów lasu, a jada popularne "specyfiki z gatunku fastcośtam" często zagląda do aptek. Jest ich w naszych miastach coraz więcej i są skutecznie reklamowane przez media, a ostatnio także przez poczynania naszych prawodawców…
Życzę Wam smacznego zachwytu nad polskim bigosem - geniuszem polskiej tradycji.
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Zapusty w towarzystwie leśnego bigosu | | 2012-01-22 | Cały tydzień było mokro i błotniście, że hej. Drewno leży w lesie i nadal nie ma szans na wywóz. Moi zulowcy działają w trzebieżach wczesnych, czyli w drzewostanach około 20-letnich i pozyskują tyczki oraz żerdzie, przeznaczone do produkcji surowca na zrębki. Powstają z niego płyty wiórowe. W piątek kontrolowałem zapasy w lesie i przygotowałem partię drewna opałowego do sprzedaży, która będzie we wtorek. Zapowiada się solidna grupa nabywców, bo pomimo łagodnej zimy palić w piecu trzeba. Ceny detaliczne niewiele się zmieniły, zaledwie o 3-4 złote na metrze, choć zgodnie z polską tradycją wszystko drożeje od nowego roku. A skoro o tradycji mowa, to w niedzielny dzień może opowiem Wam o staropolskim karnawale i tradycyjnym myśliwskim bigosie. Czytam w wolnych chwilach o polskich tradycjach, ostatnio zakupiłem świetną książkę Hanny Szymanderskiej „Polskie tradycje świąteczne”:
Mam już w swojej bibliotece sporo ciekawych książek o obyczajach, tradycjach i staropolskiej kuchni. Bo przy stole spotykają się ludzie:

wspólnie biesiadują i po bogactwie kuchni poznaje się kulturę narodu. Miałem okazję poznać już wielu znakomitych polskich kucharzy. Sporo ciekawych przepisów zdradził nam i mnóstwo ciekawostek opowiada w pszczewskiej leśniczówce Grzegorz Russak, który odwiedza nas czasem:

Przekazał i mnie, i mojej żonie maleńką cząstkę swojej szerokiej wiedzy i nauczył szacunku dla staropolskiej kuchni. Choć przyznał się, że takiego drożdżowego makowca jak według starej receptury piecze Renia, nie umie przygotować… Jestem przekonany, że jest najznamienitszym znawcą polskiej kuchni i tradycji, niezrównanym gawędziarzem oraz wspaniałym człowiekiem.
Mimo, że zima jak na razie jest dość jesienna, przynajmniej w moich stronach to mamy karnawał. Staropolska nazwa karnawału to Zapusty. Trwa on od Trzech Króli- w tym roku było to 6 stycznia, do Wielkiego Postu, który rozpoczyna się w środę popielcową 22 lutego. We wtorek 21 lutego będą Ostatki. Czasu na świętowanie w gronie rodziny i przyjaciół jest niewiele, a zatem pamiętajmy, że jesteśmy w czasie karnawału, czyli Zapustów. Podobno nazwa ta wzięła się od postaci słowiańskiego bożka Pusta, który został wymyślony przez naszych przodków na wzór Bachusa, aby uprzyjemniał im zimowy czas. Przebierali pociesznie jakiegoś parobczaka, sadzali go na sanie przybrane jedliną i wio! w las, na kulig! A za saniami z Pustem dziesiątki innych, pośród wesołych nawoływań pędziły za Pustem. Tak możemy wyczytać w mitologii słowiańskiej. Kulig był kiedyś zabawą dla szlachty, dziś każdy może się tak zabawiać, tylko niezbędny jest śnieg, dobry humor i leśny, myśliwski bigos.
Bigos to tradycyjna, polska potrawa, nieodparcie kojarząca się z myślistwem i lasem! Cóż może być wspanialszego niż bigos po całym dniu spędzonym w lesie na solidnym mrozie? Albo właśnie po kuligu urządzonym po leśnych drogach w sobotni wieczór w gronie przyjaciół i rodziny? Czasami może być to rodzinny kulig w „wersji mini”, kiedy z braku konia ciągam moje trzy damy:
W literaturze nie znajdziemy jednoznacznego wyjaśnienia słowa bigos, prawdopodobnie pierwotnie używano tego słowa do określania sposobu siekania. W dawnej Polsce „bigosowano” niektórych szablą, gdy krzywo patrzyli na Rzeczpospolitą lub porządnych Polaków… Siekano coś na bigos, a wywodząc to słowo z łaciny można mówić o połączeniu dwóch smaków. Bigosem nazywano w XVI wieku galaretę z siekanego mięsa. Od XVIII wieku, jak podają źródła, bigosem już nazywano danie z kapusty i mięsa (składniki oczywiście były siekane).
Przepisów na bigos jest wiele i różnią się one składnikami, a dokładniej składnikami dodatkowymi np. dodaje się: suszone grzyby, śliwki, maderę lub wino, pomidory, jabłka, cebulę. W kuchni staropolskiej mamy jeszcze bigos z wiwatem, czyli podgrzewany w garnku szczelnie zamkniętym pokrywką (uszczelniaczem było ciasto) a wystrzelenie pokrywki pod wpływem ciśnienia oznajmiało gotowe danie do spożycia. Często właśnie taki bigos zabierano do sań na kulig w Zapusty. Nasz tradycyjny, polski bigos to wspaniała potrawa, rozpoznawalna przez smakoszy z całego świata. Powinna to być rozpoznawalna wizytówka Polski w świecie. Oczywiście jeżeli mówimy o prawdziwym bigosie, a nie o żałosnej kupce kapusty z fragmentami parówki, którą czasami niektórzy ludzie usiłują serwować na stoły.
A prawdziwy bigos to poezja smaku, aromatu, tradycji i historii, bo jego receptura to lata doświadczeń polskiej, znakomitej kuchni. Pamiętać jeszcze trzeba o radzie mojego zacnego przyjaciela Grzegorza Russaka:
Bardzo dobre rzeczy gotuje się z bardzo dobrych rzeczy, czyli, żeby potrawa była znakomita, równie znakomite muszą być składniki!
Większość tych znakomitych składników znajdziemy w lesie. To także misja leśników, żeby dbać nie tylko o drewno i las jako element gospodarki narodowej, ale także o zwierzynę i zioła, owoce leśne, grzyby, pszczoły. Leśnicy dbają też o tradycje i przekazują swoją wiedzę wszystkim, którzy chcą ją posiąść. Chętnie i przy każdej okazji prezentują leśne smaki:
Niebawem przekażę Wam przepis na leśny bigos według Russaka i Narodowej Kapituły Smaku. Kto ma śnieg niech rusza wybrać trasę na kulig. Inni, pozbawieni białej zimy może zadowolą się spacerem i umówią z przyjaciółmi na spotkanie przy tradycyjnych polskich specjałach. To lepsze niż sushi, chipsy i inne takie…
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
| |
| | | Komentarze (1) | Dodaj komentarz | | Baryłką walą w leśnika | | 2012-01-16 | Dzisiaj korzystając z pogodnego poranka urlopowego dnia zabrałem się za wożenie drewna do piwnicy. Prognoza i moje przeczucia wskazują na atak zimy, to pora uzupełnić nadwątlone już nieco zapasy drewna. Mam do opalenia sporą kubaturę, bo mieszkanie ma blisko 130m2, do tego blisko 30 m2 kancelarii. Mieszkanie ma 3,30 wysokości. Do mojego pieca przyłączony jest także spory hol i klatka schodowa. W związku z takim rozwiązaniem sporo czasu spędzam z piłą i siekierą, a przy każdym kawałku drewna grzeję się wielokrotnie. Na podwórzu leśniczówki mam zawsze solidny zapas, ale ile muszę się przy nim natyrać, to tylko ja wiem…

Ale tak to jest jak się inwestuje w córki, a nie w synów. Widoków na pomocników nie ma, bo zięć „miastowy” i pojawia się na krótko. Radzę sobie zatem sam. Drewno wożę do piwnicy z podwórza przyczepką zaczepioną do mojego Rokusia. Skończyłem, odczepiłem przyczepkę i zaraz zaczął sypać drobny śnieg na zmianę z marznącym deszczem. Paskudztwo. Po zakończeniu pracy na podwórzu zabraliśmy się z żoną za rozbieranie choinki, bo już pora pożegnać się z drzewkiem. Potem pojechałem zatankować samochód, bo jutro wracam do pracy. "Laba się skończyła", jak mawia moja sąsiadka. Nie lubię jeździć na oparach , szczególnie zimą, bo nie wiadomo co w lesie się zdarzy. W Pszczewie jest mała stacyjka benzynowa, z której często kpią turyści, nazywając ją „siedzibą szejka”:

Dla mnie jest dobrym punktem orientacyjnym jak tłumaczę komuś dojazd do leśniczówki: „Za maleńką stacją benzynową w prawo pod górę, kierunek Silna, a po 300 metrach za ostrym zakrętem gdy po lewej stronie zobaczysz jezioro to jesteś przed leśniczówką Pszczew”. Spojrzałem jednak na licznik dystrybutora po zatankowaniu trochę się zdenerwowałem:
Olej napędowy kosztuje już 5,80 zł za litr! Zatankowałem niespełna 30 litrów za 170 zł. Przejadę po lesie najwyżej 300 km. A przecież samochód to nie tylko paliwo. Nie dość, że tłukę po wertepach własny samochód, to wygląda na to, że niedługo będę dokładał także nawet do paliwa. A gdzie reszta kosztów? Nadleśnictwo spisuje z pracownikiem umowę, z której wynika, że leśnik będzie używał własnego samochodu do pełnienia obowiązków służbowych w zamian za przyznany ryczałt. Każdy leśnik musi się przemieszczać po lesie i to coraz więcej. Jazda konna czy rower to była fajna sprawa, gdy leśnictwo miało 500 ha i drewno wożono furmankami konnymi. Bywało wtedy tak:
Dziś jednak jest inaczej. Taka to służba, że wszędzie trzeba zajrzeć na powierzchni ponad 2000 ha. W aucie wożę rejestrator, drukarkę, wiele dokumentów i mnóstwo „gratów” niezbędnych do pracy. Przez leśnictwo "przełajem" mam kilkanaście kilometrów gruntowymi drogami. Czasami najlepszy byłby dla mnie Star 6x6:

Do nadleśnictwa 18km w jedną stronę. Codzienna praca, nadzór nad prywatnymi lasami, zagrożenie od pożarów, obrót drewnem. Czasami dziennie przejadę 100 km, choć bywa, że tylko 10, bo walczę z „papierologią”. Ryczałt za jazdę prywatnym samochodem to limit kilometrów przyznany przez nadleśniczego w zależności od wykonywanych zadań przemnożony przez stawkę za kilometr określoną odpowiednim przepisem wydawanym przez ministra transportu. Obecnie jest to 0,83 zł. Stawka kilometrowa zawiera w sobie zwrot kosztów paliwa, koszt ubezpieczenia, przeglądu, napraw, amortyzacji samochodu itd. No i trzeba mieć samochód. Czy wyobrażacie sobie, że stawka za kilometr została ustalona w listopadzie 2007 roku, gdy cena paliwa wahała się w okolicach 3,5 zł?
Obowiązuje do dziś. Leśnicy od lat dopominali się o podniesienie tej stawki oraz o wyznaczenie specjalnej, za jazdę w terenie. Bo 0,83 zł za kilometr ma urzędnik jeżdżący twardymi drogami osobowym autkiem z silnikiem np.1,0 litra i leśnik, który musi dojechać w każdy zakątek lasu. Do tego jest niezbędna terenówka, która nie dość, że droższa w zakupie i utrzymaniu, to „pije” zwykle minimum12 l na100 km. Jesienią minister transportu przygotował projekt podwyższający tę stawkę i wprowadzający mnożnik 1,2 dla leśników i innych służb używających pojazdów w terenie. Nowy minister po zmianie rządu wprowadził na początku grudnia korekty do projektu. Leśnicy i inni zainteresowani sprawą np. listonosze, cierpliwie czekali, wierząc, że w końcu stawka ulegnie zmianie. A na stacjach benzynowych, także tej mojej „stawki pną się w górę” w zastraszającym tempie…
Było już tak blisko do „unormalnienia” tej kilometrówki! W pierwszych dniach stycznia Ministerstwo Finansów zakomunikowało, że projekt został odrzucony. Co dalej z „kilometrówką” - nie wiadomo. Wiadomo czemu odrzucono projekt: sytuacja na świecie, napięte stosunki z Iranem, wymogi Unii Europejskiej, cena baryłki ropy… Bla, bla, bla. Ktoś rzucił tą baryłką w leśników. Pewnie miał swoje racje, ale kto lubi jak w niego rzucają ? No może polityk, bo to wkalkulowane w cenę jego „misji”. Ale tam rzucają pomidorami, albo jajami. A tutaj walą baryłką… Trochę boli. Trzeba robić swoje. Leśnicy naród cierpliwy i kochający las, drzewa i drewno. W końcu baryłki też są często z drewna…
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
| |
| | | Komentarze (1) | Dodaj komentarz | | Trzynastego, w piątek- leśniczy na zaległym urlopie... | | 2012-01-13 | W tym tygodniu wykorzystuję zaległy urlop. Wcale nie wiąże się to z leniuchowaniem, choć pewnie przydałoby się trochę „nicnierobienia”… Odpoczywam od pracy, choć tak nie do końca, bo co jakiś czas telefon przypomina o istnieniu sprzedaży detalicznej, remontu dróg albo innym leśnym wydarzeniu. Ale leśniczym się jest, a nie się bywa i przyzwyczaiłem się już.
Skorzystałem z zaproszenia serdecznego kolegi leśnika Artura i odwiedziłem go w jego leśniczówce położonej na skraju Parku Narodowego Ujście Warty:
Nad rozlewiskami ruch wśród ptaków. Latają chmury gęsi, kręcą się bieliki, a na łące para żurawi pokrzykiwała jakby była pełnia wiosny. To szare pomiędzy wierzbami to para żurawi:

Wracając od Artura, gdzie spotkałem się także z dawnym kolegą z Technikum Leśnego w Rogozińcu Piotrem z Lubniewic wdrapałem się na wieżę widokową:

Z przyjemnością oddałem się chwili zadumy, obserwując kręcące się ptaki. Wspominałem sobie dawne czasy, gdy dość aktywnie zajmowałem się ornitologią. Przelatujące łabędzie przypomniały mi obóz ornitologiczny w Przemkowie, gdzie znakowaliśmy i obrączkowaliśmy łabędzie. A Słońsk zawsze kojarzy mi się z oharami, o których Jacek Engel, pykając fajkę mówił z dumą: „Ohary to zobaczysz kolego tylko w Słońsku, koło Pompowni”.
Ohary to bardzo kontrastowo, czarno-biało ubarwione kaczki, trochę większe od krzyżówki. W zasadzie wyglądają jak ogniwo pośrednie pomiędzy kaczką, a gęsią. To ciekawe ptaki, bo gnieżdżą się w… norach po lisach, borsukach lub dzikich królikach. Czasami korzystają z jam pod wykrotami, gnieżdżą się też w norach zrobionych w stogach siana, a czasem też pod podłogą budynków. Młode są zagniazdownikami i sprawnie maszerują, czasem nawet kilka kilometrów, do wody za swoimi rodzicami. Są zagrożone wyginięciem i skrajnie nieliczne i tego dnia także ich nie zobaczyłem. Zauważyłem jednak ślady bytności fanów „Kolejorza”, choć bliżej im do potomków Wandalów, o których wcześniej pisałem:
Miałem trochę różnych wyjazdów, bo wczoraj byłem w Poznaniu, a wcześniej w Gorzowie. Odebrałem bilety na koncert Michała Bajora, którego, wspólnie z żoną, jesteśmy zagorzałymi fanami. Koncertuje w Teatrze im. J. Osterwy w Gorzowie 2 marca. Już się cieszę na ten wyjazd i włączam nieustannie ostatnią płytę „Od Piaf do Garou” w tłumaczeniu Wojtka Młynarskiego.
Muzyka nastraja sentymentalnie i przywołuje różne wspomnienia. Może to też z tego powodu, że dzisiaj, trzynastego w piątek są moje urodziny… Nie czuję się pechowcem, pomimo tej trzynastki i śmieję się z czarnych kotów. Jestem upartym koziorożcem i lubię trzynastkę! Tak pisał mój ulubiony „Sted”- Edward Stachura:
Dzisiaj są moje urodziny,
Które obchodzę bez rodziny
Daleko, wysoko, wśród manowców,
W pokoiku na wieży hangaru dla szybowców.
Człowiek z wiekiem robi się coraz bardziej sentymentalny, choć nie ukrywam, że zawsze miałem duszę romantyka. Swoje urodziny obchodzę, w przeciwieństwie do „Steda” z rodziną w leśniczówce i od rana dzwoniły córki oraz bliscy z życzeniami. Urodzinowy tort i kawa będą jutro, połączone z imieninami, bo za tydzień, w dzień imienin muszę być na uczelni. Tak się składa, że wciąż jeszcze się uczę i właśnie zbliżam się do finiszu uzupełniających studiów magisterskich z dziennikarstwa i komunikacji społecznej. W sobotę mam w Poznaniu egzamin z gatunku „kobyła” z prawa autorskiego…
Kilka urlopowych dni poświęciłem głównie na zbieranie materiałów i przygotowania do ostatecznego sformułowania pracy magisterskiej. Temat pracy jest oczywiście z branży:
„Rola leśniczych jako liderów społeczności lokalnych w procesie kształtowania postaw i podejmowania decyzji na przykładzie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie”.
Spływają właśnie opracowane przeze mnie ankiety z 35 nadleśnictw mojej dyrekcji, które mają za zadanie udokumentować aktywność leśniczych w swoim środowisku. Drugą część urlopu wykorzystam w lutym i wtedy ostro biorę się za pisanie pracy. Wywiesiłem słoninę i kule z nasionami dla ptaków bo chwilę sypało drobnym śniegiem, a sikory stukają natarczywie w okno. Od razu zrobił się ruch wokół leśniczówki i przyleciały modraszki:
Renia, moja żona też dziś i w poniedziałek urlopuje. Pracuje w miejscowym Urzędzie Gminy i wprawdzie do pracy ma 12 minut pieszo, ale wraca codziennie ok. 16. Potem w domu też ma mnóstwo pracy, bo wszystko na jej głowie. Dzięki urlopowym dniom możemy trochę czasu spędzić razem. Z kuchni dolatują do mnie boskie zapachy ciasta:

a ja za chwilę idę „tworzyć” sałatki, bo to moja specjalność. Najbardziej lubię warstwową, przygotowywaną przy pomocy tarki. Tarkuje się białko z gotowanych jaj, żółty ser, zmrożone masło, układa warstwę konserwowanego tuńczyka, siekanej cebuli, czerwonej konserwowanej fasoli i znowu tarkuje się ser, masło i żółtka z jajek. Każda warstwę delikatnie doprawiam solą, świeżo mielonym pieprzem i smaruję cienko majonezem. Górę oprószam bazylią, odrobiną tymianku, oregano i czubricy. Pycha!
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
| |
| | | Komentarze (1) | Dodaj komentarz | | Zimą także warto ruszyć na grzyby | | 2012-01-10 | Czy wyobrażacie sobie, że zimą łatwiej odszukać niektóre stanowiska grzybów? Nie, to nie ściema! Naturalnie nie chodzi tu o owocniki borowików, podgrzybków czy rydzów. Grzybów w lesie mamy moc, ale nie wszystkie są do bigosu czy sosu. Są inne, warte zainteresowania. Kiedy zapragniemy obejrzeć ciekawe, rzadkie i chronione gatunki grzybów zwróćmy uwagę na takie tablice, które stoją także w moim nadleśnictwie:

Wiem, że gdy jakiś smakosz borowików zobaczy takie tablice w „sezonie grzybnym" to rozbudzają one maksymalnie jego wyobraźnię. Jest przekonany, że to ostoja potężnych borowików i całego kurnika kurek... Najczęściej informują one jednak o stanowisku chronionych porostów. Bo porosty to dziwne organizmy zaliczane od 1981 roku do grzybów:
Są to niepozorne, najczęściej szare lub zielone organizmy plechowate utworzone przez powiązanie komórki glonu (zielenice lub sinice) i strzępki grzyba (workowce lub podstawczaki). Jest ich w Polsce około 1600 gatunków. Definicja relacji pomiędzy partnerami tworzącymi porost wciąż budzi emocje naukowców. Glony są samożywne i mają zdolność fotosyntezy, natomiast grzyby raczej pasożytują na powstającej materii organicznej:
Niektórzy naukowcy uważają, że układ między partnerami jako żywo odzwierciedla relację feudalną między panem (grzybem) a niewolnikiem (glonem). Czytałem gdzieś i zapamiętałem stwierdzenie amerykańskiego lichenologa ( bo nauka o porostach to lichenologia), że relacja między mikobiontem, a fotobiontem jest właściwie identyczna jak między bacą a owcami. Generalnie baca dba o swój kierdel, ale regularnie doi owieczki, a od czasu do czasu którąś zabije, bo nikt jeszcze przecież nie widział bacy-wegetarianina... Ten z Rusinowej z pewnością nie jest wegetarianinem:
Dlatego warto wybierając się jesienią do lasu na grzyby, lub nawet teraz, na zimowy spacer, spoglądać też wyżej a nie tylko pod nogi. Przyjrzyjcie się porostom naszych lasów. Występują na glebie, skałach, murach, drzewach i są rozpowszechnione, ale bardzo mało znane. Warto je poznać dokładniej, tym bardziej, że niektóre z nich wykorzystywano kiedyś całkiem praktycznie. Dla przykładu chroniona dziś mąkla tarniowa, występująca na drzewach i drewnie używana była do produkcji perfum i jako dodatek do chleba. Poprawiała znacznie smak ciasta i zapewniała długą świeżość chleba. Znajduje się w wielu męskich wodach, które stoją na pólkach naszych łazienek i jest składnikiem olejku do lamp zapachowych. Niektóre porosty stosowano do garbowania skór, a nawet do produkcji piwa. Wiele gatunków porostów stosowano przez lata w medycynie, ich lecznicze działanie opisywał już Linneusz w XVIII w. Niedawno znalazłem ciekawe stanowisko rzadkich porostów- brodaczek, występujących na gałęziach drzew iglastych. Natknąłem się na nie w niewielkiej kępie dwudziestoletnich modrzewi:

Część porostów, także znalezione przeze mnie brodaczki, określane są jako skrajnie rzadkie i podlegają ścisłej ochronie. Może w naszych lasach jest więcej nieznanych jeszcze stanowisk? Moje brodaczki znalazłem właśnie zimą, dzięki wskazówkom Włodzimierza Rudawskiego- inżyniera nadzoru z Nadleśnictwa Trzciel i znakomitego przyrodnika. Włodek znalazł je w dwóch innych leśnictwach, jako jedyne znane stanowiska w regionie gorzowskim. Zachęcał kolegów do przyglądania się porostom. Leśnicy powinni je wyszukiwać i chlubić się ich obecnością, bo świadczy ona o doskonałej czystości powietrza oraz właściwej wilgotności.
To dowód istnienia odpowiedniego mikroklimatu, który jest także ważnym składnikiem siedliska oraz prowadzenia dobrej gospodarki leśnej. Zatem porosty są także, obok roślin wskaźnikiem jakości lasu, toteż powinny być obiektem zainteresowania leśnych turystów. Bo zauważcie, że porosty, które najczęściej jako organizmy pionierskie porastają pnie drzew ze strony północnej i północno zachodniej ( co czasem pomaga wędrowcom bez GPS) nie występują blisko szos, parkingów i siedzib ludzkich. Dopiero w głębi drzewostanu, gdzie jest właściwy mikroklimat i czyste powietrze możemy przyglądać się tym ciekawym organizmom. To dodatkowy bodziec, aby wędrować tam, gdzie rosną porosty. Można w ich otoczeniu oddychać pełną piersią i wentylować udręczone przez cywilizację płuca. Nawet teraz, zimą, choć nie jest zimna...
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Trzciel wita trzcieliną , a Pszczew plszczy… | | 2012-01-08 | Gdy wracałem ostatnio z nadleśnictwa zauważyłem, że zaczął się ruch wokół plantacji wikliny, których jest wiele wokół Trzciela. Żurawie siedzą na łące, wokół wiosenny nastrój, to i może czas zająć się wiklinowymi żniwami? Choć przypominam, że zima z pewnością będzie! Moje leśnictwo to Pszczew, a nadleśnictwo nazywa się Trzciel. Posłuchajcie skąd wzięły się te dziwne dla niektórych nazwy…
Nazwa miasta Trzciel, które co najmniej od 8 wieków rozwija się w bagnistym dorzeczu Obry:

pośród jezior i lasów pochodzi od słowa „trzcielina”, oznaczającego łodygę trzciny. Trzciny wokół nie brakuje, bo jezior u nas dostatek, choć brzegi niektórych zbiorników porasta u nas inna ciekawa i rzadka roślina- kłoć wiechowata. Rośnie ona na podłożu zasobnym w węglan wapnia i ma ostre jak żyletka brzegi:
Jednak firmowym znakiem miasta jest wiklina. Okolice Trzciela porastały od wieków bujne zarośla dzikiej wikliny, która była i jest doskonałym surowcem plecionkarskim. Umiejętność wyplatania ludzie posiedli w czasach, kiedy zaczęli stawać na tylnych nogach . Wtedy też wpadli na pomysł, że można przenosić rzeczy z miejsca na miejsce. Wyplatano z gałązek wierzbowych prymitywne nosidła, legowiska, z czasem powstał wiklinowy kosz. Plecionkarstwo zostało podpatrzone przez ludzi od zwierząt i jest jednym z najstarszych rzemiosł. Z czasem rozwinęło się, a cały region wokół lubuskiego Trzciela i wielkopolskiego Nowego Tomyśla stał się ważnym ośrodkiem wikliniarskim o znaczeniu gospodarczym.
Przełomowy momentem rozwoju wikliniarstwa stał się rok 1885, kiedy to jeden z mieszkańców Trzciela ERNEST HÖDT, sprowadził „sposobem” z Ameryki wiklinę amerykańską. A wiecie jaki to był sposób? Amerykańskie władze celne nie wyrażały zgody na wywóz „amerykanki” poza granice USA. Sprytny mieszkaniec Trzciela zamówił koszyki z zielonej wikliny i zabrał je ze sobą jako pamiątki z podróży. Po powrocie do kraju rozplótł je, pociął na kawałki, czyli jak to okoliczny lud mówi, na „sztobry” , namoczył a potem wsadził do ziemi. „Amerykanka” szybko zadomowiła się w Trzcielu. Wiklina ta w krótkim czasie zaczęła wypierać inne odmiany, a wyroby z niej wykonane podbijały rynki zagraniczne.
Dziś wokół Trzciela widać plantacje wikliny, suszącą się witkę, a w punktach handlowych i na jarmarkach można kupić wspaniałe oraz naturalne wyroby. W Nowym Tomyślu u schyłku lata odbywa się tradycyjny Jarmark Chmielowo-Wikliniarski, który rozrósł się w znaną na świecie imprezę plantatorów wikliny
Nie brakuje też wikliny na pszczewskich jarmarkach:
Na moim tarasie stoi także wygodna wiklinowa sofa, gdzie w letnie wieczory, o ile wygospodaruję wolną chwilę, zasiadam z książką lub laptopem.
Podczas Dni Trzciela w 2010 roku dokonano otwarcia wiklinowej bramy do miasta, obok której rośnie wiklina amerykańska i stoi pamiątkowy kamień:

Każdy kto odwiedzi to miejsce może zapoznać się z historią trzcielskiej wikliny, która rozsławia nasz region. Historię wyryto na kamieniu w trzech językach, stąd jej uniwersalność i trwałość. Takimi samymi cechami charakteryzuje się wiklina z Trzciela. Pomnik trzcielskiej wikliny to doskonały pomysł na promocję miasta i regionu. Dlatego Wam o tym opowiadam. Trzciel pochodzi od „trzcieliny”, a z kolei Pszczew od staropolskiego słowa „plszczyć”- czyli lśnić, błyszczeć. Wzięło się to zapewne od licznych jezior, które uroczo lśnią dookoła. Choć są także i tacy, którzy uważają, że nazwa pochodzi od słowa pszczoła. Słowa te nie są łatwe w wymówieniu, o czym przekonują się cudzoziemcy często „łamiąc sobie język”, gdy usiłują wymówić Trzciel czy Pszczew. Dopytując lesniczego o informacje o regionie mają fart, bo przecież nie nazywam się Grzegorz Szczęsny Brzęczyszczykiewicz…
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz | | Styczniowa wiosna może budzić obawy | | 2012-01-04 | Witajcie w Nowym Roku, który udaje, że zapomniał o zimie. Ale nie dajmy się zwieść, bo to tylko pozory i z całą pewnością zima będzie. Choć dzisiaj temperatura osiągała kilkanaście stopni w plusie, a na polach nieopodal Stołunia spacerowała sobie gromadka 6 żurawi! Pod oknem leśniczówki kwitną w najlepsze stokrotki:
W ogródku wyglądają na świat żonkile i tulipany, choć tłumaczyłem im, że nie warto się wychylać:

W lesie także niektóre krzewy niecierpliwie nabrzmiały pąkami, a tak wygląda moja purpurowa leszczyna:
Na polach oziminy zielenią się, a leśne drogi ani myślą schnąć, bo pomimo wiejącego wiatru co chwilę popaduje deszcz. Drzewiarze niecierpliwie dopytują o drewno, ale na razie nie ma szans na wywóz. Liczyłem, że w końcu przyjdzie mróz i drogi staną się przejezdne, ale póki co nie ma na to widoków. Meteorolodzy ostrzegają przed nadciągającymi wichurami i jest się czego obawiać… Dokładnie taka sama wiosna zapanowała w styczniu 2007 roku. Gdy zajrzałem do domowego archiwum to znalazłem bardzo podobne zdjęcie stokrotki z 8 stycznia 2007. Tego roku, w nocy z 18/19 stycznia solidnie powiało i wiatr narobił strasznych szkód. Połamał drzewa, słupy energetyczne, pozrywał dachy na budynkach:

W lesie wyglądało makabrycznie: poałamane i powywracane drzewa, nieprzejezdne drogi, zniszczone ogrodzenia upraw. Wstępnie oceniałem wtedy szkody w moim leśnictwie na ponad 1000 m3 połamanego drewna, ale po usunięciu wszystkich wywróconych i połamanych drzew okazało się, że było ich ponad 5000 m3! Otoczenie leśniczówki zostało zubożone o dorodnego świerka:
ucierpiał też piękny rokitnik, a także kilka mniejszych drzew. Mój podleśniczy Krzysiek nie miał prądu ponad tydzień ( to przez ten słup na fotografii powyżej), a telefonu jeszcze dłużej. Nie jestem z gatunku Corvus corax i nie będę krakał jak wrona, ale oby przyroda znowu nie pokazała nam swojej potęgi. Zima wtedy także przyszła później i pamiętam, że w końcu marca było kilkanaście centymetrów śniegu, a sadzonki, które przyjechały do mnie ze szkółki leżały zasypane śniegiem w dole lodowni.
Deszczowa aura i brak przewoźników przyjeżdżających po drewno pozwolił mi zabrać się ostro za prace przy szacunkach brakarskich na 2013 rok. Widzicie jak to jest w pracy leśników? Ludzie zabierają się za rozkręcanie 2012 roku,a my już jesteśmy w 2013... Zawsze w mojej pracy trzeba wybiegać w przyszłość i dużo wcześniej wszystko przemyśleć, zaplanować oraz przygotować. Wybrałem już działki do wykonania zrębów w 2013 roku oraz powierzchnie, gdzie będą wykonywane czyszczenia z pozyskaniem drewna i trzebieże. Wyszło tego około 200 ha. Teraz trzeba wyznaczyć drzewa, które należy usunąć z drzewostanu, obliczyć masę drewna, które zostanie pozyskane, zaplanować sortymenty, które z tego drewna powstaną, ustalić miejsca zrywki i składowania, policzyć koszty itd.
Całość danych zostanie oczywiście wklepana przeze mnie do rejestratora leśniczego i przesłana do systemu nadleśnictwa. Tam specjalny program przetworzy dane, które wrócą do mnie i będzie pora na ich ponowną weryfikację w terenie. Czy ktoś jeszcze myśli, że leśniczy prowadzi nudne i jednostajne życie? Dzisiaj z rana „wyrwałem się” na chwilę do lasu, a potem usiadłem do komputera, gdzie wcześniej własnym „sposobem” ułożyłem sobie w tabelkach Excela plany mojego leśnictwa, w laptopie odpaliłem mapę numeryczną leśnictwa i „już” po 7 godzinach dłubania na 2 komputery ułożyłem projekt szacunków. Wydrukowałem „owoc benedyktyńskiej pracy” i pojechałem do lasu spojrzeć na kilka powierzchni, które budziły moje wątpliwości, czy należy już tam rozpoczynać trzebieże. Musiałem też przecież odetchnąć leśnym powietrzem po godzinach przy biurku!
Jutro dalszy ciąg pracy nad szacunkami w biurze nadleśnictwa. Od poniedziałku ruszają prace przy tegorocznych trzebieżach, bo po rozstrzygnięciach przetargowych „zulowcy” palą się do pracy. Oby nie musieli zmagać się z wywrotami i złomami…

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
| |
| | | Komentarze (0) | Dodaj komentarz |
|
|